(https://i.pinimg.com/originals/d5/35/fd/d535fd18fc4a69c71fbbdc4017569216.jpg)
Zgarbiona postać zbliżała się powolnym krokiem do wielkiej bramy górniczego miasta. Szczyty gór na horyzoncie ukryte były pod pierzyną białych chmur. Ewidentny problem z poruszaniem się sprawiał, że zostawiał długi szlak prostej linii na śniegu. Jedną nogę ciągnął za sobą. Lodowaty wiatr co i rusz porywał jego szary, znoszony płaszcz, którym w tym momencie próbował się szczelnie opatulić. W blasku odbicia gwiazd wyglądał mizernie, sylwetką przypominał dziecko. Każdy kolejny krok sprawiał mu nie mały problem. Wdech... wydech. Chwila odpoczynku, i kolejny krok. Nie ma pośpiechu...
Z daleka widział dwóch wartowników którzy od czasu zniszczenia bramy nieustannie pilnują wejścia do miasta. Stając niedaleko, oparł się o pobliskie drzewo skrywając się w jego mroku. Rozłożył na ziemi swój plecak, i rozwiązał mocno zawiązany supeł, ukazując małą dziurkę z której buchnął promień zielonego światła. Mężczyzna szybko zasłonił ręką otwór rozglądając się za naocznymi świadkami.
Już czas...