Rozdział 1: Klucz
Pożegnał wkońcu mokrą i zarośnietą dżunglę. Po kilku godzinach zwiedzania Kalehorn miał serdecznie dość wilgotnego, duszącego powietrza i chmar komarów bzyczących mu nad głową. Jego rumak Pegaz parsknął radośnie na widok zielonych traw łąki pod sobą.
Pół-ork, choć również się cieszył, był w nieco gorszym nastroju. Nie odnalazł tego czego szukał, a był prawie pewien, że dżungla kryje odpowiedź na jego pytania. Wskazówki w Księdze Map mówiły przecież jasno:
"Stół kamienny odnajdziesz, co ciemnym jak gdyby blaskiem świeci, z dala od sanktuarium znad miasta świętych rycerzy..."
Oczywistym więc było, że "sanktuarium" i "święci rycerze" prowadzą do Trinsic, nieprawdaż? A co do stołu...nieraz mierzył się z barbarzyńcami zamieszkującymi dżungle i podczas swych wędrówek zauważył wielki, kamienny służący najpewniej za ołtarz. Co prawda, był bardziej szary niż czarny, no ale był to oczywisty punkt poszukiwań. A nawet jeśli to nie był ten, to zawsze ci dzicy, waleczni brodacze mogli mieć drugi obiekt sakralny gdzieś ukryty u siebie, nieprawdaż?
Ociężale zszedł z wierzchowca i zdjął hełm, pozwalając promieniom słońca opaść na jego pokrytej potem zielonej twarzy. Odszedł kawalek dalej i wyjął z plecaka pożółkły pergamin, który następnie rozwinął i zaczął bacznie przeglądać. Była to mapa okolicy. Tak więc dżunglę mógł już spokojnie skreślić z listy potencjalnych miejsc poszukiwań. Sęk w tym, że brakowało mu pomysłu na to gdzie iść dalej. Mógł iść na bagna znajdujące się na północ od dżungli, gdzie jak słyszał znajdowała się osada jaszczuroludzi. Były też bagna na wschód od Trinsic, jednak ostatnie kilka godzin spędzonych w tropikalnym klimacie zniechęciły go do podróży w oba te miejsca. Ostatnim miejscem jakie mógł przeszukać to las, ze ścieżką, która prowadzi w stronę Brittain. Gdy tak przeglądał mapę, w pewnym momencie zwrócił uwagę na kapliczkę życia otoczoną malutką fosą, która znajdowała się niedaleko traktu. "Sanktuarium..." - pomyślał. Z tego co kiedyś słyszał, tym mianem określa się często bezpieczne miejsce, w którym można znaleść schronienie. A kapliczka mogła być takim miejscem. Z początku myślał, że ten termin odnosił się do samego miasta, ale teraz nie wydawało mu się to takie pewne. Trzeba będzie więc lepiej przyjrzeć się tej okolicy.
Ale nie dziś. Zwinął spowrotem mapę i ruszając spowrotem do wierzchowca ziewnął. Był już dość mocno zmęczony i miał ochotę zdrzemnąć się troche. I zmoczyć gardziel przed snem. Stół nie zając, nie ucieknie przecież...
Ołtarz
Odnalezienie go zajęło mu dużo czasu. Cóż, gdy czytał słowo "ciemny" to w głowie wyklarował mu się obraz czarnego stołu, co zmyliło go trochę. To co miał teraz przed sobą też w sumie było ciemne, tyle, że w tonacji zielonej przez co dobrze kamuflowało się w otoczeniu. Ołtarz wyglądał na stary jak świat i zaniedbany. Oprócz licznych rys i kilku pęknieć nie widział w nim nic ciekawego. Żadnych też potencjalnych wskazówek obok niego. Czas więc było wrócić pamięcią, do dalszej części instrukcji w Księdze Map:
"...400 kroków od niego odliczysz jakbyś miał wschodzącemu słońcu wyjść na spotkanie..."
