DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Aruv w 2006 07 06, 23:20:19

Tytuł: Powrót przywódcy
Wiadomość wysłana przez: Aruv w 2006 07 06, 23:20:19
Przywódca najemników Yew

Nadszedł czas, by grupa strażników z Yew rozpoczęła poszukiwania swego nieustraszonego przywódcy. Problem leży w tym, że przepadł on bez śladu. Trójka dzielnych mężczyzn wyrusza na poszukiwania.


**

Dzięki za Questa, guys. ;)
Tytuł: wyprawa rusza z Yew
Wiadomość wysłana przez: skorzak w 2006 07 08, 01:24:19
CytatDziennik Fulkena

dzień: 4
Miesiąc: szpony chłodu
Rok: 543
Podły to był dzień...Stojąc na straży w Yew zauważyłem cienie przemykające po murach...Nie takie zwykle cienie...To cos spirytysta mnie śmierdzieć poczęło. Z najwyższa ostrożnością tropiłem cienie...Gdy na niebie się przejaśniło, a słońce wzeszło nad mury poczęły uciekać w kierunku starych krypt.

Dzień: 5
Miesiąc: szpony chłodu
Rok: 543
Dziś zjawy wróciły...Więcej ich było znowu...Silniejsze się zdawały... Na mych oczach zabijały małe stworzenia...Po każdym coraz ciemniejsze ich ciała były coraz więcej cienia dawały.

Dzień.: 6
Miesiąc: szpony chłodu
Rok: 543
Irytować mnie to poczęło...Ruszyłem po klucz od krypt...Księżna wydala klucz bez pytania o sprawy, jakie mnie tam ciągną....Może to i lepiej...

Dzień.: 7
Miesiąc: szpony chłodu
Rok: 543
Drzwi od krypt stanęły przede mną otworem pierwsze wyskoczyły szkielety i licze...Dużo sie tego nazbierało...Walcząc katem oka przyuważyłem cienie uciekające w głąb to było tu...

Dzień.: 8
Miesiąc: szpony chłodu
Rok: 543
Obozowałem na zewnątrz wchodzie powrotem...Cora więcej tego patałajstwa trza się śpieszyć...Zaatakowali mnie bestyja cień wilka jaki to był...Ranił mnie...
Tam tam jest cos jeszcze mrocznego okropnego...W tych kryptach cos się przebudziło cora więcej szkieletów mnie atakuje cora więcej...Zauważyłem straszny cień większy niż dotychczas...Przybierał na sile...Mówił.... Mówił do mnie...Glos śmierci przedziera ma czaszkę...Zaryglowałem komnatę musze tu odpocząć...Rana musi się zasklepić...Musze się wydostać...

Dzień: 9
Miesiąc: szpony chłodu
Rok: 543
Teraz albo nigdy reszta sprzętu zbyt ciężka...I dziennik dziennik tez tu zostanie...Jeśli przeżyje nie myślę wracać do Yew...Chce spokoju...Glos w głowie...Sięgnę mnie i w Yew...Ten glos!! Marzy mi się plaża słońce...Bucanners Den... Zbliża się... Juz pora...



