Kolejny zwykły dzień...Nie zdecydowanie nie był to zwykły dzień...Berserker...tfuu wojownik zaklął do siebie szpetnie burcząc cos pod hełmem:
- Taktyka, taktyka, noga, cios, noga, noga, cios – ciche mamrotanie dochodziło spod hełmu – Niech to Piekło pochłonie!!- Nawet ogr na chwile ustal zdziwiony...Dawno widać nie widział tak sfrustrowanego człowieka...- Niech szlak trafi to przeklęta płytę...te wymykające, plączące, zaplatające brudzące się bandaże...- wojownik zauważył ze ogr odszedł na pewna odległość i począł sie z niego śmiać – Świetnie...przeklinam ten dzień kiedy zażyłem grzybów...Tylko których...ot mała pomyłka...
Berseker...tfuu wojownik przeklinałby tak pewnie jeszcze długo gdyby nie..
Czarny cień, bardzo duży cień poszybował przez niebo...przemknął nad głową...
- Harpia – zamamrotał wojownik – ale jaka harpia! Cóż za trofeum bydzie...
Szybko przeszukał torbę...ciągle mamrocząc cos do siebie...- No tak ja nie biorę juz grzybków...
Nie marnując więcej czasu ruszył w tym samym kierunku co harpia...Pogonił niczym pantera czy może lepiej powiedzieć niczym ślimak...
W ruinach twierdzy zgiełk straszliwy...pełno harpii jedna na drugiej i dwie czarne!
Wojownik starał sie podejść najciszej jak tylko można...no cóż zbroja mu na to nie pozwoliła juz przy pierwszym kroku harpie odwróciły sie jak na rozkaz...
Pierwsza przy wojowniku była czarna harpia...krótka wymiana ciosów...szybka walka...Gael zrozumiał...
- to nie przeciwnik dla mnie – uciekał co prędzej w koń – La brea! – krzyknął do Droghey'a , w odpowiedzi zasłyszał uderzenie szponów harpii o tarcze...było ono tak silne ze zdruzgotało tarcze i oręż... – PRZEKLINAM TEN DZIEN!! ...
Wpadł do banku ledwie żywy...tarcza zdruzgotana jak i miecz... za wojownikiem wpadł Droghey ...chłopak miał łeb na karku... wziął najpotrzebniejsze zioła...
Bił, bił, miecz wdzierał się w ciało harpii, zatrute ostrze pozostawiało paskudne rany, które jednak zasklepiały się w mgnieniu oka...Powoli tracił siły...
Pojawiła się nadzieja...Nadeszło dwóch magów, którzy korzystając z tego, ze potwor skupił swe siły na Tulkasie wzniecili na ciele ptaka płomienie...Slup ognia wzniósł się w miejscu gdzie stała Harpia...Skowyt potwora przedzierający uszy...Ostatni cios wojownika z okrzykiem na ustach: Fianna Go Bratch...
Siedział zmęczony na kamieniu ocierał opalone czoło...Ogień był skuteczny...Bardzo skuteczny... – MAGIJA PSIA JEGO MAC!! $#$# - Zaklął szpetnie.
PS: Wrzucam to tutaj bo zdaje mi sie ze jest to jakas czesc kampanii...To dopiero poczatek opisu...mysle, ze reszta osob(kazydy uczestniczacy w zabawie) opisze swoj kawalek... Dzieki gofer !!
pozwalam sobie wyodrebnic - bo ta kampania ma wiele watkow i wielu w niej uczestniczy
Wbiegłem do banku razem z Tulkasem, a za nami 2 magów... nekromantów Tandurik i Felixor Estarriol. Zaczęliśmy rozmawiać z bankierem, coś wiedział na ten temat. Tulkas przy ciele czarnej harpii znalazł mapę i miksturę, której działania nie znaliśmy, a dwójka nekromantów klucz.
http://img88.imageshack.us/img88/8920/mikstura7cj.jpg
Po rozmowie bankier podarował nam runo. Nie wiedzieliśmy gdzie ono nas przeniesie. Było nas za mało, postanowiliśmy zabrać ze sobą jakiegoś wojownika, padło na Mikhaila. po krótkim namyśle i przygotowaniu udaliśmy się portalem do miejsca gdzie był zaznaczony run. Wchodzimy, wyłania się kilka palm, wiedzieliśmy gdzie jesteśmy to było Buccaner's Den, wyspa piratów. Czekaliśmy, czekaliśmy, aż tu z ciemności wyłania się postać.
http://img87.imageshack.us/img87/2082/poczatekquestabuc7lq.jpg
Wszyscy staliśmy i patrzyliśmy cóż się może stać. Zjawa przemówiła grobowym głosem.
