Kampania: Pan Smokow
zamieszczam, aby bylo wiadomo, co jest ze soba powiazane - najwytrwalsi moze zdobeda wszystkie szczegoly
Prolog:
Uwieziony za Brama Pan Smokow spoczywal w letargu. Nieopatrzne slowa wypowiedziane na zagarnietych onegdaj przez niego ziemiach, wybudzily go. W pierwszym porywie gniewu, wielowiekowej frustracji, hanby jaka go spotkala – wyslal swych niewolnikow. Na poczatku odpowiedzieli ci najslabsi i oni zgineli.
Zeslal klatwe... i wtedy przyszlo opamietanie. Ich serca naleza do zla!!! Pragna bogactwa, wladzy, strachu... Upiekl kilka pieczeni na jednym ogniu. Stary Bialy Smok z Rady, padl pod ciosami ludzi pragnacych odejscia klatwy. Demon pragnacy jego powrotu pomogl odwrocić klatwe. Ukazal czesć prawdy – wygodnej dla nich... dla Demonow.
QUEST: PRZEBUDZENIE PANA SMOKOW
Pan smokow wyslal swoje slugi, aby uwolnili Czterech Giermkow
Spis dotychczasowych questow:
Przebudzenie Pana Smokow
Spalona Ksiega
Poznanie Ksiegi Czterech
Przekazanie Ksiegi Czterech
Rytualy nad Ksiega Czterech
watek zakonczony: Zlamana Pieczec Ksiegi Czterech i Uwolnienie Zlotego Demona
watek w trakcie: Insygnia Krolestwa Elfow
watek w trakcie: Wezowy Krwisty Demon
watek w trakcie: Kosciej
watek w trakcie: mlot K.
watek w trakcie: Dom Zniszczenia
reszta to poszczegolne questy, oraz czekajace watki na rozpoczecie...
serdecznie zapraszam
uzupelnienie: watek z Zabojstwem Ksiecia Calbriena i Medalionem Jednorozca (kilka questow)
jak do tej pory wykonalem w tej kampanii 23 questy
ostalo sie 5 grup graczy
ilosc questow wrosla do 27 z kampani
uwolniono drugiego Demona
Podziwiam Twoj zapal Gofer :)
Oby wiecej bylo takich QMow jak Ty.
amen
ilosc zakonczonych questow 35
ilosc quesow w trakcie 5
ilosc questow do przeprowadzenia: duzo
Cytat: "Gofer"ilosc zakonczonych questow 35
ilosc quesow w trakcie 5
ilosc questow do przeprowadzenia: duzo
Łżesz w żywe oczy, Gofer. Przecież na DM nie ma questów i jest totalna nuuUuda.
Gwailu, ale z jaka klasa. :lol:
Jedna z niewielu rzeczy, ktora lubie w goferze.
Jest swietnym QM.
(tak gofciu to byl komplement)
Niecierpliwie przebieram czulkami w oczekiwaniu na rozwoj wydarzen.
No prosze goferku alesz ty sie dla ans starasz 8) Oby tak dalej !!!!! a dm znowu rozkwitnie w calej swej okazalosci
Nie zapominajcie , ze to ja jestem zly... Gofer rulez ;]
Cytat: "Alister"Jedna z niewielu rzeczy, ktora lubie w goferze.
Jedna z niewielu rzeczy, ktorych w Goferze nie lubie:
Nie bylby soba, gdyby sie publicznie nie pochwalil swoimi osiagami i nie pokazal, jaki to on nie jest pracowity i czerpal satysfakcje z pochwal innych. 8)
Ale coz, moze to dlatego, ze poniekad to rowniez moja cecha? 8)
Btw. Gofer: zaliczyles do tej swojej statystyki spotkanie tego Koscieja z moja skromna osoba?
Nie... Quest w mojej nomenklaturze to dzialania (2-3 dniowe, po kilka godzin).
Ty miales chyba 2-3 eventy. Spotkania. To co bylo w Swiatyni, to tez event (tak abys mial porownanie).
ps. Daleko mi do Twojej megalomani. Watek jest po to bo kilkadziesiat osb bierze stale udzial w nim (tak - powyzej 30-stu) i dzieki temu oni sie orientuja.
Dobrze, że mamy tych 30 eloziąrpg, bo dzięki nim na DM uprawiane są jeszcze questy... Inni, dzięki temu, mogą spokojnie się funflować z redami i uprawiać nieklimatyczne PK.
ta trzydziestka to w tej kampani...
sa jeszcze inne zabawy :wink:
W takim razie moze ktośmi wyjaśni, co łączy złote jajka z całą tą sprawą?
Pojawiły się takie artefakty, ale nijak w grze nie można dociec co z nimi dalej zrobić. Może ktos naprowadzi na jakiś trop?
jedno nie moje... a reszta - ludzie poerpegujcie - to sie dowiecie :D
ps. red moze wynajac blue, a blue reda na przeszpiegi... DM to nie tylko PvP i PvM...
Tym razem ja zamknę ten topic aż do UPa lub gdy gofer sobie go otworzy.
Otwieram i przypominam ze moze 2 osobniki napisza cos, co brakuje do calosci tematu...
Musialbys chyba przypomniec o co chodzi. Tyle watkow, tylu ludzi i tak dawno sie nie logowalismy ;)
Wlasnie uwolniono trzeciego Demona...
questy nie spia
serw nie spi
fabula idzie dalej...
dziekuje za mila wspolprace
Kolejne 3 questy dodane w watku dodane
nowe 2 qesty i uwolniono 4 demona... mozna zaczac sie bac !!!
Cytat: "Daltar"W takim razie moze ktośmi wyjaśni, co łączy złote jajka z całą tą sprawą?
o loool przypomniales mi cos :) kiedys kiedys kiedys koxamy pod domkiem a tu idzie kura kazdy na nia klika [kura znoszaca zlote jajka] wszyscy sie rzucli ganiali ja po pol mapy panika zamieszanie etc a ja .... zdjalem ja z luku hahahahahahaha najpierw mnie zjechali a potem sie nie odzywali pare dni :D:D:D:D:D:D:D
o lol dzieki za przypomnienie :)
Nie wiem czy to dobre miejsce ale chyba innego nie ma.
Szybkim gestem reki Starzec otworzyl brame. Przejechal dlonia po twarzy spogladajac na emanujacy energia portal, wstrzymal na chwile powietrze, przymknal starcze oczy. Przebyl wiele kilometrow w jedna sekunde. Wypuscil powietrze i powoli otworzyl oczy. Potezna kula ognia leciala prosto w niego, w mgnieniu oka starzec wystawil dlon i rzekl "SANCT!", przed dlonia zmaterializowalo sie potezne pole silowe, kula ognia z wielka sila uderzyla w bariere i odbila sie ku gorze. Starzec legl na ziemi powalony sila ciosu. Mysli szybko krazyly po jego glowie, coz moglo byc tak potezne, by tak go zaskoczyc i tak latwo powalic, niezdarzyl dokonczyc mysli kiedy wielka stopa zblizala sie by go zgniesc. Szybko wykonany gest dlonia z zachryplym przyspieszonym glosem "REL POR!" w ostatniej chwili cialo starca niczym wiatr przeteleportowalo sie pod sciane pobliskiego budynku. Starzec szybko powstal na wlasne nogi, ciezko dyszac podnosil z ziemi wzrok ku gorze. Jego oczom poczely ukazywac sie przerozne bestie z wymiarow piekiel - demony, bestie, ktorym sila mogl dorownac ale on byl sam a ich dziesiatki, cale miasto tonelo wrecz w piekielnej pozodze. Dookola pelno bylo trupow wiesniakow jak i zakutych w wysokiej klasy ekwipunek wojownikow. Smierc byla nieunikniona... (gdyby byl kon to moze nie ale bez konia ??)...
Moc Ahn'bysa przywrocila wladze czlonkom starca, gotowy do starcia z silami Requanisa na uslugach demonow stanal za wielkim wzgorzem i poczal inkantowac zaklecia, siejac pozoge po drugiej stronie wzgorza. Potezne demony nie pozostawaly dluzne, Profian doprowadzil do oslabienia energi magicznych jednej z besti i juz na jej miejsce przybyla druga rownie potezna. Pojedynek byl dlugi i nagle Starzec znalazl sie po drugiej stronie wzgorza i zostal zdepatany w 0.1 sekundy:
-Bardzo zabawne - rzekł.
-MECHANIKA - odezwal sie potezny glos z nieba.
-Puki maja mane to przeciez mozna, REGULAMIN! - Odezwal sie Profian. (choc nie mial racji bo taki ustep byl chyba 3 lata temu w regulaminie a ten tam dawno nie zagladal)
-Demon mial 10 many - odezwal sie glos z nieba.
Pozniej wszystkie bestie jedna po drugiej przez grupe smialkow zostaly zniszczone, gdyz starajac sie dobiec do wrogow blokowaly sie na scianach energii, ktore poprzedzaly sciany trucizny i ognia i tak wszystkie padly i mozna bylo je rozkrasc bezwstydnie.
I tak wersja fabularna przeistoczyla sie w wersje mechaniczna. Przy okazji mam pytanie czy jedyna dozwolona metoda na zabijanie bestii typu demon musi byc przywolaniec albo wojownik leczony przez maga ? Moze jednak zakazanie wszystkich innych metod jako wykrzystywanie mechaniki nie bylo najlepszym rozwiazaniem ? Popadlismy troche w monotonie przez to... dziwie sie ze pozwolono calej grupie zabic te demony na scianach, bo w regulaminie rowniez jest to zakazane...
Niniejszy GM wlasnie zawiesil swe czlonkowstwo w Ekipie.