CZĘŚĆ PIERWSZA: POCZATEK WYPRAWY



Przechadzał się po banku...cisza...cisza obejmowała wszystko...Kochał cisze...Cisza oznaczała spokój...Jedynie bankier pogwizdywał cicho z braku roboty...Musiał się czymś zająć...
- Podaj mnie mój kufer...-rzucił bankierowi kluczyk... To musiał być najzręczniejszy bankier...chwycił klucz bez mrugnięcia okiem i podreptał po skrzynie...Tulkas patrzał ze zdziwieniem jak mały bankier targał do niego cala skrzynie...Siła niebywała drzemie w tej istocie...- Dzięki..
Przeglądał zbroje i na zmianę przymierzał nowe ze starymi...Tak stare wysłużone zbroje...Z czasów, gdy szal był dla niego wszystkim...Po chwili rzucił je w róg skrzyni...Starał się dopasować nowa zbroje od Dax'a.. Robota cudna...Niezwykłej to jakości rzemieślnik...
- No cóż musze krzynkę przywyknąć do takiej zbroi...- Mruczał do siebie ciągle poprawiając rzemienie...- Trochę uwiera trochę ciężka...Ehhh jak ja nie cierpię płytowych zbroi..- Tym razem on zaciągnął skrzynie w kat banku nie chcąc męczyć juz więcej bankiera...
Z metalicznym odgłosem ruszył w kierunku drzwi banku...Cos zaskwierczało...W powietrzu wyczuł zapach magii...Równocześnie jednak do jego nosa dotarł zapach wschodnich kadzidełek...
- Oho juz są...- uśmiechnął się do siebie nim zobaczył przyjaciół, czekał na nich...Obiecali mu wyborny wieczór, przy kościach, piwie i przepięknych karczmarkach...Pierwszy nasilił się zapach kadzidełek -...no to Dax jak zwykle bydzie przed Conorem...- a jednak...tuż przed nosem Tulkasa magia zazgrzytała głośniej...Gdy szaman pojawił się tuz przed nim oparł się niemal o ścianę..- No patrzaj omyliłem żem się... La brea Ma'Conr, Dax...-Dopowiedział imię Dax'a gdyż ten właśnie wychodził zza roga...lecz za Daxem szedł ktoś jeszcze...
- Czołem strażnicy! – Niewielka osoba, lecz glos silny...jednocześnie kobiecy...to mogła być tylko Sierżant...wszyscy kiwnęli głową z uznaniem...- Strażnicy mam do was prośbę...- zaczęła Raion...w jej glosie było słychać zakłopotanie i udrękę...- pomożecie? – zwinnym ruchem odsunęła  kosmyki włosów zakrywające oczy...- Fulken zaginął jakiś czas temu...ludzie go szukają...lecz bezskutecznie...Najemnicy bez przywódcy...ich morale spada...- jej zaczerwienione oczy delikatnie zabłyszczały...kolejne słowa zostały wypowiedziane może nieco wstydliwie- Ja tez się o niego martwię...
- Czy cos o nim wiadomo...o jego zniknięciu...-rozpoczął rozmowę Ma'Conr... jeśli chodzi o rozmowę...szamanowi na pewno lepiej to zawsze wypadało niż Tulkasowi...- pomożemy jeno musim wiedzieć cos więcej...kiedy ostatnio go widziałaś...?
- Nie wiem...czuje ze ma kłopoty to wszystko...duże kłopoty...- posmutniała Raiona usiadła na ławce..- duże kłopoty...
Przebudzony najemnik.. przyglądał się rozmowie przez pewien czas...chrząknął delikatnie...(tak delikatnie jak tylko stary wojak potrafi)...
- Mogę cos wtrącić...chyba wiem gdzie może dowódca... gdy widziałem go ostatnim razem mówił ze ma pewna sporawe do załatwienia z piratem i musi poprosić Księżną o wolny czas...może go chwile nie być...przesypało juz się ziaren w klepsydrze tyle, co na zaginionej pustyni.. a go nima..
- Poprosić księżną o wolny czas powiadasz...- Tulkas podrapał się po głowie...niedźwiedzia czapa miała wiele niewygód...-Trza nam zatem do Akiny...jeśli dostał urlop...to musiał przedstawić sprawę Akinie...

