Szedł tworząc falę dźwiękową o głośności podobnej do głośności poruszającej sie bakterii. Przeciętny człowiek, który był świadkiem tego spaceru, człowiek, który stał nieopodal i widział postać w aksamitno-czarno-czarną szatę, która szła spokojnie tak, że spacer kota by był w porównaniu do kroków tej postaci niczym gra na perkusji, mógłby stwierdzić, że to zjawa spowodowana fajką wypaloną pare chwil wcześniej.
Kapoer szedł tak jak go uczyli za młodu w domu. Szedł tak cicho tylko dlatego, że na sama myśl o obudzeniu jego dziecięcych demonów, dostawał dreszczy. Jednym z tych demonów było nocne sikanie a każdorazowe obudzenie ojca na drodze do wychodka, drodze, która była zasiana skrzypiącym drewnem parkietu w jego domu, oznaczało kolejny wpis do paszportu na tyłku z podpisem "Polsat dzieciom". Srogie lanie znaczy się. Tym razem jednak szedł a przyczyną tej wędrówki był zamach na boga.
Wiedział jedno. Skoro jest kimś stereotypowo złym to może czas zrobić coś na tyle złego, że zostanie opisany w księgach? Wybrał więc odpowiedni sztylet, ten na długość dwóch dłoni, o numerze 150. Był dobrze wyważony i o ile hasło reklamowe nie kłamało to był "Przeznaczony Dla Boskich Rzutów" a Kapoer od urodzenia był ścisłowcem. W jego rozumowaniu Boskie Rzuty oznaczały podanie bogom owych noży ostrzem do przodu.
Widział wzrok spalonych zielskiem ludzi. Nie lubił palaczy. Widział kobiety lekkich obyczajów, ktore potrafiły zrobić minę w stylu "Jestem niewinna i wciaz w cnotę odziana!" na zawołanie niczym romantyk, który na zawołanie potrafi dla swojej miłości strzelić sobie w głowę. Kapoer jako ścisłowiec nie rozumiał tego więc szedł dalej tak jak go nauczył pas ojca.
Idąc ulicą kupiecką, dokładnie jej środkiem, wyliczał cosinus kąta, pod którym musiał wysunąć nóż w odpowiednim momencie by dosiegnąć boga. Zajeło to mu czas kwantowy podzielony przez całkę z de po te do czwartej potęgi.
Ludzie, którzy przyglądali się bogom, z nieukrywanym podziwem, nie zauważyli kiedy Kapoer przemknął, niczym niechciany bąk, miedzy nimi. Z niewiarygodną wręcz precyzją oraz prędkością uciekającego przed dresami metalowca umieśćił on nóż, o numerze 150, w jednym z bogów. W tym najważniejszym... A bóg umarł...
O ile umrzeć umiał. Kapoer nigdy nie był bogaty więc dynamiczna kradzież chleba o nazwie "bóg" przyszła mu nader łatwo. Piekarz, który krzyczał za uciekającym Kapoerem, był przyzwyczajony do tego gościa jego straganu. Szkoda, że zawsze dźgał chleb, który piekarz nazywał Ahn'bys... Był to dar dla Pana Niebios a tak to z winy Kapoera znów zginął bog. Piekarz się skrzywił i wrócił do zajmującego zajęcia jakim było struganie lalki z drewna, która Kapoer obiecał ożywić w zamian za dożywotnią dostawę chleba. Piekarz zawsze chciał dziecko i wymyślił nawet imię swojemu przyszłemu towarzyszowi niedoli. Pinokio...
Epilog.
Tak więc wszystko wyszło na jaw. Kapoer Vis'Agon, morderca bogów, zabił Ahn'bysa.
Coraz lepiej, nowa dostawa prochów? ;)
wiem na kogo zwalic wine... :)
(podziel sie bo moje juz nie dzialaja ;))
Sweet. Już widzę jak na spotkaniach Rady, Twój Pinokio będzie toczył zażartą walkę na śmierć i życie z moim karaluchem-zombi :twisted: Mam nadzieję, że jesteś bardziej ambitny, niż zabicie jakiegoś tam boga, i będziesz pisał dalej ;)
Odstawił stare dragi, to widać. ;) Nowe też niczego sobie.
*wybiega z dragometrem*
i wiadomo skad ten down :P
To sie nazywa TALENT ludzie, TALENT! Jak zawsze dla mnie miodzio. ;]
P.S. A to ze Kap notorycznie jedzie na jakis prochach to chyba tez prawda :/ ;***
nikogo poza Kapem nie czytam w tym dziale - to cos znaczy! (i bynajmniej nie to ze kiepsko czytam ;P )
Tylko to, ze jestes leniwy ;)
Zakrecone Kapoerze.
Kiedy napiszesz ksiażke? :cool: