✦ Kamienne Serce Gór
Góry Brytanii od zawsze były miejscem, gdzie cisza mieszała się z grozą. Wysokie szczyty ginęły w chmurach, przełęcze strzegły swoich tajemnic, a wąskie ścieżki prowadziły wprost w otchłań. To tam, w jednej z niedostępnych dolin, zebrała się drużyna śmiałków – dziewięcioro bohaterów, aby udrożnić przejście pomiędzy skałami, które od wieków oddzielały wioski kupców od szlaków handlowych.
W ich oczach było skupienie, a w sercach mieszanina odwagi i lęku. Na czele kroczył ciężkozbrojny rycerz, którego czarna zbroja połyskiwała w promieniach słońca. Obok niego maszerował berserker w skórach, z młotem ciężkim jak los, zawsze gotowy do szału bitewnego. Dwaj łucznicy, znani z celności, której zazdrościłby im każdy strażnik z Brytanii, posuwali się lekko, czujni i milczący. Z tyłu bardowie stroili lutnie i fletnie, gotowi do pieśni, które miały podnieść serca do boju, a magowie mamrotali inkantacje, trzymając w dłoniach laski i sztylety splecione zaklęciami. Nad nimi wszystkimi górował golem, a raczej krasnolud we wspomaganym pancerzu aktywowanym krasnoludzkimi runami umieszczonymi na kolczudze – wierny strażnik, zmaterializowany z samego mithrilu.
Góry Brytanii przywitały śmiałków ciszą, tak gęstą, że każdy krok odbijał się echem w dolinach, jakby same szczyty nasłuchiwały. Nie było tu miejsca dla zwykłych ludzi – powietrze było rzadkie i ostre, pachniało pyłem i pradawną magią, a niebo zdawało się niższe, gotowe przygnieść każdego, kto ośmielił się zakłócić jego spokój.
Drużyna stanęła u stóp przełęczy, gdzie ściana kamieni zamykała drogę jak potężna brama. Nie była to zwykła zawaliska – skały miały w sobie coś nienaturalnego, jakby ręka bogów własnoręcznie postawiła je na drodze, aby oddzielić dwa światy.
Rycerz uniósł rękę, a jego zbroja zabrzmiała jak dzwon.
— Tutaj otworzymy przejście — powiedział głosem, który nie znał wahania.
Berserker parsknął śmiechem, opierając młot o ramię.
— Kamień to tylko mięso ziemi. Każde mięso da się rozbić, jeśli ma się dość siły.
Magowie wymienili spojrzenia, a jeden z nich uniósł laskę.
— Uważajcie. Góry mają swoje sekrety. Nie każda skała poddaje się dłutu.
Łucznicy bez słowa naciągnęli cięciwy i spojrzeli ku klifom, gotowi do obrony. Bardowie uderzyli lekko w struny lutni, jakby chcieli nadać rytm pracy, a ich pieśń uniosła się lekko, przypominając o dawnych bohaterach, którzy wyruszali na podobne wyprawy.
A potem padł pierwszy cios kilofa.
Dźwięk uderzenia rozszedł się po przełęczy jak grom. Kolejne uderzenia dołączyły do niego, tworząc surową melodię – pieśń młotów i dłut. Kamienie kruszyły się, odpryski tańczyły w świetle słońca, a pył unosił się w powietrzu jak mgła. Z każdym ciosem przełęcz stawała się jaśniejsza, a śmiałkowie czuli, że naprawdę zdobywają ziemię, że odzierają góry z tajemnic, które skrywały od wieków.
Krasnolud w swym magicznym pancerzu, pracował bez wytchnienia, jego ramiona były jak katapulty, każdy ruch odłupywał całe głazy. Rycerz i berserker dołączali do pracy, ich siła mieszała się z mocą kamiennego towarzysza. Łucznicy pilnowali otoczenia, a bardowie przyśpiewywali, nadając rytm i wzmacniając serca towarzyszy.