Wyjął znowu mapę i wyciągnął także sekstans. Chociaż urządzenie to miał tylko kilka razy w życiu w rękach, to w tej chwili mógł okazać się bardzo przydatny. Zgubić trasę przecież można łatwo, a tak będzie mógł przynajmniej obliczać jaką odległość miał pokonać. Po przestudiowaniu pergaminu i kilku pomiarach dokonanych sekstansem miał już kilka pomocnych informacji, które z pewnością mu się przydadzą do poszukiwań. Kto by przypuszczał chociażby, że 1 krok to 4 minuty, a 60 minut daje 1 stopień...
...z tym, że jak jest się żółtodziobem to łatwo można się pogubić. Wschodnie bagna a tym bardziej Marmurowa Wyspa z pewnością nie były miejscami, w których miał odnaleść dalsze wskazówki. Nie dość, że pogubił się w obliczeniach to jeszcze całkowicie pomylił kierunek. Cóż, matematyka i geografia nigdy nie były jego mocną stroną. Gdy jeszcze raz przyjrzał się dokładniej mapie i dokonał odpowiednich pomiarów pokręcił głową z niedowierzania. Wskazówki miały się znajdować na terenie Trinsic. Ale wiele razy w życiu zdążył się przekonać, że nie zawsze coś jest tym czym się wydaje być.
Wskazówki
Podrapał się po głowie strapiony. Albo znowu coś spierdzielił, albo ktoś naprawdę dobrze chciał to przed nim ukryć. Wychodziło na to, że wskazówki powinny znajdować się w miejscu, gdzie stoi kawałek muru miejskiego. A ponieważ wątpił aby ktoś kwapił się ukryć je wewnątrz, rozwiązanie było oczywiste. Czas popodziwiać Trinsic z wysoka.
Miasto wydawało mu się majestatyczne z tego punktu i większe niż przypuszczał. Dachówkowe dachy sklepów mieniły się w południowym słońcu. Dalej na wschód wnosiły się świątynie Methestela i Donara niczym pałace zbudowane przez samych bogów. On zaś kroczył dalej i przyglądając się w podziwie architekturze miasta i wypatrując wskazówek.
Wkońcu, zauważył leżącą dalej przed nim książkę. Nie była stara, ale przypuszczał, że jakiś czas musiała już tu przeleżeć. Podniósł ją i zaczął czytać. Tak, wszystko było już jasne.
Położył ją spowrotem na ziemi i oparł się rekoma o krawędź muru, wygladając na zachód w kierunku linii horyzontu. Wiedział już gdzie ma szukać klucza. Z pewnością nie było to ani bezpieczne, ani przyjemne. Mógł zginąć, albo mogłoby go spotkać coś jeszcze gorszego.
Ale...takie już życie poszukiwacza przygód, prawda?
Cien podazal za Nim od domostwa... byl prawie pewien ze zda mistrzowi realcje... lecz zgubil go w miescie starej magii i mocy... nie mogl tam wejsc... zaczil sie pod brama... czakal juz kolejny dzien...
Skrzynia Poszukiwacza Skarbów
Potężny jęk wydobył się z gardła trolla, który następnie przeszedł niemrawo parę kroków do tyłu i runął na ziemię. Cała jego pierś była poharatana od śladów sierpa bojowego. Ostatni cios okazał się śmiertelny.
To była trzecia wizyta Kalehorna w Shame w ciągu ostatnich dwóch dni. Był pewien, iż klucz którego szuka znajduje się gdzieś ukryty w mrocznych korytarzach tego lochu. Poradnik Poszukiwacza, którego przejrzał na murach Trinsic mówił jasno - "loch pełen szczurołaków, trolli i węży". Znał tylko jedno miejsce, gdzie zamieszkiwało go duża liczba szczurzych pysków.
Za pierwszym razem przyszedł tu samotnie. Nie zalazł dalej jak na 2 poziom, gdzie "powitał" go komitet składający się z wielu grupek trolli. Chociaż niejednokrotnie walczył z tymi bestiami i wiele padło od jego miecza, to wiedział, iż te bydlaki są dobrze zorganizowane. Najgroźniejsi byli przedewszystkim łucznicy - trolle miały dziwne upodobanie w kierunku tej broni i jak nieraz przyszło pół-orkowi z ponurym uśmiechem stwierdzić to umiały zrobić z niej użytek. Zwłaszcza elitarni strzelcy, którzy z zegarmistrzowską precyzją i zabójczą szybkością robili z jego tarczy i zbroji płytowej sito. Musiał więc się wycofać i wrócić tu ze wsparciem.
