Akt I
Kolejny wschód słońca na morzu, sama już nie wie który, ale wchodząc na okręt wraz z krasnoludami – którzy jak wiadomo nie przepadają za falami morskimi – spodziewała się raptem kilku dni na statku a nie wyprawy na druga stronę morza. Jak zwykle każdego dnia wychodząc z pod pokładu , trzeba uważać na śpiących krasnoludów – zazwyczaj zasypiają w miejscu, gdzie kolejny łyk spirytusu był na ten wieczór ich ostatnim.
Cisza, która towarzyszyła jej podczas rozmyślania nad przeszłością i zarazem przyszłością, została nagle przerwana przez głośny dźwięk rogu, znajdującego się zaraz przy sterach okrętu. Odwracając głowę, zza porannej mgły, unoszącej się nad woda i w jej odczuciu cholernie gęstej, widać zarys czegoś dużego, dopiero po chwili zarys ten przybiera formę – okręt. Podobny do tego którym płynie i ona, po chwili kolejny dźwięk z drugiej strony burty i kolejny statek. Widać ruch wśród załogi statku, jedni dobiegają do lin od żagli, inni zaś wbiegają na maszty a spoglądając na bocianie gniazdo widać już trzech ludzi wypatrujących ... no właśnie czego. Biegnący chłopak w stronę dziobu statku upada, po potknięciu się o nogę kobiety.
- niech cię szlag kobieto... – nie zdążył dokończyć gdyż panienka dość siarczyście uderzyła go pięścią w twarz. -co się dzieje? – spytała łagodnie mimo tego ze sekundę wcześniej prawie połamała nos marynarzowi. - ląd, zaraz będziemy rzucać kotwice – odpowiedział młodzieniec podnosząc się i trzymając za nos. Kiwnęła głową, okryła się swym płaszczem oraz zarzuciła kaptur na głowę i ruszyła w stronę kajuty kapitana.
Drzwi otworzyły się niespodziewanie, wiec zarówno krasnolud, mający za pasem topór jak i kapitan sięgnęli swego oręża, jedynie nawigator przestraszony złapał sekstans i schował się za dębowym stołem. – cóż za przywitanie – rzekła kobieta wyciągając worek z monetami i rzucając go na stół – wedle umowy – pokazała na kapitana okrętu i wyszła. – Dziwna kobieta, nawet nie spytała gdzie płyniecie ani po co, jedynie co ja interesowało to jak najszybciej wypłynąć z portu w .... – kapitan mówiąc to przerwał wtedy, kiedy krasnolud uderzył swoją wielka ręka o stół - nie obchodzi mnie ta dziewka ani jej historia a TY mów kiedy dopłyniemy do celu – obrócił się i złapał za koszule nawigatora, który był aż blady ze strachu.
W przeciągu tych kilku godzin od usłyszenia dźwięku rogu do zrzucenia kotwicy i przygotowania łodzi, wszystkie krasnoludy zdążyły się dozbroić jak i wytrzeźwieć, każdy miał oręż , solidną zbroje oraz za paskiem obowiązkowo butelkę z trunkiem. Kobieta wsiadła do jednej z ostatnich lodzi odpływających w stronę rzekomego lądu. Zbliżając się do brzegu powoli zaczęła się wyłaniać z mgły budowla, na pewno wojskowa , po chwili można było stwierdzić ze jest to swego rodzaju warownia w górach tylko co to za strażnicy, którzy poddali budynek bez walki. -Już wiem czemu tu tak zimno – zakryła dokładniej ramiona płaszczem patrząc na ośnieżone szczyty górskie i śnieg na lądzie.
Oddalając się od łodzi spojrzała tylko na krasnoludy jedni byli źli drudzy rozczarowani. – Spodziewali się bitki a tu taka niespodzianka – powiedziała pod nosem, spoglądając na odział skrępowanych strażników. Odwróciwszy wzrok w stronę lądu, ujrzała nad koronami drzew dym. – Miasto bądź osada – uśmiechnęła się, zaciągnęła kaptur i powędrowała, niknąc w ciemności lasu tak jakby stała się niemal jego czescia...