Zapadał zmierzch kiedy sześć zakapturzonych postaci, jedna po drugiej przeniknęło do kwadratowego pomieszczenia. Każdy ubrany w czarną togę z obszernym kapturem szeroko naciągniętym na oczy. Rozeszli się wokół otaczając ciężki kamienny stół.
Sala wykonana była z czarnego kamienia, jej ściany lśniły w ciemnościach wilgocią a w powietrzu unosił się odurzający zapach kurzu i inkaustu. Kroki mężczyzn odbijały się lekkim szelestem od ścian przywodząc na myśl szelest ponurych liści w mrocznym lesie.
Rozległ się zgrzyt łańcuchów dobiegający ze stołu. Kobieta miała nie więcej niż dwadzieścia lat, była przepiękna; jej delikatne ciało emanowało lazurowym blaskiem a srebrzyste oczy wpatrywały się w mroczne sylwetki. Leżała spokojnie oddychając równo – miarowo, i tylko ten cichy odgłos bicia maleńkiego serca rozchodził się w powietrzu. Jej błękitne włosy, przesiąknięte cuchnącą wilgocią; rozrzucone niczym aureola wokół jej głowy falowały delikatnie poruszane niczym korony smukłych drzew niewidocznym wiatrem.
Jedna z postaci podeszła bliżej, badawczy wzrok kobiety powędrował wzdłuż krawędzi togi.
- Córka bogów wędruje ku śmierci – mężczyzna powiódł wzrokiem po jej nagim ciele. – Doskonałość ciała ludzkiego ukryta w tak delikatnym stworzeniu... - głos mężczyzny był niski, zdawał się dobywać nie bezpośrednio spod kaptura, a wędrował spod ziemi, dobywał się z wnętrza nieokreślonej ciemności, która zdawała się zalegać wokół.
Powolnym ruchem postać sięgnęła pod togę wyłaniając zakrzywione, czarne ostrze. Kobieta tylko podniosła wzrok w górę, jej spojrzenie powędrowało gdzieś daleko poza sklepienie pomieszczenia. Odetchnęła głęboko. W pomieszczeniu rozszedł się szelest wypowiadanych przez mężczyzn słów, nagły wiatr wzniecił drobiny wody, które przez chwilę unosiły się w powietrzu. Nagły mrok zalał gwałtownie całe pomieszczenie i okropny ziąb wniknął do wnętrza. I właśnie wtedy, delikatny dźwięk niczym otrze miecza przeciął zalegający chaos. Niczym nóż wdarł się w gardło bestii tłumiąc jej głos. Jego źródłem była kobieta spoczywająca na kamiennej płycie. Jej słowa układały się w melodie, tak smutną, ze w tej jednej chwili czas stanął w miejscu.
Kiedy będę szła ku Tobie
Mój ukochany, moje włosy niczym wianek
I moje serce malutkie w Twoje ręce złoże.
Nekromanta podszedł bliżej. Jego uzbrojona w czarny sztylet ręka, powoli uniosła się w górę.
A gdy diamentowe łzy rozłąki spłyną w Twe oczy
Niech delikatnie spadną na mnie kojąc mnie do snu.
A gdy zasnę pod białym drzewem
Liście wiecznie będą nucić słowa moje
Kładąc Cię do snu.
Ostrze powoli unosiło się do góry. Obie dłonie spoczęły na jego rękojeści.
Lecz mój śpiew już nigdy nie ukoi smutku.
Przyjdź chodź teraz w me ramiona...
Chodź na chwilę przytul mnie.
Kobieta powoli wyciągnęła dłonie w górę, jej oczy rozbłysły białym światłem a ciało delikatnie uniosło w górę. Ogromne łzy spływały po jej policzkach.
Bo w mym sercu już na zawszę będziesz żył.
Czarne ostrze przeszyło jedwabistą skórę kobiety. Krew delikatnie zaczęła sączyć się z rany. Oczy ofiary chwile jeszcze wpatrywały się w przestworza nim zasnuła je mgła. Dłonie delikatnie opadły w dół. Nekromanta szarpnął ostrzem w dół poszerzając ranę.
Kobieta mrugnęła oczami. Z kącików ust wypłynęła krew. Z jej ust nie dobył się żaden dźwięk. Nie próbowała walczyć.
Czarne ostrze jeszcze jednym ruchem rozdarło ciało istoty. I właśnie wtedy, delikatnie z wielkiej dali doszedł dźwięk dzwonu. Jedno, posępne uderzenie. Nekromanci zamarli w kręgu. Nagle dłoń kobiety uniosła się w górę a jej oczy zapłonęły błękitnym blaskiem. Na twarzy pojawił się uśmiech.