Druga próba przyniosła nieco więcej pożytku. Tym razem wyruszył do Shame w asyście Kasandry D'More - jego dobrej przyjaciółki uzdolnionej w magii. Chociaż Kalehorn nigdy nie uważał się za specjalnego taktyka, a wolał zdecydowanie walkę bezpośrednią z przeciwnikiem, to życie nauczyło, iż walka to coś więcej niż tylko siła mięśni i znajomość fechtunku. Tu trzeba było też myśleć i planować. Obecność czarodzieja była o tyle korzystna, iż mógł go wspierać czarami ochronnymi i leczącymi a także unieszkodliwać z daleka łuczników. No i do tego Kasandra była bardzo urodziwą kobietą, więc sercu starzejącego się wojownika z pewnością robiło się cieplej i raźniej mając taką towarzyszkę przy boku. Razem udało im się dotrzeć, aż na 4 poziom, na same dno Shame, gdzie z tego co słyszał pół-ork mieszkał podobno potężny demon. Wcale mu się nie podobało to, biorąc pod uwagę, iż Poradnik wspominał coś o "leżu smoka bądź demona". Z tak potężnym przeciwnikiem nie mieli żadnych szans, a gdyby on rzeczywiście posiadał klucz to sprawa wyglądałaby naprawdę niewesoło.
Na szczęście, walka z nim okazała się zbędna. W pewnym momencie nieszczęśliwie dla Kasandry żywiołak ziemi przyzwany przez jednego z szamanów trolli pogonił ją i powalił silnym ciosem w głowę. Ponieważ w Shame nie było żadnej kapliczki, ani uzdrowiciela a Kalehorn nie umiał jeszcze wskrzeszać bandażami - był to znak iż trzeba wycofać się z lochu. Nie znaleźli nic ciekawego, chociaż przeszukali praktycznie całe podziemie i Kalehorn był już w dośc ponurym nastroju, ale w pewnym momencie szczęście uśmiechnęło się do niego. Wracając na powierzchnię w eterycznej postaci Kasandra przeszukała jeszcze 3 poziom i w jednym z budynków zauważyła nietypową skrzynię. Była w siedzibie Wielkiego Maga.
Więc teraz stał mając po boku dwójkę towarzyszy i przyjaciół - krasnoluda Reginna Darkhuma, oraz ludzką czarodziejkę Nivian Thenkfal. Razem zamierzali szturmem wziąć budynek i pokonać Wielkiego Maga. Kalehorn rozejrzał się uważnie. Oczyścili sobie kawałek terenu przed mostem prowadzacym do budynku aby mieć większe pole manewru. Na dachu pół-ork dostrzegł gwardzistę, jednak nie stanowił on zagrożenia - troll łucznik z typową dla swojej rasy bystrością zasnął na warcie i obecnie drzemał w pozycji siedzącej, na co wskazywało głośne pochrapywanie.
Z głośnym hukiem otworzyły się drzwi prowadzące do budynku za sprawą uderzeń przednich kopyt Pegaza. Cała trójka wparowała do środka pomieszczenia, które okazało się puste. Jak zresztą cały poziom, oprócz jednej komnaty gdzie zastali parę rozmawiających w orczej mowie trolli. Nie było tu nic oprócz starych, walących się mebli, kurzu i pajęczyn. Piętro stało przed nimi otworem.
Po wejściu na schodach Kalehorn otworzył drzwi i wszedł do pierwszego pomieszczenia. Pod względem wystroju praktycznie nie różniło się od wszystkich tutaj. Jedno co zdziwiło pół-orka, iż było tu podejrzanie mało ruchu. I zdecydowanie za cicho. Czyżby gospodarza nie było w domu?
Wtem, z rogu pomieszczenia dobiegł go dziwny bulgot.
Z cienia wylazła...a właściwie przelała się jakaś zielona, wodnista postać. Od pasa w górę miała kształt humanoida, ale dalej w dół przypominała opadający wodospad. W płynnej głowie błyszczały dwa ogniki przypominające oczy. Z jej rąk opadały na podłogę kropelki , ktore jak zauważył z sykiem robiły malutkie dziurki. Rozpoznał tego potwora.
