Ziemia zatrzesla sie Trinsic...
retrospekcja
- Odchodze, wiem, ze jestem jednym z ostatnich dzierzacych tajemnice... nie udalo nam sie go pokonac, bo czas wlasciwy nie nadszedl. Slowa Paladyna stawaly sie coraz slabsze.
- Moj Duch nie zazna jednak spoczynku, dopoki nie przekaze tajemnicy godnemu... jesli wytrwa i fala zwatpienia nie ogarnie go... jesli powstanie bractwo cnot i razem wyrusza, posiada znamie tajemnicy, posiada to, czego i my takze miedzy innymi strzeglismy...
- Panie a Twoi bracia? - wyrwalo sie uzdrowicielce...
- Czas nie nadszedl... ale moja tak...
Glos zadudnil w glowie rycerza. Glos z przeszlosci... moc mial tak silna, iz rycerz jakby po omacku wiedziony glosem trafil do grobowca Paladyna.
Wieczorny chłodny wiatr owiewał mą twarz, gdy wjechałem na wiernym białym rumaku do miasta przodków zwali je czasami twierdza zbudowane przed laty w lasach na południe od stolicy
Latarnie błyskały jasnością po głowach smoczych osadzonych w przejazdach.
Cisza i wiatr muskający delikatnie drzewa spokojnie rosnące za brama wjazdowa a w dali las tak las pełen nieznanego tajemnic sprzed wieków.
Podnosząc głowę szeptałem modlitwę sięgając w wspomnienia z swej młodości tak to znajome miasto rycerzy dobra Trinsic.
Jadąc kolejną z alejek mijałem straże patrolujące uważnie ulice i w małych dwu osobowych grupkach rozmawiające o spotkaniach w karczmie przy dzbanie przedniego wina oraz towarzystwie.
Miasto od wielu dni stało się spokojniejsze mało ludzi kroczyło jego ulicami wiec i droga do pobliskiego banku była spokojna z za rogu wybiegł jakiś młodzieniec ciągnąc za sobą wielki wór wypchany po brzegi skórami,zerkając na niego zapytałem, na co Ci tyle skóry młodzieńcze.
Podnosząc głowę z pewną obawą odpowiedział dostarczam je pewnemu krawcowi wszak żyć za coś trzeba chwyciłem za mieszek wypchany kilkudziesięcioma kryształami zdobytymi podczas wyprawy rzuciłem w kierunku młodego człowieka.
Stając chwycił go w dłonie a po otworzeniu w jego oczach znów zobaczyłem to.
Było to uczucie wielkiej radości na ustach pojawił się uśmiech i podziękowanie, ruszyłem dalej, gdy obracałem się młodzieniec stał nadal chowając drogocenne kamienie pomachał ręką radosny i uśmiechnięty .
Słoneczna tarcza pomału zaczynała skrywać się całkowicie za wielkimi murami starej twierdzi wokoło robiło się coraz ciemniej i ciemniej.
Dotarłem tak jestem na miejscu główny bank w mieście Trinsic, skromny, bo skromny a i miejsca nie za wiele.
Umęczony wyprawa i wysiłkiem walki poprosiłem bankiera o jedną ze starych skrzyń, jakie przechowywał dla mnie .Zerkał pytając Rycerzu był tu gość pytający o ciebie, wspominał o zamówieniu jakimś.
Powoli ściągając moja zbroje zerkałem w skrzynie, no tak znów zapomniałem zamówienie na nowe komplety płytowe leżało na samym środku z pieczęcią człowieka, jaki od lat był mi bliski.
Złozyłem nowy komplet wyszedłem przed bank, chłodne rozkoszne powietrze i świerszcze w rogu w słomie cykające donośnie.
''Ziemia zatrzęsła się w mieście '' - co to cos się stało.
Rozejrzałem się baczniej gdzie ten młodzieniec wszak minęło tak wiele czasu a w jednej chwili dziwny obraz przeszył me myśli.