Księżna siedziała zadumana w swoim fotelu...przepatrywała stoły dokumentów, poselstw...z zamyślenia wyrwał ją glos Raiony
- La brea Księżno- wszyscy wchodzili powoli do gabinetu kłaniając się nisko...- możesz nam poświęcić chwile czasu...
- La brea moi strażnicy...Witaj Raiono... w czym mogę wam...-księżną zagłosił grzmiący glos sędziego...
- Odłożyć bron w obecności księżnej...- wykrzyczał- Jak śmiecie przychodzić z bronią..!?!- szybko posłuchali rozkazu, gdyż Sędzia darł się mimo uwag księżnej...jeno Dax błądził gdzieś myślami...po swych krainach...i ku swej...- Strażniku Papua! Odłóż bron!- szaman klepnął kosturem w zbroje Daxa..
- Co...jak?- zerknął wystraszony...przebudzony z sennego świata Marzen...-A tak bron...wybacz księżno...- pokłonił się dwornie odkładając również bron..
Czerwony juz na twarzy sędzia wreszcie ucichł...rozmowa mogła ruszyć dalej...
- Szukamy Fulkena...Najemnicy niepokoją się.. musimy szybko go odnaleźć...armia bez dowódcy to jak wąż bez głowy...- rzucił szybko wojownik zerkając niepewnie na Sędziego. – masz może jakieś informacje o nim, od niego?? Cokolwiek?? Czy może wiesz gdzie może być??
- Jakiś czas temu prosił mnie o urlop...chciał załatwić cos z Piratami na Bucaners...Zdaje się, ze było to cos ważnego...Czy nie wrócił od tamtej pory??- obecni pokręcili przecząco głowami- radze zatem udać się tam jak najszybciej...może mięć poważne kłopoty...- Raiona przytaknęła szybko głową...
- Widziałam go we śnie...był w strasznym stanie...proszę pomóżcie mu!
Strażnicy patrzyli po sobie zakłopotani...
- Pomożemy- odpowiedział pierwszy Conor- Trza nam zatem na Buccaners...i to szybko- popatrzył jeszcze raz na zmartwiona Raione..




PS: Bedzie czesc dalsza...
Tytuł: Powrót przywódcy
Wiadomość wysłana przez: skorzak w 2006 07 08, 22:50:31
CZĘŚĆ DRUGA : PRZYGODA Z PIRATAMI


Wyłonili się z zielonego okręgu...Conor juz na nich czekał...właściwie to on ich przyzwał...
Przygotowanych do najcięższych bojów zaatakował...delikatny szum liści...Tak...panował tu spokój...spokój niemal idealny...
- Cicho tu dość te miasto wymarło czy jak?? - Poruszali się powoli w gęstwinie liści...Niemal jak dżungla...Brzęczenie komarów, gzów, much i inne rodzaju plugastwa...Przeplatało się...No właśnie, z czym się właściwie przeplatało...Ustali gwałtownie, bo właśnie zdali sobie sprawę ze są w zasadzce...Krzaki wokół poruszały się nienaturalnie...szelest i ...szepty...Krzaki były pełne piratów...Walk zawrzała, gdy rzucił się na nich pierwszy...ruszyli następni...kopa ich była, lecz słabo pobrojonych...Bez tarcz, zbroi czy nawet porządnego oręża...Ciosy wchodziły...jak...jak w piratów...
- No to by było na tyle – stwierdził Dax odwracając się w siodle...- masz swoja cisze i spokój...ruszamy dalej bo zmrok nas tu zastanie...możesz mnie nie wierzyć, ale juz bym kcial być już w Yew...
Nie uszli daleko, gdy w krzakach znów posłyszeli szelest...słabszy nieco...może piraci się wreszcie przygotowali...ruszyli w kierunku krzaków gotując się do walki...
Zamierzony do ciosu Tulkas...jakież było jego wielkie zdziwienie, gdy z krzaków wybiegł...mały szary zającowaty...królik czy co to tam było...zerknął małymi ślepiami na wojownika...przestraszony zaczął uciekać...ledwo mijając drzewa...nie minął jednak wystającego korzenia...
- Martwy? Po raz pierwszy wystraszyłem cos na śmierć...- popatrzył się na zająca...
- Oho chyba ci się jednak nieudało....- Conor jak zwykle zaradny juz zdążył podleczyć kicajca magia.
Tytuł: Powrót przywódcy
Wiadomość wysłana przez: Iudex w 2006 07 09, 00:19:17
Część trzecia – nie ostatnia :)


Cos dziwnego dzialo się w glowie Ma. Ni to szum ni to skowyt. Jakies dzwieki wdzie-raly się w jego czaszke.
-   Co jest na bogow! Nie pilem wszak dzis jeszcze nic! A może to wlasnie dlate-go?
Zainkantowal slowa czaru zblizajacego do do mocy Natury.
Wtedy wszystko się wyjasnilo – zajac, a raczej krolik przemawial do niego, wla-snie do niego.
-   Czego chcieć tu ludzie z orezem? Szukacie czegos?
Zdziwienie Ma zamienilo się w zrozumienie.
-   A czego możemy się od ciebie doweidziec kroliku?
-   Nawet nie wiesz czlecze, ile wiosen i zim przezylem na tej wyspie, nawet nie wiesz ile moje czerwone oczka widzialy.
-   Zatem wiesz może, czy pojawil się gdzies w tych okolicach mąż w zbroi innej niż ubrania tych piratow?
-   A pojawil się pojawil.
-   Ha, zakrzyknal Ma, przemow zatem gdzie spotkac go możemy?
-   Idzicie tam gdzie ludzie sa gdy ksiezyc wschodzi.

