DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Gofer w 2007 02 03, 21:39:30

Tytuł: [KAMPANIA TAJEMNICA NAPISANA NA PIASKU]
Wiadomość wysłana przez: Gofer w 2007 02 03, 21:39:30
Szalejaca od kilku dni burza piaskowa nad puynia wreszcie slabla. Uzdrowiciel wyszedl z lasu i spogladal jak opadaja ostatnie ziarna piasku, a wraz nimi na ziemie opadl Smok...
Tytuł: [KAMPANIA TAJEMNICA NAPISANA NA PIASKU]
Wiadomość wysłana przez: Alimea w 2007 02 03, 22:40:16
Przy bramie klasztoru zmaterializowała się odziana w togę kobieca postać siedząca na szalonym ostardzie. Zwierzak śmiało ruszył w stronę drzwi najbliższego budynku w obrębie murów, jednak nie uszedł kilku kroków i spanikowany zawrócił, gdy w polu widzenia pojawiła się wielka sylwetka dwugłowego stwora. Czarodziejka skierowała swojego wierzchowca do najbardziej oddalonego kąta i stwierdziła, że zaczeka na opata klasztoru. W końcu to jego klasztor, to może i jego ettin. Jednak po przybyciu N'ihaia sytuacja wcale się nie zmieniła. Przez kilkanaście minut stali oboje na balkonie wychylając się i rzucając w nieproszonego gościa kamieniami. Nagle ni stąd, ni zowąd bramę przekroczyły dwie osoby. Bez słowa wymierzyli stworowi kilka razów mieczem i magią, po czym odeszli tak szybko jak się zjawili, kierując się w stronę pustyni.
- Gdzie im tak śpieszno? – pomyślała dziewczyna.
- Ostatnio coś dziwnego dzieje się na pustyni, pewnie lecą tam... - uprzedził jej pytanie opat.
- Więc my też chyba możemy się przejść?
W kilka chwil dotarli do granicy pustyni. Jak okiem sięgnąć wydawała się pusta. Spotkali parę jaszczurów, beholdera i dwa gargulce. Potem zjawiła się jakaś kobieta. Powiedziała coś o jakimś smoku...
- Smok? To może być ciekawe... - pomyślała ponownie nasza główna bohaterka majtając swoimi skrzydełkami.
Po przejściu kilku kroków spotkali całą resztę. Tłum ludzi, trochę żywiołaków, a na ziemi, przysypane piaskiem jakieś zwłoki i walające się togi. Gadali coś o smoku, nie smoku... Emilia była coraz bardziej zainteresowana. Smok? Inny niż te wszystkie marności, które widziała do tej pory? Jakiś wielki, potężny smok? Może jeden z tych starych smoków, może uda jej się porozmawiać z jednym ze swoich...? Jednak wszystkie jej nadzieje zostały rozwiane już po chwili. Smok okazał się kolejnym wielgachnym bezmózgim gadem, potrafiącym jedynie ganiać za zakutymi w płytowe zbroję wojami. Próba zbliżenia się do niego była niemożliwa bez narażenia życia. Jednak ona wciąż próbowała. Ostatecznie skończyło się tak, że potwór ujrzawszy ją wśród drzew za pustynią zaatakował bez wahania. Dziewczyna padła na ziemię pod samymi stopami uzdrowiciela, a jej duch ustał obok niego patrząc groźnie pustką spod kaptura i rzucając wiązkę przekleństw skierowanych do gada, a lądujących gdzieś w zaświatach. Smok nie przejmując się tym zbytnio jął rozgrzebywać jej zwłoki, wyciągając co ciekawsze rzeczy. Po chwili zjawił się w końcu jeden z tych dzielnych wojowników i odciągnął go. Emilia po chwili znów odzyskała swoje oczy widzące w kolorze i język mogący wydawać dźwięki w tym wymiarze. Pozbierała swoje ubranie, spostrzegając, że stwór, jak to stwory, wybrał najbardziej wartościowe dla niej rzeczy. Wzięła, co zostało, ubrała się i poczekała, aż dołączy do niej N'ihai. Gdy to się stało, wyżyła się trochę na pobliskim pniu, trochę na opacie klasztoru Sercan i stwierdziła, że nie ma sensu dłużej tu zostawać. Kolejna szansa zmarnowana. Zresztą jak wszystkie. Wygrzebała z plecaka księgę run by po chwili zniknąć z pola bitwy.