Przez chwilę zdawało się, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Słońce wspinało się ku zenitowi, echo kilofów niosło się po dolinach, a praca posuwała się naprzód. Każdy wiedział, że to, co robią, zostanie zapamiętane – że to oni ponownie otworzą drogę przez góry.
Aż w pewnej chwili rycerz dostrzegł coś niezwykłego – połyskujący głaz zatopiony w ścianie przełęczy. Nie był to zwykły kamień. Świecił wewnętrznym blaskiem, jakby w środku płonął uwięziony księżyc. Gdy ostrza kilofów uderzyły w jego powierzchnię, rozległ się metaliczny dźwięk – nie pęknięcie, lecz echo, które zdawało się przenikać do samego serca każdego z obecnych.
Nikt jednak nie przypuszczał, że każdy cios w skałę zbliża ich nie tylko do celu, lecz także do przebudzenia czegoś, co spało w sercu gór od niepamiętnych czasów.
Nie minęła chwila, a z półek skalnych nad nimi oderwały się kształty. Harpie – ale nie z krwi i kości. Ich skrzydła i szpony były utkane z szarego granitu, a oczy świeciły jak rozpalone węgle. Spadły na drużynę z przeraźliwym wrzaskiem, niosąc śmierć.
Rycerz podniósł tarczę i zatrzymał pierwszy atak. Berserker runął naprzód z rykiem, roztrzaskując skrzydło jednej z bestii. Łucznicy wypuścili grad strzał, a pieśń bardów poniosła się nad doliną – melodia, która dodała odwagi, sprawiając, że każdy cios uderzał mocniej, a każda rana bolała mniej. Magowie rzucili kule ognia, które eksplodowały wśród skrzydeł harpii, rozsypując ich kamienne ciała w pył.
Zwyciężyli, lecz kamień wciąż lśnił.
Gdy kolejny raz spróbowali go skruszyć, ziemia zatrzęsła się, a ze szczelin skalnych wyłoniły się sylwetki – gargulce wyrzeźbione z kwarcytu, ciężkie i potężne. Ich skrzydła trzepotały jak młoty, a każdy cios ich kamiennych pięści był jak uderzenie taranu.
Walka była ciężka. Rycerz ledwo utrzymywał tarczę, a berserker wpadł w szał, jego młot rozłupywał skały na kawałki. Krasnoludzki golem, zrodzony z magii, zmierzył się z gargulcami jak równy z równym – walka metalu przeciw kamieniowi dudniła jak burza. Łucznicy strzelali bez wytchnienia, a pieśni bardów stawały się coraz bardziej gwałtowne, rozpalając w sercach wojowników płomień.
Z trudem, lecz i to zagrożenie zostało pokonane.
Nie zdążyli odetchnąć, gdy kamień raz jeszcze zapulsował światłem. Tym razem blask był oślepiający, a z wnętrza góry wydobył się przerażający ryk. Ze szczelin skalnych wypełznął młody smok – jego łuski były z czystego marmuru, skrzydła przypominały granit, a oddech nie był ogniem, lecz pyłem, który dławił płuca.
Walka ze smokiem była niczym starcie z samą górą. Każde uderzenie ogona kruszyło skały, każde skrzydło wzniecało lawinę kamieni. Magowie otwierali portale płomieni, bardowie grali aż struny pękały, a rycerz wraz z berserkerem stawali ramię w ramię, by odciągnąć uwagę bestii. Łucznicy szukali szczelin w marmurowym pancerzu, a krasnoludzki golem zaryzykował i chwycił smoczy ogon, by powalić go na ziemię.
Smok runął, rozbijając się o własne gniazdo skał, lecz cena była wysoka – każdy z bohaterów nosił teraz rany.
Ziemia zadrżała, jakby całe góry wstrzymały oddech. Z rozłupanych skał buchnęło światło i pył, a ciszę przerwał ryk tak potężny, że powietrze drżało w płucach. Z wnętrza przełęczy wynurzyła się istota większa niż wieże Britain – wielki smok z kamienia, prastary strażnik, ulepiony z samego serca gór.
