DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Rudus w 2007 03 22, 00:07:43

Tytuł: O kowalskim rzemiośle w mieście drzew słów kilka
Wiadomość wysłana przez: Rudus w 2007 03 22, 00:07:43
Słońce już dawno pożegnało się z niebem, a księżyc niczym jedyny i słuszny pan wkraczał pomiędzy gwiazdy gęsto rozsiane na granacie nieba.

Koń powoli, kopyto za kopytem, tak jakby wcale mu nie zależało snuł się pomiędzy drewnianymi budynkami niosąc na grzbiecie zmęczonego Yewiańczyka.
Jego uciemiężony kapelusz o wymiętym rondzie opadał mu na czoło skutecznie przysłaniając widoczność.

Można tylko mieć nadzieję że koń wiedział co robi, bo mężczyzna był pogrążony w swoich myślach aż po końcówki palców u nóg. Nagle w jego i tak dość ograniczonym polu widzenia przemknęła postać. Tylko z czystej irytacji, że coś lub ktoś przerwało mu jego wyjątkowo złożony tok myślenia - unióśł on głowę.
Już otwierał usta, już miał klnąć na czym bogowie sypiają.
- Dokąd Idzie* ? - Powiedział z uśmiechem. Czuł z nim jakąś więź, coś na kształt braterstwa - pewnie tylko dlatego zwrócił się do niego w tak miły sposób
- Naprawić Bramę - Odparł Vidar.
Stary Yewiańczyk siedzący na koniu przyjrzał się sylwetce kowala. Berserk ściskał w ręku młot - ani chybił, będzie naprawiać bramę.... W końcu ktoś się za to wziął !

Myśl chwyciła pergamin i pognała do starszyzny w umyśle... Banda dekadentów którzy nigdy nic nie robią za wyjątkiem podejmowania decyzji czy czas na jedzenie czy na spanie.
Pergamin zawierał tylko jedno słowo. - RUSZCIE SIĘ - krzyczało wewnątrz umysłu.

- Pomóc Ci ? - Zapytał niewzruszony tymi wewnętrznymi konfliktami pomiędzy klasą rządząca myśli, a zwykłym umysłowym proletariatem.
- Jeśli chcesz ... - właściwie ta odpowiedź nie była potrzebna. Jeździec zwrócił konia w stronę dawno zniszczonej bramy na zachodzie, wewnątrz nastąpiła odwilż - nadzieja na lepsze czasy dla uciśnionych i biednych zwykłych myśli które pracują 24 godziny na dobę musząc się zajmować całym tym bałaganem.

Dojechał do bramy i zsiadł z wierzchowca który przywitał ten pozytywny aspekt tego dnia wesołym rżeniem. Vidar zaczął krzątać się przy bramie starając się ocenić co trzeba zrobić najpierw...

Oko fachowca od razu to widać. Zbadał stare zawiasy i ich zaczepy. Po tym zbadał urwane skrzydło i przystąpił do pracy. Trzy hałaśliwe minuty później stare i zardzewiałe zawiasy kowal niósł do kuźni nieopodal aby przetopić je na coś co nadawałoby się bardziej do użytku. Yewiańczyk aż zmęczył się patrzeniem więc przysiadł pod jeszcze dobrą częścią bramy i oparł się o nią. Metal zaskrzypiał. Tak było wygodnie...

Zaraz jego oczom ukazał się biegnący z powrotem kowal... Biegnący - to ważne słowo ... środek nocy, robota nie jest aż tak pilna, przecież te wrota stały tak od kilku miesięcy ... po kiego zapominalskiego grzyba on się tak spieszy ? Powoli, żeby nie nadwyrężyć jakiegoś wyjątkowo dawno nie używanego mięśnia, wstał i przypatrywał się dalej....

Już to czuł ... to nadchodziło ... to to ... !

