Najwspanialszy z ptaków
Ochłodzenie się klimatu przyniosło straszne skutki dla wspaniałego ptaka jakim jest Feniks.
Nadszedł czas by swój niemal wieczny los złożyć w dłonie śmiertelnego...
Od teraz jego przetrwanie zależy od odwagi i sprytu pewnego Arcymaga...
Słyszał o nich wiele razy. Jeszcze więcej razy o nich czytał. Ale jeszcze nigdy żadnego nie widział... Aż do dzisiaj.
Właśnie miał tchnąć magię w kostur, gdy z nieba zaczął sypać się na niego złoty pył. Rozjaśnił dach jego wieży, oraz przerwał nocną cisze delikatnym syczeniem. Chłód nocy zelżał, a powietrze nabrało zapachu siarki. Minęła chwila zanim zwrócił uwagę na jaśniejący punkt pośrodku ołtarza.
To, co zobaczył daleko różniło się od opisów, jakie zwykł był znajdować w księgach. Pióra nie tak błyszczące, chaotycznie poukładane na skrzydłach, majestatyczny ogon z niczego nieprzypominający swej dawnej chwały, wolne ruchy, którymi stworzenie poprawiło upierzenie, a które po chwili ustały powodując, że ptak znieruchomiał. No i te oczy... Oczy, w których dawny żar oraz błysk były lekko dostrzegalne.
Wyczuł jeszcze jedną magiczną aurę. Spojrzał w bok, a ona się zmaterializowała. Kapłanka Ognia przybyła tuż za nim. Potwierdziła tym samym jego przypuszczenia... Feniks będzie się odradzał...