DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: zolta w 2006 10 19, 10:17:00

Tytuł: pomocnica uzdrowiciela.
Wiadomość wysłana przez: zolta w 2006 10 19, 10:17:00
Ktory z szanownych straznikow ma problemy ze sraczka ? - zapytala sie pomocnica Uzdrowiciela z Jhelom.
Gdy wyszedl jeden ze straznikow, pomocnica wyciagnela reke w ktorej dzierzyla jablko i podala je straznikowi.
- Przysyla mnie Uzdrowiciel, z lekarstwem na wasza przypadlosc, aby smak poprawic nasaczyl nia jablko.
Widzac wachanie straznika, zniecierpliwiona warknela:
- Bierzesz czy nie, bo ja nie mam czasu tak stac, jak cos bedize nie tak to mnie szukajcie u medyka - powiedziala po czym wyszla z banku.
Za plecami slyszala glos jednego z mordecow ostrzegajacych straznika przed zjedzeniem:
- nie jedz, ja ja znam, ona pewnie chce cie otruc...
Usmiechnela sie delikatnie, stapiajac sie z mrokiem wieczoru.
Tytuł: pomocnica uzdrowiciela.
Wiadomość wysłana przez: Gucio w 2006 10 20, 18:37:49
-   Nie jedz, ja ją znam, ona pewnie chce cię otruć...- krzyknąłem, gdy strażnik wkładał jabłko do ust.
-   Ale co? Przysłał ją uzdrowiciel, to dla mojego dobra. – odrzekł strażnik, Xysqes.
-   No mówię Ci nie jedz tego!
-   No dobrze... Hmm..., a skąd wiesz, że to jabłko może być zatrute?
-   Czuję to. Coś jest nie tak.
W tej chwili zobaczyłem jednego, zasłużonego mieszkańca Jhelom. Ubrany był w czarną togę i żółty płaszcz, takiego samego koloru jaki miał strażnik.
-   Co tu się dzieje? – odrzekł Narayan
-   A no, dostałem rozwolnienia, już mnie zad boli. Pewna kobieta, niby pomocniczka uzdrowiciela, przyniosła mi to jabłko. Ma mi pomóc, bo już nie wytrzymuje.
Spojrzałem na Narayana. I powiedziałem.
-   To jabłko jest zatrute, na pewno jest coś nie tak.
-   Hmm...ale skąd ta pewność?
-   Kobieta, która to przyniosła, uśmiechała się, tak dziwacznie, ale jak to sprawdzić?
-   Mam na zewnątrz osta, może go nakarmię i zobaczymy co będzie się dziać.
Wtedy Narayan wziął czerwone, dojrzałe jabłko i poszedł w stronę drzwi. Ruszyłem za nim wraz ze strażnikiem.
-   Masz to Twój ostard, nakarm go.
I w tej chwili mieszkaniec Jhelom podarował mi jabłko.
-   Otwieraj tą śmierdzącą paszcze – powiedziałem do osta.
Wrzuciłem owoc w śmierdzące gardło wierzchowca.
-   Żryj. Musze Cię zaprowadzić do weterynarza bo coś z żołądkiem masz nie tak.
Bagienny ostard z przyjemnością spożywał soczyste jabłko. Nic się nie działo. Minęło dobre 10 minut, aż tu nagle, wierzchowiec zaczął wydalać odchody tak cuchnące, że nie jeden człek by puścił pawia. Wystraszony zaczął piszczeć, biegać wkoło, bez przerwy srając, srając, srając, aż tu nagle zniknął mi z oczu. Szukałem go, ale widziałem tylko ślady składające się z cuchnącego gówna. Idąc za śladami z zatkanym nosem znalazłem go przy wejściu na arenę. Wyglądał na zdrowego, spojrzał na mnie zapłakanymi ślepiami i... znowu się zaczęło. Wył, piszczał z bólu.
-   In Vas Mani ! – krzyknąłem
Strumień ciepłej energii poleciał w stronę ostarda. Myślałem, że coś pomoże, lecz nie zadziałało. W tej chwili przybiegł zdyszany Narayan.
-   Co się dzieję !? – zapytał zasapany.
-   Widzisz... Mówiłem prawdę to jabłko miało pomóc strażnikowi, a ono zamiast zatrzymać biegunkę, to ją wspomaga!