Gdy Goral obejrzal się, zobaczyl zdziwione twarze przyjaciol.
-   Rozmawiasz z nim?! Zaskoczony Dax patrzyl to na Ma to na krolika.
-   Tak, chodzmy, mamy zbadac budynki na tej wyspie.

Poslusznie ruszyli, sprawdzajac dom po domu.
-   ja z wami isc, zaskwierczalo w glowie Ma.
Kroliczek biegl poteznymi susami za mezczyznami.

Szukali czas jakis, gdy poslyszeli nawolywania Tulkasa.
-   Chodzcie tu, predko.
-   Coz się dzieje, Dax i Ma mocniej scisneli orez.
-   Nic nic, karczmarz cos wie, chodzmy.

Wejscie do karczmy było wąskie i ciemne. Dalej za szynkiem siedzial gruby meżczy-zna o owalnej, nalanej twarzy, z ktorej widac było ze trunki znal lepiej niż wlasna kie-szen.
-   czego? Burknąl zza lady.
-   Ja ci dam czego, warknął Dax, wyciagajac bron.
-   Dobrze już dobrze, szynkarz momentalnie spotulnial, Slucham waszmosciow.
-   Wiesz może czy na wyspie jest jakis Yewianczyk? Zapytal Tulkas, mierzac szynkarza groznym spojrzeniem.
-   A tak tak, widzialem tu jednego, widzialem. Gosci straszy, pije jak smok, za-bierzcie go stad, bo widze zescie tez z tego Miasta. Siedzi tam, o tam, ostatni pokoj na lewo.

Trzej meżczyźni ruszyli do pokoju. Waski korytarza wil się niczym waż w konwulsji, z niektórych pokojow dobiegaly nader dwuznaczne odglosy – meskie i kobiece. Wsze-dzie panowal smrod alkoholu.
   Wreszcie dotarli do ostatniego pokoju.
Dobigaly z niego dziwne odglosy. Brzęk rozbijanej butelki, belkot i charkot.
Tulkas zapukal, potem raz jeszcze
-   wwejscc – mamrotanie było nader charakterystyczne – Fulken!
Mezczyzni weszli do pokoju i to co poczuli to koszmarny smrod alkoholu. W kacie pokoju slanial się dowodca strazy Yew – Fulken.

