Niewyraźna sylwetka raz jeszcze zamajaczyła daleko na górskim trakcie, by w końcu zniknąć w głębi masywu górskiego. Starzec westchnął spuściwszy powieki. Wciąż nie uspokoił nadszarpniętych nerwów, a na domiar złego natłok tak pozytywnych jak i negatywnych emocji, wciąż nieubłaganie dręczył zmęczoną duszę. Poczuł kościstą dłoń na ramieniu.
-Mów...
Unosił powieki z niemałym trudem. Śnieg naświetlony popołudniowym słońcem, boleśnie raził oczy, jednak nie odwrócił wzroku. Ból dawał swego rodzaju ukojenie. Trwał chwilę w milczeniu, po czym odwrócił się i ruszył w kierunku fortecy, gestem ponaglając towarzysza.
-Ruszajcie za mną łaskawco, niedługo zmrok zapadnie a wraz z nim nadejdzie mróz.
Rzekł słabo do gościa.
-Wszystko opowiem wam w mym domostwie.
Dalszą drogę przebyli w milczeniu. Wyminąwszy potężne kamienne wrota, skręcili w ścieżkę ciągnącą ku szczytowi grodu. Po bokach drogi, co kilka kroków stały ogromne pomniki. Nieruchome postaci trwające od wieków na straży krasnoludzkiego miasta budziły podziw, a zarazem przerażenie. Starzec przeczesał brodę tocząc wewnętrzną walkę. Nie chciał zdradzić młodego przyjaciela, jednak czy zdoła oprzeć się woli oprawcy, dzierżącego groźbę Powrotu? Zostawiając za sobą ostatnich kamiennych strażników, skierował gościa na wąski mostek rozciągnięty nad rwącym, górskim strumieniem. Gdy dotarli do kamiennego bloku, jakby wyrwanego z trzewi góry, starzec już był pewny, że będzie musiał zdradzić białobrodego młodzieńca. Strach zwyciężył głęboko skryty krasnoludzki honor. Pchnął drewniane drzwi i przepuścił gościa przodem. Ogarnął wzrokiem raz jeszcze całe terytorium fortecy. Jego włości umiejscowione były w jednej z wyższych kondygnacji twierdzy, więc widok był niesamowity. Jednak lśniące w słońcu pomniki przodków, baszty przykryte śnieżną pierzyną, skrzętnie wykute w skale budynki – wszystko to budziło w wiekowym krasnoludzie silne poczucie winy. Zdało mu się, że zdradzając właśnie tego młodzieńca, zdradza całe społeczeństwo. Splunął w śnieżną zaspę, osuniętą z dachu jego domostwa i przekroczył próg mieszkania.
-Zasiądźcie tam przy kominku. – Wskazał postaci zachęcający fotel, stojący nieopodal tańczących płomieni.
-Ja zabawię w kuchni, trzeba mi strawy. Nic żem w ustach od rana nie chował.
Gość w milczeniu skinął głową. Starzec uśmiechnął się blado.
-Nic nie wadzi rozmawiać jednak przy gotowaniu. Tylko trzeba mi patelni i innych przyrządów.
Schylił się sięgając pod blat. Po chwili przed krasnoludem leżał cały ekwipunek niezbędny do upichcenia smacznego dania. Zmarszczył z namysłem brwi i zabrał się do roboty. Uniósł wzrok i ściągnął ze sznura zawieszonego ponad blatem niewielką główkę czosnku.
-Wiecie panie – zagaił – niegdyś w klanie Tankardt gotowałem. Dawne to czasy były...
Wyciągnął z główki trzy ząbki, przycisnął dłonią każdy po kolei, a widząc zaciekawioną minę milczącej postaci wyjaśnił:
-Łatwiej po tym skórka odchodzi.
Po czym zabrał się kolejno do obierania, a następnie siekania czosnku. Pokroiwszy go w drobne paseczki, nabrał drewnianą łyżką tłuszczu z wcześniej wyciągniętej miseczki i nałożył go na stojącą na ogniu patelnie. Kiedy roztopił się odpowiednio, wrzucił nań czosnek i zabrał się do mięsa. Wiedząc, że dłużej zwlekać nie może, rozpoczął opowieść.
Mroźny wicher uderzył w młodego krasnoluda w chwilę po tym jak wyczołgał się ze śnieżnego schronienia. Szczelniej nakrył się płaszczem i ruszył w górę podpierając się na halabardzie. W ostatniej mieścinie, jaką odwiedził, dowiedział się o wiekowej krasnoludzkiej twierdzy, wyrytej na zboczu jednej z gór, należących do łańcucha, który właśnie przemierzał. Parł więc przed siebie, z nadzieją na pierwszy trop w sprawie klanu. Ciężkie skórzane buty zapadały się głęboko w śniegu, znacznie utrudniając wędrówkę. Wiatr smagał po twarzy, rozwiewając brodę i mrożąc łysą głowę. On jednak bez narzekań powoli zdobywał kolejne metry lodowego traktu. Zacisnął mocniej dłoń na halabardzie, czerpiąc ciepło z jej magicznych właściwości. Jej ostrze pokrywały szeregi run, wybitych w sposób odpowiedni , by wytwarzać płomień. Same drzewce również było silnie zdobione, jednak znakami o znacznie słabszej mocy, co owocowało przyjemną emisją zeń ciepła. Dotarł do niewielkiej niszy, w której tańczyły wody mroźnego górskiego źródełka. Wyciągnął spod płaszcza bukłak i nachylił się nad pulsującą taflą. Ujrzał swoją twarz, znienawidzoną przez wielu, kochaną przez zaledwie kilku, lecz wzbudzającą szacunek niemal w każdym. Twarz Yorghala Teferse z klanu Duergar, syna Tewandora i Gryzeldy. Twarz szarego krasnoluda, ofiary podłych eksperymentów. Lśniące czerwienią oczy, osadzone w szaroskórej twarzy, zafalowały w lustrzanym odbiciu. Yorghal uśmiechnął się pod nosem i zanurzył bukłak w lodowatej wodzie. Powstał znad jeziorka i już chciał ruszyć na trakt, gdy ujrzał przed sobą coś, co zatrzymało go w miejscu. Naprzeciw niego stała dojrzała wyverna, wpatrująca się weń wygłodzonymi ślepiami. Ogon bestii niespokojnie wywijał w powietrzu ósemki, powietrze buchające z pyska momentalnie zmieniało się w parę. Yorghal najwolniej jak potrafił sięgnął do klamry płaszcza. Wyverna zaskrzeczała ostrzegawczo, rozkładając