Ciszę przeszył ostry dźwięk dzwonu jeden za drugim. Posadzka i ściany zadrżały od ich uderzeń, nekromanci sięgnęli po broń rozchodząc się wokół. Równie nagle wszystko zamilkło. Odwróceni plecami do ofiary, mężczyźni nie mogli dostrzec cienia, który nagle wyłonił się z nicości. Spoglądał długo w oblicze martwej kobiety. Z jej rany krew utworzyła na posadzce i płycie stołu czerwone plamy, które rozkwitały niczym karmazynowe pąki róż.
- Umarła tak spokojnie – odezwała się szeptem postać. Ubrana w białą szatę przewiązaną szafirowym pasem. Krawędzie togi wysadzane były diamentami. Mężczyzna niebywale wysoki, barczysty. Jego ostre rysy twarzy i srebrne oczy wpatrywały się w martwą kobietę.
Szybkim ruchem, nie odrywając od niej wzroku rozprostował ogromne skrzydła. W jego dłoni zmaterializował się błękitny miecz.
- jam jest Gniew Niebios – Archanioł Wysłannik. Jam jest zguba – odezwał się, a ton jego głosy zdawał się przeszywać nekromantów niczym ostrze. Skrzydła rozpostarły się a potężny podmuch w jednej chwili zniszczył całą komnatę.
W tej jednej chwili znaleźli się w bezkresnej przestrzeni. Otoczeni nieprzeniknionym mrokiem.
W ciszy jaka zapadła, przerywanej jedynie jękiem wiatru ozwał się nagle przeciągły, posępny zgrzyt wyciąganych mieczy. Nagłe szepty i dudnienie z wnętrza ziemi. Sześciu mężczyzn sięgnęło po broń. Archanioł nie spoglądał na nich. Pod jego stopami, na kamiennej płycie, martwe ciało kobiety pokryły śnieżnobiałe liście, które wbrew jakimkolwiek prawom, pomimo szalejącej wichury pozostawały nieruchomo. Archanioł podniósł wzrok, nie było jednak w nim błękitu ani bieli. Z świetlistej twarzy spozierała na nich para czarnych oczu. Wzrok, który definiował krystaliczny gniew i smutek. Gniew zszedł na ziemię dotykając stopami kamiennej posadzki.
Atak nastąpił niespodziewanie, ziemia wystrzeliła w górę kamiennymi kolcami spychając jednocześnie Archanioła w tył. Potem nagłe uderzenia mieczy, jedno za drugim – niczym wściekły grad potężnych błyskawic zasypał obrońcę. Ostrza szalały w nadludzkim tempie. Nekromanci nacierali coraz potężniej, w niebywałej ciszy i deszczu iskier – sześć czarnych ostrzy przeciw jednej srebrzystej klindze.
Wielki Ojcze, Saternosie... odwago Valstora łasko Ithril w tej jednej chwili usłysz płacz swych dzieci. Wzywam was.
Archanioł nagłym ruchem wyciągnął rękę przed siebie. Niewidzialna siła, której moc była nieprawdopodobna; nagle porwała falę ziemi tuż przed nim zatrzymując natarcie. Nekromanci nagle znieruchomieli, a ziemia, która przed chwilą została wyrzucona w powietrze, zamarła w przestrzeni.
- Łaska, którą mnie obdarowano moim gniewem się stała. – Archanioł ruszył przed siebie unosząc broń – niech śmierć otworzy bramy przed swymi dziećmi – nagły cios powalił bez życia pierwszą ofiarę– jam jest gniew boży, jam jest światłość – kolejny cios pozbawił czarną istotę mrocznych sił życia, odległy grzmot przetoczył się przez pustkowia, a ogromne krople deszczu poczęły spadać na ziemię. Archanioł ruszył dalej, zbliżając się do trzeciej postaci – nie zaznacie spokoju w żadnym życiu, niech wieczny ogień trawi wasze szczątki a potępienie będzie waszym nowym światem – kolejny cios. Archanioł zbliżył się do piątego nekromanty. Zagrzmiało potwornie, kiedy ostrze zaczęło opadać rzęsiste krople deszczu przybrały barwę szkarłatu znacząc białe pióra skrzydeł Archanioła karmazynowymi strugami. Jego toga przesiąkła doszczętnie. Piąte ciało opadło bez życia. Archanioł skierował się ku szóstemu nekromancie w jego dłoniach czarny sztylet opadał nisko wzdłuż ciała.
Ładne ;*
ciag dalszy nastapi... niebawem :razz:
No no Aion, aż mnie wciągnełeś
A ja myślałem że Aion przeszedł na drugą stronę barykady :roll: .
no doałem jeszcze torszke ;) ktos ciekawy co bedzie dalej :>?
No ciekawe ...
