Ram był zadowolony - wybitnie, nawet można by rzec, zadowolony. Znalazł dziś prawie nową siekierę, sękatą laskę i buty ! Ach co za zdobycz.... szybko przeliczył złoto jakie wypłacili mu Ci zdziercy ośmielający nazywać się kupcami...
3..5..6..12... Jest ! Jest ! Wystarczy na 3 steki rybne u rzeźnika !
Młodzian rozśmiany i zadowolony z siebie już po chwili siedział na znienawidzonej ławce na której ostatnimi czasy przesiadywał zdecydowanie zbyt długo i rozpoczął swoje skromne - pierwsze od kilku dni śniadanie. Trzeba wszak wiedzieć, że zaczynało właśnie świtać choć do poranka było jeszcze daleko...
Po pochłonięciu spalonego mięsa jakim miał zwyczaj raczyć swych klientów rzeźnik Ramirez wziął się za swoją lutnię. Spojrzał na żałośnie wyglądający instrument który brzmiał tak fałszywie jak stwierdzenie 'nie dziękuję nie jestem głodny' w jego ustach.
Nie dane jednak było poćwiczyć w pokoju... Jakiś stary żeglarz przypałętał się i zaczął gadać o swoich podbojach i o tym jak to tragicznie stracił statek...
Ehhh gdyby tak dostawać monetę za każdą taką opowieść której trzeba wysłuchać...
Młody Lorenzo szybko policzył coś w myślach
Miałbym już co najmniej cztery monety... jeszcze trzy i kolejny stek..
Stary żeglarz właśnie rozwodził się nad tym jak to kocha rum i Ramirez wyłączył się na moment
- I zatonął ! - krzyknął mu staruch do ucha
Ram zerwał się na równe nogi - miał już dość słuchania tego monologu i tłumaczenia, że dobra portowa dziwka jest lepsza niżli butla rumu, choćby i dlatego że się kuśka nie może w niej zaklinować. Pozostała mu ostatnia deska ratunku.
- Pozwól, że zaśpiewam Ci starą marynarską pieśń - Młodzieniec mgliście pamiętał, że żeglarz przed chwilą jakąś śpiewał więc wypadałoby mu się zrewanżować. A że znał coś idealnego na takie okazje... Jeszcze nikt nie dożył drugiej zwrotki.. no nikt kto nie jest głuchy
Odchrząknął i zaintonował tak jak życzyłby sobie tego autor...
Ptaki w promieniu dwustu stóp wiały jakby jakiś żartowniś wszystkim popodpalał ogony. Konie uciekały a wiewiórki padały bez zmysłów. Tylko kilka kotów dołączyło się do kakofonii
- MooOojaaA NaaaaRzeeeczooonaAA JeeessTtt PoooOOćPieeeeeGaaaąąą! PuuuUUszczaaAA Sięęę NaaaAa PiiIIIiracKIIIIiiiiIimMMm Staaaaaaaaaaa.. - ten dźwięk pozbawił binokla przechodzącego akurat obok krasnoluda a z lunety żeglarza zdało się słyszeć ciche pęknięcie
- tKUuuuUUUUuu - Dokończył bard
Już wiedział... Stara Nulejmska pieśń jeszcze nigdy go nie zawiodła. Po kilku sekundach żeglarza kapitana nie było już przy nim. I znów mógł się rozkoszować ciszą i spokojem - ale jak zawsze nie na długo
Na horyzoncie pojawiła się rosła czarna sylwetka ...
CDN
Czekam z niecierpliwoscia na cd, fantastycznie sie czytalo. Az mi sie przypomnialy wakacje na Mazurach.
Cytat: "Rudus"siedział na znienawidzonej ławce na której ostatnimi czasy przesiadywał
Tu bym uzyła innego wyrazu, bo troche głupio brzmi... :)
No i interpunkcja trochę drażni. :P
Opowiadanie bardzo ciekawe, czekam na ciąg dalszy. :)
P.S.: O tak, Mazury... :D
- *hic**hic* - stary marynarz wracal jak co wieczor z karczmy Vesper. Wstapil po drodze do muzyka aby kupic nowa lutnie ponieważ stara rozbila się na glowie jakiegos zlodzieja i ruszyl chwiejnym krokiem w kierunku Minoku.