błoniaste skrzydła. Zapięcie puściło, a płaszcz powoli począł zsuwać się z ramion krasnoluda. Brodacz zacisnął mocno palce na halabardzie. Zaczął nieznacznie pochylać grzbiet, równocześnie spokojnie sprowadzając broń do poziomu. Płaszcz opadł odsłaniając potężne mięśnie wojownika, wyraźnie rysujące się pod matową skórą. Yorghal zmrużył oczy i zastygł w bezruchu, gotowy w każdej chwili zaatakować. Wyverna wbiła pazury w śnieg i tylko niespokojnie wijący się ogon różnił ją od świetnie wykonanego pomnika. Wpatrywali się w siebie w milczeniu. Łowca i ofiara. Jednak żadne z nich nie potrafiło stwierdzić, która rola, komu przypada. W końcu zupełnie niespodziewanie, poprzedziwszy powzięte działanie splunięciem Yorghal zaatakował. Mięśnie zafalowały na potężnych ramionach i krasnolud runął na bestię z niespodziewaną szybkością i siłą. Gad bezskutecznie próbował zasłonić się skrzydłem. Ogniste ostrze cięło po skosie znacząc krwawą bruzdę na szyi i blokującej doń drogę błonie wyverny. Ta skrzeknęła boleśnie i odskoczyła w tył usiłując wzbić się w górę. Duergar jednak nie chciał pozwolić jej na ucieczkę. Tym razem cios nadszedł z boku, nieco chybiony, odrąbując bestii kawał pazurzastej łapy. Fontanna krwi trysnęła ze sterczącego kikuta. Wyverna przerażona do granic zaskomlała żałośnie i nie widząc żadnej nadziei na ucieczkę rozpaczliwie zaatakowała swą najgroźniejszą bronią. Zakończony niebezpiecznym kolcem ogon bestii wystrzelił w wojownika. Taniec śmierci Yorghala został przerwany. Odskoczył w bok, unikając ciosu. Ogon tylko lekko zadrapał osłonięte grubą skórą plecy. Wylądowawszy w śniegu, wojownik błyskawicznie przeturlał się przez bark stawając pewnie na szeroko rozstawionych nogach. Spojrzał na przeciwnika i zmrużył oczy. Gad brocząc obficie krwią, bezskutecznie starał się wycofać. Z dwóch stron otaczały go strome górskie ściany, na wprost siebie miał rozwścieczonego krasnoluda, a przepaść po prawej odpadała ze względu na zranione skrzydło. Duergar splunął na dłonie i chwycił drzewce halabardy u samej nasady. Wziął szeroki zamach i z okrzykiem na ustach cisnął pocisk przed siebie. Halabarda zaśpiewała w powietrzu, nucąc wyvernie śmiertelną kołysankę, po czym trafiła w... śnieg. Yorghal zamrugał oczyma. Bestia zniknęła. Tam gdzie jeszcze przed chwilą stała zielona potwora, ostał się tylko śnieg rozorany panikującymi łapami i wbita weń halabarda. Krasnolud przetarł ślepia i ruszył po swą broń. Po drodze nachylił się nad krwią tworzącą karmazynowe wzory na śnieżnym dywanie, była prawdziwa. Pełen niepokoju podniósł swą halabardę i płaszcz, po czym narzuciwszy go na ramiona, popędził ku wyjściu z przełęczy.
Nóż równomiernie odcinał plastry od dorodnego boczku. Patelnia z podsmażonym ,,tłuszczem czosnkowym" już właściwie doprawionym i przygotowanym, stała na blacie nieopodal.
-Opowiedział mi to tuż po przybyciu.
Starzec wyciągnął kolejną patelnie i wrzucił nań skrojony boczek.
-Wolicie dobrze wypieczone?
Spojrzał na gościa. Ten skinął odruchowo. Niewiele obchodziły go kulinarne wyczyny krasnoluda. Pamiętał przedstawione wydarzenia nieco inaczej. Zapatrzył się w ruchu starca, w tejże chwili tłukącego młotkiem dwa płaty mięsiwa i pogrążył się w myślach.
Smukłe ciało wyverny dotkliwie odczuwało siarczysty mróz panujący na przełęczy. Ogon jej drętwiał ledwo dając radę nakierować bestię na właściwy tor. Skrzydła marzły, przez co lot wymagał niemałego wysiłku. Rozglądała się po lodowym krajobrazie, rozciągającym się pod nią wyszukując upragnionej przysadzistej sylwetki. W końcu ujrzała swój cel. Pochylał się nad jakąś niewielką niszą, wyraźnie zaaferowany. Wyverna fuknęła niespokojnie i zapikowała w dół. Płatki śniegu momentalnie topniały, uderzając w rozgrzewające się cielsko gada. Mordęga latania przemieniła się w nieopisaną rozkosz. Wicher, zamiast mrozić obolałe członki, przyjemnie pieścił falujące łuski. Wyverna zmrużyła przekrwione ślepia. Sylwetka krasnoluda zbliżała się ze znaczną szybkością. Zalśniły obnażone pazury. W tej chwili wyverna przestała myśleć. Władzę nad jej członkami przejął zwierzęcy instynkt. Tuż przed uderzeniem w ziemię gwałtownie zamłóciła skrzydłami wzbijając się w powietrze. Śmiertelnie niebezpieczny kolec przeciął ze świstem powietrze i uderzył w plecy duergara. Cios jednak był niecelny. Ostry kieł zadrapał tylko nieznacznie plecy zaskoczonego wojownika, a impet uderzenia powalił go na śnieg. Zauważywszy nieszkodliwość ataku, bestia wzbiła się ponownie w górę, z zamiarem ponowienia działania. Wywinęła w powietrzu półkole i raz jeszcze runęła w dół. Spodziewała się napotkać zaskoczoną, bezwładną ofiarę, nie zdolną choćby do podniesienia broni, więc wielce ją zaskoczył wyjątkowo silny cios rozrywający część szyi i masakrujący skrzydło. Z łomotem uderzyła w ziemię znacząc w śniegu szeroki ślad. Podniosła łeb spoglądając na wojownika. Stał w bezruchu pewnie trzymając halabardę. Bestii powróciły zmysły zatracone podczas zwierzęcego ataku. Oceniała wojownika, szacując szanse na wygranie tego starcia. Lustrując jego sylwetkę, rzuciła okiem za plecy duergara. Brodacz stał przed niewielką niszą pełną śniegu. Nagle krasnolud zaatakował.