Prawie jak Roland :wink: . Dobre - ale (zawsze jakieś ale) - od kiedy w naszym świecie są Anioly ? Nikt was nie uczyl, na przykladzie DMa, że byle świra w czarnym kapturze nie nazywa się Nekromantą ? :twisted:
oj kap poczekaj az sie aion rozpisze :razz: wszystko stanie sie jasne jak slonce :twisted:
Aion musisz jeszcze nabic reda i bedziesz prawie tak mroczny jak Vodo ;D
ladne opowiadanko. Niemniej mogles dodac troche wiecej szczegołów zeby nabrało to jakiegos konkretnego akcentu, bo czyta sie milo, az zbyt. Jakbys opowiadal bąbelkowa historie. Z nektomanta musi isc w parze wrzask, krew i odrobine przemocy inkantacje poteznych czarow itp. ;] Pozdro.
btw zapomnialem dodac, Nekromanta nie przywoluje aniolow ;]
Nie przywołał anioła. W gruncie rzeczy Aion bardzo fajne, tylko coś za dużo tego "nagle", "gwałtownie" było. Nie robisz błędów podobnych do moich i za to masz wielkiego plusa ;)
- A śmierć, którą pastwisz swój żywot przywita cię – szepnął Archanioł opuszczając ostrze. W tym jednym momencie, nagły ruch ręki, szybszy od mgnienia oka, zaskoczył wysłannika Niebios. W drugiej dłoni nekromanty zmaterializowała się hebanowa laska, która głuchym uderzeniem zablokowała opadające ostrze. Spod togi nekromanty dobył się dźwięk. Który niczym dudnienie tysięcy galopujących koni, ozwał się z wnętrza postaci.
- Jam jest Netheril synu Ojca. – pod czarnym kapturem zapłonęły czerwone ślepia. Gadzie źrenice wpatrywały się chwilę w otoczenie. – Niech śmierć przywita swoje dzieci – Archanioł kątem oka dostrzegł jak z ziemi powstają martwe ciała pięciu nekromantów. – Przyjdę po twego Ojca – nagłym ruchem czarne ostrze zatopiło się aż po rękojeść w ciele archanioła. W pół żywe ciało opadło na kolana pochylając głowę na pierś. Powolne oddechy w strugach czerwonego deszczu zagłuszyła lawina grzmotów, to niebo i ziemia nagle rozstąpiły się. Nekromanta chwycił mocniej sztylet i wyrwał go z piersi istoty. Patrzył wraz z towarzyszami chwilę na swoją ofiarę, która z trudem łapała oddech. Umierająca boskość w ciele umierającego człowieka. Archanioł powoli odwrócił głowę w stronę kamiennego stołu. Leżała na nim spokojnie kobita. Pokryta lśniącymi, srebrnymi liśćmi. Na jej policzkach spoczywała kropla rosy niczym spóźniona łza.
Nethril obszedł ciało Archanioła dookoła, chwycił za włosy głowę swojej ofiary odciągając mocno do tyłu.
- Strzeż się tych, których przyjaźń wielka łączy. Tego, który miłość i życie utracił i tego kto w świetle miłości kroczy – Spod kaptura Netherila dobył się szkaradny skowyt do śmiechu podobny. Błysnęło czarne ostrze a głowa Archanioła oddzielona została od ciała. . Kiedy nekromanci wrócili wzrokiem do kamiennej płyty stołu; kobiety na nim nie było.
Dernhelm obudził się zlany potem. Na zewnątrz, księżyc jasno świecił a jego blada poświata rysowała na ścianie mozaikę cieni. Mężczyzna opadł ciężko na posłanie, odwrócił głowę w bok przyglądając się swojej narzeczonej. Obrócił na palcu obrączkę. Uśmiechnął się z trudem odganiając resztki koszmaru. Kimie poruszyła się lekko powiedziała coś cicho. Mroźny wiatr wdarł się przez uchylone okno. Dern wstał, podrzucił kłód do paleniska, wyjrzał za okno zamyślając się na chwilę.
- Zimno – szepnęła cicho kobieta – chodź do mnie. – Dernhelm zamknął okiennice, rozkoszując się chwilę ciepłem bijącym z kominka; wrócił do łóżka obejmując narzeczoną. Uśmiechnął się do siebie. Do rana jednak nie zmrużył oczu.
Zanim pierwsze promienie słońca, odbijając się refleksami od połaci śniegu; pojawiły się na dziedzińcu. Denrhelm od ponad godziny siedział w kulbace. Gnał konia przed siebie a pęciny wierzchowca zapadały się pod świeży puch. Rwane do góry kopyta zasypywały plecy rycerza śniegiem. Mężczyzna jednak o tym nie myślał. Zamknął na chwilę oczy oddychając głęboko. Przeraźliwy dreszcz wstrząsnął jego ciałem. Rozejrzał się dookoła. Cienie.... Las był pełen Cieni. Mroczniejszych od nocy, która spowiła świat. Poranna mgła... i jej kształty. Jeździec chwycił mocniej lejce tuląc się do szyi wierzchowca.
