Krzyk dzikiego ptactwa czasem przeszywał cisze czyniąc brzeg zatoki jeszcze bardziej tajemniczym. Wilgoć bagien, bryza morska i skwar dźungli zderzały się w tym miejscu tworząc niespokojną atmosfere. Wypatrywałem co jakiś czas czy towarzysz broni nie nadjedzie. Nie nadjeżdżał. Uklęknąłem nad wodą i obmyłem twarz.
-Kim jesteś? - zapytałem moje oblicze
-Jestem wojownikiem i przybyłem tu... właściwie po co tu przybyłem?
-Sam odpowiedz sobie na to pytanie
Przerwałem bezsensowny dialog z własnym obliczem i zacząłem ostrzem broni ryć płonący
sejmitar na drewnianej tarczy. Głos. Usłyszałem głos.
-Ty płaczesz! Naprawde płaczesz! Wciąż żyjesz, wydając cichy płacz enta którego poświęcono na tą tarcze...Przerwałem dłubanie i rysy zanikły w tarczy. Rozejrzałem się wokół nasłuchując. Coś nadbiegało. Był to jeździec. Po chwili ów jeździec wyłonił się z krzaków - był to mój towarzysz broni.
-Znalazłem go, chodźmy. - powiedział półgłosem jakby obawiał się że ktoś sie dowie po co tu przybyliśmy. Przedzieraliśmy się znów przez gęstwine, skwar dżungli sprawiał że w całym uzbrojeniu czułem się naprawde okropnie. Gorąco. Strasznie.
Przez chwile zdawało mi się że w moim kierunku leci strzała. Tak, taką prędkość osiąga tylko strzała wystrzelona przez elfa. Cóż innego? Ale nie. Odruchowo zasłoniłem się tarczą, lecz zza krzaków wyleciał zamiast strzały wojownikodziany w skóry z niedźwiedzią maską. Jego przekrwione oczy mówiły jedno - nie odpuści. Nie byłem gotów do walki, lecz w sukurs przybył mi mój towarzysz broni. W dzikiej furii zdołał tylko wycedzić przez zęby "Tam". Skierowałem wzrok gdzie wskazał. Tak, to było tutaj. Trzcinowa chatka na palach.
Schodków było tylko pięć, lecz zdawało mi się jakbym wychodził z samych głębin Khazad-Dum - nigdy nie kończące się schody...
Pchnąłem drzwiczki które wbrew materiałowi z którego były wykonane okazały się ciężkie jak głaz. Rozejrzałem się po izbie lecz nie zastałem właściciela. Przynajmniej tak mi sie
wydawało.
-Kolejny głupiec który myśli że uda mu się opanować szaleństwo drzemiące w nim... Jesteś
młody... Będziesz żałował każdego usłyszanego tu słowa. Będziesz żałował że posiadasz taką wiedze. Nie będziesz potrafił tego niewykorzystać. Nie wytrzymasz. - szaman mówił słowa w taki sposób jakby wiedział co we mnie siedzi, jakby wiedział że mój umysł się kłóci.
-Coś mi się wydaje że wiesz dużo o mnie. Saternos podpali mym gniewem mój miecz, a ty
rozpalisz we mnie ogień szaleństwa. Wolę w szaleństwie nadstawić pierś niż z trwogą i nikłym uśmiechem iść za wielką tarczą walczyć za ojczyzne. - z trudem wypowiedziałem każde słowo.
-Długo uczyłeś się tej kwestii? - odpowiedział szaman z ironią w głosie.
Opowiadał długo a i ta wiedza nie była dla mnie wystarczająca. Podałem mu przybrudzony worek z rubinami i bez pożegnania wybiegłem z chatki.
-I jak? Nauczył Cię czegoś? - towarzysz broni spojrzał na mnie pytająco spod wielkiej
jeleniej maski.
-Zrobiłem kolejny krok. Miejmy nadzieje że krok naprzód. Chodźmy.
(...)
Niebo było zachmurzone, wiał mocny wiatr ale nie zanosiło się na deszcz. Spojrzałem na ruiny budowli. Jakieś cienie i postacie przesuwały się w środku. Wyciągnąłem z woreczka czarny grzybek. Przypomniałem sobie słowa szamana. "- Każdy odczuwa to inaczej. Sam musisz wiedzieć co cie prowadzi w walce, choć nigdy to nie będzie rozum, bardziej instynkt." Kapelusz grzybka delikatnie drżał na wietrze, grzybek był tak kruchy że mocniejszy ścisk zrobiłby z niego proszek. "- Liczą się tylko nieuszkodzone sztuki." Powoli zbliżałem grzybka do ust. Serce przyspieszyło jeszcze zanim go skosztowałem, może to nerwy? Piecze. Język wyczuł piekący smak, niczym czosnek. Ugryzłem. Serce wali jak młotem, zaraz wyskoczy z piersi. Zrobiło mi się tak jakoś zimno... A teraz ciepło... I znowu zimno. Ogarnęły mnie dreszcze. Czułem napływającą fale gorąca... Poczułem siły witalne jak i psychiczne... Zbroja... Miecz... Nie odczuwałem ich ciężaru. Teraz. Zaczęło się. Świat nagle zwolnił, niebo przybrało kolor czerwieni... Wszystko przybrało kolor czerwieni. Świat stał się taki cichy,wszystko ucichło ale jednak mogłem słyszeć każdy najdrobniejszy szelest... " - Hahaha, ale pamietaj po zażyciu tego świństwa nie wytropisz nawet łani choćby była za twymi plecami!!" Nieprawda!Cóż za bzdury opowiadali mi "wielcy rycerze" ! Każdy szelest... Tak... Chrzęst kości... Błyskawicznie mój wzrok skierował się na ruiny... Cienie... Przemknąłem jak strzała odległość trzydziestu stóp i znalazłem się przy tych cieniach... Szkielety? Widma? Cokolwiek to było niknęło pod naporem broni. Cichutki chrzęst zza kawałka muru i już nogi rwały się do skoku, już broń przygniatała czaszke... Świst strzał... Jedna... Druga.... Piąta... Gdzie ból? Nic nie czuję... Gniew się potęguje... Plugastwa... Zniszczyć! Gińcie! Koniec... Stos kości i zgniłych ciał i ja. Padam
na rozbitej marmurowej posadzce. Ramiona, nogi, wszystko parzy... Koniec. Mój umysł zaczyna normalnie pracować lecz głowa mi pęka. Wyczuwam ból w ramieniu i w biodrze. Spoglądam - kilkadziesiąt strzał. Ból, potworny ból... Ale pokonałem ich... Chce już odpocząć...