Niniejszy znaczy, ktory ? Ten od 'glosu z nieba' ? Szkoda, wygladal na goscia z poczuciem humoru, a kto to byl ? Jezeli powyzszy post jest odpowiedzia na 'narzekania' to jest on odpowiedzia do zlego postu.
Troche dystansu...
To byl Gofer...
coz moze wymagal za duzo od graczy...
zeby nie bylo :) moj post reaktywuje quest ;) zachecamy , zapraszamy ;)
hmm ja czytam ten topic ale jesli ktos to prowadzi to nalezy to posegregowac..
uczestniczy niech to zrobiajest bowiem kilka grup :D
no wlasnie ja bylem na jednym z questow jego czesci zakonczonej byc nie moze tez na drugim i 3 ale sam juz nie wiem....
zapomniane przez graczy
Potomkowie starozytnej rady zebrali sie w jaskini...
Ktos obudzil bestie... szaman wycignal rece i zaczal kreslic kola, blekitny wir pokazal przeszlosc - Wilki i wilkolaki broniace bestii, mysliwych ktorzy po odejsciu obroncow zabili ja z wielkim trudem... kolo czasu zatoczylo krag i ujrzeli czasy jeszcze wczesniejsze... ta martwa juz bestia pochylala sie nad nad krasnoludem w mythrylowej zbroi, porwala posazek i mape... towarzysze przybyli z odsiecza... bestia uciekla w las...
Bestii juz nie ma - rzekl zmeczony szaman. Odnajdzmy to co Dzieciom Storna przynalezne.
Wyprawa do wnetrza historii i siebie chwala Krasnoludom!
Bylem! widzialem! gniew Storma odczulem :)
Kłest wspaniały... Krasnolud kujący swiętym młotem... na świtej ziemi w wielkiej kuźni Krasnoludzkiej.... i elfiątka krecące mu sie pod nogami
nie było tak źle ;)
I zeby elfy na wieki wiedzialy, iz przebywajac na terenie krasnoludow, skazani sa na laske Storna a nie swojego boga...
Bardzo dobry quest, jeszcze raz dzieki
Pulkownik pojawil sie przed czterema Giermkami:
- Przejscie nabralo mocy... 333 dusze jako powiedziano opuscilo cialo podczas zmagan ze mna.
Sluga Pogardy rzekl: idz wiec bramo i wierzejo, przez ktora przejdzie Pan Smokow, my zas odszukamy klucznika i klucze...
Cztery Demony poderwaly sie w przestworza i poplynely szukac tego, ktory zostanie Genaralem Armii, wybrancem i klucznikiem. Tego co przygotuje tron Panu Smokow...
Grupa śmiałków z leśnego grodu Yew stała w milczeniu i wpatrywała się w wypalone na trawie ślady stóp. Wiatr, który tego dnia nie był zbyt silny, a tu, na wyspie ze wszech stron otoczonej drzewami, prawie niezauwazalny słychac było niczym dzwieki tysiąca trąb. Kontrastował z odgłosami wyspy, zazwyczaj głośnej ćwierkiem ptaków i wrzaskami kłócących się sług hordy. Teraz wszystkie głosy ucichły. jeno lekki podmuch falował szaty milczących czarodziejów. Wyraz ich twarzy był cięzki do odgadnięcia. Było w nim z pewnością trochę żalu, troche rozczarowania. Z pewnościa, co wnikliwszy obserwator doszukałby się tam także zdziwienia a może nawet zaciekawienia. Była w tym obrazie jedna rzecz dziwna jeszcze. Wszyscy stali w kręgu. A pomiedzy nimi, w zielonych źdżbłach trawy niczym dwa kratery otwierały sie wypalone ślady dwóch olbrzymich stóp. Troche jak te zostawiane przez krączące demony, jednak o wiele wieksze. I jeszcze coś... Wokoło śladów trawa była zwiednieta. Jakgdyby jeszcze przed chwila tu, na wyspie zwanej Odwagą stał Najczarniejszy z Czarnych, Sługa Śmierci, Syn Ciemnosci - Pułkownik Króla Smoków.
Pułkownik odszedł. Zniknął, niczym iskra wyskakująca z ogniska. A wraz z Pułkownikiem zniknęły wszystkie zbroje, miecze i magiczne przedmioty. Całe złoto i klejnoty. Wszystko co przyniosło ów trzystu trzydziestu trzech nieszczęśników.
Kapoer dopiero wrocil z pracy w TP SA i szykowal sie do powrotu w te szare mury. postanowil jednak ze przed wyjsciem polaczy sie psychicznie z siecia neuronow wszechswiata na astralnej plaszczyznie zwanej ircem. Polaczyl sie. Porozumial sie z Drahem po czym wybuchl glosnym smiechem i polozyl sie na kanapie i dalej sie smial.
Pan Smokow przybyl...
Moce magiczne slabna na calym swiecie tylko paradoksalnie Moonglow wieje ciesza i zarasta kurzem ;)
O Dalio! Ależ on wielki i brzydki. Przecież nie ma siły, by ktoś dał mu radę! Nawet Vandlot, który ma krzepy za trzech - myślał sobie bard wyglądając ostrożnie zza drzew, spoglądając na sapącego Pułkownika Króla Smoków.
Właśnie miał rzucić niewinna myśl, że może lepiej jak wrócą do domu, gdy Vandlot zaczał komenderować.
"A ty Julio staniesz obok mnie, bym w hełmie dobrze słyszał twoje pieśni, które, liczę na to, wesprą nas w walce"
"Mam stać w pierwszej linii" - piskliwie zapytał brad, by zaraz dodać. "No, co to dla mnie, chyba nikt się tu nie boi?"
Tylko nieliczni mogli dostrzec, że dolna warga barda drży a struny jego lutni brzęczą lekko pod dotknięciem trzesących się dłoni.
Jednak, gdy zaczęła się walka stał mężnie i obdarzony największą z możliwych mocy Dalii grał arcymisrzowskie melodie, które sączyły wraz z akordami odwagę i męstwo. Vandlot uwijał się jak szalony między szponami paskudztwa, a powietrze wokół nich wrzało od magii.
Bard nie przerywał gry, czasami tylko wydobywał fałszywy ton, gdy osłaniający go mężnym ramieniem Kirdian szturchał mu lutnię.
A później było jeszcze straszniej...
Pan Smokow rozkazal wezwac Pulkownika... bedzie dowodzil w ataku na Yew - zakrzyknal.
- Jego juz nie ma... odparl Krwisty Demon. Wlasnie Yewenczycy pokonali go.
- Brata mego niewiele w Mocy mi ustepujacego pokonali - rzekl miotajac plomienie wokol siebie. Chce znac imiona ich...
Dwa sukuby, naloznice Pana Smokow udaly sie do Yew, odszukac czlonkow wyprawy.
... O co nie było trudno. Dumny niczym paw bard całą noc raczył wszystkich opowieściami o dziewięciu śmiałkach, którzy pokonali bestyję.
Niech wszyscy wiedzą, że armia Księstwa Yew, nie ma sobie równych!
Będą o nich układali pieśni, niechybnie...
Dziwna postac krazyla wokol zamku... przeslignela sie przez drzwi, wypila rum z dzbana i stanela przed czlonkami wyprawy...
*zasmiala sie w Duchu*
- jak na razie wykonali latwiejsza czesc zadania
po czym, zaczela obwachiwac zebranych
Pośpiesznie wydawał komendy sternikowi, sam obserwował prace żagla zawieszonego na reji. Stary typ ożeglowania miał wiele do życzenia...ciężko pracował pod wiatr, dlatego to tak długo trwało...
Odwrócił się w stronę zatoki, z której właśnie wypływał...
- Znów ledwo uszlim...- pokręcił głową zerkając na demony hordy wypełzające z szczelin w ziemi – Nowe siły nadciągnęły... – Straszliwy ryk przedarł powietrze, drzewa na wyspie uginały się pod straszną silą... - Zrozumiały co się stało przez tę noc... Sterniku lepiej nie traćmy czasu...
Większy demon hordy wył za uciekająca łupiną...wiedział co się stało...Czarny pułkownik został pokonany...
- Trzymaj kurs...- Tulkas zszedł pod pokład...ściągając ciężko zbroje...- do Yew jeszcze daleko, a ja jestem juz tak zmęczony...- Sen to ukoi...
Port Yew jak zwykle cichy...Sternik poszedł już gdzieś...nie budził właściciela...Tulkas począł wyładowywać łupy...
Całe miasto wydawało się puste jakby wyludnione...
- Co się dzieje??- ciche skwierczenie magii rozniosło się przed bankiem...po chwili do środka wpadło kilku Magów, wystraszonych...poturbowanych...- Co się dzieje??- zerknął na nich pytająco – Wątpie żeby taką grozę w waszych oczach mógł wzbudzić i cały Legion Asmodey...
- Pan Smoków... – usłyszał wycedzone przez zęby – Pan Smoków przybył...
- A ja jestem taki zmęczony... – usiadł ciężko – taki zmęczony...
Był pierwszy pod zamkiem, akurat planował ćwiczenia, ale zebranie było większej wagi. W oddali od strony Yew majaczyły już sylwetki pozostałych. W chwili gdy nadjechali Vandlot i Kirdian przed nosem zmaterializował się Jasper i Drah, po chwili też Ma'Conr (oczywiście ze swoim pupilkiem – smoczkiem) nie trzeba było też długo czekać na Morgatha i Cerborna...ah no i oczywiście Julio...ale tego było słychać juz od dłuższego czasu...
Wszyscy przybyli na zebranie, nawet więcej niż trzeba. Popatrzył na pałętająca się po zamku zjawę.
- Będziemy mieli gościa...Gość idzie – powtarzała zjawa – A nie...on już tu jest!!