Dach dworu błysnął pomiędzy drzewami. Gdzieś po prawej szemrała rzeka. Rycerz w galopie minął niewielkie, leśne cmentarzysko. Ruiny nagrobków i posągów spowiły girlandy liści a tumany wilgotnej mgły otuliły placyk. Dernhelm zamarł. Po środku cmentarzyska dostrzegł sylwetkę szczęściu mężczyzn. Potrząsnął głową. Noc przynosi ze sobą tyle lęków a cienie tworzą tyle obrazów. Cmentarz był pusty.
Dotarł w pobliże zatoki, osadził konia błyskawicznie w miejscu aż zwierze szarpnęło mocno łbem w tył. Dernhelm zeskoczył na ziemię. I nagły ziąb ogarnął jego ciało. Oczy wojownika zamarły w jednym miejscu, nie mogąc oderwać od niech wzroku po prostu stał czując jak cała wszystkie jego siły odpływają.
Tej jesieni smutne wierzby nisko zawieszaly girlandy lisci otulajac lesny dwor jemniczoscia,
którą potęgowałą zalegająca mgła i wieczny śnieg wewnątrz domu. Dernhelm stał długo patrząc oniemiałym wzrokiem na drzewo stojące opodal kamiennego stołu.
Wojownik zignorował cichy szelest kroków, który równie szybko zagłuszyło zawodzenie wiatru.
- Drzewo... - mruknął mężczyzna.
- Mae? - ozwał się stłumiona głos. Lodowaty chłód pojawił się za plecami Rycerza. - Dawno nie bylo Cię mellonamin. Co Cię sprowadza tak wcześnie rano? Czyżby Twoje sny nie wały Ci spokoju?
Dernhelm nie odpowiedział z początku nic. Stał nadal w miejscu analizując fakty. Dopiero
lodowaty dotyk elfa wyrwał go z osłupienia.
- Sny... - zajaknął się - tak sny... - spojrzał w srebrne źrenice elfa. Nigdy do końca nie poznał namiastki jego historii, nigdy nie zadawał pytań. Sine usta elfa wygięły się w ledwo dostrzegalnym uśmiechu, który osoba nie znająca Aiona, zrozumiałaby jako dziwną, groteskową minę. - Skąd wiesz?
Aion Estela Aldaron stał w miejscu niewzruszenie, spowity delikatną lodowatym tchnieniem nie poruszał się. Jego oczy wpatrywały się w Dernhelma bez zmrużenia powiek. Rycerz dostrzegł delikatne ruchy cieni snujących się po jego todze. Elf podciągnął płaszcz wyżej na ramiona - otoczył go mrok, mrok tak gęsty iż poranne śłońce zdawało się omijać całkowicie jego sylwetkę. Kątem oka Dernhelm dostrzegł poranne promienie opadające ostrym kątem na koronę drzewa rosnącego przed Srebrnym Dworem.
- Wspomnienie Eregdos - powiedział spokojnie elf. - My Ithildian Tirith uin Eregdos wiele widzimy. Aion ruszył przed siebie mijając po drodze oblodzony znak. Dernhelm rzucił okiem na niego - ostoja wędrowców - napis pokryłą warstwa lodu ale ciemne litery wyraźnie konturowały z jasnym drewnem znaku. W zaroślach obok hitynowa powłoka smoka rzuciła nagłe refleksy słońca. potwór wypełzł na otwartą przestrzeń, podkulił kończyny, łeb połozył na wystającym kamieniu i rozpoaczął wylegiwanie się na porannym słońcu.
Mgły powoli rozpiechrzły się wypędzając resztki koszmarnego snu z pamięci rycerza. Drzwi do dworu, pokryte soplami lodu - powoli z głosnym trzaskiem otworzyły się. Weszli do ogromnej sali gdzie tuż przy przeciwległej ścianie, stały pokryte lodem drzewka. Aion skręcił w prawo i wszedł szybko po schodach. Wkrótce obaj siedzieli na balkonie drugiego piętra popijając elfie wino i rozkoszując się cudownym smakiem niziołkowego ciasta. już wysoko, kiedy lekki wiatr zerwał pierwsze liście rosnących obok dębów i buków. Bryza niosła ze sobą ostatnie ciepło i zapach morza.Smok wstał powoli, ruszając z miejsca dwutonowe cielsko, przeszedł dziesięc kroków pozostawiając za sobą bruzde zoranej ogonem ziemi, po czym głucho runął na ziemię. Z nozdrzy stworca buchnąły trujące opary z uchylonych źrenic; gadzie oczy lustrowały bacznie siedzących na balkonie.