Może to wygląda trochę jak płacze czy wyżywanie się, czy kto co jak to sobie wymyśli, ale jak widzę, że jest smok, to idę. Szkoda, że się tak zawiodłam (i wkurzyłam, bo inaczej bym tego tak nie napisała), ale działalność gma/gmów w tej przygodzie widziałam tylko w postaci żółtych napisików rozsyłanych na cały świat.
Tytuł: [KAMPANIA TAJEMNICA NAPISANA NA PIASKU]
Wiadomość wysłana przez: Gucio w 2007 02 22, 21:06:06
Siedziałem sobie w yewiańskim banku i segregowałem zakurzone mapy skarbów. Przeglądałem orki, gnomy i ogry. W swojej niewielkiej kolekcji posiadałem też kilka map smoka. Rozmyślałem czy nie spróbować zrobić jednej z nich, lecz bałem się, że wyskoczą z niej przeróżne smoki, bądź demony. Wolałbym ,aby wyskoczyło kilka ogrów, ale było to nierealne. Siedziałem tak na krześle około dwóch kamieni. Zaczęła boleć mnie głowa od dymu tytoniowego, który był palony przez jakiegoś młodego, niedoświadczonego człowieka. Wyszedłem przed bank i podreptałem do pobliskiego parku z pięknym kamiennym pomnikiem Dorriana Mac'Morny. Przysiadłem na dębowej, solidnej ławie, zamknąłem swe zmęczony oczy i dałem się rozkoszować pięknym śpiewaniem ptaków i szumem liściastych drzew. W pewnym momencie na moja twarz spłynęło bardzo ciepłe powietrze z odrobiną malutkiego piasku.
-   Skąd tu wziął się pustynny wiatr? – Zapytałem samego siebie.
Wziąłem do ręki parę drobin piasku i przyjrzałem im się bardzo dokładnie. Tak, to rzeczywiście był piach z pustyni. Ale skąd? Skąd dokładnie? Najbliższa pustynia znajdowała się pół dnia drogi z Yew. Trzeba było przemierzyć całą Puszczę Yew, następnie traktem tuż przy mrocznym Wind. Czyhało tam bardzo wiele niebezpieczeństw. Bandyci, ogry, ettiny czy też wilkołaki, no nie omijając magów i rycerzy z Miasta Cieni. Drugą pustynią była wielka zaginiona, nieodkryta  przez większość istot krainą. Znajdowała się ona na końcu świata, a dokładniej w Zaginionych Lądach. Można było spotkać tam piaskowe wiry, prastare beholdery, sfinksy, a nawet mistycznego demona. Pomyślałem, że tak kraina jest zbyt daleko, żeby do małego miasteczka Yew przyleciał stamtąd wiatr niosący piasek, a więc musiało dziać się coś złego na pustyni przy Minoc. Pobiegłem do banku, nałożyłem nową, jeszcze nie rozchodzoną zbroję, nowy kij, sporą ilość ziół, dużo jedzenia i aksamitną apaszkę. Wziąłem też bilet do tresera, na którym znajdował się imię mojego ulubionego zwierza, koszmar zwany Fatumem. Dałem treserowi kilka złotych monet, rzuciłem w siebie wszystkie znane mi zaklęcia, które mógłbym wykorzystać w walce. Otworzyłem księgę runiczną, znalazłem szukany run i krzyknąłem.
-   Kal Ort Por !