Rozglądali się niepewnie po zamku. Drzwi na parterze skrzypiały przeciągle, butelki zacnego trunku tańczyły w powietrzu...wracały na swe miejsca puste...
Spoglądał na niewielką obrzydliwą figurkę stojącą nad kominkiem...Gładził powoli zarost...myślami był gdzieś daleko..
Walka dobiegała ku końcowi, czarny jak smoła demon zdawał się słabnąć...Niestety drużyna także... Popękane pancerze...strzaskane tarcze...Ciosy wyprowadzone na demona były coraz wolniejsze...coraz bardziej zdradzieckie...Upadł...szczęśliwy cios w nogi przeważył szale...teraz to już tylko kwestia czasu...
Jak przez mgłę wspomnienia walki ustąpiły wspomnieniu dziwnej istoty:
- Wielką broń macie w swoich rekach...straszliwą...można nią komuś wypruć flaki...
Przebudził się...popatrzył jeszcze raz na figurkę...przemówił do siebie...
- Trza ją dobrze ukryć...
Czy to mgła i cień sprawiały, że nie widział rozmówcy, a może jego zmęczenie...
- Mam informacje jeśli zapłacisz...dwadzieścia śmiertelnych mikstur... - nie czekał na odpowiedz...wiedział, że zapłaci -...jest ktoś kto ma odpis...odpis księgi...
- Znajdź mi go, a podwoje zapłatę...- rozglądał się niczym ślepe dziecko...
Walka dobiegała końca, całe Yew było zasłane ciałami...niestety nie tylko szczuroludzi..
- Tulkas...-najemnik za plecami wymówił jego imię...jego głos był jeszcze ciężki po walce, a może zlęknięty...też miał rodzinę bliskich, też się o nich troskał...- trza nam to wyjaśnić...to nie był trzon ich armii czuje to w kościach...to dopiero początek...mogło być ich więcej...dużo więcej...Więcej tak potężnych magów...co by wtedy bylo...
- Źle by było... - zastanowił się na chwile – ciężka by to walka był... – Pomyślał o małej figurce...potężnej broni...chciałby powiedzieć najemnikowi, że Yew ma taką broń co odeprze armie....to była tajemnica... – Co z tym zrobić?
- Trza wszcząć śledztwo...wyjaśnić to z ich królem...nie możemy mieć trzech tak potężnych wrogów...
PS: troche zwlekałem z opisem...miał być bardziej spójny...nie wyszło... ;)
Czas biegł nie ubłagalnie, wspomnienia wielkiej bitwy...
Siedział w zaciszu izby, wpatrzony w ogień strzelający z kominka...
- Pułkownik legł już dawno...- popatrzył na czarną figurkę w kącie pomieszczenia... - Czy jego brat jest aż tak potężny??
- Potężniejszy niż myślisz - głos Draoidh'a Fianny - Nawet o tym nie myśl...
- Więc jeno czekać, aż na nas ruszy z impetem? - pociągnął łyk wina z butelki...maska czarnego niedźwiedzia zsunęła się na oczy...śnił...
Serpents Hold 2 dni później.
Wyszarpnął toporek z ciała kolejnej nałożnicy...było ich tu troszkę...Rozejrzał się bacznie w sytuacji...Reszta drużyny wykańczała właśnie demona...
- Żywotne ścierwo...- wyszeptał sam do siebie, przebijając się do nich przez ciała nałożnic i dziwnych zielonych smoków.
Demon padł z wielkim rykiem na ziemie...nie bił od niego taki żar...jego oczy przygasły, a ciało drgało konwulsyjnie...
- Wracamy...wracamy... Więcej nic nie wskóramy...jutro wrócim i znów wybijem część jego świty... - oparł się ciężko na toporze... - jeno tak możem go spowalniać...
Z wieży zamku Fianny zauważył łunę gdzieś daleko na północnym wschodzie...
Czy to możliwe?? Ktoś walczy... - Oparł się o ścianę – ktoś walczy z Panem Smoków... - Pośpiesznie zebrał tyle bandaży ile radził wierzchy i magicznie przedmioty wspomagające leczenie... - Nie jestem przygotowany, ale pomogę...
***
Karczmarz podał kolejne piwo...Zacisze karczmy Yew, zawsze przytulne pomieszczenie...Tulkas uśmiechnął się sam do siebie, a miał powody...wracał z wężowej wyspy... Niebezpieczeństwo, które wisiało nad Yew od długiego czasu, zostało ostatecznie zażegnane... był tam pomagał jak mógł śmiałkom, którzy się tego podjęli...Gorąca krew płynie w żyłach tych wojowników...Jhelom okazało się przeciwnikiem, któremu nawet Pan Smoków nie zdołał stawić czoła...
Yew powinno być im wdzięczne... - podrapał się po łbie – Ja jestem...a resztę oceni historia... - zerknął na statuetkę Pułkownika Pana Smoków -...każdy ma swojego demona...
Dobra nowina roznosi się szybko...
PS: Czy to oznacza koniec kampanii??
W Jhelom budził się świt. Pod bankiem stało więcej zwierząt niż zazwyczaj. Krzesło uwierało mnie w tyłek od czekania. Kilku znajomych pakowało zioła i przebierało się w wysokiej jakości zbroje. Baldurpio jak zwykle nie chciał ubrać zielonej togi, która miała być znakiem firmowym naszej gildii. Przekomarzania przerwały ciężkie kroki barczystego krasnoluda o szarej skórze.
- Jestem! – pokazał żółte zęby w szerokim uśmiechu.
Posłałem mu równie sympatyczne co zawsze spojrzenie, wyrażające dezaprobatę jego każdorazowego spóźnienia.
Mało rozmawialiśmy, z resztą jak zawsze. Każdy żył własnym życiem i jednocześnie czuł niepokój przed walka. Niebieski portal otworzył się na wyspę palladynów. Co prawda palladynow nie było, ale szykowała się niezła zabawa. Powoli, wręcz rytualnie zaczęliśmy standardowe przygotowania. Starałem się poustawiać drużynę jak należy. Mniej więcej mi się udało. Barczysty krasnolud zasłonił się ogromną pawężom i ruszył zakute cielsko w stronę naszego dzisiejszego przeciwnika. W każdym z obecnych zadudniło serce. Zza murów Wężowej Twierdzy wyleciał kilku metrowy demon o przedziwnym, białym kolorze skory. Ryknął głośno i przeleciał przez naszą drużynę jak przez stado owiec, pozostawiając jedynie spłoszone wierzchowce. Uciekając na drugi koniec wyspy i słysząc ryk za plecami, pomyślałem ze nie będzie dobrze.
Kilka chwil później nasz dzielny krasnolud stanął po raz kolejny do walki. Walka skończyła się podobnie.
Dobra, jest już pięć zero dla demona...
Ha, znaleźliśmy jego słaby punkt. Krasnolud nadarza się leczyć od jego ciosów z nasz małą pomocą. Walka trwała...
Po całym dniu walki skończyły się nam zioła. Każdy z magów po kolei wracał z nowym zapasem ziół. Wojownicy odbierali od krasnoluda bandaże i myli je gdy walka trwała. Wygląda na to ze stracił już połowę mocy. Dlaczego to ,,już" do mnie nie przemawia?
Stoi dziad w wiru pszczół! Mamy go!
Ha! Leży! Wyciągnąłem mały podręcznik z spisem demonów i po kolei zacząłem wertować kartki porównując opisy z cielskiem leżącym u moich stóp. Ku mojemu zdziwieniu żaden z nich nie pasowal do białego demona. Na przedostatniej stronie znalazłem tylko szkic białego demona oraz podpis... ,,Pan Smoków".
Euforia zwycięstwa, podział skarbów demona. O ile można to co miał nazwać skarbami. W zielonym portalu powrotnym do Jhelom zatapiali się kolejno: członkowie gildii Podróżników, czyli Nico, Stellar, Somini; dwa ghule Zangulus i Kerad; nieustraszony obrońca miasta Cove i wielki intelektualista, Nathall; burmistrz miasta Jhelom które tak lubowaliśmy, Narayan; przyjaciel krasnoluda nie rozstający się nigdy ze swoją mandoliną, Kelembrion. Ostatni wszedł główny bohater całej walki czyli krasnolud Yorghal. Do tej pory zastanawiam się skąd miałem dość mocy, żeby to antymagiczne cielsko przepchnąć przez bramę. Ja, Tomey Gingrod, czekałem na nich z otwartą księgą w Jhelom by zamknąć portal. Usiadłem w banku, otworzyłem spis demonów na przedostatniej stronie i zastanawiałem się, kiedy dane mi będzie zobaczyć okładkę tegoż spisu.
Pan Smokow zaskoczony by nie tylko zuchwalstwem smialkow... walczyl dlugo... gdy jego powloka upadla na ziemie dwa znaki pojawily sie w jego lezu, dwa znaki prowadzacedo jednego z jego niezliczonych skarbow... i tylko ci, ktorzy poczuli ostatni oddech monstrum mozni sa odnalezc go...
jednak oddech slabnie... czas jest nieublagany...
Wężowa Twierdza:
To gdzies tu musi być!
Gromada w wiekszości zlożona z ludzi w zielonych płaszczach biegała i przetrząsała całą wyspę. Niebawem odnalezliśmy trzy wskazówki.
Tam mój skarb gdzie moje serce,
jego brama wiedzie przez ognień,
a kluczem jest gniew.
Wszyscy w milczeniu probowali odgadnać treść zagadki jaką pozostawił po sobie Pan Smoków.
- Chyba mam! - po dluzszej chwili odezwałem się - Ogien, gniew, tajemnicza skrzynia, demony zsyłane przez Pana Smków - kontynuowałem niemal jednym tchem - Valor. To musi być tam.