Słońce stało już wysoko, kiedy lekki wiatr zerwał pierwsze liście rosnących obok dębów i buków. Bryza niosła ze sobą ostatnie ciepło i zapach morza.Smok wstał powoli, ruszając z miejsca dwutonowe cielsko, przeszedł dziesięc kroków pozostawiając za sobą bruzde zoranej ogonem ziemi, po czym głucho runął na ziemię. Z nozdrzy stworca buchnąły trujące opary z uchylonych źrenic; gadzie oczy lustrowały bacznie siedzących na balkonie. Aion początkowo milczał obserwując poranne niebo i w końcu wyrwał się z zamyślenia. Potrząsnął lekko głową spoglądając na przyjaciela.
- Dernhelmie powiedz mi co u Kimie? - pytanie wymówione cicho wędrowało chwile pomiędzy nimi.
- Została w Minoc - rzucił krótko.
- Domyślam się, ze o niczym nie wie. Że nie wie o tym co wydarzyło się wieki temu? Że sam nie wiesz co kryje tajemnica...
Dernhelm jako Zakonnik miał okazję wielokrotnie poznawaćtajemnice odległe i niezrozumiałe dla innych ludzi. Tym jednak razem,
nie znał odpowiedzi na żadne pytanie. Spojrzał poza balustradę na cielsko smoka.
- Chodź... zaprowadzę Cię gdzieś. - Aion wstał szybko. Z jego płaszcza i togi, drobne sople lodu odpadły rozbijając się o posadzkę.
- Dokąd jedziemy?
- Jest niewiele czasu - rzucił krótko. Dopero teraz Dernhelm dostrzegł mythrilową zbroję. Aion zbiegł po schodach porywając po drodze miecz i hełm.
Otworzył z impetem drzwi wyjściowe. Dla Dernhelma nagle czas spowolnił swój bieg. Dostrzegł smoka, który na widok elfa poderwał gwałtownie łeb,
jego opancerzone kończyny zapadły się głęboko pod ziemię, pod wpływem nagłego ruchu. Aion Estela Aldaron wskoczył szybko na jego grzbiet naciągając nisko przyłbicę.
- Jedź za mną. Trzymaj się blisko, cokowiek zobaczysz pozostawisz dla siebie. Jasne?
Rycerz kiwnął głową. Smok ruszł z miejsca wyrzucając w powietrze grudy ziemi. Pognali przez las w górę rzeki miajajc góry Destard po lewej stronie. Jechali nieprzerwanie trzy godziny, z dala od scieżek i dróg. Na przełaj przez las. Głośne dudnienie smoka rozrywało ciszę. Na miejsce dotarli kiedy jesienne słońce chyliło się ku zachodowi a wieczorny wiatr przyniósł ze sobą odgłos burzy. Wyłonił się przed nimi dwór z kamienia, z kwiatami tuż przed wejściem.Otoczony z jednej storny górami a z drógiej gęstym borem. Osadzili nisko wierzchowce. Na progu stała kobieta. Jej złote włosy, luźno rozpuszczone
opadały jasnymi kaskadami na ramiona. Jej młoda twarz spoglądała na jeźdźców nie wyrażając żadnych uczuć i tylko jej oczy z których pozierała ogromna wiedza przyprawiała o strach. Aion nagle zamarł ściągając powoli hełm.
- Nie... - szepnął cicho. Zmrużył oczy patrząc na ziemie. Pod stopami smoka wypalone ślady znaczyły scieżkę w strone dworu. Andirla nie oderwając wzroku od Dernhelma,
powoli odpowiedziała a jej słowa przyniósł wiatr.
- Byl tu Kapoer Vis'Argon. Zabrał Księgę Prawd... Równowaga między bogami a ludźmi stoi nad przepaścią zagłady. Bogowie gotują się do wojny. Kapoer nie był sam...
Netherill kroczył wraz z nim..
aaa cdn ;)
na potrzeby opowiadania pisz dosc lakonicznie ;) ale moze sie rozkrece dawno nie pisalem niczego poza konspektami i scenariuszami :P
Skowyt narastał miarowo. Ciche dudnienie przeradzało się w potężny łomot, który zbliżał się z każdą chwilą. Aion stał na wzgórzu z zamkniętymi oczami w zlodowaciałych palcach trzymał okruch skały, od ściskania błękitne knykcie aż pobielały a spod zaciśniętej pięści na ziemię zaczęła kapać błękitna krew. . Drżenie ziemi narastało, lekki wiatr powoli przeradzał się w nawałnicę. Z rodzącego się chaosu wyłonił się głos. Delikatny, dobywał się niby z wnętrza nieba. Płynął niespiesznie omijając nawałnicę. Wraz z nim kroczył Huragan Zemsty. Niebo w jednej chwili pociemniało rozrywane potwornymi piorunami, po których głuchy grzmot zrywał skały z wierzchołków gór. Niczym jęk potworów ziemia rozstąpiła się a czerń, która wyłoniła się pokryła nie tylko wzrok ale i serca i umysły.
