DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Dezzmond w 2024 08 21, 20:33:20

Tytuł: Mithrilowy Rycerz
Wiadomość wysłana przez: Dezzmond w 2024 08 21, 20:33:20
Zza horyzontu wyłoniło się słońce rzucając swe pierwsze promienie na gęstą, leśną knieję. Grupa podróżników przedzierała się pieszo przez las skąpany w półmroku. Światło ledwo przebijało się przez gęste korony drzew Yew. Powietrze było wilgotne, a delikatna mgła unosiła się tuż nad ziemią, wnikając w każdy zakamarek kniei. Cienie drzew, wydłużone przez wschodzące słońce tworzyły na ziemi zawiłe, przeraźliwe wzory, które wydawały się żyć własnym życiem. Wewnątrz lasu słychać było subtelny szum liści poruszanych lekkim wiatrem oraz śpiew ptaków, pełnych energii po zimowej ciszy, witających nowy dzień. Gdzieniegdzie widać było kępki paproci, porośnięte świeżym mchem pnie starych drzew, a także małe, dzikie pędy kwiatów, rozkwitające nieśmiało na polanach i wśród ścieżek. Podróżnicy ciągnęli ze sobą wypchane po brzegi torby. Na czele grupy szedł starszy mężczyzna, ubrany w proste, lecz solidne szaty. W dłoni trzymał drewniany kostur, który pomagał mu w trudnych do pokonania miejscach. Widać było, że dobrze znał las, prowadząc swoich towarzyszy pewnie, choć z widocznym wysiłkiem.

(https://i.postimg.cc/d0CYF2JZ/OIG4.jpg)

Wkroczyli na polanę, która w przeciwieństwie do reszty lasu była dobrze oświetlona przez promienie słońca, które wznosiło się coraz wyżej, muskając skórę delikatnym, przyjemnym ciepłem. Nagle mężczyzna uniósł jedną z dłoni wstrzymując grupę. Na środku polany rosło stare, porośnięte gęstym mchem drzewo, którego potężne konary sięgały wysoko ponad korony drzew otaczających leśny matecznik. Tuż przy drzewie leżało ciało rycerza w mithrilowej zbroi. Przewodnik podszedł niepewnie w jego kierunku, gdy reszta grupy pozostała na skraju polany. Nie spuszczając wzroku z lśniącej od promieni słońca zbroi, zbliżał się do niej krok po kroku, gdy nagle potknął się, stracił równowagę i runął  wprost na ziemie. Leżąc w gęstej trawie, dostrzegł głowę młodego mężczyzny, oddzieloną od reszty ciała, leżącą tuż obok niego. Po okolicy rozległ się przeraźliwy krzyk. Po chwili spośród drzew wyłoniła się przerażająca bestia. Tuż przed mężczyzną stała wielka, wyprostowana istota, stojąca na dwóch łapach, o przygarbionych, umięśnionych ramionach, wydłużonym wilczym pysku, spiczastych uszach wystających ponad głowę oraz żółtych ślepiach przeszywających na wskroś. Niemal całe ciało bestii było pokryte gęstym, brunatnym futrem. Spod nieco krótszej sierści na twarzy, ramionach i klatce piersiowej przebijała się skóra do złudzenia przypominająca ludzką. Dłonie i stopy bestii były nienaturalnie duże, o szerokich, szorstkich palcach zakończonych białymi, zakrzywionymi pazurami skąpanymi we krwi. Tajemnicza istota przysiadła na ziemi. Nie spuszczając wzroku z mężczyzny trzymała przednie łapy wyprostowane pod sobą, zaś tylnie nieco zgięte, przygotowane do skoku. Reszta grupy wycofała się powoli w głąb lasu będąc poza obszarem zainteresowania bestii. Mężczyzna wstał ostrożnie z ziemi dygocząc ze strachu. Patrzył bez ustanku w kierunku wilczej istoty unikając jej bezpośredniego wzroku. Nie wykonując gwałtownych ruchów, krok po kroku, powoli cofał się w przeciwną stronę. Mijając granicę polany, niknąc między drzewami odetchnął z ulgą widząc jak bestia zawróciła w głąb lasu tracąc zainteresowanie potencjalną ofiarą.