- Możesz to przytrzymać ?
Więc jednak ! Praca ! Fizyczna ! Męcząca ! Każda cząstka ciała protestowała i zapowiadała długotrwałą głodówkę jeżeli starszyzna się na to zgodzi ... ale cóż - grupa trzymająca władzę musiała posłuchać klasy robotniczej. Szybko wypowiedział inkantację na czar zwiększający siłę i przytrzymał zawiasy szczypcami. Kilka uderzeń później były już one na swoim miejscu. Wstawili drzwi i odeszli kawałek żeby podziwiać swoje dzieło.

Z niesamowitą gracją... Jak sosna, czy też mocarny dąb który poddaje się władzy i sile człowieka z siekierą Drzwi padły z hukiem na ziemię. W samym spadaniu było coś .. niepohamowanego ... zresztą kto chciałby zatrzymywać ważące 300 kamieni drzwi które pędzą na spotkanie glebie - w takich chwilach nie przeszkadza się ... przez grzeczność ... i wzgląd dla swojego zdrowia

Zawiasy okazały się zbyt zużyte - metal nie był w stanie utrzymać ciężaru metalowej kraty która teraz spoczywała na ziemi, i chociaż była tylko kratą zwykły obserwator byłby w stanie przysiądz że drzemie ona z błogim uśmiechem pomiędzy otworami.

Kowal znów pobiegł i wrócił .. tym razem z osprzętem majstra - wykonał dwie pary zawiasów i przytwierdził do mocowań. Ze starej miedzi wykonał zaczepy dla skrzydła bramy i tym razem konstrukcja wytrzymała.... Tak oto jest dzień.. Gwoli ścisłości noc - która pokazała że Yew jest silnym miastem i może sobie poradzić z każdą przeciwnością losu .. czy to zepsuta brama czy najazd strażników britt którzy niepostrzeżenie wybrali jednak inną bramę - bo wiadomo przez tą by już tak łatwo nie przeszli ! Ot co !


*Było coś takiego co kazało mu mówić w formie bezosobowej gdy darzył kogoś sympatią lub uczuciem - choć było to kompletnie absurdalne i czesto prowadziło do nieporozumień
Tytuł: O kowalskim rzemiośle w mieście drzew słów kilka
Wiadomość wysłana przez: Motharq w 2007 03 24, 12:56:05
Nie każdy rodzi się bohaterem, nie każdy rodzi się mistrzem. Nie każdy rodzi się z powołaniem, nie każdy idzie drogą którą mu wybrano.

Był środek nocy. Wnętrze szopy było dość ciasne ze względu na stojący tam wóz, ale Vidar miał dość miejsca by manewrować młotkiem. Mimo iż wiatr dął bezlitośnie, zagłuszając nawet samego siebie, młodzieniec wstrzymywał się co chwile z kuciem i nasłuchiwał. Ale słyszał tylko wycie wiatru i trzeszczenie desek szopy.
Zadzwonił dzwoneczek. Sprytny wynalazek brata się sprawdził. Młotek stolarski, który najchętniej gdyby żył, pożalił się swemu właścicielowi, na to że jego syn bezlitośnie używa go do kucia mieczy, wylądował w stercie siana wypełniającej powóz, a miecz zniknął pod wypłowiałym płaszczem z herbem rodowym. I w tym momencie Vidar zauważył przed sobą  drobne dziewczę, przeszywające go swym wzrokiem na wylot. jak zwykle, nawet nie wiedział kiedy weszła, nawet nie usłyszał jej kroków. Nie wiedział zatem czy zdążyła zauważyć jego dywersyjne działania, ale w głębi duszy miał nadzieje że aż taka szybka nie jest.
- Co ty tu robisz? - Vidar prawie wykrzyczał. Dziewczyna jednak, wydawałoby sie młodsza, zrobiła minę osoby poważnej i złej na swego rozmówce.
- Nie, co ty tu robisz! Ojciec zakazał wychodzić z domu po  zmroku! - Vidarowi chyba tylko się zdawało przez moment że jej czarne oczy zapłonęły żywym ogniem.
- O ile wiem zakaz dotyczy WSZYSTKICH. - syknął Vidar, po czym ignorując rękę którą Aldea zastawiła mu drogę, wybiegł na zewnątrz.