Wszyscy przytaknęli i chwile później zmierzalismy lodzia w kierunku wyspy demonów, jak mieliśmy w zwyczaju ją nazywać.
Po dość szczegółowych oględzinach całej wyspy, drużyna wróciła z pustymi rękoma na Wężową Wyspę. Udalismy się do jednej z nielicznych Świątyń Saternosa jaka znana jest zwykłym śmiertelnikom. Saternosa - Boga ktory powstał pod wpływem i w imię gniewu Ahn'bysa. W niej mieściła się jedna ze wskazówek - POSĄŻEK WIELKIEGO WYRMA a na nim złotymi literami wyryty napis "TAM SKARB GDZIE SERCE MOJE"
Staliśmy z Tomeyem nad statuetką i z bardzo głupimi minami przygladalismy się jej. No dobra, co dalej? Oparłem się o smoka mojego przyjaciela patrząc jak Nico radośnie ciska któryśnasty magiczny pocisk w Hexina. Spojrzeliśmy z szamanem na siebie. Wyraz skrzywionej miny który zagościł na jego twarzy zapewne nie odbiegał znacząco od tej, który widniał na mojej. Nie wiem jak Tomeya, ale mnie ogarniala coraz większa rezygnacja. Mialem wrazenie ze tylko my zdawalismy sobie sprawę, że uczestniczymy w wielkim wydarzeniu. Wydarzeniu które być może miało uratować cały świat przez gniewem Saternosa i całkowitą zagladą Sosarii.
Nagle w oczach Tomeya spostrzegłem błysk. Rownież i ja chyba odgadłem znaczenie słów zagadki... Niemal równocześnie krzynelismy: WYRM! A na naszych twarzach w końcu zagościł uśmiech. Reszta drużyny, gdyby nie ostra reprymenda ze strony Tomeya zapewne nawet niezauważyłaby magicznej bramy, która już prowadzila nas do jednej z dwóch kryjówek Wyrma.
Despice:
Naszym oczom ukazał sie olbrzymi masyw górski. Nie tracąc czasu weszliśmy szybko w szczelinę prowadzącą do wnętrza jednej z grot opanowanej przez orki. Tratując niezliczone zastępy cuchnących potworów przebiegliśmy przez pierwszy poziom Despice. Reprymenda ze strony Tomeya calkiem nieźle podziałała na resztę drużyny - rozpierzchliśmy się po wnętrzu jaskini w poszikiwaniu... sami chyba do końca nie wiedziąc czego. Po chwili na umówione wczesniej miejsce schodzili sie kolejni członkowie drużyny. Każdy ze spuszczoną głową. Każdy z jednym słowem na ustach - NIC.
- Zatem Destard. To chyba nasza ostatnia szansa - oznajmił Tomey.
Destard:
W lochu mniej śmierdziało siarką jak zazwyczaj. Pewnie krasnolud rano tu był i wypłoszył naszych smoczych przyjaciół. Zagłębialiśmy się coraz bardziej i bardziej w głab olbrzymiej jaskini, którą każdy z nas znał niemal tak dokładnie jak ukochane Jhelom. Zwiadowca idący przed nami dał znać że na samym dole lochu odnalazł coś niezwykłego. Serce mocniej zabiło, a koń ściągnięty cuglami wyraźnie przyspieszył.
Na miejscu naszym oczom ukazała sie skrzynia. I to nie byle jaka skrzynia. Wykonana z nieznanej nam rudy, rozjaśniała wnętrze niewielkiej groty, ukazując niezliczone nacieki,
stalaktyty, stalagmity i te najrzadziej spotykane - stalagnaty. Wygrawerowany sejmitar o
płonącym ostrzu tylko utwierdził mnie w przekonaniu iż odnaleźlismy spuścizne Pana Smoków.
- Nareszcie! - krzyknął Zangulus. Zaraz tez zawtórowały mu radosne głosy pozostałych, roznoszące sie echem po grocie.
Gdy nasz dzielny krasnolud podnosił ciężkie wieko skrzyni, czułem podniecenie zmieszane z niepewnością. Jakiez było nasze zdziwienie gdy zamiast wielkiego skarbu, na dnie skrzyni odnaleźlismy kolejna rune i zakurzony zwój. Nawet zza swiatow Pan Smoków potrafił nas zaskoczyć.
- To jeszcze nie koniec - wycedził zawiedzionym głosem Yorghal.
Smorat byl zly krag trzymal go mocno a pakt dopelniony byc musial... kiedy czary prysly mag nie odwolal go... jak dobrze byc znow na tym swiecie...
Lordowie przyjeli zaproszenie Pana Smokow i skierowali swe wojska na miejsce planowanej bitwy
Ciemniejące chmury nad miastem nie wróżyły nic dobrego.
Gęste niczym błoto a czarne jak ogon kota w samym środku nocy.
Nic dobrego nic dobrego, szeptali ludzie spoglądając w niebo.
Nagle chmury przybraly kształt trąb a znich poczęły wyłaniać się bestie - jedna, druga dziesiąta i jeszcze następne.
Ludzie wybiegli poza mury.
Każda brama stała się polem walki.
Przy jednej szczególnie głośna była jedna Matrona Ofidianów. Gdy jej ochronę wycięto a ją samą wzięto w kleszcze i 'zachęcono' widłami zaczęła mówić:
Pan Smoków znów nadciąga, wiedzie swoje armie by wreszcie zwyciężyć, cztery bramy cztery armie jak cztery strony świata.
Pan Smoków nadciąga! Strzeżcie się i bądzcie gotowi!
Potem w szale rzuciła się do walki i zginęła
Krasnolud przeglądał swą skrzynię bankową. Wyciągnął płaszcz, którego szukał i przypiął go sobie do ramion. Przyjrzał się jeszcze na chwile 4 przedmiotom spowitym niebieskawą aurą. Był to jego powód do dumy, lecz także wstyd! Poczucie siły, ale również jej brak... Brodacz spojrzał jeszcze raz na pieczęcie, które sam wykuł dzięki pomocy Storna i przez które już nigdy nie będzie mógł obrabiać jakże cennych dla niego kruszców. Przeklął pod nosem, po czym zatrzasnął wieko i oddał skrzynię swemu zaufanemu bankierowi w Khazad-Dum*.
Xan wciąż oczekiwał...
*-każdy w Sosarii wie, iż prędzej świat się skończy, niźli komuś uda się okraść krasnoludzki bank
Upadly elf siedzial w swej komnacie, w czarnej szacie mrokiem spowitej. Wspominajac dawne swe czyny u boku Pana smokow, zastanawial sie czy wladca wezwie swego sluge.
"Na twoje Panie czekam wezwanie, bedzie to wielka bitwa i krwii wylewanie..." - szepnal syczac po czym udal sie w cien.
Obudził go jego własny krzyk... sen płonące Yew, wspomnienia walki z tymi strasznymi demonami... Pan Smoków i jego brat... Upewnił się czy trzyma jeszcze figurkę...tak pilnował jej...zamknął ją w skrzyni najwyższej zamkowej wieży... tu jest bezpieczna...
Koszmary znowu powróciły tym razem, przyniósł je obwoływacz... Armia Pana Smoków jest na półwyspie Kirina... idzie w stronę Yew niszcząc wszystko na swej drodze...te wieści były z ubiegłego dnia...
Jedno jeno myśl...figurka... przeca ostawił ją w zamku, tamtędy przetoczy się cała armia, jeśli ją znajdą...
Kilku najbardziej zaufanych przyjaciół mu towarzyszyło...przyglądał się im z dumą... jeno do zamku, oby do zamku, zabrać figurkę i wrócić do Yew... z gąszczu lasu wyłaniały się pierwsze demony hordy... za nimi szły większe...dużo większe... zacisnął silniej palce na rękojeści topora...obejżał się jeszcze na przyjaciół, byli z nim...
Zamek był oblegany, ale demony nie przeszły jeszcze przez wrota...
Trzymał w rękach swoje przekleństwo...Czarną figurkę...
Oby się na coś zdała... – wymamrotał do Sarn – trza ich więcej... - odłożył statuetkę do skrzyni - trza przygotować obronę...
W stronę armii ruszyli cisi jeźdźcy... oszacować siły wroga jeno i powrócić żywym...
W tym samym czasie jeden z gońców ruszył w stronę południowych granic...oby zdążył...
Czarny Kruk to mała, ale szybka łajba. Odkosy od dziobu sięgały dulek przy wiosłach, a kilwater ciągnął się przez wiele sążni... Mimo silnego wiatru niemal sztormu, kapitan kazał trzymać żagle... Nie zrefowane żagle trzeszczały na szwach, wanty masztu drżały sam maszt wyginał się pod naporem wiatru... Nie było już czasu na ostrożności... łajba pruła na wschód ku portowi Khazad Dum...
Krasnolud już na niego czekał, jakby wiedział... szczęście krasnoludka mądrość kazała mu się wcześniej przygotować... wcześniej zrobił, co do niego należało... Jak odpowie jednak na tak trudne zadanie...
Przyglądali się w ciszy na krasnoludki młot..."splendor krasnoludów" jak go krasnoludki mistrz nazwał... obaj patrzyli na niego z zadumą, może smutkiem... Kto go uniesie, by dokończyć tego dzieła... Trumna pana smoków gotowa, a kto wykona ognisty gwóźdź do niej... Jest młot, jest materiał...brak kowala...
Tajemniczy ładunek znalazł się na małej chybotliwej łodzi... Czarny Kruk wracał do swego portu w Yew...
Rozmowa z Van Shevanem była krótka... Stary wiedźmin to rzeczowy człek... chwilke później gdy stał już w porcie, podziwiał pośpiech i organizacje jego podwładnych...