Mówiła coś, nie pamiętam dokładnie co, ale to były wskazówki. Była mowa o sfinksie, słońcu, wietrze. Zrozumieliśmy, że musimy się udać na pustynie... do siedliska demonów.
Nie mieliśmy jak ruszyć, ponieważ nikt nie mógł postawić portalu. Poprosiliśmy zjawy, żeby nas przeniosła do Papuy. Jednym machnięciem ręki staliśmy przy magu w Papule, lecz zapomnieliśmy o straży. Zdążyłem uciec razem z Tulkasem, Felixor Estarriol i Mikhailem.
Postanowiliśmy zablokować straż i zebrać Tandurika, którego zabiła straż. Wskrzesiłem Tandurika daliśmy mu sprzęt i ruszyliśmy w stronę pustyni...
Mam nadzieję, że inny członek dokończy co się dalej działo. Dziękuje Gofrowi, Mikhailowi, Tandurikowi, Tulkasowi i Felixorowi Estarrio.
Felixor jak zwykle siedzial sobie i grzebal w skrzyni bankowej gdy po jakims czasie uslyszal dziwne slowa od bankiera
- Znowu Ci przekleci nekromanci, po co oni sie tutaj szwedaja.
Zbulwersowany nie mogl nie odpowiedziec na takie slowa.
-Co masz do nekromantow czleku?
Po dluzszej rozmowie bankier zaczal prowokowac Felixora.
-Idz zabij Czarna harpie w ruinach Yew
-A coz bede z tego mial?
-Order juz dawno by tam pobiegl i zabil
-Zatem wyrusze tam i ubije ta harpie
Po drodze dolaczyl sie jeszcze do Felixora Tandurik i razem udali sie na poszukiwanie Czarnej Harpii.
Gdy dotarli stwierdzili razem ze skoro ta Harpia jest ptakiem to dobrze bedzie przypalic skrzydelka. Uzywajac swoich magicznych mocy spalili harpie. W jej ciele znalezli Klucz od jakiejs Twierdzy.
Gdy juz chcieli wracac do bankiera spotkali Tulkasa ktory wlasnie bil jeszcze inna harpie. W drugim ciele znalezli mape.
Udali sie potem do Bankiera od ktorego to wszystko sie zaczelo. Dowiedzieli sie o zlym magu pod ktorego wladza sa cale zastepu roznych stworow. Felixor ktorego ciagnie to wiedzy a takze mocy jaka moze posiadac ow mag postanowil ze moze udac sie do niego razem z reszta.
Dostali od bankiera Magiczna Rune ktora prowadzila do Miasta Piratow.
Spotkali tam jednego z slug Wielkiego Maga ktory spelnil ich prosbe i przeniosl ich w poblize Siedziby Demonow gdzie mieli szukac wskazowek dotyczacych Siedziby Maga. W Siedzibie Demonow spotkali Cien Demona ktory nakazal im szukac Słów Mocy. Nastepnie powrocili do Yew....
Od razu na samym poczatku przepraszam jesli sa jakies bledy w tresci calego questu lub w cytatach na poczatku.
Byla to naprawde mila zabawa.
Dziekujemy Goferowi ^_^ liczymy na dalsza czesc tej kampanii[/i]
Rozejrzałem się dookoła, wyszukując wzrokiem reszty towarzyszy. Piasek i palące promienie słońca nie pozwalały się skupić. Jedyna rzecz, która mogła pocieszyć to, że dosiadałem właśnie pustynnego ostarda, który był przystosowany do tego klimatu. To nie dla mnie! Zbyt mecząca podróż. Jednak nieogarniona ciekawość przed tym, co mogę zobaczyć w siedlisku demonów, nie pozwalała mi zawrócić. Popędzając Jaksze pognałem na przód, aby nie zgubić swych towarzyszy. Spoglądając przed siebie ujrzałem, iż reszta towarzyszy broni stoi w miejscu. Zwolniłem tępa, powoli zbliżając się do nich.
-Co się stało? Czemu stoimy? – Zapytałem spoglądając na Felixora.