Elf stał w miejscu z zamkniętymi oczami. Jego niemal martwe, zlodzone serce odezwało się cichym biciem. Wolnym i leniwym. Mrok powoli uformował się, zebrał w jedno miejsce i powoli stężniał. Nie przybrał od razu formy, zawisł nad ziemią obserwując elfa, jakby szydząc z niego i uważnie patrząc na swoją ofiarę.
Niebo zamknęło się pozostawiając elfa samego. Aion otworzył oczy marszcząc brwi. Ostry odłamek skały palił go w dłoń. Mrok nagle zawył wściekle a tuż za nim, powoli, niespiesznie Strażnik rozpostarł swoje skrzydła. Ogromne i równie mroczne, z oddali niczym ogromna skała czarne monstrum postąpiło krok. Tuz obok niego kroczył Netherill.
Aion opuścił głowę niżej żeby mieć lepszy widok. Otworzył dłoń upuszczając kamień. Strużka lodowatej krwi spływała po palcach rycerza. Wiatr porywał krople krwi. Ziemia dudniła pod stopami demona i jego pana. Śmierć zbliżała się. Niespiesznie. Jakby sycąc się chwilą. Złość Netherilla narastała w miarę kiedy odległość zmniejszała się. Aion nie drgnął nawet o chwilę. Poczuł jak adrenalina powoli napina jego mięśnie do granic wytrzymałości jak na zlodzonej twarzy pojawiają się kryształki lodu a wzrok wbija się w przeciwnika.
Demon wystartował tak szybko i niespodziewanie, że miejsce, z którego odbił się w powietrze wypełnił tuman odłamków skalnych i kurzu. Odległość dzielącą od swojej ofiary pokonał błyskawicznie. Czarne skrzydła załomotały wzbudzając potworną wichurę, która powaliła by każdego. Mroczna paszcza rozwarła się, ogromne kły błysnęły nagłym refleksem. Demon zatoczył koło wokół Aiona i wbił się wysoko w powietrze. Decydujący atak miał nadejść z góry.
- Tego dnia otworzę przed tobą elfie swoją bramę. Nie zaznasz spokoju nigdy – ozwał się przytłumiony głos Netherilla. Po nim nastąpił głuchy śmiech. Demon nagle zatrzymał się, rozpostarł ogromne skrzydła przesłaniając czarne niebo i zapikował w dół z rozwartą paszczą i ogromnymi pazurami.
- Czeka cię śmierć i wieczne męki rycerzu lodu.
Demon złożył do tyłu skrzydła nabierając prędkości. Głośny świst rozrywał bębenki. Z oczu bestii strzeliły płomienie, z rozwartej paszczy dobył się ogłuszający ryk. Aion poderwał głowę do góry wyciągając oblodzone ostrze.
- Tej nocy nie umrze nikt! – ozwał się głos. I nie był to głos Aiona. Dobył się zza jego pleców. Dochodził od rycerza odzianego w czarną zbroje. Jego ramię wykonało szeroki zamach a trzymana w jego dłoni pawęź ze świstem przeszyła powietrze kierując się w stronę Aiona. Elf nagłym ruchem chwycił tarczę, w tym czasie Dernhelm, b był to Dernhelm przyjaciel Aiona, wyszarpnął z pleców swoją tarczę i trzema krokami dopadł elfa. A wszystko działo się bardzo szybo. Aion podniósł wysoko tarcze trzymając ją obiema rękoma, Dernhelm dopadł elfa chwytając go w połowie i powalając na ziemie. Przewracając się obaj wsunęli kolana pod tarcze. Ogromne oderzenie nadeszło niespodziewanie. Gięty Royal zajęczał złowrogo a siła wbiła ich w ziemie. Pancerz na ich plecach zarył w skałę pod nimi.
Pogratulować. Bogate słownictwo, nietuzinkowość. Naprawdę miło sie czyta. Jedno z najlepszych opowiadań w ostatnim czasie.
Mówi się, że kiedy rodzi się ktoś na niebie zapala się gwiazda; mówi się, że kiedy umiera ktoś na niebie gaśnie gwiazda. Tej nocy nieprzenikniony tuman czerni skrywał nieboskłon.
Zatopię stopy w mili czystego piasku
Zapisze swoje imię i zmartwienia, które nosze w sercu.
Kiedy traci się oddech i zmysły najpierw ogarnia cię duchota. Kompendium świata skurcza się tak nagle do samych niewiadomych. Mimo, że pozostaje się bez sił; czucie pozostaje a wszystkie zmysły wyostrzają tylko odbiór bodźców. Swoista anatomia cierpienia kiedy pęka ciało i kości, kiedy rwą się ścięgna a każdy dotyk przyprawia o piekielny ból.
Anatomia miłości polega niemal na tym samym.
Zapiszę datę i miejsce urodzenia.
I to kim miałem zostać.
I kim zostałem.