*****

Wiatr ucichł ale wciąż soczysta, zielona trawa falowała pod jego nogami. Patrzył w przepaść, zupełnie jak człowiek który ma zamiar skoczyć. Włożył rękę pod płaszcz po czym natychmiast ja cofnął.
- Ssss... Jeszcze ciepły...
- Co, może masz zamiar skoczyć? - lodowaty głos siostry sprawił że aż podskoczył otulając mocniej płaszczem bok przy którym miał uwieszony miecz.
- Czemu za mną chodzisz? - powiedział głosem takim , jakby miał błagać o litość. Spojrzał przed siebie.
Przepaść była dość stroma, kończyła się kamienistym brzegiem, o który raz po raz uderzały fale. Nad w miarę spokojnym morzem wisiał srebrzysty księżyc. Vidar trwał tak, zamyślony, oczarowany, nie słysząc złośliwych pytań i uwag siostry.
- Jest pełnia. Nic ci nie jest? Czemu sie nie przemieniasz? - kąśliwe uwagi powoli docierały do jego uszu. Uśmiechnął się złośliwie, pierwszy raz mu się tak udało zrobić wobec siostry. Młodszej siostry.
- Przecież wiesz... - pokręcił głową jakby pouczał małą gapę. Dobrze wiedział że jednak jest odwrotnie.
- Aaa medalion... pokaż mi go jeszcze raz! - Aldea zapiszczała niczym mała dziewczynka która dostaje w prezencie małego pieska.
- Skąd ta zmiana nastroju... - znowu dał się zwieść Aldei... Wyciągnął powoli srebrny medalion z dziwnymi runami zza koszuli. Tak szybko jak podeszła do niego, tak szybko zerwała mu go z szyi. I równie szybko szala złośliwości w jej uśmiechu przeważyła.
- Oddawaj go! - Vidar jak rażony piorunem ocknął się z tej iluzji, że poprawił stosunki ze siostrą. odruchowo dobył miecz spod płaszcza. To był zły odruch.
- A więc to tak! Wolimy walczyć mieczem, tak? Nie słuchamy ojca, tak? Mamy gdzieś ojcowskie nauki? Może jeszcze sam go wykułeś? Zresztą widać... Gorszego kowala nie widziałam od ciebie - jej śmiech miał w sobie coś z jego miecza. Zadawał ból. Tępy ból.
Przez ten jedyny moment Aldea pomyślała "Przekroczyłam granicę". Miecz świsnął nad jej głową ale celem był konar. Równie czarny jak jej toga, jej włosy, jej oczy... Drobna ręka Vidara wyrwała medalion z ręki siostry. On jednak go nie założył. Razem z mieczem powędrował w trawę. Wstrzymując łzy i zagryzając wargi z gniewu, Vidar biegł przed siebie.

Nigdy na tej małej wyspie nie słyszano tak nacechowanego bólem i cierpieniem wycia. To nie była noc bezsenna. To był dzień o zmroku.


*****

- Dasz radę! - ręka brata poklepała Vidara po ramieniu. Stanął przed wyznaczoną linią i zamierzył się z łukiem na tarczę. Słychać było tylko jego miarowy oddech i trzeszczenie napinanej cięciwy. Nie spieszył się z wykonaniem strzału.
- Wolałbyś miecze? - głos ojca był obojętny i to było najstraszniejsze. Słowa dotarły do uszu Vidara w momencie wypuszczania strzały. Ręce drgnęły posyłając strzałę w nie tą stronę co trzeba. Strzała świsnęła koło ojcowskiego ucha i obijając sie o drzewa wylądowała u jego stóp. Vidar nie opuszczał łuku i wciąż patrzył się na tarczę. Usta jego nabrały sinego koloru i poczęły drżeć. Obrócił głowę nie w stronę gdzie stał ojciec, lecz w stronę gdzie jak podejrzewał winna stać jego siostra. [/i]