Nie musiałem długo czekać na odpowiedz, bowiem przed nami zobaczyłem żywiołaka ognia, straszna bestia paląca się żywym ogniem. Mimo żarzącego słońca skupiłem się i wezwałem swego sługę zrodzonego z wody. Moi kompani również przywołali wodne bestie a wojownicy przygotowali się do boju szykując swe bronie. Ruszyliśmy... Bestia zrodzona z ognia zanim nas dostrzegła została zalana zimna woda, która wyparowała na nim niemal od razu. Wojownicy ruszyli do ataku. Bronie doskonale raniły wroga. Kawałki magmy wylewały się na piasek wydając charakterystyczne syczenie. Magowie w jednej chwili przymknęli oczy wypowiadając słowa zaklęcia: Corp Por! Poczym wiązki energii rozpłatały płomienna pierś bestii. Ciało w kilka chwila o gasło zostawiając po sobie trochę wulkanicznego pyłu. Bez słowa ruszyliśmy dalej, bowiem cel naszej podróży był już kilka chwil stąd. Tulska wstrzymał konia i krzyknął w tył, iż za tą wydma powinniśmy dostrzec mury świątyni, naszego celu. Na naszych twarzach pojawił się uśmiech, bowiem mieliśmy dość już tej podróży przez piaski pustyni. Tulkas miał racje, przed nami pojawiły się bramy świątyni. Wiedziałem, że nie będzie łatwo, bowiem Ophidiany nie czekały na nas z otwartymi ramionami. Mimo skwaru, jaki tu panował uspokoiłem oddech, zerknąłem jeszcze raz do worka ze składnikami, i ruszyłem z reszta przed siebie. Chwile później staliśmy przed otwartymi drzwiami świątyni.
- Musimy ich brać pojedynczo, zwiabie ich. - Obracając się powiedział w naszą stronę Mikhail. Poczym wjechał do środka świątyni. Dwa ziarna później wyjechał galopem z uśmiechem na twarzy. Tuż za nim wybiegły dwie istoty. Ich długie obślizgłe ogony pełzły po piasku niczym po lodzie. Mieli na sobie skórzane zbroje, a skóra, z której były wykonane niezwykle przypominała ludzka a w dłoniach trzymali dwuręczne halabardy. Ophidiany wydały się być zaskoczone. Walka się rozpoczęła! Tulkas wyjechał wprost na dwoje rozkojarzonych istot. Mikhail zaszarżował na te niezwykłe stworzenia rozbijając ich szereg i kalecząc w pierś jednego z nich. Spojrzałem złowrogo na Ophidiany, wydając rozkaz memu słudze zrodzonemu z wody. Wielki strumień wody spadł na głowy naszym wrogom. Wojownicy nie mogli opuścić takiej okazji podskoczyli z flanki bliżej przeklętym istotom raniąc ich niemal jednocześnie w szyje, syczące bestie zatoczyły się a dwóch pozostałych magów wymawiając słowa zaklęcia wymierzyło ogromna fala energii w ich piersi. Ophidiany wpadły z hukiem do świątyni. Jednak już się nie podniosły. Nie tracąc czasu wbiegliśmy do świątyni. Tam czekało na nas już kilkadziesiąt Ophidianów. Rozpoczęła się rzeź na ścianach bryzgała zielona krew. Te pokryte łuską istoty nie były na to przygotowane! Właśnie odprawiały jakiś modły na ołtarzu. Ta walka trwała krótko. Rozejrzałem się po pomieszczeniu. Ujrzałem, iż nekromanta wbiegł już po schodach na pierwsze piętro. Ruszyłem za nim, a za mną reszta kompanii. Na górze ujrzeliśmy cień demona wędrującego po ścianach. Zaczął do nas cos mówić jednak nikt z nas go nie rozumiał. Przyglądałem się mu w milczeniu. Poczym zatrzymał się na wschodniej ścianie i począł przemawiać tak, iż każdy z nas go doskonale rozumiał:
- Jeden z was musi się poświecić! Niech wypije miksturę a w prawej dłoni niech trzyma mapę. Tylko w ten sposób dowiecie się gdzie jest siedziba maga w czerni.
W chwile później ruszył znów w swą wędrówkę po ścianach świątyni pomału tracąc barwę, aż w końcu całkowicie zniknął. Poczęliśmy rozglądać się po sobie. Nastała krepująca cisza. Kto się poświeci? Kim jest owy mag? – Pytania zaczęły wędrować po mej głowie. Ciszę przerwało przeklinanie Tulkasa.