Kilka klepsydr wcześniej, gdy słońce nikło na horyzoncie ustępując miejsca blasku księżyca, z jaskini ukrytej pośród leśnej gęstwiny wyłonił się brunatny wilkołak. Jego ciężkie, masywne łapy poruszały się niemal bezszelestnie po miękkim mchu. Czuł, jak wilgotne powietrze wypełnia jego nozdrza niosąc zapach igliwia i mokrego drzewa. Sierść na karku stroszyła się lekko, gdy ostre uszy wyłapywały każdy dźwięk: trzask łamiącej się gałęzi, szelest liści, cichy plusk wody w oddali. W ciemności jego oczy lśniły nienaturalnym żółtym blaskiem, jakby wnikając w głąb mroku. Las był gęsty i nieprzyjazny, drzewa rosły blisko siebie, ich splątane korzenie tworzyły pułapki, a krzewy i cierniste pnącza tkały sieć przez którą trzeba było przebić się siłą. Jego muskularne ciało łatwo prześlizgiwało się między gałęziami, zrywając pnącza jednym ruchem. Czuł, jak serce bije mu szybciej, adrenalina napływała do mięśni, a zmysły wyostrzały się z każdym krokiem. Wiedział, że nie jest jedynym drapieżnikiem w tej gęstwinie. Inne stworzenia, mniejsze i bardziej przerażone, czuły jego obecność, co potęgowało ich strach. Ale wilkołak nie szukał pożywienia ani schronienia. Jego łaknienie było inne, głębsze, niezaspokojone... Nagle zatrzymał się, stając w pół kroku. W jego nozdrza uderzył nowy zapach – zapach, który znał aż za dobrze. Ludzka krew. Ciepła, świeża, unosząca się na chłodnym wietrze jak pieśń niosąca obietnicę. Wilkołak skulił się lekko, gotów do skoku, a jego pazury zagłębiły się w ziemię. Zanurzył się głębiej w las, dążąc ku źródłu zapachu. Każdy krok przybliżał go do celu. Z każdym krokiem czuł, że zwycięża jego dzika, nieposkromiona cząstka. Kiedy zbliżył się do leśnej polany, jego nozdrza wypełnił intensywny zapach wilczej krwi. W gęstniejącym mroku jego oczy dostrzegły postać człowieka, którego obecność była niczym cierń wbity w tkankę lasu. Mężczyzna, ubrany w ciężką, lśniącą, mithrilową zbroję, trzymał w dłoni miecz, z którego ostrza ściekały krople krwi. Serce wilkołaka zaczęło bić szybciej, a jego krew, gęsta jak smoła, zagotowała się w żyłach, gdy dostrzegł, co leżało u stóp rycerza – martwy wilk, który zapiszczał przeraźliwie oddając ostatnie tchnienie, przyciskany do ziemi stalowym butem mężczyzny. Wilkołak poczuł, jak w jego wnętrzu coś pęka. Dzika furia wybuchła w nim jak pożar, którego nie sposób było ugasić. Jego sierść stanęła dęba, mięśnie napięły się niczym struny. Rycerz nie zdawał sobie sprawy, jak wielki błąd popełnił, naruszając równowagę lasu. Oczy wilkołaka zapłonęły krwistym blaskiem pełnym rządzy. Po lesie rozległ się niski, głuchy warkot, który przetoczył się przez polanę jak grzmot zapowiadający burzę. Rycerz uniósł głowę, spoglądając na bestię, a w jego oczach widać było wyraźną mieszankę zaskoczenia i przerażenia. Nie miał jednak czasu, by zareagować, gdy wilkołak rzucił się na niego z całą swoją siłą i zwinnością. Starcie było szybkie i brutalne. Miecz rycerza uderzył w ciało wilkołaka, ale nie zatrzymał jego furii. Potężne pazury rozerwały metal i ciało, a krzyk człowieka zagłuszył dźwięki lasu. Wilkołak czuł pod swoimi łapami drżącą ziemię, czuł, jak metal zbroi pęka pod jego siłą, jak ciało rycerza ustępuje pod jego gniewem. Każde uderzenie pazurów było aktem zemsty, każde rozdarcie mięsa przypomnieniem jego niewybaczalnego czynu.

(https://i.postimg.cc/7hKv9Xnd/OIG3-6pxplk-LB.jpg)

Morał tej historii jest krótki i niektórym znany – odchodząc od komputera, makro wyłączamy... Opowiadanie z pozdrowieniami dla pewnego niedoświadczonego rycerza, który zapomniał, że ćwicząc w lesie można napotkać potężniejsze istoty niż te z którymi poradzi sobie automat. Jednocześnie początkiem historii chciałem pokazać przykład prawidłowego zachowania w obliczu napotkania dzikiej bestii na swojej drodze. Uwierzcie mi – to może uratować życie, co jest szczególnie ważne jeśli planujecie w najbliższym czasie, korzystając z ciepłych letnich wieczorów wybrać się na romantyczny spacer po lesie ze swoją drugą połówką.