Złączył palce rozmyślając. Tak, pomijając pierwszy cios z opowieści starca, reszta się zgadzała. Wielce zastanawiało go, dlaczego krasnolud przeinaczył historię. Przecież nie chodziło o ukazanie bestii w korzystnym świetle. Boczek wesoło skwierczał na rozgrzanej patelni, a starzec obrywał właśnie listki z dwóch krzaczków, nie spotykanych w tych stronach. Gość wciąż rozmyślając zapatrzył się na rośliny. Krasnolud wychwyciwszy te spojrzenie nie omieszkał wyjaśnić.
-Zioła z krain nadmorskich, wiele złota i wysiłku włożyłem w te dwa cuda.
Gość ponownie skinął odruchowo. Myśli o białobrodym nie dawały mu spokoju. Nagle wychwycił kolejną niezgodność w wersji krasnoluda. Duergar mówił, że nachylał się nad niszą pełną wody, a tymczasem on był przekonany, że wgłębienie wypełnione było tylko i wyłącznie śniegiem. Ponadto podczas obserwacji, nie dostrzegła, aby bukłak na wodę znajdował się gdzieś na wierzchu ekwipunku duergara, co świadczyłoby o jego niedawnym użytkowaniu. Roztarł obolałe skronie. Ta sprawa zaczynała go interesować coraz bardziej. Spojrzał wymownie na starca, gestem nakazując kontynuację. Kucharz obłożył kotlet w ziołach i przyprawach.
-Przybył do fortecy tuż po zmierzchu. Strażnicy kategorycznie odmawiali mu otworzenia bram. Szczęściem byłem nieopodal, trzeba mi było pewnej przyprawy, więc odwiedziłem znajomą kucharkę, rozumiecie. Właśniem odeń wracał i przechodząc nieopodal bram twierdzy zasłyszałem ich podniesione głosy. Wiedziony ciekawością podkradłem się pod basztę i wyjrzałem przez judasza. Skrywał twarz pod kapturem, lecz brody schować nie zdołał.
Przerwał opowieść by rozbić jajko na talerz, po czym namoczył weń kotlety. Tak spreparowane obłożył w bułce tartej z mąką.
-Biel czystsza od śniegu momentalnie porwała mnie do działania. Nakazałem straży rozwarcie bram, biorąc na siebie odpowiedzialność za przybysza, to i wpuścili go bez dalszych zwad.
Kotlety wylądowały na patelni z czosnkiem. Tłuszcz zaprotestował skwiercząc złowrogo.
-Potem przywiodłem go tutaj. Opowiedział mi com wam zawczasu przekazał, a potem zasypał pytaniami. Rozmawialiśmy do późnej nocy.
Starzec nakładał na talerz naleśniki nafaszerowane nadzieniem serowo-szpinakowym, w międzyczasie zagaiwszy.
-Powiedziałeś, że przywiódł Cię tu cel niebłahy?
Białobrody pokiwał ponuro głową.
-Rację masz, rzecz ta męczy me serce od dłuższego czasu, a i wiele wody upłynie, nim sprawa ta mi się wyjaśni.
Postawiwszy talerz przed Yorghalem, sam zasiadł naprzeciw, zawczasu wyciągając baryłkę piwa zakupioną jeszcze dziś w grodzkim browarze.
-A cóż to za sprawa młodzieńcze?
Białobrody nie męczył się używaniem sztućców. Odgryzł kawał naleśnika, unosząc nieco brwi. Zaskoczył go smak potrawy, nie jadał tak dobrze odkąd Khorm porzucił rzemiosło gotowania. Spojrzał na starca pytająco. Ten odpowiedział uśmiechem.
-Niegdyś w klanie Tankardt gotowałem. Nie to żebym doń należał, ale można rzec żem się od nich wiele nauczył.
Yorghal pokiwał głową, jego brat przed wydarzeniami w podziemiach, należał do znakomitego klanu kucharzy i warzelanów, o którym wspominał starzec.
-Naprawdę znakomite.
Wiekowy krasnolud zaśmiał się gromko, mile połechtany komplementem, po czym odkorkował beczułkę. Struga złocistego trunku, chlusnęła do miedzianego kufla, zalewając go po brzegi. Podał kufel białobrodemu, a ten pociągnąwszy solidnego łyka zdecydował się w końcu odpowiedzieć na pytanie.
-Wracając do twojego pytania..
Starzec uniósł wzrok na Yorghala.
-Mój problem to klan.. Odkąd jestem tym, kim jestem, nie czuję żadnej przynależności klanowej, poczuwam się odmieńcem, którego nie ograniczają żadne więzy krwi. Krasnolud bez klanu jest nikim. Czuję się jakby wyrwano mi z trzewi kawałek mnie! Jakby coś rozrywało mnie od środka!...
Przerwał na chwilę opuszczając wzrok, po czym wyszeptał.
-Rozumiesz to, prawda?
Brodaty kucharz pokiwał głową. Rozumiał aż za dobrze.
-Dlatego też szukam takich jak ja. Szukam tych, którzy zerwali łańcuchy niewoli! Tych, którzy powziąwszy swe życie w swoje ręce wybili się ponad bezwolnych niewolników! Tych wystarczająco silnych, aby żyć! Potrzebujemy ludu, z którym uda się wytworzyć nowe społeczeństwo! Chcę, aby Duergary zyskały szacunek!
Yorghal zacisnął pięści. Jego wzrok wędrował po mieszkaniu starca.
-Zbyt długo byliśmy niedocenieni, zbyt wiele krwi się przelało, za dużo... bólu to wszystko kosztowało...
Kucharz milczał spuściwszy głowę. Trwał tak chwilę w bezruchu, aż w końcu zapytał słabym głosem.
-Czy masz... jakiś plan? Szkic nowego społeczeństwa? Czy choćby pomysł jak odszukać wszystkich... braci?
Młody wojownik pokręcił głową.
-I tak, i nie. Nie myślę o tym jak dotrzeć do zagubionych krasnoludów. Ja... po prostu to czuję! Nie potrafię Ci tego opisać! Tak jak każdy z nas tuż po narodzinach, czuje energię bijąca z kamienia, czuję jak pulsuje serce całej ziemi, tak ja po prostu wiem gdzie mam się udać. To uczucie, tak potężne doprowadziło mnie do Ciebie! A jeśli pytasz o system społeczny.. To już należy do obowiązków brata.
Yorghal zaśmiał się szczerze.
-To on zawsze robił za mózg naszego zespołu.