- Ja to zrobię! – Spojrzał na nas, poczym zeszedł ze swego wierzchowca. Wyciągnął z torby na ramieniu miksturę, odkorkował ja. Wsunął prawa dłoń do torby wyciągając mapę. Zamknął oczy, poczym przystawił usta do butelki. Wszyscy patrzeli w zdumieniu na Tulkasa. Co się teraz stanie? Zrobił kilka dużych łyków. Począł chwiać się w siodle i nagle runął jak długi na ziemie. Mikhail pierwszy rzucił się mu do pomocy. Przysunął ucho do ust Tulkasa. Uniósł spojrzenie na nas poczym pokiwał przecząco głowa.
- Nie żyje – wymamrotał pod nosem, jednak w tej ciszy każdemu z nas te słowa wbiły się w uszy jak rozpalone igły. Wstał, dłonią zamknął mu oczy. Spoglądałem na ciało Tulkasa w milczeniu. Wszyscy pogrążyli się w milczeniu wypatrując cienia na ścianie. Dlaczego mu zaufaliśmy? – Pytanie krążyło mi w po głowie. Cisze przerwało pocieranie się metalu o kamienna posadzkę.
- On się rusza! – Krzyknął Mikhail.
Spojrzałem z niedowierzaniem, ale tak to była prawda. Tulkas zaczął odzyskiwać przytomność. Kilka chwil później dosiadł już na wierzchowca, mówiąc, iż musimy dostać się do Yew. Droghey nie czekając wyjął rune ze swej księgi runicznej. Wyszeptał pod nosem słowa zaklęcia i pod jego stopami otworzyła się jasno niebieska magiczna brama prowadząca do leśnego miasta. Widziałem, że to dopiero początek. Ciekawość, kim jest owy mag w czerni zżerała mnie od środka. Może dzięki temu, co się stanie będę miał znów szanse stanąć przed wielka Rada Nekromantów. Nie czekając długo pierwszy wskoczyłem do niebieskiej bramy. Zadając sobie pytanie: Co dalej?
Proszę o wyrozumiałość, to mój debiut w tym dziale forum!
Naprawdę świetna zabawa! Dzieki!
Pozdro.
...chwila odpoczynku w karczmie Yew i znów gnali przed siebie, pokonując gęstwinę lasu. Prowadzeni przez Tulkasa, który pędził, jakby nadal po kryjomu łykał swe grzybki. A może to znajomość celu podróży tak na niego działała. Mikhail zastanawiał się, gdyż zostawał teraz wyraźnie w tyle. Galopowali tak dość długo. Kwiecista polana, na którą wskazywała mapa znajdowała się daleko od miasta. W końcu jednak krajobraz wyraźnie się zmienił. Wyjechali z lasu na wielką łąkę, przyozdobioną najróżniejszymi kwiatami o niespotykanych kształtach i barwach. Zatrzymali się, urzeczeni pięknem tego miejsca. Nastrój chwili został jednak brutalnie zmącony przez oddział centaurów galopujący teraz w ich stronę . Bestie owe najwyraźniej za nic miały piękno kwiatów, które teraz ginęły pod ich kopytami.
- Do broni !
Mikhail krzyknął, przyjmując silne uderzenie na tarczę i oglądając ze zdziwieniem wgięcie, jakie na niej pozostało. Chwilę potem centaur legł jednak, pchnięty Tulkasowym mieczem.
- Za tobą Mik, schyl się ! Corp por !
Droghey wymamrotał zaklęcie, nie czekając wcale na reakcję woja. Tuż obok jego głowy przeleciał z rykiem potężny strumień energii, który powalił na ziemię kolejnego centaura. Mik jeszcze przez chwilę rozglądał się w poszukiwaniu żywych wrogów, po czym odetchnął i schował broń. W tej samej chwili jednak, wszyscy zamarli...
Przed nimi wzniecione zostały ogromne ilości pyłu i kurzu, tworząc coś na kształt trąby powietrznej. Zaraz potem, w błyskawicznym tempie wyrosła z podziemi wieża. Budynek sprawiał istnie upiorne wrażenie.
Przez moment spoglądali po sobie, bojąc się ruszyć z miejsc. Jak tak stali, ogromne wrota zamczyska zaskrzypiały i rozwarły się. Ze środka, powoli, wyłonił się mag odziany w czarną szatę, mający prastarego licha u swego boku. Przemówił zachrypłym głosem, dając drużynie trzy możliwości dalszego postępowania. Pierwsza zakładała ucieczkę, kolejna zdobycie siedmiu głów potężnych osób zamieszkujących Sosarię a ostatnia zagadkę... Nie namyślali się długo i wybrali trzecią możliwość. Mag w czerni rzekł spokojnym głosem:
- Z myśli powstało zanim powstało. Nie było bogów, gdy było. Szarość imieniem oraz brzemieniem.
http://img117.imageshack.us/my.php?image=uo00011jp.jpg
Tulkas podrapał się chwilę po głowie, zrobił zdziwioną minę, po czym warknął gniewnie:
- Mówię Wam ! Wezwijmy silniejszych z Yew i zgładźmy tego maga, co na nasze miasto nastaje !