..................Armia opuściła już Cesarstwo żołnierze zabrali najlepsza broń teraz to oczekiwać wroga i tej wspaniałej bitwy ..............
W Yew wrzało jak nigdy jeszcze... przygotowania do obrony, każdy zaprzątnięty swoim kawałkiem pracy...może raczej ogromem pracy... nie zdążą przygotować wszystkiego jeno część...znikomą część... Armia Pana Smoków posuwała się szybciej niż sądzili, a jej liczba wciąż rosła...
Odleciały tak szybko jak przyleciały, pozostawiając przerażenie wśród mieszkańców... Mało brakowało a weszłyby do komnat Księżnej Akiny... Grupa śmiałków ruszyła w pogoń... próbowała nadążyć za skrzydlatymi stworami, które kierowały się na wschód...
Przyparty do muru niebieskawy demon o wyglądzie żaby nie miał wyboru...mówił, dużo mówił, nie tylko śmiałkowie przysłuchiwali się tej rozmowie... błysnął piorun, spopielając szczątki demona, a im oczom ukazała się śmierć...
Usiadł ciężko w karczmie, nadciągająca armia to siła, jakiej Yew się nie oprze...Jedno pytanie chodziło po głowie...Co robić? ... Zawsze nachodziła jedna oczywista odpowiedź...
Walczyć do ostatniego jak stary Morna, jak przodkowie, zabrać ze sobą tylu wrogów ile się da...
Mała grupa, z kilkoma jucznymi obładowanymi po kres wytrzymałości grzbietów wyruszyła za północną bramę... Chwile minęło nim wrócili wyraźnie zadowoleni, a i jucznym wyraźnie lżej było...
Bandera księsta Yew pojawiła się na horyzoncie. Krasnoludy dobrze znały rozkazy burmistrza i już czekały na przybicie okrętu. Wszędzie w porcie Khazad-Dum widać było paczki z prowiantem i składy oręża. Brodacze z niewiarygodną starannością kończyły szlifować swą broń. Sojusz zobowiązywał, a i krasnoludzki naród od dawna szukał kolejnej okazji do wykazania się. Wypływali na wojnę...
Przestali już bić w dzwony, teraz były to już tylko ciche alarmy... Takie właśnie jak ten, kolejna grupa demonów przeszła przez wrota Pana Smoków... kolejna grupa zwiadowcza... Niewielka, bo pięcioosobowa drużyna ruszyła ponownie za mury Yew, mieli przewagę... bynajmniej nie liczebna... horda demonów już czekała...
PS: Jest do dopisek do wczorajszej, nocnej wyprawki na demony... było... zabawnie ;]
W mgiełkach ukazała mi się Księżna i to z jej rozkazu znalazłem się na Lodowej Wyspie wraz z Kapłanem Ahn'bysa - Xantosem. Za zadanie otrzymałem, które w swej doskonałości potwierdziło, iż jestem najlepszym z żyjących zielarzy, znalezienie Śnieżnego Kwiatu. Obumierający kwiat znalazł swoje miejsce obok pomniku Wielkiego Doriana, a z niego zaś wyrósł Skrzydlaty Wojownik Światła.
Teraz los Yew został powierzony, małemu, niewinnemu kwiatu...
Wszystko przygotowane, wszyscy sojusznicy przybyli, armia na murach czeka z niepewnością... nad obozem Pana Smoków widać coraz to mocniejsze wiązki energii.. ostatnia grupa zwiadowcza, na której czele stał sam Generał wracała... Czy można było to nazwać rozpoznaniem, raczej walką...
- To będzie walka... - przemknęła myśl po głowie... - Walka, jakiej nasi przodkowie będą mogli jeno pozazdrościć... - zerknął na stadu przelatujących kruków...- oby wygrana...
Jeden naprawdę wielki Czarny Kruk usiadł tuż przed nim na palisadzie... wpatrywał się w dowódcę...
- Badb... Sláinte chugat* Badb Catha... - generał wpatrywał się w czarnego kruka, długo...rozpoznając w nim starą gaelicką boginie... - Badb Catha, téigh í seo armtha go glóir!**
Kruk odleciał po chwili... po jeszcze dłuższej chwili ziemia zadrżała... w oddali pojawiły się wielkie demony hordy, górujące nad drzewami...
* Bądź pozdrowiona Badb
**Badb Catha, prowadź tą armie do chwały!
- Fortel, mały podstęp, drobny rytuał przed walką... to może być szansa... Jest tylko jedno małe ale... - Tulkas spojrzał na rozmówce pytająco, ten górował nad nim, unosił się tak naprawdę metr nad ziemią... od jasnej poświaty wojownika zabolały go oczy..- Musisz zostać złożony w ofierze Panu Smoków... na starym ołtarzu... rytuał nie będzie pełny, nie będzie on miał nad tobą żadnej władzy, ale musi tak myśleć...
Wojownik światła prowadził go do podziemi nie daleko Yew... podziemi, które sam kiedyś zasypywał... Błysk sztyletu... krótki ból...
Złudzenia... same omamy... ściane, które się przesuwały i lita skała przez która przechodził... wzdrygnął się...
- Cieszę się że pozostawiamy te trupy za sobą – odburknął do Seeleny – teraz już są przynajmniej martwe... Tak wiem wiem... Zrzęda ze mnie, ale długi rejs i rum poprawi mi humor... - pociągnął nosem – już czuć może...
Stał przy ołtarzu z najstraszliwszym demonem... starannie usypany krąg z siarki został przykryty spadającymi liśćmi... zapach lasu, tak to znowu Yew, drzewa jednak były czerwone w kręgu krwi... za kręgiem stali przyjaciele... nie mogli wejść z nim...Głos Pana Smoków pulsował mu w głowie, wychwalał swego nowego sługę... przez ścianę krwi przechodził ostatni już ofiarny smok...młoda jeszcze bestia i potulna...oswojona, jakże mu było żal tych istot...
Ułożyć na ołtarzu i wyciąć serce... to było teraz jego zadaniem...
Smok umierał, musiał się śpieszyć, musi wyskoczyć z kręgu nim siarka, się zapali i zaklęcie zacznie działać...spędzić sześć lat w jednej ,,celi" z Panem Smoków...to zdecydowanie zbyt dużo...
Demon wył ze złości, szarpał ciała smoków...nie wydostał się jednak za barierę magiczną... Straszliwy wrzask z niedowierzaniem jakby...
- NIEEEE...?!? – urwany ciszą ...
PS: To coś jeszcze wróci...
I wróciło... zaskoczony hukiem wywazanych drzwi odwrócił się na pięcie... ujżał coś, czego się nie spodziewał... pustkę jeno zwisająca w powietrzu toga i ogniki w miejscach gdzie normalnie powinny być oczy ...
- Gdzie on?? – głos niczym krzyk wewnątrz jego czaszki... świdrujący zakątki jego umysłu, próbujący wyrwać informacje... - Jestem Giermkiem Pana Smoków, Panem Zniszczenia...gdzie go uwięziliście...
Przez rozum starego berserkera przeleciała jeno jedna myśl... czy oni nie mają imion? Jeno same tytuły...Nie wiedział pewnie, że poznać imię demona jest tym samym, co uzyskać nad nim władze...no władze to może przesad, ale przynajmniej możliwość uśmiercenia...
- Gdzie Pan Smoków – pytanie się powtórzyło, tym razem wojownikiem szarpnął niezwykle silny cios, który rzucił nim o ścianę ... - Mów albo zginiesz...
- Zdaje się, że znam już śmierć we wszystkich postaciach... Czym więcej możesz mi zagrozić?? - to było złe pytanie, demon sięgnął do jego umysłu i wybrał... przysięgę... strzec życia księżnej kosztem własnego... Wojownik poczuł to macki demona w umyśle i wiedział co odnalazły...wyścig wygrał jednak on zagradzając własną tarczą przejście do komnat Akiny...
- Równieś odważny co głupi, nie masz ze mną szans...nie zabije cię jednak... - Pan Zniszczenia podszedł do obrońcy i wyssał z niego ciało, zostawiając jedynie kości...
- Ból...!!! - trudno to nazwać bólem... zdziwieniem demona było gdy wojownik miast osunąć się na ziemię, rzucił się na przeciwnika z dzikimi przekleństwami okładając go toporem...- Go n-ithe an cat thú is go n-ithe an diabhal an cat ! – co w języku górala znaczy Niechaj pożre cię kot, a kota niech pożre diabeł... - Dołączysz do swego pana...
Nie wiele robił sobie demon z ataków górala, bardziej napawał się zdziwieniem... zakończył walkę potężnym ciosem, gdy się znudził...
- Powiecie gdzie Pan Smoków, albo wrócę po Akine i stanie się ona naszą nałożnicą... - zdjął z siebie togę i znikł... - wrócę nazajutrz...
Rytuał przywracania ciała był równie bolesny, świeże ciało pozbawione całkowicie sił, uginające się pod ciężarem własnej zbroi... Miał szczęście był to czas Beltaine... celtyckiego święta przywitania wiosny... magiczny dzień a raczej wieczór, za dawnych czasów wierzono, że tego wieczora bogowie schodzą w ogniach beltaine rozpalanych w kręgu druidów by okazać swą łaskę... Wojownik usiadł ciężko jeszcze osłabiony, przyglądając się na ognie... to był naprawdę piękny zachód słońca... Znajoma druida położyła ręke na jego głowie sprawdzając czy rytuał przeszedł poprawnie...