Wstał z głębokiego fotela i przeszedł się po mieszkaniu. Podszedł do wielkiego, misternie zdobionego topora wiszącego na ścianie. Odbite światło płomieni wesoło tańczyło na doskonale wygrawerowanym ostrzu. Runa lśniły, pulsując nie zużytą dotąd energią. Yorghal przejechał palcem po zimnym metalu.
-Przypomina mi dawne czasy..
Usłyszał zachrypnięty głos starca.
-Dawne czasy chwały i potęgi klanu. Czasy Kilofa i Kamienia, czasy w których czułem się prawdziwym krasnoludem.
Zawiesił głos, jakby samemu rozważając swoje słowa.
-Zważ go w dłoni.
-Nie mógłbym...
-Bierz go do ręki i nie gadaj tyle.
Yorghal chwycił broń oburącz i delikatnie ściągnął ze ściany. Topór był doskonale wyważony. Białobrody obracając go w dłoniach był przekonany o jego śmiercionośnej potędze.
-Przyjrzyj mu się uważnie młodzieńcze. Ta broń, to obraz mojej młodości. Wizerunek tego, kim niegdyś byłem naprawdę, przyjrzyj się uważnie i strzeż swej brody najlepiej jak umiesz! Musisz to uczynić! W Tobie drzemie wielka siła białobrody! To jest to coś, co porywa do walki tych, co już jedną nogą wśród przodków kroczą! Ta moc potrafi czynić cuda!
Starzec zamilkł spuszczając głowę.
-Spójrz na tę broń wojowniku, dobrze ją zapamiętaj i trwaj w swej wizji i nadziei. Trwaj w niej, aby nie skończyć jak ja.. Bez nadziei, bez honoru, bez... życia.
Uniósł wilgotne oczy na Yorghala.
-Nie potrafię Ci pomóc krasnoludzie... Jestem na to zbyt... słaby...
Yorghal spojrzał nań zaskoczony.
-A...Ale przecież.. To uczucie! To Ty miałeś nam pomóc! Jesteś osobą, do jakiej przywiodła mnie ta mistyczna energia! Tyle staj przebyłem! Tyle obraz zniosłem! Tylko po to by usłyszeć odmowę?! Musisz nas poprowadzić! Ciebie obieram naszym przywódcą!
Ostatnie słowa białobrody wykrzyczał w niepojętym gniewie. Starzec wciąż unikał wzroku Yorghala. Młody krasnolud trząsł się rozdygotany pulsującymi weń emocjami. W końcu ryknął i dał upust swoim emocjom wbijając topór głęboko w ścianę. Ostrze przebiło drewniane obicie domostwa i weszło z oporem w kamień, czemu towarzyszyło niesamowicie harmoniczne dźwięczenie.
-W takim razie bywajcie w zdrowiu starcze. Tan gamut warg ai-menu. Zabawię tu jeszcze dwie noce i ruszam w rodzime strony.
Wiekowego kucharza zabolał oficjalny ton młodzieńca. Wielce polubił tę narwaną duszę. Drewniane drzwi skrzypnęły w proteście, gdy wojownik opuścił domostwo starca. Gospodarz skrył twarz w dłoniach. Czy naprawdę tak nisko upadłem? Brak mi, choć krzty honoru i odwagi? Zagryzł wargi wściekły na własne tchórzostwo.
Kotlet wylądował na talerzu pomiędzy kwaszonymi ogórkami, a pajdą chleba. Został nakryty plastrem usmażonego bekonu, a na końcu polany sosem czosnkowym, składającym się z tłuszczu, przypraw i plasterków tegoż jakże aromatycznego owocu. Gość sięgnął po podane mu danie. Popieścił chwilę zmysł węchu, wdychając silną woń potrawy, po czym skosztował mięsiwa. W przeciwieństwie do młodego duergara, spodziewał się wyśmienitego smaku. Znał całą historię żywota starca, w najdrobniejszych szczegółach. Delektował się potrawą w milczeniu, rozsiadając się wygodniej w fotelu, aż w końcu przerwał niezręczną ciszę, jaka zapadła po słowach kończących tę część opowieści starca.
-A Thezetkeer? Dlaczego postanowił go zlikwidować?
Starzec zachichotał.
-Czysty przypadek. Młodziak myślał, że to on jest przyczyną mojej odmowy. Przybysz uniósł brwi w niemym pytaniu, na co krasnolud odpowiedział machnięciem ręki.
-Lepiej wznowię opowieść, powinno to wszystko wyjaśnić.
Srebrzysty owal księżyca rzucał blade światło na śnieżne czapy zalegające na dachach krasnoludzkich domostw. Yorghal włóczył się po grodzie rozmyślając. Starzec wydawał się taki poruszony. Było coś nienaturalnego w odmowie krasnoluda. Musiał mieć jakąś niebłahą przyczynę, coś, co zmuszało go do takiej a nie innej odpowiedzi na prośbę młodego wojownika. Pogrążony w myślach przedzierał się przez labirynt krasnoludzkich siedzib, śledzony ciekawskim wzrokiem pustych oczodołów okien. Kroczył tak pogrążonymi w mroku uliczkami, tracąc poczucie czasu, aż w końcu trafił przed rozjaśniony bijącym zeń ciepłym światłem gmach karczmy. Zaciekawiony spojrzał na szyld. Nieco przegniła drewniana tabliczka, kołysała się na wieczornym wietrze, głosząc wszem i wobec, że ten oto przybytek nosi dumne miano tawerny ,,Pod Górskim Szczytem". Yorghal parsknął czytając szyld. Nad nazwą oberży to właściciel się nie namęczył. Wystarczyło spojrzeć na rozciągający się wokół łańcuch potężnych gór. Westchnął, naciągnął kaptur na głowę i pchnął drzwi karczemne. W końcu nic nie pomaga tak w myśleniu, jak kufel czegoś mocniejszego.. albo i dwa kufle. W izbie panował gwar. Większość klienteli stanowiły krasnoludy, ale gdzieniegdzie błyskały też sylwetki ludzkie czy niziołcze. Białobrody ruszył w róg karczmy, aby zasiąść pod bezpiecznym światłem pochodni, rzucającym głębszy cień na jego zakapturzoną skórę. Po kilku chwilach pojawiła się przed nim roześmiana dziewka służebna. Yorghal uniósł nieznacznie brwi spostrzegając, iż ma przed sobą przedstawicielkę rasy niziołków. Potrafił pojąć obecność różnorasowej klienteli w karczmie, ale obecność pracownicy niekrasnoludzkiej wielce go zaskoczyła. Powiódł spojrzeniem po reszcie przybytku. Resztę stolików obsługiwały krasnoludki wesoło zarzucając warkoczami. Westchnął zrezygnowany i zamówił dzban spirytusu. Dziewka skinęła głową przyjmując zamówienie i ruszyła w stronę baru kręcąc nachalnie biodrami. Yorghal oparł się o ścianę i przymknął oczy zasłuchując się w rozmowy toczone wokół.