Wciągu chwili rozpłynąłem się i wylądowałem na pustyni. Zawiązałem sobie na twarzy apaszkę, a dla Fatuma zarzuciłem płaszcz na pysk. Strasznie wiało, widoczność była bardzo ograniczona, przed sobą widziałem tylko wielkie tumany piachu. Zsiadłem z koszmara, przykucnąłem i zobaczyłem wielkie jak głaz ślady. To były ślady smoka, lecz obok nich widziałem ślady koni i ostardów. Wiedziałem, że nie byłem tu sam. Wsiadłem na wierzchowca i ruszyłem w stronę smoka. Szedłem, szedłem, aż tu nagle spod ziemi wyskoczyło wielkie cielsko potwora.. Na ciele miał łuski koloru żółtego. Słyszałem już o czymś takim. Był to wielki piaskowy wężowy smok. Obok niego stała grupka ludzi, która broniła się przed jego szponami i kłami, lecz nadaremnie. Dostrzegłem tam dwóch wampirów, jednego człowieka i poł-smoczyce. Przyglądałem się walce, która była i tak przesądzona. Grupa odnosiła poważne rany, a smok stał nietknięty. Po paru ziarnach grupka istot poczęła uciekać w stronę garnizonu. Skrzydlata istota nawet nie zamierzał ich gonić. Stanął i wpatrywał się we mnie jak w kawał soczystego mięsa. W pewnym momencie rzucił się na mnie. Zacząłem uciekać w stronę traktu. Smok leciał za mną, już prawie mnie dopadł, lecz zdążyłem rzucić w niego czar paraliżu. Stanąłem na drodze, wypiłem czerwoną miksturę i wróciłem do tropienia. Nigdzie nie zauważałem śladów tak wielkiej bestii. Coś było nie tak. Ruszyłem przed siebie i zobaczyłem wspomnianą wcześniej grupkę istot. Próbowały one przyprowadzić smoka wprost do garnizonu w ręce strażników odzianych w płytowe zbroję i miecze. Ten smok należał do bardzo mądrych zwierząt. Wiedział, że jak tam pójdzie to straż go dorwie. Istota widząc zamiary grupy wzbiła się w powietrze i poleciała na południe. Nikt nie wiedział gdzie ona jest. Postacie zobaczywszy, że smok odleciał, wróciły do swoich miast.
-   Kal Ort Por! – krzyknąłem.
Wróciłem do banku Yew. Zdjąłem apaszkę, płaszcz z pysku Fatuma. Zsiadawszy ze zwierzęcia zobaczyłem, że moje sandały są bardzo zakurzone, a to nie były jakieś tam buty, to były buty mego dziada, którego widziałem raz w swoim życiu. Podarował mi je jako pamiątka po sobie. Rodzice opowiadali mi wiele wspomnień związanych z dziadem. Był on dziwną ognistą postacią. Zapytałem się jak zginął, opiekunowie odrzekli, że zaginął w nieznanych okolicznościach. Przysiadłem na ławie, wziąłem kawałek śniegu i wyczyściłem sandaly. Następnie poszedłem do banku, napełniłem worek ziołami, nalałem z dębowego kega zużyte mikstury i usiadłem na krześle. Myślami byłem dalej na pustyni. Myślałem, gdzie mógłby być smok. Wielki Piaskowy Wężowy Smok, piaskowy, tak! Musiał polecieć na pustynię w zaginionych lądach. Wybiegłem prędko z banku wsiadłem na koszmara, znalazłem run na pustynię i szybko zmaterializowałem się na piaskach. Krajobraz w ogóle nie różnił się od tamtego na poprzedniej pustyni. Zsiadłem z wierzchowca i patrzyłem na ślady znajdujące się na gorącym piasku. Tak! Smok był tutaj, na południowym zachodzie. Zawiązałem apaszkę, zarzuciłem płaszcz na pysk Fatuma i pogalopowałem za śladami. Nikogo na pustyni nie było, po drodze spotkałem wielkiego sfinksa i parę piaskowych wirów. Za każdym ziarnem ślady stawały się coraz wyraźniejsze, wiedziałem, że już jestem bardzo blisko. Przede mną znajdował się trakt prowadzący na niewielkie wzniesienie. Podbiegłem na szczyt i zobaczyłem, aż dwa małe smoki! Były identyczne jak matka, ale mniejsze gdzieś około dwóch razy.
