Podrozowalem jednym ze szlakow, ktore ustalilem lata temu, ktore znalem tak dobrze. Odwiedzalem kolejno Vesper, Brytanie, Trinsic - otoczone rozleglymi lasami, bedacymi mi domem. Czas nadszedl bym odwiedzil miasta, ktore nazywalem zewnetrznymi.
Brama ksiezycowa zwana portalem, krotki i nieprzyjemny zawrot glowy i oto bylem w poblizu miasta Moonglow. Zachlysnalem sie wiatrem magii unoszacym sie zawsze w tym miejscu, by po chwili zostac wyrwanym z tego blogiego stanu przez donosne dzwieki, dochodzace ze strony miasta. Nie zastanawialem sie dlugo i popedzilem droga prowadzaca do bram.
W miare pokonywania odleglosci, ktora dzielila mnie od miasta narastal w mych uszach szczek broni i dzikie ryki walczacych. Na miejscu zastalem tlum zbrojnych otaczajacych olbrzyma, miotajacego sie we wszystkie strony. Magowie ciskali pociskami energii, wojownicy kąsali bestie swymi bronmi, a gapie padali pod ciosami stwora. Wsrod walczacych rozpoznalem kilku, z ktorymi sam niegdys skrzyzowalem bron lecz sila woli odepchnalem te mysli i rowniez rzucilem sie w wir bitwy napinajac cieciwe luku. Olbrzyma musialy irytowac groty, ktore co chwila umieszczalem w jego cielsku, gdyz szybko stalem sie celem jego piesci. Nie bylo mu jednak dane dosiegnac mnie ciosem, gdyz kon moj przywykl do trudow ciaglych podrozy i z latwoscia manewrowal na polu walki, tanczac wokol olbrzyma.
Smierc bestii byla nieunikniona. Raniony poteznymi ciosami wojownikow, przypalany magia i przebijany grotami padl w koncu u naszych stop, a gdy oddawal ducha wysapal, ze wroca... z gor. Zainteresowanie tym, co przyniosl ze soba bylo wysokie ja jednak udalem sie do swiatyni Raquanisa w poszukiwaniu rady. Zastalem zaniepokojona kaplanke, ktora wyjasnila, ze dziwne to, iz bestia zapuscila sie tak daleko, gdyz nieczesto opuszczaja swe obozowiska i robia to tylko pod wplywem rozkazow Krola Gor. Jasne stalo sie, ze musze go odszukac i zmusic do wyjasnien. Otrzymalem wskazowki okreslajace miejsce jego pobytu - bagna w okolicach Papui - miejsca, do ktorego nie jezdzilem czesto i takze teraz nie mialem na to ochoty.
Sam nie zdzialalbym tam wiele totez postanowilem poszukac pomocy ze strony miejscowych. Dosc szybko znalazlem chetnych, aby upuscic troche krwii, gdyz w tamtych stronach nie braklo takich osobistosci. Z trudem przelknalem gorzki fakt, ze oto walczyc bede ramie w ramie z tymi, ktorych nie darze szacunkiem z racji ich szczegolnego upodobania do wyzyskiwania slabszych. Nie mialem jednak wyboru. Wyruszylismy wiec, po krotkich wyjasnieniach, by odnalezc Krola Gor. Niemalo trudu sprawilo nam zlokalizowanie stwora i niech bogowie zaswiadcza, nie byl skory do rozmow. Rzucil sie na nas gdy tylko zblizylismy sie na odleglosc wzroku. Walka trwala dlugo i nie raz zdarzylo sie, ze tymczasowy sojusznik za bardzo zblizyl sie do tak niebezpiecznego wroga. Krol Gor nie marnowal okazji, by oddzielic ducha od ciala. Jednak bogowie wiedza, ze i jego los byl przesadzony juz w momencie, gdy kaplanka Raquanisa wskazala go jako winnego ataku na Moonglow. Los ten dopelnil sie i walka dobiegla konca.