PS: Gofer sorry, że wtrąciłem Beltaine, ale wszystko idealnie się skomponowało... ognie, emoty, komentarze...zachód słońca... idealne Beltaine tylko brakowało Dagdy (wikipedia. Najwyższym bogiem panteonu celtyckiego zdaje się być Dagda. Jego imię oznacza 'Dobry Bóg' - 'dobry' nie tylko w sensie moralnym, lecz we wszystkim, co robił (wszechpotężny))
Ostatnio trafiasz w mój ulubiony klimat... thx ;)
Byla noc, pol-wilk opetany przez moc grzybow rozmawial niczym oblakany z mlodym mieszkancem Minoc. Zauwazyl cos niepokojacego, cos co spowodowalo dreszcze na jego calym ciele, koscistego stwora blakajacego sie po lesie, kwalki zgnilego ciala wisialy na jego szkielecie, stwor zanikl w gestym ciemnym lesie tak szybko jak sie ujawnil.
Nieco zaniepokojony barbarzynca udal sie do miasta aby odpoczac przy stole rozmawiajac z lokalnym bankierem, na miejscu byl Kru, stary mag z dosc daleka przeszloscia.
Wtem stwor ujawnil sie poraz drugi, powtarzal wciaz to samo zdanie, kierowal je do maga.
- Umrzesz jutro - brzmialy slowa wielkiej zjawy
Mag powstal, wraz z nim barbarzynca...
Zjawa pojawiala sie i znikala, belkoczac kontynuowala monolog.
- Jutro umrzesz Kru, lecz wczesniej przyjde po Nia, uslyszysz placz Yew...
Barbarzynca opanowany stresem zapamietal tylko te slowa.
zjawa znikla, zas mag oraz pol-wilk poczeli zapadac sie pod ziemie.
Kru dzieki swej magii uratowal sie ze szpanow zaklecia, po czym wciagnal swa okuta laska towarzysza.
Oboje zdruzgotani sytuacja zasiedli przy stole rozwazajac co sie stalo, co im sie przytrafilo i dlaczego akurat im.
Czerwone ślepiska jakby z pod ziemi pojawiły sie przed wojownikiem. Poczwara z chrzęstem kości i zawodzącym okrzykiem " na Yew" ruszyła przed siebie w dzikim pędzie nie bacząc na jeźdźca i przeszkody. Zaskoczony berserk przetarł oczy po czym pomyślał " albom już zgłupiał do reszty, albom za dużo tych grzybów zeżarł ".
Ślady na ziemi jednak wskazywały , że to nie przewidzenie. Berserk jakby wiedziony instynktem podążał śladem istoty, podążał na północ .........
Zdawać by się mogło, że sprawa Pana Smoków jest odległa i zamglona. Odległa chociaż dla Kru. Nawet spokojne życie emerytowanego nauczyciela nie zapewniało jednak bezpieczeństwa. Niczym oślizgła ośmiornica, swymi dalekosiężnymi mackami Pan Smoków dosięgał wcześniej czy później wszystkich. Kiedy usłyszał groźby pod swoim adresem w Vesperskim Banku z początku uznał to za halucynacje. Ślady na podłodze jednak nie były omamem. Nieco poszarpane odbicia plugawiące wypolerowana posadzkę były jakoby pieczęciami potwierdzającymi, że to co miało nadejść jest najprawdziwszym koszmarem maga.
- "...Gdy usłyszysz płacz w Yew..." - Powtarzał, nie mogąc się uwolnić od natrętnej muchy myśli, które zawładnęły jego stara głową. - "..Gdy usłyszysz płacz w Yew..."
Pan Pogardy Gardzil Yewenczykami
gardzil tak bardzo...
pozwolil im nawet odsluchac piesni o sobie
niech przez moment posluchaja o czyms wiecej niz ich nedzne zywoty
... a potem on Wezmie Pierwsza z nich jako naloznice, a potem nia wzgardzi...
- Ciężko być dyplomatą...- rozmyślała o spotkaniu idąc powoli przez bagna.
- Mam kupę roboty na wczoraj, a teraz jeszcze to!- pomyślała ze złością.
- Cóż teraz zrobić, od czego zacząć?- przystanęła na chwilkę zauważywszy brzeg morza.
Rozejrzała się dookoła próbując wypatrzyć w ciemności swego towarzysza.
- No pięknie! Zgubił się! Czy on nigdy nie może iść obok?- syknęła cicho.
Zatrzymała wzrok na postaci kroczącej powolnie w jej kierunku. Zmrużyła oczy próbując ocenić kim on lub ona jest.
Postać zbliżała się coraz szybciej, a z każdym krokiem dźwięk przypominający chrzęst kości stawał się coraz wyraźniejszy.
- Cóż to?- powiedziała cichutko sama do siebie. Otworzyła szerzej oczy i nie wierząc w to co widzi bez zastanowienia wypowiedziała słowa zaklęcia In Lor!. Mrok rozproszył się a przed nią stanął potwór o 3 głowy wyższy. To nie był ogr ani ettin, lecz coś co żyje dzięki śmierci. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie widziała: kości połączone stawami tworzące spójny szkielet, zwisające gdzieniegdzie kołyszące się i ociekające krwią poszarpane kawałki mięsa oraz te ślepia... czerowne i agresywne ślepia! Niecodziennie ohydny widok. Nawet rozebrane wiszące w rzeźni zwierzęta wyglądały przyjemniej niż to ,,coś".
Odskoczyła próbując opanować strach. Potwór obojętnie przeszedł obok pozostawiając za sobą ślad krwi.
- Kim jesteś?- spytała nieśmiałym głosem nie mogąc pohamować swej ciekawości.
Kości zazgrzytaly zastygając w bezruchu. Z czaszki wydobyły się przytłumione dźwięki:
- Jestem Giermkiem Pana Smoków.
Odwrócił się spoglądając nieprzyjaznymi, czerwonymi ślepiami.
- Spalę Yew! A Akina będzie mą nałożnicą!- wycedził z nienawiścią.
Przyglądając się kobiecie ciągnął dalej:
- Ty też będziesz moją kochanką... jesteś piękna!
Zaśmiał się głośno, a echo poniosło ten śmiech aż na drugi koniec bagien.
-Orfeusie!- krzyczała najgłośniej jak mogła. Z krzaków wyłoniła się postać jeźdźca w kolczej zbroji z trójkątną tarczą i mieczem.
- Zostaw ją! Ty potworze!- krzyczał wojownik pędząc kobiecie na ratunek- Odejdź! Bo zginiesz!!!!
- Śmierć jest mym przyjecielem.- śmiejąc się odparł potwór- A ta kobieta- wskazał- będzie mą kochanką! Jest piękna a uczynię ją jeszcze piękniejszą, TAKĄ JAK JA!
- Nie będę twoja! Nigdy!- wrzasnęła kobieta chowając się za wojownikiem.
- Słyszałeś?! Nie będzie twoja! A teraz odejdź!- mówił głośno rozwścieczony wojownik mocno akcentując każde słowo.
Bestia rzuciła złowrogie spojrzenie.
- Wróce tu! Wróce tu po ciebie! A wtedy już będziesz tylko moja! Nikt cię nie obroni! Hahaha!- wydobył z siebie demonicznych śmiech, po czym zniknął wśród zarośli.
Wszystkie zwierzęta w okolicy przyjęły jego postać. Wojownik wraz z kobietą kroczyli wśród nich spodziewając się najgorszego. Na szczęście nic więcej się nie wydarzyło.
Chodzil w kółko po pomieszczeniu ratusza... jeszcze raz powtarzali na szybkiego plan, musi się powieść...Spojrzał na zebranych przybyli licznie, nawet Brucowie zwalczyli nienawiść do jego osoby i przyjęli jego wezwanie... jakże się w stosunku do nich pomylił, jak tak mógł, może kiedyś wybaczą... Otrząsnął się...
- Pamiętacie plan?? – wszyscy odpowiedzieli potwierdzająco... ochoczy do walki, dawno tylu nie widział... tylu wspaniałych obrońców Yew...
Stanęli w cieniu komnat Akiny, a ukrywała ich magia różnej postaci...czekali... wiedzieli, że chce jej...
Każdy dobry, wręcz doskonały plan ma wadę...szybko bierze w łeb, zwłaszcza zasadzka przeprowadzona przez ludzi o gorących sercach... pierwszy Dikall nie zniósł czekania wybiegł jak tylko obaczył Giermka przy banku... Szybka decyzja, czarny grzyb...
...stał przed komnatami Akiny, obudził się z wrzawy bitewnej, gdy towarzysze zaciągnęli go tu... w komnatach stali bracia Bruce, nie wiele rozumiał z rozmowy jeszcze oszołomiony, ale wiedział...to ich zwycięstwo...
- Go glóir Mac Bruce – zakrzyknął...
Siedział na swym kamiennym tronie pogłębiając swe tajniki magiczne, wtedy otrzymał informację od swego brata... Słudzy Pana Smoków pragną pochwycić Akinę, uprowadzając ją siłą.
Mimo swego dość wrogiego nastawienia w stosunku do niektórych mieszkańców osiedlających Wolne Księstwo Yew, nie zastanawiał się długo. W końcu chodziło o księżną i jej bezpieczeństwo. Deymous nie mógł narażać dobra Yew, wiedział zresztą iż Brat potrzebuje jego pomocy.
Bez chwili zawahania udał się do miasta. Miasto pogrążył kompletny chaos, mieszkańcy spodziewali się najgorszego. Wyruszając do miejskiego ratusza w drodze starał się dokładnie przeanalizować plan... Wszystko szło po jego myśli, obstawiając wraz z Dikallem, Tulkasem i Gavinem komnatę Księżnej czekał na pojawienie się jednego z demonów.
Ziarenka piasku w klepsydrze przesypywały się nieubłaganie, jednak nadal trwała cisza - niezręczna cisza.
Wtem jeden z Braci Bruce - Dikall, nie wytrzymując całego napięcia, wybiegł z komnaty i ruszył na plac miejski... To była chwila - Rozpoczęła się walka. Moc demona była wielka, legło wielu śmiałków, jednak bestia opadała po mału z sił.