-Ceny wzrosły znacznie, ta korona to... Jakże to tak?! Na oczach wszystkich? Drwicie sobie?!... Nie.. ten wydaje się zbyt spostrzegawczy, tamten za bystry!... Jak łazisz wieśniaku?! Stary kucharz? A wiesz, że i mnie to zastanawiało? Po co ten dziwak doń przychodzi? Z naszego staruszka taki poczciwina!... Noooo aaa ooożeeee byyyyź aaak n-na óręęęę ięę se nąą szeszła? Sooo?
Nagle otworzył oczy opadając na ławę. Zaraz, o czym oni mówili?! Wsłuchał się raz jeszcze w rozmowę, przyglądając się grupie poczciwie wyglądających krasnoludów.
-To już trzeci kwartał bendzie jak on do niego przychodzi nie? Dziwny człeczyna w kapelutku z szerokim rondem.
-Ano i ja gom widział. Wyglonda kiej diabeł jaki czy co.
-Liii tam. Głupoty gadacie! Co wam za różnica li przyjmuje do chałupy dziewke piknom li chłopa w kapelutku?
-To Ty głupot ni gadaj, a jak kucharzowi pomóc trzeba?
-Już chcemy mu pomóc od ponad miesionca jak tu pijem ni? To możem chcieć i drugie tyle.
-Prawda, prawda, mie bardziej ciekawi, skond on tu przyłazi, raz żem go widział jak schodził ło z tamtej góry.
W tym miejscu krasnolud zatoczył palcem równy okrąg, którego on sam był środkiem. Yorghal zacisnął pięści. Zostawił pieniądze za nie otrzymany nawet trunek na stole, po czym wstał i ruszył ku wyjściu z karczmy.
Milcząca postać niemalże parsknęła śmiechem.
-Zabił go zasłyszawszy rozmowę kilku podchmielonych górali?
Krasnolud wzruszył ramionami.
-Toć mówiłem, głupi przypadek. A swoją drogą, skąd wiesz o jego śmierci?
Starzec wymówił te słowa, bez większego zaciekawienia, przyzwyczaił się do niezręcznej wszechwiedzy towarzysza.
-Mam swoje sposoby..
Gość wyszczerzył śnieżnobiałe zęby, po czym w rozbawieniu pokręcił głową.
-Eh! Ten wasz głupi krasnoludzki honor, prymitywna namiastka uczucia, nakazująca wam działać wbrew zdrowemu rozsądkowi! Nic to, kontynuuj starcze.
Krasnolud wznowił opowieść wyzbytym z emocji głosem, jednak uwadze przybysza nie umknęła nasilająca się biel kostek na zaciśniętych pięściach.
Płatki śniegu uporczywie uderzały w twarz duergara, zmuszając go do przymykania powiek. Chwycił kolejną wypukłość, słusznie sądząc o obecności litej skały pod warstwą śnieżnego puchu. Posuwał się powoli w górę, ostrożnie stawiając stopy i skrupulatnie wyszukując kamienia, ukrytego pod zdradziecką płachtą bieli. Lśniące płatki lepiły się do płaszcza, tworząc nań ciężką skorupę. Wicher dął rzucając przysadzistą sylwetką raz w jedną, raz w drugą stronę. Cała jego sylwetka wtapiała się w otoczenie, za wyjątkiem potężnej halabardy, przewieszonej przez plecy. Runa wybite na broni przez Khorma, dumnie trwały w swej ogrzewającej roli. Miało to też swoje minusy, gdyż w miejscu gdzie drzewce stykały się z plecami, Yorghal czuł mokrą pręgę lodowatej wody. Sam nie wiedział, jak długo trwała wspinaczka, zatracił poczucie czasu wiele metrów temu. Parł przed siebie nie bacząc na złośliwą śnieżycę, usilnie starającą się przeszkodzić mu we wspinaczce. Był zdecydowany dotrzeć do miejsca, wskazanego mu przez pustelnika napotkanego na trakcie. Do miejsca, z którego co 30 dni schodziła postać przyodziana w granatowy płaszcz do kolan i kapelusz z szerokim rondem. Nagle wszystko ustało. Huk wiatru, uderzającego boleśnie w uszy krasnoluda, płatki śniegu topniejące na twarzy, siarczysty mróz kąsający dotkliwie każdy, odsłonięty, choć na chwilę kawałek ciała. Czyżbym wstąpił pomiędzy przodków? Myśl przemknęła przez zmęczony umysł białobrodego, po czym zanikła pod nawałem zdrowego rozsądku. Ciągle miał czucie w członkach, a halabarda wciąż przyjemnie ciążyła mu na plecach. Zebrał siły i podciągnął się na skalną półkę znajdującą się nieco ponad nim. Otrzepawszy się ze śniegu podniósł głowę i rozejrzał się wokoło. Znajdował się u wylotu szerokiego tunelu, ciągnącego w głąb góry. Nie myśląc wiele, zamrugał oczyma, przystosowując je do widzenia w ciemnościach, po czym ruszył w nieprzebytą czerń. Nawet przy jego doskonałym wzroku, czułym na temperaturę, podróż do wnętrza szczytu nie była łatwa, większość skał miała bardzo zbliżoną temperaturę. Szedł więc prawie na oślep, znacząc dłońmi przebytą drogę. Nawet po godzinie, miejsca które zetknęły się z rozgrzanym ciałem, powinny być oznaczone choć krztyną ciepła. Po pewnym czasie dotarł do gwałtownie opadającego korytarza, rozszerzającego się gdzieś w głębi. Nagle zamarł w bezruchu. Spostrzegł zarys ludzkiej sylwetki daleko w oddali. Nie miał wątpliwości, taką temperaturę mogło wytwarzać tylko człowiecze ciało. Przesunął kciukiem po ostrzu, aby uspokoić rozkołatane serce. Postać w głębi tunelu najwyraźniej go nie przyuważyła. Uchwycił pewniej drzewce halabardy i ruszył przed siebie. Nie skradał się, jak to zazwyczaj czynili ludzie. Nie pragnął ugodzić swego przeciwnika w plecy, po czym odejść ze świadomością upodlenia. Parł w kierunku nieruchomej postaci, dumnie stawiając każdy krok. Echo stukotu ciężkich obcasów o kamienną ścieżkę rozbrzmiewało całą swą mocą. Ludzka sylwetka poruszyła się nieznacznie, lecz wbrew oczekiwaniom Yorghala nie odwróciła się gotowa do walki, tylko uniosła nieco dłoń mówiąc:
-Czego tu starcze? Nie wzywałem Cię przecież, zostało jeszcze trochę czasu do naszego następnego spotkania.
