DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Tinerot w 2006 10 22, 12:24:39

Tytuł: Martwe Szczenie
Wiadomość wysłana przez: Tinerot w 2006 10 22, 12:24:39
W ciemnym, ukrytym przed światem zakątku jaźni Likantropa, otworzyła ślepia. Prześlizgując się przez strzępy nienarodzonych myśli i sieć wiążących uczuć, dotarła do zmysłu wzroku i obejrzała świat oczami Tego Drugiego. Znienawidzone słońce patrzyło na świat z góry, dumnie wędrując po nieboskłonie. Zagotowało się w Niej, kiedy wniknęła w najsilniejsze odczucia i chęci Drugiego. Zaskomlała bezgłośnie, patrząc na delikatnie pulsujący nikłym, srebrzystym blaskiem i wżerającym się w jej Świadomość ciepłem posąg. Poczęła miotać się w furii, zbierać siły... W ten sposób nie wygra!

Dziękuję bardzo Viniemu i Malachiaszowi, było świetnie. :)
Tytuł: Martwe Szczenie
Wiadomość wysłana przez: Vini w 2006 10 22, 16:06:16
Mężczyzna śnił.
Stał przed smoliście czarnym wejściem do jaskini. Powykręcane, suche pnącza obrastały całą skałę lecz zdawały się omijać mroczną czeluść, przypominającą wyrwaną ranę. Mężczyzna doskonale wiedział gdzie jest. Dawno temu jaskinię zamieszkiwała Bestia. Bestia co noc wyruszająca na łowy, szczenię Matki.... Nie żyła jednak od wielu dekad, od kiedy mężczyzna uśmiercił ją,  nie rozumiejąc, że zabija część siebie.....

Teraz jaskinia kryła wyłącznie ból i rozpacz. Mężczyzna był na wpół martwy. Każdej nocy umierał w męczarniach, gdy żałosna zjawa będąca szyderczą pozostałością po dawnej Bestii próbowała zapełnić pustkę w jego jaźni i pożywić się życiem Drugiej Połowy. Nie wiedział, czemu Matka skazała go na tę torturę i przez te wszystkie lata nie uzyskał zadowalającej odpowiedzi. Był martwym szczenięciem.

Czerń jaskini zawirowała niosąc ze sobą zawodzenie. Zjawa wyruszała na łowy. Mężczyzna zacisnął pięści, czekając aż oplącze go lodowatymi mackami śmierci. Tak jak każdej nocy, od wielu lat...

Lekkie muśnięcie na twarzy ..... matczyny dotyk.....

Mężczyzna ocknął się na podłodze swojego domu. Był środek dnia, lecz na dworze panował mrok z powodu kłębiących się, czarnych chmur. Wstał chwiejnie. Treści żołądka podchodziły mu do gardła.

To tylko sen... Wizja była taka jak przy przemianie, a jednak to tylko sen...
Poczuł przenikliwe zimno. Świat wirował mu przed oczami. Musiał wyjść i odetchnąć świeżym powietrzem. Wyjście na dwór nie poprawiło jednak sytuacji. Coś rozrywało jego umysł powodując nieznośny ból. Nie był sam.

Niemal na ślepo zaczął przedzierać się przez zarośla dysząc ciężko. Cały czas czuł zimno, szepty, przytłaczającą obecność...

Upadł na skraju polany. Obejrzał się szybko za siebie. Nic. Podświadomie wiedział gdzie trafił, choć biegł na ślepo, miotany torsjami. Oczy posągu Gaverina wydawały się śledzić każdy jego ruch... Udręczone zawodzenie dobiegające zza linii drzew szarpnęło umysłem mężczyzny, powalając go na ziemię tuż przy statule.

Gdy ocknął się ponownie, był już gdzie indziej. Z ruin Jej świątyni dochodził srebrzysty blask. Mężczyzna resztkami sił wpełzł do środka i odnalazł posąg Matki. Chłód zmalał, powoli zastępowany przez uczucie bezpieczeństwa, choć rozdarcie i przeszywający ból w sercu nie ustępowały.

Nie wiedział ile czasu minęło do przybycia Kapłana. Brat znalazł go w świątyni, kulącego się przy promieniującym srebrnym blaskiem posągu Matki. Mężczyzna nie wytrzymał, wylewając na Kapłana całą swoją złość, gromadzoną przez tyle lat bólu i cierpienia.
-Czemu kapłanie?! Wyjaśnij mi dlaczego Matka mi to robi!! – jego głos niósł się gniewnym echem po ruinach świątyni. Brat próbował znaleźć kojące słowa, które ledwie docierały do niego przez mgłę bólu zasnuwającą jego umysł.
-To nie Luna...
-Więc co Kapłanie?! – mężczyzna zacisnął pięści. Zdradziła go Matka a teraz jego brat próbował karmić go kłamstwami. Poczuł gniew, a potem rosnącą furię. Zdrada! Luna szydzi z jego bólu, a ten kapłan tylko jej wtóruje!