Nad truchlem Krola Gor pojawil sie Duch Opiekunczy Olbrzymow, ktory zabalsamowal i odeslal cialo na wieczny spoczynek, a nam przekazal niewiele. O wiele wiecej dowiedzielismy sie z listu, ktory sciskal w rece martwy juz olbrzym. Do ataku sprowokowal go ktos, kto podpisal sie jako Mag w Czerni, obiecujac ziemie i miasta za Kamien Raquanisa.
Z tymi informacjami popedzilem z powrotem do Moonglow, do kaplanki, ktora czekala z nie ukrywana niecierpliwoscia. Opisane przeze mnie wydarzenia i przekazana tresc listu wstrzasnely nia wielce. Polecila mi tedy skontaktowac sie z wladzami miasta oraz Kapitula Magow, co niezwlocznie uczynic mialem...
***
chyba bedzie CDN ;)
Znow Moonglow, znow po rade do Kaplanki Requanisa. Przybylem po kilku dniach poszukiwan do miasta magii i gdy tylko przekroczylem jego bramy, skierowalem swe kroki do swiatyni. Gmach jak zwykle byl pusty - tak przynajmniej myslalem, gdy wszedlem do srodka. Podziwialem zawsze wnetrze swiatyni totez i tym razem podszedlem blizej oltarza, ktory byl najwazniejszym, a za razem jednym z piekniejszych elementow budynku. Nie minela chwila gdy dojrzalem, ze przy lawce, ktora stala niedaleko, ktos skonczyl wypowiadac slowa modlitwy, po czym wstal i poczal mi sie przygladac.
Po kilku chwilach wiedzialem kim jest, on takze znal cel mojej wizyty i stalo sie jasne, ze w swiatyni znalezlismy sie z tego samego powodu. Przekazalem mu co wiem, a on obiecal skontaktowac sie z wladzami miasta.
Tako tez zyskalem sojusznika w poszukiwaniu Kamienia Requanisa.
***
CDN
*na polanie migotal krysztal, byl na wyciagniecie dloni, podroznik pochylil sie, wrzucil go do sakwy... lecz on z niej wypadl...*
Co do Jasnego Demona - zaklal.
Powtorzyl czynnosc kilka razy... po czym zrezygnowany odjechal.
Spotkanie z dziwnym jegomościem w świątynnym pomieszczeniu dziwnie wpłynęło na Dalurvitha. Najpewniej przeznaczenia bieg powiązał ich drogi.
Dla czarodzieja był to przełomowy dzień. Wreszcie w jego życiu pojawił się nowy cel, dający możliwość wyrwania się z rutyny. Poszukiwania zapomnianych magów Kapituły rozpoczynają się.
Znalazlem go, jednego z Kapituly, ostatniego przy zyciu. Zaprowadzil mnie do bram ich siedziby, a tam przekazalem co wiem. Polecil abym przejrzal regaly z ksiegami jednak niestety nie znalazlem wsrod nich zadnej, w ktorej wzmianka byla o Kamieniu Requanisa. Podobniez mag Kapituly nie byl w stanie jednoznacznie okresilc jego polozenia, lecz obiecal pomoc w tej sprawie.
Juz trzech tlumi intryge Maga w Czerni...
Wykonane zadanie.
Mag oczekiwał zleceniodawcy w karczmie Yew. Na samym dnie jego plecaka spoczywała cenna rzecz - Mapa ukrycia kryształu Requanisa. Choć od tamtego czasu tak wiele się zmieniło i teraz można użyć jej na inny sposób wciąż pozostają kwestie honoru i zleconego zadania....
Pedzilem do Yew wiedzac, ze na mnie czeka. Na trakcie minalem wojownika, ktory konczyl wybebeszac jakies zwierze lecz nie poswiecilem temu wiele uwagi. Sprzaczka zbroi uwierala mnie w bok postanowilem jednak nie poprawiac jej poki nie dowiem sie co pragnie przekazac mi sojusznik z Moonglow.