Białobrody zatrzymał się mierząc wzrokiem przeciwnika.
-Chyba mnie z kimś pomyliliście biesie.
Zaskoczony człowiek odwrócił się gwałtownie.
-Że jak?! Przecież istnieje tylko jeden nie zniewolony...
Nagle urwał.
-Ahh.. Już rozumiem! Mistrz mówił wtem prawdę. No krasnoludku, powróć do naturalnego postrzegania rzeczywistości, zaraz rozświetlę me włości!
Yorghal nigdy by nie usłuchał prośby podejrzanego człeczyny, gdyby nie silny impuls naglący go do działania. Zamrugał więc ponownie, powracając do postrzegania kształtów i kolorów. Po kilku chwilach cały korytarz jak i jaskinia, w której stał tajemniczy osobnik , zalało przyjemnie przytłumione światło. Oczom białobrodego ukazała się postać w długim, sięgającym kolan płaszczu. Człowiek ten stał w bezruchu, wpatrując się w krasnoluda z szaleńczym, wręcz demonicznym uśmiechem goszczącym na twarzy. Yorghal splunąwszy zagaił.
-Powiedzże biesie, co Cię łączy ze wspomnianym przez Ciebie starcem? O jakich spotkaniach mówiłeś?
Uśmiech nie znikał z twarzy człeczyny nawet podczas mówienia, co przywodziło na myśl upiorną, ruchomą maskę.
-Ahh! Nasz wspólny przyjaciel świadczy mi pewne usługi! Co określony czas dostarcza mi... Pewnego surowca!
-O czym Ty...
Złowrogi syk przerwał krasnoludowi w pół słowa. Człowiek kiwając głową na boki rzekł:
-Moja kolej na pytanie!
Yorghal skinął łbem. Niech będzie na zmianę.
-Białobrody... Jakżeś uciekł memu mistrzowi?
Krasnolud uniósł brew. Zaskoczyło go przekonanie istoty, jakoby był więziony przez jego mistrza.
-Z pomocą przyjaciela i brata mego.
-Ah tak! Jest was dwóch!
-Owszem, moja kolej. Z Twojej to winy starzec nie opuszcza fortecy?
-Nie, nie moja w tym głowa. Jak długo jesteś na wolności?
-Ponad rok. Komu służysz?
-Twojemu najgorszemu koszmarowi. Teraz najważniejsze pytanie: Co teraz czujesz krasnalu?
Yorghal zamilkł na chwilę przygryzając wargę. Sam dokładnie nie wiedział, jakie to uczucia targają w tej chwili jego udręczoną duszą. Spojrzał w szalone oczy towarzysza i wyrecytował:
-Wściekłość, smutek, żal, tęsknotę, niepewność, dumę oraz żar nienawiści do Ciebie i Twojego przeklętego pana.
Postać zaklaskała radośnie.
-Wyśmienicie! Niech więc teraz pan krasnal poczuje strach!
Z tymi słowy człek zrzucił płaszcz z ramion i padł na kolana, zakrywając twarz dłońmi. Spomiędzy szeroko rozstawionych palców, spozierało tylko jedno oko, skrzywione jakby w niepojętym bólu. Dopiero teraz do białobrodego krasnoluda dotarło, że opętańczy uśmiech postaci był tylko zasłoną. Tarczą, skrywającą ogrom cierpienia, nie możliwego to poznania przez lud śmiertelny. Nagle rozległ się nieprzyjemny trzask i mlaśnięcie. Skóra na plecach szaleńca pękła, wraz z wierzchnim ubiorem, a przez powstałą szparę, zaczęła powoli wypełzać pokraczna kończyna, pokryta śluzem. Zaraz za nią wyśliznęła się druga, przy akompaniamencie dźwięku, zbliżonego do siorbania. Palce u stóp poczęły łączyć się w jedność, by po chwili stać się pełno wymiarowym kopytem. Ramiona i klatka piersiowa zaczęły nabierać masy, przekraczając wielokrotnie wielkością, wymiary zwykłego człowieka. Cztery kościane rogi wyrosły z czoła i potylicy szaleńca. Monstrum nagle wybuchneło śmiechem. Echo tego demonicznego rechotu, rozbrzmiało po wszystkich kondygnacjach jaskini. Słysząc ten upiorny dźwięk, pragnęło się paść na kolana i zapłakać. Yorghal odciął się od demonicznego śmiechu ścianą wściekłości i nienawiści. Najczystszy w swej postaci gniew oczyszczał przeciążony umysł. W końcu demon umilkł. Stał przed nim w całej swej odrażającej krasie, mierząc go obłąkanym wzrokiem. Niewielki szczur przebiegł pomiędzy kopytami biesa, przystając na chwilę by spojrzeć w oczy krasnoluda. Białobrody zbyt był zajęty walką ze samym sobą, by zwrócić uwagę na niepozornego gryzonia. Dawno porzucony berserkerski gniew, odgradzający jego umysł od zgubnego w skutkach działania demonicznego śmiechu, starał się ponownie objąć władzę nad jego działaniami. Yorghal wiedział że to oznaczałoby dla niego śmierć. Szał nie kontrolowany od wielu lat, najpewniej zniszczyłby go szaleńczym atakiem. Musiał więc nadeń zapanować, jednak ta walka mogła go wiele kosztować. Demon mógł w każdej chwili zaatakować, a w tej sytuacji krasnolud był niemalże nagi, wobec jego szponów. Bez władzy nad dłońmi halabarda pozostawała tylko kunsztownie wykonaną ozdobą, bez władzy w nogach, był niczym zakuty w dyby skazaniec, czekający na śmierć. Zacisnął zęby, na jego czole zarysowała się silnie pulsująca żyła. Demon postąpił krok do przodu.
-Co Ci się stało krasnoludku? –rozległ się grzmiący bas bestii.
-Sparaliżowany strachem?
Krew pociekła spomiędzy zbyt mocno zaciśniętych zębów wojownika.
-Słyszałem, że jesteście tchórzliwi, ale żeby aż tak?