-   Fulken! Wrecz wrzsnal Tulkas, Co się dzieje!?
-   Cccooo siiee dziejeee, mamrotanie dowodcy było nieprzytomne, Cooo siie dziejjeee,
-   ach, mezczyzna zaslonil twarz, nie nieeee odejdz ode mnie!!
Mezczyzni spojrzeli na siebie. Cos dzialo się z Fulkenem, cos niedobrego.
Ma podszedl do szafki – była pelna pustych butelek po alkoholu.
   Dax podszedl do Fulkena i mocno nim potrzasnal
-   Czlowieku opanuj się! Opanuj! Co się z toba dzieje?
Tulkas szybko przyniosl wiadro wody, Ma kolejne. Zawartosc oby wyladowala na glowie Fulkena.
Aszszsz, zacharczał dowodca. Co jest do diabla! Co się dzieje. Kim jestescie?!
Tulkas wystapil o krok
-   to jest Dax, to Ma a mnie zwa Tulkas i przybywamy z Yew.
-   Yew, Yew, oczy Fulkena wygladaly na bardziej przytomne, moja straz! Co się dzieje?! Dlaczego tu jestem.
Fulken rozejrzal się już calkiem przytomnie po pokoju.
- Ach! Już wiem!
Niespodziewanie Dowodca poczal się trzasc, trzeslo się cale jego cialo. Wyglada-lo to jakby dostal konwulsji.
-   Besssstiiaaa, bestiaaa, glos Fulkena wydobywal sie  z jego gardla niczym zgrobu.
-   Bestia? Jaka znow bestia? Dax wygladal na rozzloszczonego, mowze czlo-wieku!
-   Bestia, to ona mnie dreczy, to ona, to ona.... Pirat, pirat ja sprowadzil na mnie...
-   Pirat jaki pirat?! Dax już prawie wrzeszczal wyraznie poirytowany, mow do diabla!
-   Tak tak, poczal skwapliwie przytakiwac Fulken, bestia, przychodzi co noc, i mnie dreczy, Czarna bestia, okropna, straszna.
Gdzie mieszka owa bestia, Tulkas powoli tracil cierpliwosc. I dlaczego nie wrocisz do Yew Dowodco?
-   bestia nie pozwoli, bestia uwolnijcie mnie od niej!
Glos Fulkena lamal się niczym lod podczas przedwiosnia.
Dobrze, twardo rekl Tulkas. Rzeknij jeno gdzie owa bestyja mieszka
-   krypty, krypty, to bestia z krypt! Ach i to krypt kolo Yew, proszę uwolnijcie mnie od niej uwolnijcie!
-   Dobrze tedy, chodzmy, rzekl Dax, nic tu na razie po nas, trza leb ukrecic be-stii, czy czymkolwiek ona jest.
-   Tak, chodzmy, Tulkas ruszyl do drzwi. Za nim ruszyli pozostali.

Magia przeniosla ich na miejsce w tempie blyskawicy, Spieli wierzchowce i nim minelo dwa ziarna staneli u bramy krypty.
-   ach co za parszywe miejsce, westchnal Ma, nie znosze podziemi.
-   Trudno, misja to misja, nie mamy wyboru, ruszjamy. Dax jak zwykle był szybki w podejmowaniu decyzji.
-   Coz, w istocie nie mamy wyboru, cicho stwierdzil Goral, wypowiadajac szybko slowa czarow wspomagajacych. Przydaly się bardzo, zaraz po wejsciu zaata-kowaly ich hordy stworzen – ettiny, ogry, impy, cala masa.
Brzek oreza i syk czarow wypelnialy kolejne komnaty, odnosili rany i zabijali, po-soka stworow miala cuchnacy zapach doprowadzajacy do mdlosci, ciala ich zale-gly w koncu gestym dywanem.
-   uff sapnal Tulkas, pospieszmy się
Ruszyli czym predzej pokonujac kolejne, puste na szczescie komnaty.
Mniej wiecej w polowie korytarza dotarli do bramy. Dax szarpnal za klame, raz drugi, steknal z wysilku
-   nie mogę otworzyc! Probuj Tulkasie
Tulkas mocno zaparl się i szarpal, nie zdalo się to na nic, potem raz jeszcze i jeszcze. Wrota ani drgnely.
Wtedy uslyszeli glos:
,,Ten tylko przejsc może, kto poswieci cos co ceni najbardziej...."
Sapneli zdzieni, coz to na wszystkich bogow?!
,,i coz Goralu". W glowie Ma glos wibrowal jak napieta struna, ,,"coz gotow jestes poświecic, co cenisz najbardziej?"
Nieopatrzenie Goral pomyslal o wzroku, zawsze napawal się pieknem Naturu, jej kolorami i pieknem.
-,,Taaaak, glos był już szyderczy to doskonaly wybor!, poswiecicie wzrok a przejdziecie przez Wrota".
Wzrok?!?! Mam poswiecic wzrok?!? Prawie wrzasnal Ma. Wzrok?!?
,,taaak wlasnie wzrok, poswiecicie go a przejdziecie" szyderstwo Glosu było już wyrazne.
Ma zawahal się, oczy, piekno nie nie nieeeee!
,,A ty Tulkasie? Glos był już jak chichot, gotow jestes poswecic swoja sile?, a może ty rycerzu Wschodu poswiecisz swoje oczy"

Przyjaciele spojrzeli po sobie. Wzrok Tulkasa był nieugiety.
-   Dobrze zatem! Poswiecam swoja wzrok!
-   Ja także zawtorowal Ma, niechaj się dopelni - wyszeptal blady Dax.

Nic już nie widzieli. Poslyszeli jednak dwie rzeczy – chichot Glosu i dziwek otwiera-nych wrot.
Niepewnie  wkroczyli w glab korytarza. Noga za noga, wyczuwajac ostroznie podloge kroczylo do przodu. Kolejne wrota
   Trwoga poczela wkradac się w sece Ma, co teraz, co tym razem....
Odezwal się Glos, ,,a zatem przeszliscie, nie zatrzymaly was potwory, poswieciliscie to co macie najcenniejszego. Zasluzyliscie na to by wejsc dalej".
   Ponownie uslyszleli dźwięk otwieranych wrot i jednoczesnie przejrzeli.
Odzyskali wzrok!
   Ostroznie wkroczyli do srodka komnaty. Była przestronna, i pusta. Panowala swidrujaca uszy cisza. Weszli dalej i jeszcze.
   Ryk czegos co nie moglo mieć dobrych zamiarow, zjezyl im wlosy. I znowu jeszcze jeden!
   Na srodku komnaty zamigotalo cos czarnego. Polyskliwy owal pulsowal swia-tlem, które było wyczuwalnie zle.
Ponowny ryk rozbrzmial już calkiem wyraznie. Sploszone wierzchowce bojazliwe po-czely strzyc uszami.
   Bestia wypadla z owalu. Czarny niczym smola niedzwiedz wyczac i warczac wsciekle spojrzal nienawistnie na mezczyzn.
   Czego chcieć tu parszywce? Zaryczal, Precz stad! Albo pozalujecie!
   Przybylismy po twój leb maszkaro, wrzasnal Tulkas a Dax już rzucil się do walki. Niedziwedz zaryczal raz jeszcze, stanal na tylnym lapach wymachujac pote-znymi przednimi lapami godzac w wojow,
   Po dlugiej walce padl, rozdarta toporem Tulkasa gardziel bestii wypuscila czarna juche, taka sama plynela z ran zadanych orezem Daxa.
   Obaj wojowie dyszeli ciezko. Wysilek wyczerpal ich poteznie. Czary leczace była jak najbardziej potrzebne.
   Godziles w nas, my zabilismy ciebie bestio, powiedzial cicho Ma. Spojrzal raz jeszcze na wojow. Zmeczeni. Odpocznijcie rzekl, byle nie za dlugo czas ru....
   Slowa uwiezly w gardle Gorala. Wojowie spojrzeli na niego. Pokazywal cos cos co dzialo się z ich zwierzetami.
   Posoka bestii dotarla do stojacych niedaleko wierzchow. Pod jej wplywem siersc ich poczela nabierac dziwnej barwy – barwy bestii. Czerni czerni niczym noc.
-   wynosmy się stad i to czym predzej, zmeczony Dax wskoczyl na wierzcha. Który zdazyl stac się kroczoczarny. Smok Ma był także czarny niczym smola
-   tak wynoismy się stad!
,,Odwaga w mym sercu, wiara w mej duszy, sila w moich ramionach, Tulkasie bacz na te slowa" .
   Tulkas niczym marionetka podszedl do zwlok bestii. Nozem wycial to co wy-gladalo jak czapka... Czapka z niedziwiedza

Cdn. ;]
Tytuł: Powrót przywódcy
Wiadomość wysłana przez: skorzak w 2006 07 10, 00:30:22
CZESC CZWARTA: WSPOMNIENIA A PRZYSZLOSC
Bestia padła u jego stop ciężkie cielsko osunęło sie po pawęży...Tylko krok w tył uratował go od obalenia...Rozejrzał sie w sytuacji... Dax dokańczał właśnie dzieło ze sługami bestii...
- To juz chyba koniec...-Zerknął jeszcze raz na ciało bestii i odruchowo podniósł topór - co u licha...??
- Podejdź...- z paszczy dogorywającego niedźwiedzia dobywał sie ludzki glos...dość przyjemny a nawet spokojny...- odwaga, odwaga zasłużyłeś na nagrodę.. pokonaliście most wyrzeczeń, komnaty i strażnika schodów...Odwaga w was prawdziwa...
Tulkas pomyślał o Ojcu...Myśl była tak głęboka...Czul jakby z nim właśnie rozmawiał...pamiętał ten dzień...pamiętał ten dzień...