Nastała krótka cisza, wtem rozległy się głośne okrzyki. Wojownicy poczęli rzucać orężem ponad głowami, była to radość wielka, gdyż wszyscy walczyli w słusznej sprawie.
Dikall posiadający możliwość zaklęcia duszy demona, rozpoczął rytuał - Udało się, stworzenie zostało zniewolone.
Deymous bez chwili zastanowienia ruszył od razu do izby Księżnej, sprawdzając czy jest bezpieczna. Zadowolenie starca było duże, jednak wiedział że to jeszcze nie koniec. Brucowie przeprowadzili rozmowę z Księżną, wszystko poszło po ich myśli. Akina wyraziła swą wdzięczność i szacunek, co było sporym wyróżnieniem dla Bruce'ów. Wtedy też zapowiedziała kolejne ataki...
Przybył zaledwie do Yew załatwiając swoje interesy gdy usłyszał, że Księżna Akina wzywa wszystkich obrońców Yew do siebie. Chodź z dużą nie chęcią wstał z krzesła i udał sie do komnaty Księżnej. Zdziwiło go trochę to, że jedyny stawił sie na wezwanie. Przyboczna Straż Księżnej opowiedziała mu wszystko o planie Pana Smoków, że chce on porwać Księżną..
Śmiałek długo się nie wahając przyrzekł Księżnej wierność udał sie do Banku przywdział zbroje i czekał na dalszy ciąg wydarzeń.
Zbliżał się środek nocy, Laura jak zwykle przygotowywała kąpiel właścicielowi domu dla którego pracuje. Jedyne światło zapewniały jarzące się pusto świeczki gdy nagle przed domem pojawił się potwór. Duży, obwieszony kośćmi i mięsem stwór z rogami. Uderzył łapami drzwi i wszedł do góry wciągając powietrze. Wystraszona kobieta upuściła ze strachem całą, pełną wody urnę. Ciecz wylała się i powoli spływała między nogami potwora przez schody.
-Żebyś była taka jak teraz, przyjdę po Ciebie..
Wyszeptał przez zęby potwór unosząc głowę przez co mało nie zahaczył rogami o sufit w domu.
Roztrzęsiona kobieta padła na kolana w kałużę wody, wtedy wbiegł on.. wspomogło ją to o poczucie jakiegoś bezpieczeństwa....
Usiadł ciężko na tronie pośrodku swojej komnaty w zamku Fanny. Rozglądał się po pomieszczeniu tak długo, aż jego oczy natrafiły na topór oparty o kamienny kominek. Stał tak od wielu lat, połyskując lekko zgniłą zielonkawą barwą. Zamyślił się przez chwilę, jego umysł stoczył samotną walkę z samym sobą, po czym kazał mięśniom karku pokręcić głową... zaprzeczyć samemu sobie.
Wstał powoli z nie obitego niczym, twardego tronu i ruszył powolnym krokiem w stronę łoża również przypominającego jedynie twardą deskę przykrytą kocem. Przyzwyczajony do niewygód od dziecka, wychowany tak aby nie czuć bólu, nie czuć rządz materialnych, aby służyć ludowi... służył walcząc przez tak wiele lat... teraz w jego głowie rodziły się wątpliwości...
Tej nocy nie spał dobrze, budziły go koszmary sny - wspomnienia dawnych walk... Budził się z krzykiem, stwierdzając ku własnej uciesze, że zamek stoi pusty a jedynie co mogło go usłyszeć to ettin buszujący pod murami... Zasypiał powrotem już po krótkiej chwili błagając Badb o spokój snu... nie uzyskał go.
Może sen to jedynie przestroga? Może to zapowiedź nieuniknionego? Może motywacja do działania zesłana przez bogów?
Wstał gdy przez okno osadzone w grubych zamkowych murach weszły pierwsze promienie słońca... Uśmiechnął się powoli przypominając sobie słowa starego szamana ,, oddajmy hołd słońcu, jego wzejście stanowi połowę dnia". Mało kto wie, że dla Gaelów nowy dzień zaczyna się o zachodzie słońca... Zastanawiając się nad tym kiedyś przez chwilę doszedł do wniosku, że jest to pozostałość po dawniejszych, mrocznych czasach, kiedy zachód słońca oznaczał początek walki o przetrwanie z bestiami, które noc ukochały. Walka o przetrwanie nocy...
Rozwiewając kolejne błędne myśli, głębokim łykiem ciemnego piwa, zmusił umysł by powrócił do koszmaru, który zapamiętał najostrzej tej nocy...
Postawił piwo przed sobą na biurku, przy którym właśnie zasiadł.
- Jeśli sen się spełni, trza by spisać co go dopełniło... zostawić ślad...- otworzył pustą księgę, obitą w skórę czarnego demona, czekającą jedynie na tą okazje. Na pierwszej stronie widniał już napis: ,,Pan Smoków – wspomnienia Tulkasa Mac N'Hary", drobnym prostym pismem na dole strony dopisano: ,,Największy koszmar".
Cytat
Rok 540
Wtedy się wszystko zaczęło , ponad dwadzieścia lat temu. Miałem wtedy zaledwie 33 lata, piękny był to wiek, spokój ducha, radość, piwo i śpiewy. To wszystko minęło, zostało brutalnie przecięte. Pierwsze doniesienia o nadejściu wielkiego zła dało się wyczuć już kilka lat nazad. Szamani zapowiadali zło w czystej postaci kroczące po ziemi śmiertelnych, powrót starego władcy Yew... oczywiście kto by się tym przejmował, wszyscy zapatrzeni w swą siłę...
Wiele demonów przybywało tego roku do wymiaru śmiertelnych każdego dnia, a każdego z nich odpędzano, gdy jego ciało padało z wielkim hukiem na ziemie. Nie uznaliśmy więc i tego demona za coś nadzwyczajnego, ot kolejne wyzwanie dla Vandlota. Szczycił się on mianem największego pogromcy demonów w całej sosarii... Razem z Jasprem, arcymagiem którego sztuki magicznej nikt nie przebił Vandlot pokonywał wszelkie bestie, które wypełzły z otchłani.
Czarn chmury zakotłowały się nad wyspą Valoru, co zazwyczaj zwiastowało przybycie mrocznej istoty o wielkiej sile...
Nie było mnie przy pierwszej walce Vandlota z demonem. Legendy jeno mówiły, że nikt nie oparł się choć jednemu ciosowi tej bestii...
Prób pokonania Czarnego Półkownika było wiele, a każda drużyna zostawiała coś po sobie na tej wyspie, która już zasłużyła sobie na miano piekła... Szczęśliwie okazało się z czasem, że każda dość zacięte próba osłabiała moce demona.
Nadszedł czas, gdy zebrała się porządna drużyna z Yew, wszedłem w jej skład, choć ma rola nie była wielka. Dla bezpieczeństwa przywdziałem wtedy ciężką royalową zbroje i ognisty cudowny topór, sprowadzało się wszystko do tego, że w razie kłopotów miałem czynić wszystko by reszta drużyna miała chwilkę czasu na przegrupowanie. Cóż to była za pogoń, do dziś na mym ciele pozostały wypalone blizny.
Walka trwała długo, Vandlot odegrał swój śmiertelny taniec wojny z demonem bezbłędnie, unikał ciosów atakując gdy trza było...
Ciało demona uległo zniszczeniu przez moc uwolnioną w chwili jego śmierci. Po trzech latań zmagań...
Uznalim walkę za skończoną, powrót do Yew napełniał nasze dusze nową mocą...
Rok 543
Jakież było nasze zdziwienie, kiedy doszły nas słuchy, że był to jedynie posłaniec większego demona. Pan Smoków został wyzwolony z pradawnych więzów, dzięki mocy nagromadzonej prze półkownika.
,,Starszy brat półkownika" jak się okazało był oczywiście wściekły za śmierć krewniaka, nie wiele zresztą słabszego od niego. A może to był strach?
Jego armie ruszyły prosto na Yew skąd pochodzili śmiałkowie, zgodnie też z legendą ziemie Księstwa zajmowały dawny teren jego włości. Miasto zmęczone jego atakami, nie mogło odpowiedzieć skutecznymi atakami.
Rok 550
Któregoś dnia z wieży zamku Fianny zauważyłem łunę nad Serpents Hold, nie mogłem w to uwierzyć w pierwszej chwili, ale to stało się prawdą. Ktoś naprawdę walczył z Panem Smoków. Zbierając wszystko co pomocne w leczeniu ran ruszyłem w stronę wyspy. Śmiałkami okazała się drużyna Tomera i Yorghala, cóż to była za walka...
Pokonali oni wtedy Pana Smoków, dokonali niemożliwego!
Rok 551
Szczęście nie trwało długo, Pan Smoków okazał się niczym Feniks odradzający się z prochów... powrócił do wymiaru śmiertelnych szybciej niż go odesłano siły trzymające go tu były zbyt potężne.
Rok 556
Wielu przepowiedziało miastu zgubę już po ataku armii szczuroludzi, potem nadeszły jeszcze armie górskich trolli, ettinów i barbarzyńców. Miasto było wyczerpane a główna armia była dopiero w drodze. Przemarsz tak wielkiej armii składającej się głównie z demonów hordy i nałożnic był powolny. W ten czas Yew zdążyło ściągnąć pomoc od swych sojuszników z Tol En Estel, Khazad-dum i Papuy. Utrzymanie takiej armii w jednym mieście wymagało wielkich zapasów żywności sprowadzanej ciągle Ocllo drogą morską.