Powolne kroki biesa, wydawały się białobrodemu wiecznością. Parł majestatycznie przed siebie, stawiając każdy krok z iście kocią gracją. Całemu temu wizerunkowi, towarzyszyły obelgi, wciąż wyrzucane z jadowitych ust potwora. Yorghal zamknął oczy. Musiał się skupić. Pod zamkniętymi powiekami przemykała mozaika obrazów.
Forteca...Khorm...Demony...Gryzelda...Tewandor...Łańcuch gór...Niewola...
Wszystko to pojawiało się nagle, po czym gwałtownie zanikało. Nagle oczyma wyobraźni ujrzał coś, co skoncentrowało jego myśli. Niedawno wypowiedziane słowa rozbrzmiały mu w uszach:
-Spójrz na tę broń wojowniku, dobrze ją zapamiętaj i trwaj w swej wizji i nadziei. Trwaj w niej aby nie skończyć jak ja.. Bez nadziei, bez honoru, bez... życia.
Topór... Pradawny krasnoludzki topór... Świadectwo chwały i honoru. Broń której nie powstydziliby się przodkowie. Władza nad członkami spłynęła na Yorghala niczym zbawienne błogosławieństwo. Gwałtownie otworzył oczy.
-A więc krasnoludku, będziesz pierwszym z Twej tchórzliwej rasy, który wzmocni moją potęgę!
Demon uniósł łapę do ciosu. Yorghal wyszczerzył zęby.
-Pozwól, że dam Ci pewną radę demonku...
Bies zamarł zaskoczony.
-Nigdy nie nazywaj rozwścieczonego członka, mej prastarej brodatej rasy ,,krasnoludkiem".
Z tymi słowy runął na demona tnąc halabardą. Atakował zawzięcie, znacząc ciemne pręgi na grubej skórze biesa. Ten cofał się przerażony co chwila to rycząc, to chichocząc szaleńczo. W końcu poczuł za plecami ścianę i bezsilny opadł na kolana.
-Myliłem... się.. kr.. krasnoludzie..- wypowiedział plując krwią.
-Tyś nie tchórzliwy... może.. może wyrwiesz się... z więzów niewoli..
Ponownie zagrzmiał upiorny śmiech.
-Jako jedyny.. jedyny z klanu.. Due...
Słowa te przerwał cios zawierający w sobie potężną moc wszystkich, kłębiących się w Yorghalu uczuć. Śmiertelne uderzenie godzące w szyje, rozrywające skórę, tętnice i tkanki. Łeb bestii potoczył się po kamiennej posadzce. Fontanna krwi trysnęła z obnażonej szyi.
-Nic nie wiesz psie- powiedział dysząc ciężko.
-Potęga klanu, jeszcze da o sobie znać... –z tymi słowy splunął, chwycił ucięty łeb, jeszcze broczący krwią, po czym zwrócił się ku wyjściu z jaskini.
-Przyniósł łeb do mnie, owinięty w płaszcz, by podejrzeń nie wzbudzać. Jeśli Ci go trzeba, leży w lodzie pod śnieżną zaspą, przed domem.
Gość pokręcił głową przecząco.
-Nie trzeba mi czerepu tego nieudacznika. Powiadasz że to już koniec historii?
Krasnolud potwierdził skinieniem.
-Zostawił łeb, usłyszał kolejną odmowę, po czym zagniewany opuścił fortecę. Przybysz uśmiechnął się nieznacznie.
-Wiem że kłamiesz starcze, ale nic to, resztę opowieści już znam.
-Przecież znałeś ją całą, od samego początku...
-Owszem, acz pragnąłem usłyszeć wersję młodego duergara, poznać jego myśli.
Starzec prychnął
-Nigdy nie zrozumiesz tego młodzieńca magu, jego serce wybiega daleko poza granice Twojego pojmowania.
Gość zaśmiał się ironicznie.
-Jak niegdyś Twoje, co? Sądzisz że go nie złamię? Ty też miałeś wizję, miałeś plan. Pragnąłeś stworzyć potężny klan, znany na całym kontynencie. I na czym się skończyło? Sprzedałeś swój honor, sprzedałeś swój lud, sprzedałeś wszystko co się dla Ciebie liczyło. I za co to? Za wolność? Za ten kawałek żelastwa na ścianie? Sprzedałeś to za bezcen starcze. Twoja wolność to iluzja. Przeniesienie z drewnianego pudła do złotej klatki. Powiedz mi więc, czymże ten młodzian różni się od Ciebie?
Starzec wstał z pochyloną głową. Kropla łzy zalśniła srebrzyście na białej brodzie.
-Wszystkim czarodzieju- powiedział drżącym głosem. Odwrócił się i ruszył w kierunku ściany.
-Drzemie w nim siła. Moc, której Twa wyobraźnia nie jest w stanie ogarnąć.
Brodaty kucharz chwycił topór wiszący na ścianie.
-To jest potęga, łaska którą obdarza każdego kogo spotyka. Pomyśl czarodzieju. Dał wolność Thezetkeerowi, uwolnił go od życia w cierpieniu. Dał wolność fortecy, uwalniając ją od Thezetkeera.
Podszedł ponownie do gościa rzucając mu spojrzenie spod ściągniętych brwi.
-Dał wolność i mi, zwracając mi honor!
Przybysz cofnął się pod wpływem jarzących się czerwienią oczu.
-Żegnaj czarodzieju! ZA KLAN!
Topór opadł na pozornie bezbronnego maga. Krasnolud wiedział, że wydał na siebie wyrok śmierci. Ginął jednak dumny, przepełniony honorem i odwagą. Śmierć zastała go jako prawdziwego krasnoluda, godnego wstąpienia do grona przodków. Po chwili było już po wszystkim. Czarodziej otrzepywał kurz z ubrania, stojąc nad bezwładnym ciałem starca. Spojrzał raz jeszcze na truchło i ruszył do wyjścia a jego ciało poczęło się przeistaczać.
Wyverna.. Pustelnik.. Szczur.. aż w końcu potężny czarny smok objawił się na pokrytej śniegiem dróżce. Bestia parsknęła przez nozdrza.
-Żegnaj starcze... – z tymi słowy wzbiła się w powietrze opuszczając fortecę.
Yorghal kroczył śnieżnym traktem, skąpanym w przyjemnym świetle zachodzącego słońca. Wciąż rozmyślał nad słowami starego krasnoluda.
-Na przodków młodzieńcze! Co Ci się stało?!