Gdy dotarlem do karczmy czekal na mnie spowity cieniem. Przywitanie wypadlo chlodno. Czlowiek, ktorego poznalem w Moonglow byl inna osoba. Przybral gniewne oblicze, odzial sie w barwy karmazynowe, a z plecow zwisal mu plaszcz haftowany insygniami Blackthorne'a. Coz wiec mogl mi zaoferowac? Pogarde? Smierc? Dal mi jednak mape, na ktorej wyraznie zaznaczone bylo - jak zapewnial - polozenie kamienia Requanisa. Nie tlumaczyl niczego, wspomnial jedynie, ze w zyciu jego nastapilo wiele zmian. Wierzylem mu.
Odprowadzil mnie do banku i tak oto pozegnalismy sie, byc moze ostatni raz kroczac wspolna droga, stojac teraz na jej rozstaju. Tylko przez chwile targnal mna zal. Teraz nalezalo ruszyc po kamien.. lecz tym razem juz bez sojusznikow.
Wiele dni minelo odkad ostatnio odwiedzalem Magincie. Teraz los sprawil, ze znow mialem sie tam udac. Obserwowalem wydarzenia majace zwiazek z odbiciem miasta z rak nieumarlych czekajac na swoja szanse. To, ze Zakon postanowil zajac sie wyspa bylo mi na reke...
Czarne chmury zebraly sie nad Moonglow, a ja czulem, ze nie jest to dla mnie bez znaczenia. Widac tak wlasnie bylo gdyz zawrot glowy spowodowal, ze o maly wlos nie spadlem z wierzchowca, a po chwili stalem wsrod rownie zdziwionych ludzi i nie-ludzi zebranych wokol kamienia, ktory emanowal wielka moca magiczna.
Zostalem przyzwany do miejsca zebrania. Widac wiedzieli co mgoe im powiedziec, gdyz zaczeli pytac o kamien Requanisa. Obserwujac ich twarze poznalem kilku, ktorych widzialem juz wczesniej. Moj cel stal sie ich celem. Pocieszalo mnie to. Po kilku chwilach wyjasnien ruszylismy w strone Magincii. Miasto wciaz okupowane przez nieumarlych stawialo opor, lecz niedlugo. Gdy okolica byla bezpieczna poczalem szukac kamienia. Znalazlem go w miejscu, ktore wskazywala mapa, lecz forma jaka przybral zaniepokoila mnie. Otoz rozbity byl na cztery fragmenty, symbolizujace domeny Requanisa. Moje rozmyslania przerwalo pojawienie sie istoty, ktora nazwala sie Straznikiem Kamienia. Ustalilismy, ze zostal on celowo rozlaczony i aby go polaczyc musimy wejsc w posiadanie magicznego klucza, ktorego pilnuje Straznik Rozlaczenia - brat istoty pilnujacej kamienia.
Wskazowki byly bezcenne. Nekromantka z Zaginionych Ziemi podzielila sie swoja wiedza, a sternik wyspiewal szczegolowo reszte drogi i tak oto dotarlismy na mala wyspe, na ktorej czekal Straznik. Drwil z nas i obiecywal smierc, przyzywajac dziesiatki upiorow. Lecz to on padl pod ciosami meznych wojownikow i przebieglych magow. Pierscien byl w naszym posiadaniu totez znow ruszylismy do Magincii by go uzyc. Jednak moc kamienia przerosla sily maga probujacego uzyc pierscienia, bowiem ten nie byl naladowany. Pospieszylismy po rade do kaplanki Requanisa. Na miejscu wysluchala z zaciekawieniem naszej opowiesci, po czym umiescila pierscien na piedestale otoczonym silami zywiolow twierdzac, ze musi on zostac naladowany, aby mozliwe bylo polaczenie Kamienia. Zafascynowany energia bijaca od esencji Zywiolow przestalem slyszec glosy rozmawiajacych. Ocknalem sie po chwili, by stwierdzic, ze ucichli.
Tak oto moj cel zostal spelniony. Reszta w rekach magow z Moonglow. Niech ich bog - Requanis - prowadzi ich w tej probie.