Jego łuski były jak klify, każde skrzydło niczym płat skalnego urwiska, a oczy płonęły czerwienią, jak rozżarzone wnętrze wulkanu. Każdy krok tego kolosa kruszył ziemię, każdy ruch skrzydeł zasypywał bohaterów gradem odłamków. To nie był przeciwnik zrodzony z ciała – to był żywy monument, gniew samej Britanii.
Rycerz uniósł tarczę, lecz cios smoczej łapy odrzucił go jak liść na wietrze. Berserker ryknął i runął naprzód, jego młot rozciął powietrze, lecz obuch odbił się od kamiennej łuski z brzękiem, jakby uderzył w górotwór. Golem, w którego sercu tliła się krasnoludzka moc, stanął naprzeciw niego – i gdy ich pięści zderzyły się, echo rozniosło się po dolinach jak grzmot burzy.
Łucznicy zasypali smoka deszczem strzał, celując w szczeliny między łuskami. Niektóre trafiały, wbijając się głęboko, inne kruszyły się jak patyki o skałę. Magowie splatali zaklęcia – płomienie, błyskawice, fale energii – a każdy czar uderzał w potwora jak grom z nieba. Lecz smok odpowiadał własnym oddechem – chmurą kamiennego pyłu, która dusiła, kaleczyła i odbierała wzrok.
Bardowie nie ustali, ich pieśni stawały się coraz bardziej dzikie, pełne rozpaczy i odwagi, wyciągały z serc towarzyszy resztki siły.
Bitwa trwała – godziny mijały. Ziemia wokół przełęczy była jedną wielką ruiną. Rycerz, krwawiący i zmęczony, zdołał wbić miecz w pysk bestii, gdy berserker w szale rozłupał jedno z jej skrzydeł. Golem padł na kolana, zmiażdżony, lecz w ostatnim akcie chwycił łapę smoka i przytrzymał ją, dając towarzyszom chwilę.
Wtedy magowie połączyli swe moce – ogień i błyskawice splotły się w jedną włócznię światła, którą wystrzelili w samo serce potwora. Huk był tak wielki, że całe pasmo górskie odpowiedziało lawinami.
Smok zawył, jego ciało pękało jak roztrzaskiwany posąg. Jeszcze raz uniósł głowę ku niebu, jeszcze raz rozłożył skrzydła, lecz nim zdołał uderzyć, runął na ziemię niczym potężny meteoryt.
Drużyna, poraniona i wyczerpana, patrzyła, jak proch z kamiennego cielska unosi się nad zwłokami. Gdy pył opadł, pozostała tylko cisza – głęboka i pełna. W tej ciszy, która nastała, połyskujący kamień nagle sam rozsypał się w niezliczoną ilość drobinek, które uniosły się w powietrzu niczym gwiezdny pył i zniknęły w nocnym niebie.
Śmiałkowie stali wśród ruin i ciał pokonanych przeciwników. Przełęcz była już wolna, a droga przez góry otwarta. Lecz każdy z nich wiedział, że nie kruszyli zwykłego głazu – dotknęli tajemnicy starszej od Brytanii. Tajemnicy, która żyje w górach i być może jeszcze powróci.
Wydarzenia z mojej perspektywy ;)
p.s. Byłbym zapomniał o jakże heroicznym oddaniu krasnoludzicy Karuny Zharrad-Grund Aetharn, która to zadbała by na polu walki każdy miał w pobliżu dzban spirytusu krasnoludzkiego ( kto spirytus podaje w dzbanach ? ). Maszkary nas trapiące akceptowały chwilowe zawieszenie broni na łyk czegoś mocniejszego ;)
Dziękuję wszystkim, świetnie się bawiłem i oby więcej takich inicjatyw.
A krasnoludzica ze spirytusem to za mała żeby zauważyć?
Lindi gdyby nie Twój alkohol to by nie było tej treści ;)
Mnie imiennie tez tam nie ma, jestem jednym z wielu.