Białobrody opadł na fotel, niemalże wyzbyty z sił. Powolnymi ruchy rozwinął zawiniątko trzymane kurczowo przy piersi. Demoniczna głowa potoczyła się po drewnianej podłodze, wciąż szczerząc szaleńczo,swe mocno przeżółkłe zęby. Kucharz cofnął się zaskoczony.
-Theze... Jakżeś go odnalazł młodzieńcze?!
-Pustelnik wskazał mi drogę. Twierdził, że jest Twoim przyjacielem.
Starzec uniósł brew, a zaraz potem odchrząknął.
-Tak.. wiem o kim mówisz. Wytłumacz mi lepiej białobrody. Po coś to uczynił?!
Yorghal zagryzł wargi zrywając się z fotela.
-Jak to po co starcze?! Uczyniłem to bom sądził że to on trzyma Cię tu w niewoli! Zasłyszałem o waszych podejrzanych powiązaniach! Może mi wytłumaczycie, co to wszystko ma oznaczać?!
Starzec spuścił łeb zbity z tropu.
-Młodzieńcze.. to nie jest takie proste.. to..
-Nie prawcie mi tu głupot starcze bo tego już naprawdę nie zdzierżę.
Yorghal chwycił kucharza za opończę tuż przy szyi.
-Teraz mnie posłuchajcie.. Niespełna rok temu.. kilka miesięcy po ucieczce z niewoli, wyruszyłem w te strony z gorącym pragnieniem wsparcia w sprawie klanowej. Odnalazłem Ciebie, najstarszego ze znanych mi 'braci' a tyżeś poczęstował mnie wymówkami i odmową. Powiedzcie mi kucharzu. Co to wszystko na prastare kamienie ma znaczyć?! Wiem o waszych pertraktacjach z demonem, jak i jego mistrzem! Teraz wytłumacz mi wszystko krok po kroku!
Z tymi słowy cisnął starca na fotel naprzeciw. Ten nawet nie zareagował. Siedział wbity głęboko w mebel, z nisko spuszczoną głową. Yorghal stał ponad nim wyniosły, dumny i pełen gniewu. Drżał z wściekłości na widok tej żałosnej istoty siedzącej naprzeciw. Starzec milczał.
-Rozumiem.. Widzę, że jednak naprawdę przybyłem tu na marne. Jesteście żałośni kucharzyno. Nie potrafię pojąć jak śmiecie mienić się krasnoludem. Rasup gamut ai menu.
Z tymi słowy Yorghal odwrócił się i ruszył ku drzwiom. Każdy krok stawiał niepewnie, wyczerpanie dawało o sobie znać.
-Ja nigdy nie uciekłem młodzieńcze..
Yorghal stanął jak wryty.
-Ja... dogadałem się z bestią.. Sprzedałem swój klan wojowniku.
-J..jak to? Dlaczego?! –Yorghal stał wpatrując się w skurczonego starca. Fala smutku zalała jego serce.
-Yorghalu, Ty naprawdę masz w sobie siłę. Naprawdę czuje w Tobie moc, która może wskrzesić klan Duergar.
Starzec powoli podniósł się z fotela.
-Pamiętasz błysk, który ujrzałeś w niszy, tuż przed batalią z wyverną?
Yorghal pokiwał łbem.
-To tam leży prawdziwe ostrze klanu.
-O czym Ty..?
-To co wisi tu na ścianie, to żałosna imitacja mej dawnej broni. Jej tworzenie utrzymałem w tajemnicy.
Starzec spojrzał białobrodemu w oczy.
-Zawsze żywiłem nadzieję, że zjawi się ktoś, komu byłbym skłonny powierzyć moje dziedzictwo.
-A..ale nie godzi się.. Taka broń..
-Daj mi dokończyć Yorghalu. Dziś, dzięki Tobie zrozumiałem pewną prawdę o sobie samym. Dzięki temu zrozumieniu, gotów jestem uczynić to, co winnym zrobić już całe wieki temu.
Młody krasnolud to zaciskał to rozluźniał pięści. Zdawał sobie sprawę z tego do czego dąży starzec. Tymczasem wiekowy kucharz nachylił się nad kominkiem, poruszając jedną z płytek umocowanych pod zdobieniami. Wyciągnął zeń pieczęć- niewielki drewniany krążek, obity mithrylem.
-Weź to młodzieńcze i odzyskaj moją chlubę.
Starzec uniósł wzrok.
-A wraz z jej pomocą odbuduj całą potęgę klanu. To Ty musisz wskrzesić naszą chwałę.
Yorghal wciąż milcząc, wpatrywał się w starca.
-Zrobię jak każesz. Powiedz mi jednak, jak mam głosić Twe imię. Jakie wspomnienie ma pozostać po Tobie.
Starzec zachichotał radośnie.
-Nie dopisuj żadnych zasług mojemu żywotowi. Jeśli chcesz znać mój największy sekret, to przepis na wyśmienite pieczywo czosnkowe. Tak.. Chyba to jako jedyne, mogę z dumą przekazać młodszym pokoleniom.
Białobrody zaśmiał się gromko.
-Taka więc jest Twoja wola.
-Przepisy odnajdziesz w księdze kucharskiej na komódce przy drzwiach. Zapisałem tam wszystkie co ważniejsze potrawy.
Młody wojownik uśmiechnął się do kucharza po raz ostatni.
-Zabieram więc Twoje dziedzictwo i ruszam w drogę powrotną. Khaham menu demapdul Ylnethie Duergar.
-Menu ziramu gamildul Yorghalu Duergar Teferse. Żywię nadzieję że spotkamy się pośród przodków.
Yorghal nie odpowiedział. Chwycił tylko księgę i opuścił domostwo najstarszego członka klanu Duergar.
Prastary krasnoludzki topór przyjemnie ciążył na ramieniu krasnoluda. Mało kto odważyłby się choćby podejść do tak wyekwipowanego wojownika. Yorghal uśmiechnął się, a w jego sercu rodziła się nowa nadzieja. Klan Duergar powstanie z martwych a każdy kto stanie temu na drodze zakosztuje pradawnego ostrza. Zakrzyknął więc tryumfalnie wygrażając słońcu pięścią. A echo jego kroków długo jeszcze rozbrzmiewało w zaśnieżonej dolinie.
Łojezu dlugie :P
Zrob jakies akapity i je pooznaczaj, zeby latwiej sie w czesciach czytalo.
byly akapity i oznaczenia w wordzie, ale po wrzuceniu na forum cale formatowanie tekstu padlo martwe:(
Czyszczę temat ze śmieci. Każdy kolejny oftop to [+1].