-   Yhh... musimy porozmawiać ze strażnikiem, ale na razie trzeba uratować osta, bo męczy się strasznie, a i jeszcze jedno, Twój ostard, Twoje gówno, będziesz sprzątać – zaśmiał się Narayan
-   Ta na pewno...
Ruszyliśmy w stronę banku. Narayan rozmawiał ze strażnikiem, a ja wziąłem pomarańczową miksturę i pobiegłem do osta.
-   Otwieraj to! Sybko! To Ci pomoże.
Wlałem całą zawartość butelki w gębę ostarda. Ten po chwili znieruchomiał. Bach! Ost podbiegł do mnie i zaczął mnie lizać po twarzy ciesząc się przy tym jak mały źrebak. Ucieszony wsiadłem na niego i pojechałem pod bank. Zastałem tam Narayana, strażnika i bankierów.
-   Pomarańczowa mikstura pomogła, już przestał srać. W końcu. – powiedziałem zmęczony całym wydarzeniem.
-   No nareszcie, widać ta kobieta, która wręczyła jabłko chciała otruć strażnika. – odpowiedział Narayan.
-   Hmm... Mówiła ona coś o uzdrowicielu. Idziemy tam, możliwe, że czegoś się dowiemy.
-   Dobrze ruszajmy.
Popędziliśmy w stronę uzdrowiciela. Otwieramy drzwi i ...
-   Witam was – przywitał się uzdrowiciel
-   Witaj – powiedzieliśmy równocześnie.
-   Co was  tu sprowadza? – odrzekł uzdrowiciel
-   Przyślijmy do Ciebie, ponieważ pewna kobieta mówiła, że przysyłasz ją z lekarstwem. – powiedział Narayan.
-   Ależ nic podobnego. Nikogo tu nie było od dobrych 3 dni, a może to chodzi o alchemika? Każdy mnie z nim myli, może zaszła pomyłka.
-   Hmm... Jak Pan nic nie wie to przejdziemy się do alchemika. Dziękujemy za rozmowę.
-   Proszę, i tak jestem tu sam, trochę towarzystwa nie zaszkodzi – powiedział uzdrowiciel uśmiechem.
-   Bywaj zdrów! – krzyknąłem wychodząc z pomieszczenia.
-   Bywajcie! – odkrzykną uzdrowiciel.
Wyszliśmy z budynku i ruszyliśmy w stronę alchemika. Jego dom i sklep znajdował się parę kroków dalej. Otworzyliśmy, zobaczyliśmy zielarza ubranego w starą togę i kapelusz.
-   Witam was, ale dziś odwiedzających mamy.
-   Odwiedzających? Ktoś był przed nami? – zapytałem
-   A tak, była pewna kobieta.
-   Kobieta? Jak wyglądała?
-   Miała czerwone warkocze, niebieskie oczy i sympatyczną twarzyczkę. A co was tu sprowadza?
-   A właśnie, ta kobieta. – odpowiedział Narayan.
-   Ahh... a cóż ona zrobiła?
-   Chciała otruć strażnika. – odrzekłem
-   Nie będę się mieszał w te sprawy, idźcie lepiej porozmawiajcie z alchemikiem.
-   No dobrze, dziękujemy.
Poszliśmy do drugiego pomieszczenia. Pachniało tam różnymi miksturami, ziołami, na stole stały zapalone świeczki, bo słońce dawno schowało się już za horyzontem. Na krześle siedziała o dziwo kobieta. Mieszała ona jakieś dziwne składniki w glinianym naczyniu.
-   Witam. – powiedział Narayan.
-   Ahh, witam, witam, proszę mnie więcej nie straszyć, bo wszystko porozlewam. Dobrze już dobrze, a co Panów tu sprowadza?
-   Szukamy informacji na temat pewnej kobiety. Czerwono włosa z warkoczami, widziała może Pani taką? – zapytał Narayan.
-   A tak, była moją ostatnią klientką, coś się stało?
-   Ależ tak, chciała otruć strażnika. Co Pani jej sporządzała?
-   Moja mama pokazała mi jak to się sporządza, mianowicie lek na zatwardzenie dla koni. Bo ja tak uwielbiam koniki. Jak byłam mała to zawsze chciałam mieć takiego malutkiego białego konika, ale mama mi nie pozwalała. Tato chciał mi oswoić takiego jednego, ale mama się o mnie martwiła i nic z tego nie wyszło.