Najpierw z ciszy wyrwał się jednostajny, monotonny świst. Dźwięk, który rozrywał głowę. Głuche dudnienie. Mimo bólu i zapachu krwi zmieszanej z kurzem; nacisk zelżał by nagle ustąpić. Powolne dudnienie serca elfa rozrywało jego pierś. Kurczowo zaciśnięte dłonie Dernhelma rozluźniły uścisk. Palce powoli, niczym leniwe dżdżownice wyprostowały się. Głęboki oddech brudny od krwi.
Zapiszę czterdzieści grzechów i tysiąc szaleństw.
Czyny, o których trzeba milczeć...
Nazwy miast, z których zbiegłem,
Nazwiska osób, które skrzywdziłem...
Blask słońca dochodzi przeważnie powoli. Pada przez okno o świcie znajdując szpare w firanach i pełźnie jednym promieniem niespiesznie przez podłogę by zasnąć na oczach śpiącego. Jednak nie były to srebrzyste promienie poranka na twarzy elfa a palące światło z paszczy demona, która nagle znalazła się tuz obok nich. Jedno oko w pół-boskie w pół-gadzie wpatrywało się w lodowatą twarz elfa, na której krwawe wstęgi znaczyły pasma bólu.
Zapiszę święte imię tej, której służyłem
Poczekam na przypływ.
Spokojnie popatrzę, jak nadchodzi fala
I zabiera z piasku nieczystą historię mego serca.
Wilki atakują watahą, rzadko w samotności. Krążą długo wokół ofiary zatapiając swoje pełne nienawiści ślepia w zdobyczy.
Samotne wilki atakują zupełnie inaczej.
Aion odetchnął głęboko, kątem oka dostrzegł delikatne poruszenie Dernhelma; jego palce drgnęły na chwilę a mocno zamknięte powieki powolutku rozluźniły się.
Machnięcie upiornymi skrzydłami poderwało z ziemi odłamki skał. Elf zdążył zanotować, że siła uderzenia wbiła ich blisko metr w ziemie, a upiorne oko bestii patrzy na niego jakby z góry.
Niech chwilowe poczucie sukcesu zgubi bestię.
Może siły zaraz wrócą.
Aion spróbował rozchylić palce dłonie. Jednak natarcie było tak ogromne, że teraz mięśnie rąk odmawiały posłuszeństwa sparaliżowane przyjętym impetem. Podobnie nogi. Wojownik zacisnął zęby, w ustach czuł smak krwi wymieszanej z pyłem.
Zabij – doszedł go przytłumiony głos. Demon skulił się w sobie i wystrzelił w górę.
Wicher wyrwał z ziemi skały.
Gdybym miał okazję pomógłbym wszystkim. Nagrodą szyderstwo.
Epitafium...
Ale nic nie było tak proste jak mogłoby wydawać się na początku. Z upływem czasu pojawiało się coraz więcej znaków zapytania. Pamięć reglamentowana. Tak trudno dzisiaj zweryfikować wszystko. Boję się, że z biegiem czasu wszystko ulegnie zapomnieniu, swoistej autodestrukcji, która jest wynikiem intuicyjnego działania. Dlatego piszę bo czasu jest coraz mniej.
Nareszcie mogę z pełną świadomością przyznać się, że ruszyłem dalej. Nadszedł grudzień, tak niespodziewanie, że zastał mnie rozbitym kompletnie. Pogoda jednak nie przypomina stanu w jakim powinna się znaleźć, zawiesiła się na przekór w stanie na wpół emfatyczny a wpół jak łza spadająca pomiędzy sztucznie wykrzywionymi w uśmiechu ustami. Coraz częściej myślę nad tym do czego porównać siebie, swoje uczucia, siebie samego. Gdyby ktoś zadał mi takie pytanie właśnie w tej chwili, porównałbym siebie do bezkresnego oceanu, w którym trwając bezskutecznie, topiłbym się będąc winnym zniewolenia i patrząc na wszystko doszedłbym do wniosku, że zło akceptujemy z wygody, z lenistwa, bo łatwiej i prościej. Czy po prostu bohaterem w dzisiejszych czasach jest ten kto pozostaje wierny? Uwalniając się od profanum stajemy się wymarłym, tak bardzo wyidealizowanym gatunkiem. Czy to tylko marzenia?
I nawet dzisiaj, pozbawiony marzeń i nadziei mówię nie! Nawet skazany na porażkę stanę sam na szańcu przegranych i z dumą wypnę pierś pełną marzeń i nadziei, broniąc od przemocy moje marzenia, dając przykład wszystkim. Spocznę pokornie tuż przed śmiercią; otoczony samotnością i powietrzem, w którym wciąż będzie unosił się zapach beznadziejnej walki przeplatanej marzeniami i uśmiechnę się szczęśliwy, że nigdy się nie poddałem.