Przygotowania do walki szły zgodnie z planem, małe zwiadowcze grupy demonów były wycinane w pień. Siły Pana Smoków nadal silne mimo nękających ich grup podjazdowych parły naprzód. Ciągle przeważały one liczebnie wszystko co Yew, Ocllo, Tol, Papua i Khazad mogło postawić naprzeciw im. Sprawa wydawała się przesądzona. Byliśmy przegrani...
Rok 557
Pan Smoków uległ swej pysze, został uwieziony podstępem podczas rytuału, którego jednak opisać w tej księdze nie zdołam i nie chcę. Lepiej by nikt nie znał tej tajemnicy Giermkowie ciągle go szukają, starają się uwolnić swego Pana... rytuał dał nam 7 lat zwłoki.
Rok 563
Pogłoski mówią, że odnaleziono i pokonano czwartego giermka Pana Smoków, wedle tych samych pogłosek grupą śmiałków, która walczyła z potworem dowodził burmistrz Jhelom Narayan.
Roku 564 Pan Smoków zostanie wyzwolony ponownie... rozpoczął się wyścig, trza odnaleźć ostatniego z giermków.
Mam już pięćdziesiąt sześć lat, wiek mój nie wskazuje na takie walki, zmagam się z Panem Smoków pół mego życia, wizje o końcu Yew nawiedzają mnie w snach, wizje demonów...wizje własnej śmierci.
Wstał powoli od biurka, usiadł ponownie w fotelu ogrzewając nogi przy kominku...
- Ponowna młodość, marzenie każdego starca... - mamrotał coś do siebie pod nosem.
Edit : dzieki timon ahh ten MSWord :roll:
Usiadł spokojnie w karczmie pociągając głębokie łyki piwa... ten dzień się zbliżał... nadchodził nieubłagalnymi krokami... nie ma innej możliwości... jedyny słaby punkt... może uda się odwlec atak o kilka lat...
Wychodząc z banku już w pełnym rynsztunku popatrzył na yew z dziwną żałością... czuł, że nie wróci... pożegnał się...
Cieszył się, że spotkał na ilshenar znajomą twarz... łucznika... imienia jednak nie pamiętał wiedział jednak, że to człek zaufany i przeniesie list mu powierzony...
- Proszę daj to komuś z Yew... oddaj to w dobre...
Dokończyć zdania nie mógł, przerwane mu zostało przez szpon wbity gdzieś pod żebra... z drzew spadła na niego Czarna Wrona czy co to za cholerstwo inne było... Odwrócił się by zadać kilka ciosów... jednocześnie popędzał łucznika w stronę Aurin...
- Donieś listy proszę...
Nie był przygotowany na walkę... Uszedł zatem kierując się dalej w stronę więzienia Pana Smoków...
Odór rozkładających się ciał, mieszał się z zapachem jego własnej krwi... przedzierał się przez kolejne legiony nieumarlych... wiedział, że on gdzieś tu jest...
W jego głowie zahuczało był to głos niczym z piekieł, znał ten głos...ulga? Ulga że wreszcie stawił mu czoła... cień, którego najbardziej się bał wyszedł zza rogu...
Oto stał przed nim Pan Smoków, natchniony do niego równą nienawiścią...
- Twoja krew zbyt znajomo pachnie... To ty śmiertelniku... przyszedłeś tu żeby znów oszukać? By mnie znów uwięzić, dobrze wiesz, że czas minął... twój podstęp nie zdał się na wiele...- chwila ciszy przerwana dalszymi słowami – a może chcesz mi służyć? Jesteś sam nie przyszedłeś więc walczyc...
Tulkas poprawił topór w ręce, wiedział że jego plan już na nic... wiedział też, że tego nie przeżyje... pożegnał już wszystko i wszystkich...
- Jaki wojowniczy...- drwiąc pan smoków ruszył na niego..
- BADB CATHA pozwól mi umrzeć jak żyłem!!! Fianna go Brátch!!!
*Krótki jazgot w katakumbach urwany ciszą i potwornym śmiechem...*
PS: No to pa...
Ten kto dostanie list Tulkasa w swoje łapki może go tu zapisać, będę wdzięczny....
Pan Smoków od dzis w loocie ma exp demona...
Slan!
Czy jeśli "zgwałcę" Darogana/innego chętnego GM-a byliby chętni za zamknięcie niektórych niedokończonych wątków w Panu Smoków?
No pewnie, ale najlepiej jakbyś poprowadził questa do końca sam i niestety nie przed wrześniem ;)
Dom zniszczenia - prolog
Jaskinia była wilgotna, kapiąca woda wywoływała nieprzyjemne uczucie. Czuła, że nie była sama. Czuła przed sobą potęgę. W głowie pamiętała słowa: "pójdziesz do jaskiń w górach mroku i otworzysz księgę czterech..." To było zadanie.
Straciła rachubę czasu przeciskając się przez ciasne korytarze. Strach i niepokój zaczynał w niej coraz bardziej narastać. Nie spotkała żadnego stworzenia przed sobą. Za kolejnym zakrętem ujrzała blady poświt, delikatnie oświetlający kamienne schody. Z drżeniem serca podeszła bliżej. Schody prowadziły w górę. Spinała się dobre dwa pacierze, zanim osiągnęła kamienne drzwi. Pchnęła je lekko. Nie drgnęły nawet. W głowie kołatała się myśl... że wszystko na próżno. Ze złością uderzyła w zwiniętą w pięść dłonią w drzwi. Cichy szelest jeno towarzyszył ich otwarciu się. W środku groty na postumencie, stała księga przykryta kurzem. Podeszła i z niepewnością otworzyła ją.
Na kartach księgi było wypisane:
Wpatrując się w grób ostatniego z rodu Etharil, podjąłem decyzje o spisaniu tej Księgi. Klątwa bowiem jednak istnieje i dosięga tych, co nawet przemijaniu oprzeć się mogą. Jestem ostatnim strażnikiem pieczęci.
Czterech z nas ja, Enidaul, Theront i Bramal, w tajemnicy nawet przed własnymi rodami wygnaliśmy podstępem Demona z naszego świata. Stworzyliśmy portal, w którym uwięziliśmy Demona. Założyliśmy cztery pieczecie wykute w Krasnoludzkich kuźniach.
Moja pieczęć wykonana została z metalu, co teraz zwany jest królewskim i którego Demon bardzo sobie upodobał, jego tez uwięziwszy w jednej z wież mego Ludu, w Szkatule z tego metalu zamknąłem. Klucz do niej mam do dziś przy sobie, zakle... [runa słów zostały wypalone], aby nikt go nie zabrał i nikt nie rozpoznał. Jeżeli odejdę, odejdzie i ów klucz, to moja ostatnia nadzieja, aby Demon nigdy nie powrócił.
Edinaul, pieczęć ze złota dzierżył i Złotego Demona na wyspie pod stolica swą zaklął. Klucz do złotej szkatuły w kwiat zamienił i w jednym z ogrodów ponoć ukrył. On pierwszy ze strażników odszedł, pierwszego go bowiem przekleństwo dosięgnęło.
Theront pokonał Zjawę Wieczną swym młotem gromowładnym, takoż przez to nabył moc wielką i stał sie kluczem do Skrzyni z Mithrilu, w której mą skrzynię, uprzednio do złotej włożoną zamknięto. Mędrcy Krasnoludzcy powiadają, że wraz ze swym młotem pochowany został. Odwiedziłem grób jego... [runa zostaly wypalone] tajemnica strzeżona została dokładnie.
Przyjaciel mój Arvendui, zaiste przebiegle uczynił. Wszystkie insygnia swego klanu takową samą wielką mocą magiczna obdarzył i ukrył – poza diademem, który jako i pieśń Elfów opisuje:
Sui Eronthol ar naeg andaith
Revia an El'aur ned fan
Mae a ab Ho maidh lim brassen roch
Ion Gil Aur Bramal
O sant Tiri lim ranc tegi
Brannon Taur idh ri andaith
Tegi he ah ho an abyss adab
Anna he law al gar al'er
Tharn golf ai tulu taur
Crom an ti uireb oltha
Ant Iluvatari rhach neithan
Sui thenid-col ri ned haudh dolen
Dar an ortha al ped
Sui a in tirith gloss-roch
Cair's ned brassen bo annun rinc
Na annun Anor hen Taur hollen
Bo annun pada an ah gwador's ertha
An Brassen Gil ertha
Gwaith Gil ab Taur can
Ah Gwaith Tawar can
Pelia or ardhon Iluvatar's hen
Ir thinna Gil ai ti sila
Amar anna andaith balan
Ah al Taur dar sui hell
Sant a Gobel ned nienor ne
Ti ai na sui al'na
Aur ar arad teli
Ir Gil El'Aur ad ortha
Ped Taur brona in hwest
Man Eldar's si na hwest
ze nawet ja nie mogę powiedzieć które z insygniów do szkatuły z żywego drewna jest kluczem. Ona pierwszą szkatuła i w niej pozostałe złożone zostały.
Księgę te umieszczę w szkatule, musi być ona wykonana ze wszystkich rud, gdyż zapisuje w niej także wiedzę, jak wykonać pieczecie. Ujawni się ona jedynie mojemu ludowi, bądź potomkom tych, co demona wygnali. Moc zawarta w księdze jest już na tyle wielka, ze zwraca uwagę istot szukających mocy.
Nagłe poruszenie za plecami kobiety spowodowało, że zamknęła księgę i szybko się odwróciła wyciągając nóż.
- Schowaj broń dziecię, dowiodłaś, że godnaś przekroczyć bramę do nowego świata - powiedział kapłan, który wysłał ją w tę podróż.
- Oto twój portal. Niech Ci się darzy - rzekł i przywołał jaśniejącą bramę... Gdy brama zamknęła się, za kobietą skóra kapłana pękła i jako wąż wyłoniło się monstrum. Czas się dopełnia.