Żywiołak kwasu.
Pomimo elementu zaskoczenia, drużynie wspólnym wysiłkiem udało się go pokonać. Oczywiście były takie momenty w którym posiadał on przewagę, ale Bractwo Piwne posiadało lata praktyki w zastosowaniu tzw. "taktycznego odwrotu". Dało to jednak sygnał do tego, iż trzeba uważać dalej podczas poszukiwań.
Ruszyli dalej. Przeszli dwa pomieszczenia. Kalehorn przystanął i gestem ręki kazał reszcie się zatrzymać. Coś usłyszał. Zbliżył się do ściany i nasłuchiwał. Ktoś tam był w następnym pomieszczeniu. Wskazywały na to usłyszanie przez niego dreptanie i czyiś niski, mozolny głos. Wziął głęboki oddech i popatrzył na towarzyszy. Skinął głową, oni zaś odpowiedzieli mu skinieniem głowy.
- Raz kozie śmierć - powiedział pół-ork i otworzył drzwi, po czym wkroczył do środka.
Był w średniej wielkości komnacie. Obok niego stała otwarta szafa, z wyłamanymi drzwiczkami i pokryta pajęczyną. Niedaleko niego na podłodze znajdowały się stosy porozwalanych na podłodze pożółkych ksiag i kawałków drewna. Przed sobą miał dwie puste biblioteczki i...skrzynię!
Jednak nie to zwróciło w tej chwili jego uwagę. Był bowiem dość mocno zdziwiony wyglądem samego, jak się domyślał Wielkiego Maga. Krążył on niewielkimi kroczkami pod ścianą od jednej strony do drugiej. Wydawał się w ogóle nieświadomy obecności wojownika - patrzył nieobecnym wzrokiem przed siebie i cały czas coś cicho mruczał do siebie. Był dosyć blady i miał rozczochrane, ciemne włosy. Ręce miał włożone w rękawy swojej szaty - i szczerze - gdyby nie jej elegancki wygląd i dobrane niebiesko-czerwone kolory - mógłby uznać tego człowieka za nawiedzonego grabarza.
Postanowił nie zawracać sobie głowy dziwakiem i ruszył w kierunku skrzyni. Z wyglądu przypominała ona normalny pojemnik, jednak odrazu rozpoznał, iż to musi być ten ktorego szukał. Po pierwsze, była w zadziwiająco dobrym stanie jak na resztę wyposażenia tego budynku. Nie było na niej ani jednego śladu rdzy. Pozatym, gdy teraz był blisko niej wyczuł bijącą od niej dziwną aurę. Zdawała się...zapraszać go aby ją otworzył. Tak, jak gdyby cały czas czekała tu tylko na niego.
Już miał zsiąść z wierzchowca i dotknąć ją, kiedy nagle poczuł przeszywający ból w boku. Coś podobnego do kuli ognia uderzyło go. Odwrócił się i zobaczył stojącego naprzeciw niego Wielkiego Maga z uniesioną w jego kierunku dłonią. Wydobywał się z niej lekki kłąb dymu. Na twarzy gospodarza zauważył grymas niezadowolenia.
Nie miał zamiaru oddać zawartości skrzyni bez walki.
Wtem do komnaty wparowali Reginn i Nivian, którzy słysząc hałas przybyli na odsiecz. Chociaż Wielki Mag nie okazał się szczególnie wymagającym przeciwnikiem, to jednak w trakcie walki pokazał, iż nie należy go lekceważyć. Otóż, gdy był już dośc mocno ranny w pewnym momencie wyciągnął z sakwy przy boku piórko i mrucząc magiczną inkantację rzucił go w powietrze. Piórko przez chwilę frunęło i wyglądalo jakby miało opaśc na podłogę, kiedy nagle zaczęło wirować wokół własnej osi i unosić się. Wirowało tak coraz szybciej i szybciej, aż dało się wyczuć duży podmuch powietrza przebiegający pomieszczenie. Skupiło się ono wokół piórka i przybrało postać wirującego humanoida o czerwonych oczach. Żywiołaka powietrza.
