Dochodziła dziewiąta... Zachodnie wiatry pokryły niebo grubą warstwą chmur, przez co wieczór zdawał się być nocą. Już stolica zasypiała wymęczona duchotą lata. Jedynie w Cytadeli Łotrów nieopodal bram Brytanii niedobitki zatapiały swe bóle przechylając srebrzyste kufle. Powietrze karczmy wypełnione gęstym dymem po brzegi osłabiało trzeźwe myśli. Świece oraz płonące pochodnie dawały niewiele światła, lecz wystarczająco dużo by ujrzeć tłuste tyły osiłków przy barze. To miejsce od zawsze było znane jako melina w której człowiek traci rozum oraz tożsamość na parę godzin...
Drzwi otworzyły się z łoskotem wpuszczając do środka odrobinę świeżości, nikt jednak za bardzo nie interesował się tym faktem. Sylwetka mizernej postaci powolnym krokiem sunęła do środka. Stare łachmany - przypominające bardziej ubiór żebraka niż wojownika, postrzępiony kapelusz, oraz naostrzony kij wyglądały dość komicznie. Ta mizerna istota, ledwo trzymała swoją laskę w dłoniach, jakież to okrucieństwo musiało ją trzymać przy życiu?
Obskurny przybysz zajął miejsce w centralnej części karczmy przy niewielkim, drewnianym stoliku bez nakrycia. Usiadłszy złapał za swe drżące dłonie, jakby walcząc z własnym opętaniem. Na chwilę spojrzenia powyginanych twarzy skierowały się w jej stronę, przechylone kufle i głęboki rechot, ot co pokazali patrząc w stronę dziwaka. Wędrowiec nie pozostał im dłużny...
Drewniany stolik znalazł się w powietrzu po zamaszystym uderzeniu laski z której trysnęła fala błyszczących iskier. Cała cytadela zamilkła w przerażeniu. U stóp nieznanego pojawiły się falujące znaki, jakby ruchome cienie barwy purpuru i czerwieni.
-Wtedy ujrzeliśmy jej twarz, była tak wyraźna, jak śmierć w naszych oczach, o tak...
-Dziadku ale to tylko legenda prawda, przecież wciąż żyjesz !
-Aniu czas na colgate i do wyrka, ale już! Dziadziuś jutro na dobranoc opowie Ci resztę.
Cdn.
hmmm... Ale o co chodzi z tym zakończeniem tej części? Bo to chyba inna bajka jakby, Gumisie czy cuś... Jakieś Colegaty i inne potwory nieopisane... Temat poniszczony.