Krasnolud zaklął pod nosem. Podrapał się po karku i zaklął jeszcze raz. Obrócił trzymaną w rękach kartkę do góry nogami.
- Hmm – zamruczał – teraz to ma sens...
Krasnolud jeszcze raz spojrzał na rysunek, sporządzony późnym wieczorem poprzedniego dnia. Właściwie to już nad ranem...
...Autorem tego rysunku był dziwny nieznajomy. Sympatyczny, ale jednocześnie wzbudzający trudną do opisania niepewność, odczuwaną w trzewiach. Taką niepewność poczuł w momencie, gdy poprzedniego dnia do karczmy wszedł nieznajomy. Okazał się on być dobrze zorientowany w sprawach światowej polityki i miał zapas najnowszych wieści z najodleglejszych stron, toteż nikt nie miał nic przeciwko, gdy przysiadł się do ich stolika. Uczucie niepewności ulatywało wraz z upływem wieczoru, a dodatkowo przytępił je wypity alkohol. Nad ranem zostali sami, siedząc pod kuflami, utyskując i rozmazując palcami rozlane piwo. Gdy dopijali ostatnią butelkę spirytusu, nieznajomy podważając kozikiem ściągnął z niej etykietę i nabazgrał na jej odwrocie węglem nieregularny kształt. Rysunek zakończył stawiając zamaszysty krzyż wewnątrz figury.
- Udaj się tam jutro, a w zaznaczonym miejscu znajdziesz skrzynię ze skarbami – powiedział nachylając się i ściszając głos.
Słowo ,,skarb" zadziałało na wyobraźnię krasnoluda. Schował pod pazuchę świstek papieru i pożegnał się z nieznajomym. Lekko bełkotliwie. Nazajutrz udał się do znajomego szypra, który w lot wyznał się na nietypowym rysunku.
- To Jhelom – zawyrokował skubiąc własną brodę.
Krasnolud kiwnął głową ze zrozumieniem. Początkowo szyper nie był skory zabrać go tam, ale przekonała go pękata sakiewka wyciągnięta przez krasnoluda. Pod koniec rejsu statek dopłynął na nabrzeża dawnego miasta Jhelom. Kapitan statku przebierał nogami i był wyraźnie poddenerwowany.
- No, gramol się na brzeg mości krasnoludzie. Zaraz się zlezą te zawszone orki, a ich strzały niosą daleko.
Gdy tylko krasnolud zeskoczył na brzeg, stateczek odbił od brzegu i z zaskakującą prędkością oddalił się od brzegu. Długobrody wziął do ręki stylisko topora i chwacko ruszył na poszukiwania zaznaczonego punktu. Omijał ufortyfikowane miasto, które niegdyś tętniło życiem, a dziś było opanowane przez dzikie potwory. Swego czasu wraz z kuzynami próbowali się przebić do miasta, ale ugięli się pod przeważającymi siłami złożonymi z różnej maści plugastwa: magicznych żywiołaków, paskudnych orków, nieumarłych szkieletów i górujących nad nimi wszystkimi przerośniętych gigantów. Wielokrotnie później zastanawiał się, jak to się stało, że ta różnorodna hałastra była w stanie opanować tak dobrze ufortyfikowane miasto. Jednak jego ciekawość na temat tego, kto faktycznie dowodził tymi legionami nigdy nie została zaspokojona. Dzisiaj też nie miał zamiaru tego dociekać. Chyłkiem przemknął się pod murami miasta. Szukał zawzięcie miejsca ukrycia skarbu. Gdy obszedł już całe południowe wybrzeże wyspy i powoli tracił nadzieję na jego odnalezienie...
...Nagle puknął się w czoło i zaklął pod nosem. Obrócił w dłoni kartkę, przypominając sobie, że z autorem mapy siedzieli po przeciwnych stronach ławy. Udał się więc na przeciwległą krawędź wyspy i po krótkim poszukiwaniu stanął w miejscu w przybliżeniu odpowiadającym miejscu zaznaczonemu na mapie. Rozchylił toporem najbliższe zarośla i jego oczom ukazał się niewielki monument i leżąca u jego podstawy solidna skrzynia. Monument pokryty był znakami i runami, z których poznał tylko jedno- oznaczało ono jaspis.
- A skąd ja teraz wezmę jaspis?! – zakrzyknął bezwiednie. Wizja bogactwa już dawno pobudziła go niezdrowo i od samego rana nie myślał trzeźwo (i to bez związku z wypitą poprzedniego dnia ilością alkoholu). Zdenerwowany szarpnął za wieko skrzyni.
- On nic nie wspomniał o chędożonych jaspisach! – zakrzyknął raz jeszcze krasnolud i z rozmachem kopnął w monument.
W tym momencie poczuł, jak przed oczami robi mu się naprzemiennie ciemno i jasno, a świat zawirował. W skroniach pociemniało i poczuł jak upada ciężko na trawę. Dech mu zaparło, a z ust bezwiednie wydobyło się głuche westchnienie. Otworzył oczy i podniósł głowę. Leżał kilkanaście łokci od monumentu, który pobłyskiwał złowrogo. Podniósł głowę, ale wciąż szumiało mu w uszach. Spróbował podnieść się z godnością, ale w tym momencie dostrzegł, że trawa wokół niego ciemnieje, a cała polana kryje się w cieniu...
(https://i.ibb.co/C5P3XCjN/J11.png)
(https://i.ibb.co/rGJXyTzM/J2.png)