DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Cherry w 2016 04 09, 18:24:57

Tytuł: Symbol piękna
Wiadomość wysłana przez: Cherry w 2016 04 09, 18:24:57
Sherin czekał pracowity dzień. Wszystko, co mogło zostać wcześniej odłożone, odłożone zostało, więc tym razem nie sposób było salwować się ucieczką od obowiązków.
Aby przeciągnąć jeszcze o okamgnienie słodką bezczynność utworzyła listę zadań w porządku od najlżejszych do najcięższych. A że pergamin kolejność taką narzucił -  zacząć miała od nauki, która wyjątkowo miła jej była. Nie spiesząc się nazbyt wyprowadziła rumaka ze stajni i we wsparciu księgi poczęła studiować jego anatomię. Stella obłaskawiona świeżą zieleniną spokojnie poddawała się dotykaniu, unoszeniu jej kopyt czy zaglądaniu pod nią. Czasem tylko parskała, by nie dać Sherin zapomnieć, iż jej współpraca nie będzie trwała wiecznie.

Z każdym kolejnym ziarnem mądre słowa, które kobieta odczytywała zaczynały tracić swój kontekst, by zgubić i cały sens w końcu. Skupienie uszło z kobiety, a obraz przed jej oczami przestał utrzymywać ostrość. Wtem rumak zarżał i począł wierzgać niespokojnie, stukając głośno kopytami o ziemię. Zdziwiona wojowniczka podjęła próbe uspokojenia zwierza jednak niespodziewanie przemówił on do niej. Lodowy rumak ozwał się donośnym, bezpłciowym głosem.
Zastanowić się nad deklamacją czy prosto przerazić się nie zdążyła, bowiem z miejsca zupełnie pociemniało jej przed oczami, w głowie nieprzyjemnie zawirowało i straciła przytomność, upadając szczęśliwie na miękkie siano. 

Przytomność wróciła dość prędko jednak wzrok i równowaga wciąż Sherin nie dopisywały. Podniosła się z nielada wysiłkiem, stanęła na chwiejnych nogach – po drodze jeszcze otrzepując swoją ulubioną togę koloru lilaróż – i mrużąc oczy usiłowała odnaleźć zarys jej rumaczej towarzyszki. Zduszonym krzykiem wezwała ją, ale nie dało to żadnego skutku. Wymacała ją więc ręką i dokładnie wyczuła, iż ze Stellą również dzieje się coś niedobrego. Acz przynajmniej przestała mówić.

Czy to znów jakie diabelne, magiczne fortele? Jakże ona nie cierpi nieprzewidywalnej, groźnej magolskej sztuki!
Wzrok powoli zaczął się poprawiać.
Czy ktoś się nagabuje z niej? A może krzywdę chce uczynić?
Okraść?

Ściągnęła z pleców swój tobołek i poczuła jego dziwną lekkość. Przegrzebała zawartość plecaka, wyrzucając na ziemię klucze, jadło i wiele innych szpargałów, klnąc pod nosem na swoją nierozgarniętość. Nie zauważyła czego brakuje, ale ewidentnie znikło coś ważnego.
Za swoimi plecami usłyszała ciężkie, męskie kroki. Jakiś waćpan udawał się właśnie do coviańskiej kopalni ćwiczyć swe muskuły i zarabiać na jadło.

- Czyś Panie nie widział co mi się przytrafiło? – rzuciła po prędce, pozdrawiając go krótkim gestem dłoni.

Z niespokojnej, krótkiej rozmowy dowiedziała się tylko, iż prawdopodobnie na ma świadka tychże wydarzeń. Mężczyzna spoglądał na Sherin nieco jak na naciągaczkę czy jaką waryjatkę, gdy emocjonalnie i w akompaniamencie gestykulacji opowiadała o gadającym rumaku i omdleniu – wtem Stella znów zaczęła trząść się i wydawać osobliwe dźwięki, czym przyciągnęła uwagę obojga. Jej oczy zaszły mgłą, a pysk jej przyjął dziwny wyraz, jakoby objął ją magiczny trans. Spłoszona fikała, rżała, turlała się po ziemi – jakby chciała zrzucić coś ze swego grzbietu. Niczego na nim jednak nie sposób było zauważyć.
Osłupiały mężczyzna przyglądał się tym dziwnym tańcom zwierza, rewidując pewnie w głowie poglądy na temat zwariacenia kobiety. Ta zaś próbowała rumaka uspokoić, utrzymując też bezpieczną od niego odległość.