Mikhail nie był pewien, czy siłą coś zdziałają:
- Nie, poczekajmy i pomyślmy nad zagadką, skoro mag dał nam czas na to...
Felixor, chyba najinteligentniejszy z całej ekipy, po chwili namysłu zawołał z przejęciem w głosie:
- Chyba wiem, o co może chodzić magowi. Przyjaciele, pozwólcie mi spróbować odpowiedzieć.
Raźnym krokiem podszedł do mrocznej postaci maga i rzekł:
- Życie ! To na pewno o to ci chodziło magu...
Mag uniósł nieco brew:
- Dobrze... Udało wam się rozwikłać zagadkę. Jednak nie myślcie, że to już koniec !
Zrobił nieznaczny gest dłonią w stronę służącego mu prastarego licha, samemu znikając.
Lich począł mamrotać jakies niezrozumiałe zaklęcia i znów rozgorzała zaciekła walka. Mik niewiele myśląc, wyciagnął zza pasa srebrny morgensztern i zaszarżował na licha. Celny cios w czerep stwora sprawił, że... broń się pogięła. Mik zaklął w duchu:
- Cholera, powinienem sprawdzić swój sprzęt przed wyprawą...
Schował zużytą broń i wyjął młot w nieco lepszym stanie. Chwila nieuwagi sprawiła jednak, że został odepchnięty potężnym zaklęciem licha poza pole walki. Spadł z konia i słaniał się na nogach, zamroczony przez pewien czas. Słyszał jedynie wściekłe krzyki Tulkasa i szczęk jego miecza w oddali. Do uszu Mika dochodziły też słowa zaklęć wypowiadane przez magów. Przez chwilę jeszcze woj odzyskiwał świadomość, po czym wreszcie zobaczył wyraźnie najbliższe otoczenie. Przetarł oczy z niedowierzaniem. Jego towarzysze leżeli poranieni. Prastary lich, wciąż mamrocząc zaklęcia, kroczył powoli w stronę Tulkasa, który miotając się na ziemi szukał swego miecza.
Mik czym prędzej dopadł wierzchowca i pognał w stronę licha.
- Argh !!
Runął na niespodziewającego się niczego stwora i powalił go celnym uderzeniem młota. W tym samym czasie magowie doszli do siebie, a Tulkas znalazł w trawie miecz.
Mik odwrócił się i krzyknął w stronę towarzyszy:
- Wygraliśmy !!
Po chwili zdziwił się jednak bardzo, kiedy ci zaczęli znów wymawiać zaklęcia bojowe a Tulkas biegł w jego stronę z uniesionym mieczem. Dopiero teraz usłyszał charczenie i spojrzał za siebie. Z ziemi poczęły wygrzebywać się kolejne liche. Tulkas, mijając Mika, ściął ciosem jednego z nich. Czary magów uderzyły w pozostałych. Cała akcja trwała tylko chwilę.
Wieża maga w czerni zniknęła tak szybko, jak się pojawiła. Rozległ się jeszcze głos:
- Jesteście wolni... i Yew na lat dziesięć...
Dopiero teraz wszyscy odczuli ulgę.
Tulkas, wymachując gniewnie mieczem, bynajmniej nie życzył czarnemu magowi powrotu:
- Zostając na tej ścieżce spotka cie jeno śmierć !
- Następnym razem będziem lepiej przygotowani !
http://img112.imageshack.us/my.php?image=31ou.png
Drużyna opatrzyła swe rany, nakarmiła wierzchy i powróciła spokojnym krokiem do Yew. Aura zła, która pętała dotychczas miasto, teraz gdzieś zniknęła...
Ps.
Ja również cieszę się z udziału w queście :)
Dlugo pozniej przyszli we dwoch... On i Kaplan...
Mag z niechecia spelnil to co przyrzekl onegdaj Panu. Nie wierzyl w to, ze Kaplan kiedykolwiek przybedzie, lecz przybyl. Stare przepowiedni moga mowic prawde...
- Wezcie tron!
- Wezcie i jego przeklenstwo... dodal w duchu.