-   Dosyć tego! Nie przyszliśmy tu, po to, żeby wysłuchiwać Twoich marzeń z dzieciństwa!– krzykną Narayan.
-   Dobrze już dobrze, był to lek jak wcześniej wspomniałam na zatwardzenie, podanie tego zdrowemu osobnikowi powoduje odwrotny skutek.
-   Pani jej to sama dała? – zapytałem.
-   Mówiła, że to dla konia, a ja tak bardzo lubię koniki to jej dałam za darmo. Ona to chciała dać człowiekowi?! Taka dawka może go zabić!
-   Dobrze, że tego nie zjadł, bo już by leżał u uzdrowiciela. – powiedziałem.
-   A czemu było to w postaci jabłka? – zapytał Narayan
-   Jak chcesz coś dać zwierzęciu, to musisz to umieścić w przysmaku.
-   Ahh, więc to tak. – odrzekłem z zamysłem.
-   Drog, to już wszystko, nieprawdaż? Możemy już iść, opowiemy wszystko strażnikowi – odpowiedział Narayan.
-   Dziękujemy za rozmowę. Wracaj już do pracy.
-   Ależ proszę. Bywajcie.
-   Bywaj.
Wyszliśmy z pomieszczenia i pobiegliśmy do banku. Tam zastaliśmy strażnika, Xysqes'a i wszystko mu opowiedzieliśmy.
-   Dobra robota! Rozwikłaliście te zagadkę, a kto jest winny? – zapytał strażnik.
-   Moim zdaniem winna jest ta czerwono włosa kobieta. – odpowiedziałem
-   Ja też tak sadzę. – powiedział Narayan.
W tej chwili odezwała się bankierska ubrana w śnieżną zbroję.
-   Słyszałam, plotki, że ta kobieta jest wyznawczynią Morkara. – powiedziała cicho i ostrożnie, akcentując ostatni wyraz.
-    Morkar, powiadasz.- odrzekł strażnik.
-   Słudzy Morkara, nie modlą się, oni oddają mu cześć poprzez czyny. Możliwe, że tak miało być. W końcu Morkar jest Panem trucizn i intryg. – powiedziałem stanowczo.
-   Możliwe, będzie trzeba to zbadać głębiej. Popytać ludzi, pożyjemy, zobaczymy.
-   Dziękuje wam, uratowaliście mi życie. Jestem do dyspozycji w każdej chwili, zawsze was poprę, dziękuje Ci Narayan'ie i Ci Droghey'u Gloow'ie. Zawsze możecie na mnie liczyć, a teraz wybaczcie, czas na mnie jeszcze mnie z roboty wyrzucą. Bywajcie zdrowi!
-   My też dziękujemy, Bywaj!
Pożegnaliśmy się i każdy z nas ruszył w swoją stronę.  


Dziękuje za mile spędzone chwile.  :wink: mam nadzieję, że to nie była moja ostatnia przygoda.
Tytuł: pomocnica uzdrowiciela.
Wiadomość wysłana przez: Malachiasz w 2006 10 20, 19:09:09
To byla pierwsza detektywistyczna przygoda jaka poprowadzilem i mam nadzieje, ze wam sie podobalo. Juz mam w zanadrzu pare innych... ale nie zdradze kiedy one "wyjda z cienia".

PS: W opowiadaniu jest pominiete pare waznych elementow tej ukladanki, ale i tak calosc prezentuje sie bardzo ladnie.
Tytuł: pomocnica uzdrowiciela.
Wiadomość wysłana przez: Lihu w 2006 10 20, 20:36:01
No nie powiem....ciekawa historyjka :P
Tytuł: pomocnica uzdrowiciela.
Wiadomość wysłana przez: Gucio w 2006 10 20, 22:20:23
Malachiasz podobało się, jedna rada:
Więcej akcji, bo w niektórych momentach było nudno, np. "ktos przebiegl pod oknem" różne szumy jakieś itp  :wink: Ale powiem, że było naprawde fajnie ;). Niektóre momenty? Mianowicie? O bankierce? ;]]]

ps. dodałem element z bankierką, przepraszam, że zapomniałem, ale to nie był krótki quest, każdemu się zdarza. ;)