Wprowadził on sporo zamieszania na pole walki i wpierw zaatakował Nivian, która naraziła się magowi grzmocąc go piorunem. Zmusił ją do odwrotu i zabił. To samo uczynił z Reginnem, który chociaż był dzielny i twardy jak na krasnoluda przystało, to nie był na tyle dobrze wyszkolony aby dać mu radę. Mimo to, Reginn zdążył zadać magowi śmiertelny cios toporem w klatkę piersiową. Człowiek wywrócił oczyma do góry i runął na ziemię, przez chwilę drżąc w konwulsjach po czym umarł.
Kalehorn miał szczęście albowiem Reginn zdążył odwlec żywiołaka dalej wgłąb poziomu budynku. Był jeszcze bardziej zadowolony słysząc znajomy głos wydający niski syk do walki. To Yezdigard Quells, ich przyjaciel przyszedł ich wesprzeć.
Wiedząc, iż poradzi on sobie z żywiołakiem Kalehorn powrócił do skrzyni. Gdy ją dotknął, przez dłoń przeszła go dziwna fala energii po czym zamek z lekkim stuknięciem puścił. Wieko samo otworzyło się. Na dnie skrzyni zauważył klucz. Gdy wziął go w dłonie, poczuł aurę magii. Był mały i lśnił dziwną, lekko niebieskawą poświatą.
Kalehorn westchnął z ulgą. A więc miał już klucz. Jednak uczucie ulgi zniknęło z niego po chwili. Zdawał sobie sprawę, że to dopiero początek jego wędrówki.
Tylko co należało robić dalej?
Cisza, spokój... dość dziwne zjawisko jak na to miejsce. Jedynie odgłos kapiącej, krystalicznie czystej wody z ostrych, sterczących ze stropu jaskini stalaktytów mącił panującą atmosferę. Plum... cisza... plum... cisza... Powietrze dość gęste, ciężkie.
Stagnację przerwał dziki śmiech i odgłosy walki z wieży znajdującej się na środku podziemnego jeziora. Wszystko nie trwało zbyt długo. Walkę zakończyło ciche jęknięcie konającej ofiary, lecz Kapłan doskonale je słyszał, doskonale wiedział, co ono oznacza. Zbyt często delektował się tym odgłosem by nie dosłyszeć go nawet podczas wielkich bitew. Sam się w nie nigdy nie wdawał, lecz przechodził tylko w cieniu pochłaniając uwolnioną energię. Potrafił wysublimować ten dźwięk, gdy uszy zwykłego śmiertelnika nie odróżniały odgłosów walki od panicznego krzyku wystraszonych kobiet podczas najokrutniejszych najazdów. Tym razem także doskonale wiedział skąd dochodzi odgłos konającej duszy i wywołało to na jego twarzy grymas na kształt szyderczego uśmiechu. Poruszał się bezszelestnie za prowadzącym go głosem. Ukryty w mroku, niedostrzeżony przez najbystrzejsze oczy i nieusłyszany przez najwrażliwsze uszy znajdował się coraz bliżej celu. Stał już u bram wieży, zamykając oczy, wsłuchał się w nawołujący jęk cierpiącej duszyczki. Potężne, okute żelazne wrota otworzyły się przed nim z donośnym zgrzytem. Nie otwierając dalej oczu stał w miejscu, a z wieży wybiegła grupka strapionych walką poszukiwaczy przygód. Lecz szata upleciona z najmroczniejszego mroku i rumak utkany z czystego cienia sprawiły, że owa grupka nie zwróciła nawet najmniejszej uwagi na stojącą przed nimi postać i najwyraźniej zadowolona z wyniesionych z wieży łupów przeszła obojętnie, nieświadomie ocierając się o szatę śmierci. Kapłan stał wciąż w miejscu z zamkniętymi oczami, a jego całun