Przetrulawszy się po raz ostatni, Stella nagle stanęła jak wryta zatrzymując wzrok w jednym punkcie gdzieś w oddali. Nagle rzuciła się pędem w bliżej niemożliwym do określenia kierunku, a w pogoni za nią udała się dwójka jej obserwatorów.
O dziwo, rzut beretem dalej zatrzymała się gwałtownie, a objawy z miejsca ustąpiły. Sherin przystąpiła do uspokajania oszołomionej istoty. Po chwili za jej plecami świsnął charakterystyczny dźwięk materializowania się. Dzięki swemu wojowniczemu instynktowi i zręczności obróciła się w mgnieniu oka, a jej oczom ukazał się uciekający, zwyczajnie ubrany mężczyzna z połyskującym przedmiotem w dłoni. To był amulet Dalii, bez którego Sherin nigdzie się nie ruszała.
- ZŁODZIEJ! – zawyła gniewnie i rzuciła się w pościg.

W delikatnych, materiałowych bucikach popędziła zaraz za złoczyńcą w las. Jej ciało przeszyła ogromna wściekłość, błękit oczu przykrył się czerwoną falą. Przekroczywszy jeszcze dość bezpieczną strefę podlegającą pod Cove, prawą dłoń pokierowała ku prawemu biodru, gdzie znaleźć powinna się pochwa wraz z bezlitosnym mieczem. Nie było jej, a przed sobą w oddali widziała już sylwetki ettinów i innych monstrów. Straciła za to z oczu – również nieuzbrojonego na pierwszy rzut oka – grabieżcy. Zawróciła pospiesznie do miasta, dobiegając do niego ledwo już zipiąc. Jak szybko mogła, nałożyła na siebie zbroję, powzięła miecz, wskoczyła na spokojnego już rumaka i pogalopowała z powrotem między drzewa.

Doskonale wiedziała, że szanse na trafienie na ślad plugawcy były minimalne. Zatrzymała się więc, zamknęła swe oczy, skupiła myśli, złożyła dłonie do modlitwy i poczęła wzywać Dalię do pomocy.

Słodka Dalio, tchnij moc w konia mego
Poprowadź kopyta ku znakowi Twej łaski
By piękno wybawić ze szpon niegodziwości
Rozświetl mroki na drodze Twej córy
By mogła wciąż wiernie Ci służyć
I sławić Twe imię
W świecie - jak szeroki jest


(http://images.tinypic.pl/i/00775/pwfs0n2hnkif.jpg)

Popędziła na oślep naprzód. Bez żadnego przeczucia, kopyta cięły ciemne zarośla. Zamiast słońca, które lada chwila wkroczyć miało na nieboskłon – z horyzontu zaczęła napływać posępna, zgniła zieleń, prędko biorąc w swe objęcia cały firmament. Sherin kluczyła niby błędny rycerz między dębami, orzechami i wierzbami, tnąc silnie mieczem wszystkie napotkane straszydła. Jak nieuzbrojony piechur przedrzeć się mógł przez tę wściekłą barierę? Czy w mocy swej ma wszelkie plugastwa, które słonią mi drogę?
Czy znikł on może z wiatru podmuchem, ponownie, tak jako zrobił wcześniej?

Nic. Żadnego światełka w ciemności, ni szeptu z tyłu głowy. Czyżby Bogini mnie opuściła?
Po długim czasie zrezygnowana wojowniczka powróciła wycieńczona do miasta. Postanowiła odpocząć przy fontannie, coby rumak napoił się czystą wodą. Sama ciężko opadła na ławkę, schowała twarz w dłoniach, a jej umysł zalały fale chaotycznych myśli.

(http://images.tinypic.pl/i/00775/173y8ouziqbt.jpg)

Czemum zasłużyła na opuszczenie przez Słodką Panią? Sprzeniewierzyć jej się – nie śmiałabym. Jak życie me długie - godną byłam służką, piewcą.
Czy pomóc nie zachciała, bo brakło mi symbolu wiary? Czy przedmiot, choć tchnięty boskim natchnieniem, ważniejszy jest od żywej wiary, jaką w sercu noszę?