Nie zdążył nic zrobić. Ponad trzymetrowa, smolista chmura uniosła się z posadzki świątyni, tuż przy posągu Matki. Mężczyzna zaczął się dusić się ale nie był pewien czy to z powodu bijącego od strony chmury smrodu. Coś wysysało jego siły życiowe a jednocześnie wijący się obłok gazu począł przyjmować określone kształty.
-To.... ty... – wychrypiał przerażony.
Materializujący się w świątyni, trzymetrowy upiór był wynaturzonym obrazem dziecka Luny. Nieforemna głowa, będąca parodią wilczego pyska wyrosła z karku potwora, a po niej kolejna, na której przez moment pojawiły się rysy twarzy stojącego przed istotą mężczyzny. Martwa bestia promieniowała niemożliwym do wytrzymania chłodem śmierci. Mężczyzna drżał  w konwulsjach, starając się nie przewrócić.
Sam sprowadził ją tu, do domu Matki. Sam pozwolił jej przybyć na świat, nie zauważając ostrzegawczych znaków zsyłanych przez Lunę.
-Uciekaj... kapłanie! – wycharczał ledwie słyszalnym głosem.
Jego brat pozostał na miejscu, zasłaniając własnym ciałem posąg Luny. Sięgnął po moc bogini. Dwugłowa Bestia otworzyła koszmarną paszczę na nienaturalną szerokość. Czarna maź skapywała jej między powyginanymi kłami a martwe czarne włosy obsypywały się z niej przy każdym ruchu. Wydała ryk triumfu, przypominający skrzypienie drzwi grobowca, zamierzając się na kapłana potężnymi, bladymi pazurami. Świątynia drżała w posadach.

Krzywiąc się z bólu, mężczyzna stanął w miarę prosto. Drżącymi rękami szukał ukrytych szwów w swoim pasie.
-To się musi skończyć.... tu i teraz... – wycharczał niezrozumiale, ale bestia usłyszała jego słowa. Nie poruszyła szczekami, a jednak usłyszał jej zawodzący głos:
-Ty i ja to jedność. Nie możesz mnie skrzywdzić... – zasyczała w umyśle mężczyzny.
-Nie! Lata mordów, bólu i rozpaczy! – rozerwał ukryte szwy, kryjące pod spodem małą fiolkę, którą nosił przy sobie od lat. Wybuchnął szaleńczym śmiechem. Martwa Bestia cofnęła się o krok wyjąc w udręce.
-Nie możesz! – zaryczała. Ręka mężczyzny zawahała się. Pomimo druzgoczącego ciało bólu, obecność Bestii przynosiła uczucie jedności. Upiór był nieodłączną częścią umysłu i jego zniszczenie najprawdopodobniej przyniesie śmierć dla obu połówek.
-Muszę.... – mężczyzna wlał w gardło żółtą substancję z fiolki. Paliła niczym kwas. Padł na ziemię w konwulsjach. Nie słyszał słów wykrzykiwanych przez kapłana, który w blasku Matki walczył z cofającą się istotą. Czarna maź wypłynęła jednocześnie z ust upiora i leżącego na ziemi mężczyzny.

Matczyny głos... matczyny dotyk...
Ocknął się na ziemi słysząc głos pochylającego się nad nim kapłana. Żył, lecz czuł też pustkę, jakby w umyśle miał jątrzącą się ranę.
Nadal był Jej synem i do Niej należało jego życie.

Srebrne krople spływały po posągu Luny. Matka płakała nad martwym szczenięciem...




Dziękuję bardzo Tinerotowi i Malachiaszowi. Bawiłem się jak na prawdziwej sesji RPG, choć okazja może nie była zbyt miła.  :smile:
Tytuł: Martwe Szczenie
Wiadomość wysłana przez: Malachiasz w 2006 10 22, 17:06:45
Ja rowniez dziekuje Viniemu i Tinerotowi. Jeszcze nie prowadzilem tak klimatycznego questa nigdy. Oby kazdy mial tak profesjonalne podejscie do odgrywania postaci jak wy.
Tytuł: Martwe Szczenie
Wiadomość wysłana przez: Pluszak w 2006 10 23, 12:56:15
Vini, trzymaj się! Żałuje, że nie znalazłem czasu by Cię pożegnać.... :(
Tytuł: Martwe Szczenie
Wiadomość wysłana przez: Diabellus w 2006 10 31, 10:16:27
*chlip*
Troche szkoda, ze rozstales sie z lika wlasnie na moment przed tym kiedy ja wracam... No ale cóż, napewno nie jedna rzecz razem wykombinujemy...
Tytuł: Martwe Szczenie
Wiadomość wysłana przez: Vini w 2006 11 06, 18:59:19
<wyedytowane>

Dobra, nie ważne.