falował jakby muskany wiatrem przechodzącym między planami materii i cienia. Jedynie ociągająca się za nimi kobieta zahaczyła końcówka warkocza o odstające od boku jeźdźca ostrze czarnej kosy, wydającej przy tym niezwykły zgrzyt, jakby tnąc stal o stal. Odwróciła się zaniepokojona, lecz zobaczyła jedynie zamykające się powoli wrota wieży i szept... szept za uchem... Nivian... niebawem przyjdę po Ciebie... czas już nadchodzi nieubłaganie... niebawem śmierć zapuka i do twych drzwi...szzzz...Wrota zatrzasnęły się z hukiem, a wystraszona kobieta pobiegła za swoją grupką przyjaciół. Kapłan był już w środku i podążał do swej zbłąkanej duszyczki. Pomieszczenia wyglądały jakby przeszedł przez nie huragan. Walka musiała być zacięta. Drewniane, na wpół połamane drzwi rozchyliły się do końca z charakterystycznym skrzypieniem. Na środku ciało ubroczone we krwi, posoka lała się ciurkiem z rozpłatanej głowy. Widmowy rumak rozpłynął się, a postać stała już nad zmasakrowanym ciałem. Spod czarnej togi wysunął lewą dłoń unosząc ją nad truchłem, prawą uniósł ciężką, czarną kosę zataczając nią dziwne znaki. Szepty dusz zaczęły wypełniać pomieszczenie, a powietrze zaczęło gęstnieć i powoli stawać się nieprzejrzyste. Mroczne zaklęcia i szepty w mowie umarłych zaczęły stawać się coraz bardziej doniosłe, lub tylko takimi zaczęły się zdawać.
- Duszo odejdź w Otchłań i napój swą energią Netherila, ciało w proch się nie obróć, a powstań nieumarłe i służ mi póki taka wola moja.
Ponownie i nagle zapadła niepokojąca cisza a na środku komnaty stało wcześniej martwe truchło, lecz skóra jego trawiona przez plugawe robactwo coraz bardziej odsłaniała bialutkie kości, aż w końcu przed Kapłanem stał nagi szkielet odziany w szaty maga.
-Dopełniłeś swego żywota. Godnie czy nie... nie obchodzi mnie to. Od teraz służysz mi i wyłącznie mej woli.
Szkielet pokiwał jedynie posłusznie głową rozprostowując swe kości. W tym momencie stał już zupełnie sam, a ostatnim donośnym dźwiękiem było ponowne zgrzytnięcie zamykanych bram wieży.
Podglądactwo się udziela i mi 8).
Wielki Brat patrzy :P .
Rozdział 2: Więcej zagadek, więcej podróży...i więcej kluczy
Zaginione Ziemie. Miejsce wokół którego krązy wiele legend i mitów. Kraina wypełniona górami, pełna zgubnych przesmyków, przejść i zaułków. Ziemie zamieszkane przez dziwaczne i straszliwe potwory, których oko ludzkie nie widziało. Ulubiona kryjówka morderców i sił Chaosu. Ogólnie rzecz biorąc - nikt o zdrowym rozsądku nie zdecydowałby się tam udać.
Cóż...prawie nikt.
Świątynia ophidianów była jak zwykle pilnie strzeżona. Trójka podróżników - Kalehorn Rinn, Kasandra D'More Montaron oraz Eryk - mogli z bezpiecznej odległości widzieć kilku wartowników, uzbrojonych w wielki i groźnie wyglądające berdysze. Ale ekipa była zgrana i dobrze przygotowana, zaś fakt, że budynek był zamieszkany dodawał ich podróży jedynie smaczku. Nie przyszli tu po łupy czy trofea z tych przebrzydłych jaszczuroludzi. Przyszli, ponieważ w świątynii było coś czego Kalehorn poszukiwał już od dłuższego czasu.
Drugi klucz.