-   Nic wam nie zrobię! Nie mam złych zamiarów! – krzyczałem podchodząc powoli do smocząt.
Małe skrzydlate istoty nie zwracały na mnie uwagi. Podbiegłem powoli dalej i tam zobaczyłem matkę i dwa wyklute wielkie jaja. To z nich wylazły te dwie poczwary. Wróciłem na trakt, przyzwałem żywiołaka wody i poszedłem po jednego ze smocząt. Spojrzałem na niego, i wykrzyczałem.
-   Corp Por!
Strumień energii poleciał w stronę smoka rozrywając mu prawy bok. Skrzydlata istota zawyła z bólu i ruszyła w moją stronę.
-   Chrońcie mnie moi słudzy! – krzyknąłem do żywiołaka i koszmara.
Smok zamachnął się wielgachną łapą z ostrymi pazurami rozrywając moją nową zbroję i togę. W tym samym czasie koszmar uleczył mnie i dziabnął smoka za ogon. Żywiołak rzucił czar błyskawicy. Piorun uderzył monstrum prosto w czaszkę. Istota padła na ziemię, lecz dalej żyła. Koszmar widząc co się dzieję podbiegł do głowy i zaczął uderzać w nią swymi bardzo umięśnionymi nogami. Wiedziałem, że mam trochę czasu na wyczarowanie o wiele potężniejszego czaru. Postanowiłem zając się słupem ognia.
-   Kal Vas Flam! – krzyknąłem do siebie.
Po zakończeniu inkantacji tego potężnego czaru wskazałem palcem na smoka. Efekt był natychmiastowy. Smok stanął w płomieniach i padł martwy na ziemię. Zwłoki nie były, aż tak bardzo spalone. Podszedłem bliżej ciała i zobaczyłem cztery tysiące sztuk złotych monet i parę kamieni szlachetnych. Szczerze mówiąc spodziewałem się czegoś lepszego, jakiejś pamiątki, lecz miałem pomysł. Znałem jednego trapera, który był w tym gachu arcymistrzem. Przesiadywał on w pięknym mieście Delucja, a zwał się Deawyth. Zaznaczyłem run przy ciele smoka i poleciałem do wspomnianego miasta. Miałem naprawdę dużo szczęścia, w banku przesiadywał wojownik.
-   Witaj. – odkrzekłem do trapera.
-   Witaj, witaj. – odpowiedział z uśmiechem.
-   Widzisz, mam prośbę, mógłbyś zrobić mi trofeum? Bo przed chwilą zabiłem smoka, a wiem, że ty dasz sobie radę z wyprawieniem głowy. – zapytałem.
-   Ależ oczywiście, zaczekaj, przebiorę się.
I w tej chwili wojownik począł nakładać na siebie krwisto czerwoną zbroję.
-   Dobrze jestem gotów, wychodźmy. Dasz portal.
Wyszliśmy przed bank i wsiedliśmy na wierzchowce.
-   Vas Rel Por! – krzyknąłem.
Przed nami pojawił się niebieski portal w kształcie ogromnego jaja. Weszliśmy do niego i wyszliśmy drugą stroną na gorące piaski. Przed nami leżało wielkie cielsko smoka. Deawyth wyjął royalowy nóź i począł wyprawiać głowę smoka. Zajęło mu to dosłownie chwilę, a efekt był imponujący.
-   To wszystko? – zapytał traper.
-   Hmm... został jeszcze jeden smok, może pomożesz go zabić? – zapytałem.
-   Ależ oczywiście, dawaj go tu. – odrzekł wojownik.