Wizja była ta dość dziwna skóry niedźwiedzie i wielka kałuża krwi, lecz to, co zobaczyłem dalej było straszniejsze spod futer wystawała dłoń nie dorosłego, lecz dziecka prawie.
Nie zastanawiając się wsiadłem na białego jak śnieg konia pognałem pędem ulicami w poszukiwaniu młodzieńca mijałem kolejne domy nim dotarłem do rogu .
Tam już z dali zobaczyłem to.
Nie może być, czemu podjechałem blisko zeskakując ściągałem futra i skóry z.....
Tak to był on chłopiec z szyją przecięta czymś ostrym, skóry spływały krwią a na ustach młodzieńca nadal rysował się uśmiech, z jakim go pozostawiłem jakiś czas temu.
Wzniosłem miecz w niebiosa krzycząc, czemu jego życie serce przepełniło uczucie smutku i żalu, lecz w dali w cieniu zobaczyłem zarys ludzkiej postaci.
Tak, mimo iż pora późna a i latarnie nie całkiem oświetlały ulice tam ktoś był.
Ruszyłem, czym prędzej w tamta stronę, gdy dotarłem do rogu zobaczyłem ich stali obok swoich koni wyrywając sobie worek z drogocennymi kamieniami, jakie podarowałem chłopcu, szarpali się tak mocno, iż nie zauważyli, gdy podjechałem.
Będąc już kilka kroków od nich jednak cos się zmieniło nim wymówiłem jakiekolwiek słowo wskoczyli na konie ruszyli na mnie z impetem.
Kolejny zblokowany cios na mej tarczy i kolejne wyprowadzane przez napastników cios kolejne rany, walka nabierała tępa nie byli to pospolici złodzieje byli to wyszkoleni mordercy .
Precyzyjnie zadawali każde kolejne cięcie, wtem błysk oślepił mnie wszystko zawirowało.
Leciałem , niesiony dziwna mocą aż spadłem na ziemie.
Wiele chwil minęło i wiele nieznanych słów przeleciało nad moją głową złożoną na ziemi w niemym spoczynku.
,, Błysk tak błysk zmienił wszystko - wstań, wstań z kolan rycerzu nie odejdziesz zbyt szybko"
Wspierając się na dłoniach wykrztusiłem z ust kilka skrzepów krwi, jakie powoli spadały niczym krople daru życia na ziemie tworząc czerwona kałuże.
Wstałem z kolan, gdy nastawał prawie poranek ptaki świergotały radośnie w gałęziach pobliskich drzew.
Los ci to czy dar jakowy.
Żyje, wciąż żyje straszliwe ból na ramieniu i rozbita pięknie zdobiona zbroja płytowa cios ranił ramie.
Wtedy to dziwne wspomnienie słów jakby podczas tego czasu przekazane a teraz za sprawa jaźni prawdziwej poznane.
Słowa dające otuchy i tajemniczości zarazem wiedzione tajemnicza siłą czegoś, co prawie odeszło,zostało osamotnione i prawie zapomniane.
Lecz nie na wielki jednak, ptaki zerwały się z drzew wzbijając wysoko ponad miastem ich pióra lśniły w promieniach poranka witającego nad Trinsic.
Stojąc przypomniałem sobie ich dokładna treść:
'' Mój Duch nie zazna jednak spoczynku, dopóki nie przekaże tajemnicy godnemu... jeśli wytrwa i fala zwątpienia nie ogarnie go... jesli powstanie bractwo cnot i razem wyrusza, posiada znamię tajemnicy, posiada to, czego i my także miedzy innymi strzegliśmy... ''
W oddali zobaczyłem sylwetkę przyjaznego maga wojownika jadącego w moją stronę.
Gdy podjechał chwyciłem z jego dłoni dzban pełen wody szepcąc jedno - sprowadź brata mego oraz bliskich nam ludzi ,czym prędzej czas już czas dotrzeć do grobu ...