I chociaż upłynęło tyle czasu a kolejne dni są przede mną; jawiąc się niczym zastępy piekieł. I chociaż kolejne lata nadejdą bez respektu bez zbędnych marzeń. Chodź wiara, że warto umierać by kochać, by żyć; niczym szaleństwo największą jest prawdą. To ja znów stanę na szczycie by sięgnąć nareszcie gwiazd.
gdybym stracił kiedys wszystko
wszystko co miałem
gdyby odciał mnie ktos od marzeń
serca pełne zmarszczek
pękłyby nawzajem
tuląc się resztką sił
i resztką marzeń...
off top
dajcie wsparcie a napisze ksiazke o dmce 2 ;) :D
z wami w roli glownej :)
dajcie zarys fabuly ;)
a wejde na wyzyny mojej lichej plodnosci..
tylko o czym ;)
"Wplynalem na suchego przeztwor oceanow"...
Historia o dzielnej druzynie Podroznikow majaca na celu zabic Ksiecia Demonow oraz zdobyte skarby oddac elfiemu ksiazątku zakletego w lod Aiona Estelle Aldaron, ktore miały ozdobic głowe Krolewny Siedmiu Morz :) (mnie! mnie!)
Pisz, czekam na ksiazeczke. Cos a'la Wladca Pierscieni
Cytat: "Aion"dajcie zarys fabuly ;)
a wejde na wyzyny mojej lichej plodnosci..
tylko o czym ;)
:roll:
Jak nie wiesz o czym pisać, lepiej nie pisz w ogóle ;).
Najpierw napiszesz książkę, potem ją zekranizujesz... full service. ;)
opisz 12 lat sosaryjskich odpowidnio to ubarwiajac
i tak nie dasz rady :mrgreen:
Cytat: "Gwail"Cytat: "Aion"dajcie zarys fabuly ;)
a wejde na wyzyny mojej lichej plodnosci..
tylko o czym ;)
:roll:
Jak nie wiesz o czym pisać, lepiej nie pisz w ogóle ;).
etam, Gwailu wydziwiasz. Na DMce tez wiekszosc ludzi nie wie sama czego chce, ekipa chyba tez do konca nie wie jakich zmian DM potrzebuje a jednak wszystko jakos sie kreci :)
PS. Zarcik oczywiscie :P
Cytat: "Kap"Prawie jak Roland :wink: . Dobre - ale (zawsze jakieś ale) - od kiedy w naszym świecie są Anioly ?
[AZ] 4ever :)
Cytat: "shyna"Cytat: "Kap"Prawie jak Roland :wink: . Dobre - ale (zawsze jakieś ale) - od kiedy w naszym świecie są Anioly ?
[AZ] 4ever :)
ta Anioly Apokalipsy i slawetny Rybak Apokalipsy :lol: :lol: :lol: :lol:
Aion napisz o dzielnym, młodym, głupim jaszczuroczłeku, który porzucił bagna by walczyć przeciwko dobru na Sosarii, napisz, że chociaż młody, słaby i głupi jeszcze wie za co walczy, i zdaje sobie sprawę po jakiej stronie stoi, niechaj wszyscy usłyszą o tym jak z pianą w pysku konał pod stopami dobra z wbitym na wskroś mieczem [bo w końcu dobro zawsze wygrywa] o to proszę cię ja Sariss - jaszczuroczłek, wierny sługa Jedynej i naiwny gad...
o kopalni Minoc - tam zawsze sie cos dzialo - taka wiesz - nowelka :D
Aż ciarki przechodzą, gratuluje :)
O poranku każdego dnia, nagie drzewa pozbawione letniej radości, zginając sie pod naporem ciężkiego śniegu; wyglądały niczym strudzeni wędrowcy, bez płaszczy, których tak nagle zastała zamieć. Zadął mroźny, zachodni wiatr niosąc od strony morza zapowiedź śnieżycy. Aion westchnął ciężko opierając się o balustradę domu. Nie pamiętał jak długo tak stał bez ruchu, zamyślony. Rozejrzał się jeszcze raz dookoła. Od lat nic się nie zmieniło w okolicy. Może jedynie, niektóre z drzewa z roku na rok coraz niżej pochylały swoje konary. Elf obrócił się w stronę surowego wnętrza. Zatrzasnął za sobą drzwi. Rzadko miewał gości, a już na pewno nie spodziewał się wizyty jaka go dzisiaj czekała.
Mroźny powiew załomotał drzwiami. I właśnie wtedy poprzez wycie wiatru doszedł go szczęk przesuwanego skobla. Nie wydałoby mu sięto aż tak dziwne, gdyby nie fakt, że ktoś zasunął go od środka. Światło sączące się zz okiennic, nagle przygasło.
akapity by sie przydaly bo meczy sie czlowiek jak czyta
aion juz film krecil, odpusccie mu ksiazke
pozdro :)