Jakiś czas po tym jak opuścił on Shame z pierwszym kluczem, księga odezwała się ponownie. Było to łatwe do odgadnięcia - dziwne wibracje powodujące potrząsaniem całego plecaka, oraz wyraźnie wyczuwalna magiczna aura pozwalały sądzić, iż pojawiły się nowe informacje. Kalehorn skończył wykonywać zamówienie, dokończył ubijać interes z klientką i udał się na samą góre swego domu do sypialni. Chociaż była już noc, to w pomieszczeniu było zupełnie jasno za sprawą licznych świeczników wypełniających komnate. Zasiadł przy stoliku przy którym zwykł pisać korespondencje, zapalił świeczke na stoliku obok, zaś na samym stoliku rozłożył Księge Map i otworzył ją. Przekartkował ją ostrożnie i zauważył, iż do niedawna puste strony wypełniły się pismem - a właściwie, to litery "wypaliły" się na stronie, gdyż w pewnych miejscach kartki były leciutko poczerniałe, zaś w powietrzu unosił się powiew siarki. Pół-ork poruszył lekko nozdrzami, pociągnął nosem oraz zagłębił się w lekturze:
"Klucz Zaginionych Krain, tajemnica ich wielka, aby go odnaleść podążysz od wrót Doliny Śmierci około 300 kroków w kierunku zachodzącego słońca, aż natkniesz się na kości starego pół-orka, on swą wyciągniętą kościaną dłonią wskaże ci kierunek, w którym podążysz tak długo, aż odnajdziesz drzewo starego dębu, 3, 7, 12 i 15 słowo wskażą ci gdzie szukać klucza."
Westchnął. Znowu te przeklęte, elfie zagadki. I znowu szedł zajrzeć śmierci prosto w oczy.
Długo mu zajęło odnalezienie drzewa. Prawde mówiąc, wskazówki okazały się mało pomocne, ze względu na złożoność terenu Zaginionych Ziem i faktu, że jej mieszkańcy skutecznie utrudniali mu wszelkie poszukiwania. Niezbyt mu pomogło odnalezienie punktu wyjścia, czyli bramy Krwawej Doliny prowadzącej na polanke zamieszkaną przez plemie dzikusów. Dlatego, po kilku mało owocnych próbach postanowił on załatwić sprawe inaczej - wykupił on Gildii Pokornych z Cove informacje dotyczące dokładnej lokacji dębu. Jak się okazuje, odpowiednie znajomości bywają wielce przydatne.
Dąb, trzeba przyznać był niesamowity. Kalehorn chociaż był doświadczonym drwalem, nigdy wcześniej nie widział takiego okazu. Objętością kilkukrotnie przewyższał przedstawiciela swojej rodziny, zaś wielkością dorównywał (a może i nawet nieco przewyższał) drzewo cisowe. Pół-ork dotykając korę, kręcił głową z niedowierzaniem i aż gwizdnął z podziwu, bo wydawała się gruba i twarda niczym stal. Mniej więcej na środku drzewa była wyskrobana we wspólnym języku zagadka. Kalehorn otworzył księge i przejeżdzając palcem po odpowiednich słowach wyłuskał następujące sformułowanie, jasno wskazujące gdzie ma się teraz udać:
"Świątynia spaczonych ophidian pustynii".
Teraz, stojąc na środku wypełnionego piaskiem pustkowia przyjrzał się jeszcze raz uważnie celowi wyprawy i uśmiechnął się, chociaż nie było tego widać pod hełmem z agapitu. Machnął ręką i ruszył na swoim rumaku do przodu, dając znać, że czas zacząć bijatyke.
(...)
Skrzynia była identyczna do tej z wieży Wielkiego Maga w Shame. Wydawała się zupełnie normalna i nie wyróżniająca się od innych skrzyń, które znajdowały się w Brittanii. Ale Kalehorn wyraźnie czuł, że ten pojemnik jest inny niż pozostałe.
Zsiadł z konia, podszedł do niej i przykucnął. Odłożył broń, tarcze zaś przewiesił przez plecy. Ostrożnie dotknął pokrywy i nagle przeszył go jakiś dziwny dreszcz - taki sam jak przy poprzedniej. Znów to przeczucie, iż ta skrzynia czekała tylko na niego. I jej zawartość była przeznaczona tylko dla niego. Otworzył ją.
Na dnie spoczywał klucz. Jasny, promieniujący lekkim światłem i o wyczuwalnej aurze magicznej. Taki sam jak ten, który odnalazł wcześniej.
Gdy odłożył go potem obok pierwszego, oba przez chwile zaświeciły jaśniej, zaś pole energii w powietrzu było wyraźniej odczuwalne. Potem wszystko wróciło do normy. Jednak to wydarzenie dało pół-orkowi do zrozumienia, że te klucze coś łączyło. Miały być razem użyte do otworzenia czegoś. Czego? To akurat pozostawało jeszcze zagadką...