Pobiegłem jako przynęta. Podprowadziłem go do Deawytha, poczym wojownik zaczął celnie machać swym toporem. Smok obrywał każdy cios, a Deawytha drasnął może trzy razy.
-   E tam, co to za smok. – powiedział nawet nie zmęczony wojownik.
-   Kal Vas Flam! – krzyknąłem.
Drugi smok tak jak poprzedni stanął w płomieniach. Wielkie cielsko osunęło się na ziemie. Deawyth nie przegapił tej okazji. Wyrżnął toporem w czaszkę smoka kończąc jego żywot.
-   No, no z tego też będzie ładne trofeum.
Traper ponownie wyjął nóż i szybkimi ruchami wyprawił głowę smoka.
-   To niech będzie twoją nagrodą, ja już mam jedną głowę, ta niech będzie twoja. – odrzekłem do drzewca.
W tej chwili wojownik uśmiechnął się.
-   To już ostatni? – zapytał.
-   Nie, jest jeszcze matka, o wiele potężniejsza od tych tu maluchów.
-   No to we dwóch nie damy rady. – skrzywił się ent.
W tej chwili z południa biegł jakiś człowiek na koszmarze. Był to Aredan.
-   Witajcie, no nareszcie kogoś znalazłem. – mag spojrzał na dwa ogromne ciała, bez głów.
-   Ech, no troszkę za późno się zjawiłem, jest może jeszcze jeden?
-   Tak jest jeszcze matka. – odpowiedziałem
-   Ale dalej jest nas za mało ja i dwóch magów? Nie, nie, nic z tego nie będzie. – powiedział traper.
-   Już wezwałem znajomych, zaraz tu się zlecą, jak szarańcza. – zachichotał Aredan.
No i tak się stało. Nadbiegła wielka chmara ludzi. Wojownik Hausfin, Hexin, Narayan, dwóch łuczników Kerad i Feregano, jeden druid Ajantis, a nawet Wielka Wrona, coś jak wilkołak, coś jak ptak. Już widziałem to stworzenie kiedyś, bardzo dawno. Drzewiec zamknął oczy i przed nim wyskoczył drugi ent. Była to Baeth, o takiej samej skórze, a raczej korze jak u Deawytha. Traper poszedł w stronę gniazda smoczycy. No i zaczęła się walka. Magowie leczyli ranionego wojownika, a niektórzy rzucali zaklęcie wysysające manę. Smok nie atakował zbyt mocno, lecz był bardzo wytrzymały. Łucznicy strzelali przebijającymi bełtami, a pozostali wojownicy próbowali zadać jakiekolwiek obrażenia. Po dosłownie dwóch kamieniach walki smoczyca padła ze zmęczenia i z powodu obrażeń. Wojownicy prędko dobili smoczycę i zaczęto obszukiwać ciało smoka. Nie widziałem co ono skrywało, bo rzeczy z ciała zginęły bardzo szybko. Jedyne co wziąłem to płaty skóry tego smoka. Wyglądały na zwykłe, lecz to były skóry ze smoka, piaskowego smoka, a nie z jakiegoś tam niedźwiedzia czy innego zwierza. Wszyscy rozeszli się tak szybko jak się pojawili.
-   Kal Ort Por! – krzyknąłem.
Pojawiłem się w swoim domu, miasteczku Yew. Odprowadziłem zmęczonego koszmara do tresera i od razu poszedłem do karczmy wynająć pokój do spania. I tak skończyła się moja przygoda z Wielkim Wężowym Piaskowym Smokiem. Zasnąłem i przez całą noc spałem jak suseł.
- To dla ciebie dziadku. – powiedziałem już prawie śpiąc.


Dziękuje Gofrowi (czy Goferowi  :wink: ) za ten quest. Było naprawde miło, przepraszam, że tak długo w tym temacie nic nie było, ale nie miałem jakiegoś natchnienia.  :razz: Dziękuje raz jeszcze.