N'Hara Mac Gee stal na czele swojego oddziału...przemawiał do kilkunastu zbrojnych...Jego Samego łatwo było dostrzec...pokaźnej postury...a wzrostu dodawała mu wielka niedźwiedzia czapa...przy pasie trzymał czarny...promieniujący czernią, czy zasysający światło topór...
- To ostatni wysiłek, o jaki was proszę...ostało nas mało...i ostanie pewnie jeszcze mniej...Mamy jednak cos, czego przeciwnikowi zaczyna brakować! Pamiętacie?!?- zerknął na zgromadzonych i wśród nich zatrzymując wzrok na synach...- Ferrion, Amren, Goorgoth, Tulkas, Edson pamiętacie?!? - Wszyscy odpowiedzieli, nie tylko synowie...równo wykrzyczeli...-ODWAGA!!! WIARA!!! SILA!!!
Teko dnia stary N'Hara nie powrócił do domu...jak i wielu innych jego duch odszedł na polu Badb Catha - Czarnego kruka wojny...

Tulkasa przebudziły z zamyślenia słowa...słowa wypowiadane przez konającego stwora...
- Pamiętasz...widzę ze pamiętasz...Odwaga naszych sercach!! Wiara naszych duszach!! Siła w naszych ramionach!!- przez chwile glos zabrzmiał znajomo, lecz zwierze juz skonało...Jeno w czaszce odbija sie niczym echem – Zapamiętaj to!!


CZESC PIATA: CHYBA OSTATNIA

Droga powrotna była męcząca Conor upierał sie by wyprowadzić resztę zwierząt...zabłąkane oslepiane przez ciemności od lat...doprawdy dziwnie reagowały na światło...

Ponownie przenieśli sie na Bucanners za pomocą mocy Ma....Fulken wyglądał znacznie lepiej...doszedł do siebie bardzo szybko, a co ważniejsze wrócił mu również rozum...Choc człek rozmawiający z królikiem nie wygląda obiecująco...
- Widzę, że już lepij...-Tulkas uśmiechnął sie sam do sibie...zerknął na królika...ten łapczywie dokańczał resztki zostawionej rzepy...- Dzięki mały, ze sie nim opiekowałeś...dobra robota...-z torby wyciagł ostatnie dziesięć rzep i położył przed królikiem – zasłużyłeś...- Odwrócił sie do Fulkena...- Możesz juz wracać do Yew...
- Myślisz ze mnie tam chcą? Czy mogę wrócić? - dowódca najemników zdawał sie zakłopotany...
- Myślę, ze i nawet tęsknią...-uśmiechnął sie Ma rzucając plecak z nowa zbroją na półkę- Masz to...załóż....tymczasowo...w Yew otrzymasz lepsze uzbrojenie...o niebo lepsze...




PS: Do zakłócających pokój w Yew...Fulken powrócił...możecie testować jego nowa halkę;)


Dziękuje za świetną zabawę Aruvinowi...nasze opisy mogą tego nie oddawać...quest trwał prawie 3h, i był naprawdę za... tzn świetny... po tych trzech godzinach chciało się powiedzieć: CHCE WIECEJ!!
Tytuł: Powrót przywódcy
Wiadomość wysłana przez: Iudex w 2006 07 10, 20:18:51
Podpisuje sie obiema rekoma - Quest ciekawy, dynamiczny, zaskakujacy - pierwsza klasa
*bije brawo*
Tytuł: Powrót przywódcy
Wiadomość wysłana przez: Aruv w 2006 07 10, 20:53:51
Duchowy przywódca Yew znów jest wśród swoich. Od teraz, jego bystre oko patronować na powrót miasto będzie. Ciekawi wszyscy jesteśmy, ile głów strąci nowa halabarda Fulkena...

***

Dzięki, chłopaki. Faktycznie, mi po tych 3 godzinach też chciało się krzyczeć, że chcę więcej. Świetne rpg z waszej strony. Była to dla mnie przyjemność. Sądzę, że nasze drogi się jeszcze skrzyżują. ;)

P.S. Opisy są niczym dobra książka. ;)