-*Brzdek**Brzdek* - dziwne nic nie przypominajace dzwieki wydobywaly się z lutni starego marynarza. *Trimtimtimrimtirimtim* - muzyka do biegla jego uszu. Dostrzegl mlodzienca kroczacego w jego strone i grajacego beztrosko na instrumencie.
-Ahoj szurze ladowy!!! – przywital mlodziana stary marynarz
-Szczurze ladowy? Chyba smiesz zartowac mlodziencze
-Stary marynarz przez chwile nie wiedzial co powiedziec. Miał już ponad 50 lat a ktos nazwal go mlodziencem – Mlodziencze?! HA! Chyba smiesz zartowac alem widze zes swój czlek siadaj
Muzyka mlodego grajka pokrywala się z szarpaniem strun przez starego marynarza który po krotkiej rozmowie postanowil opowiedziec swoja historie.
-Tak, tak slyszalem takich wiele. Pewno twój statek rozbil się a zaloga utonela
-A wlasnie ze nie! Sluchaj no majtku opowiesci starego kapitana.... I tak tez plywalem na statku az wreszcie natknelismy się na piratow. Zatopili mój statek a mnie wzieli na poklad bom mlodzian był jeszcze.
- No tak tak mowilem ze slyszalem takich wiele
- A zamknij ze się i sluchaj dalej! – Kapitan pociagnal duzy lyk rumu – Potem plywalem z piratami na statku co się zwal Tytonik i szmuglowalismy tyton z Vesper do Moonglow. I wyobraz sobie ktoregos dnia nasz statek wplynal na wielka gore. Upudu i się rozlecial ale wszyscy się uratowali tylko taki jeden marynarz... Leonardo utonal. Glupek nie umial wlezc na tratwe to już nawet jego panienka się wskrobala na kawalek dechy a on nie umial.....
-Tak tak opowiesc jak kazda inna. Żaden z ciebie marynarz nawet lodzi nie masz
-Osz ty jak ja ci tu zaraz w morde dam to będziesz miał!!!
-No wal z checia popatrze jak gonia cie straznicy – Zasmial się mlodzian
Dyskusja wrzala a stary kapitan miał niezmierna chec otluc zuchwalego mlodzienca piesciami po twarzy.
-A piosenki marynarskie znasz?
Mlodzieniec nie wiedzial co powiedziec
-Czekaj no to ci zaspiewam. Sternik wypadl za burte!!!!! Wicher zawyl z triumfem!!!! Statek runaaaaaallllllll na skalllllyyyyyyyy!!!!! Fallllleeeeeee poklaaadddd zalalyyyyyyyyyyyy!!! GAAAAAALEON GALEON
Mlodzian odpowiedzial jakas imitacja piesni marynarskiej
- A cholera z nim – Stary mezczyzna poprawil swoja stara marynarska czapke i ruszyl do karczmy minoc a ponownie napic się rumu i zasnac pod stolikiem.
Sorry za literowki. Mniej wiece w skrociej tak wygladalo to z mojej perspektywy :mrgreen:
Jako, że temat zszedł odrobinkę ze "szczęśliwego życia" na ogólnopojęte marynarstwo, wrzucę to tu :razz:
- Zieeeeeeeef... - smukła, opalona na ciemny brąz postać siedziała na beczce w minockim porcie. Machała nogami w powietrzu. Długie, jasne, jakby wyblakłe od morskiego słońca włosy związane miał chustą. Jedno oko zasłonięte było przepaską z czarnej skóry, drugie, jaskrawo zielone badało czujnie okolicę. Ubrany był w dziwny strój, jakby jakiś sfatygowany, marynarski mundur. Ziewał raz po raz spoglądając też raz po raz na zegarek i raz po raz odwracając głowę w kierunku wejścia do portu. Czekał. Ale na co czy na kogo on sam nawet pojęcia nie miał. Jakiś starzec chodził po brukowanych ulicach i zapalał latarnie... Zaczynało się ściemniać.
- Cholera... - warknął ciemnoskóry. – Miała być przed zachodem słońca zebrzyda! A tu mnie zaraz zmrok zastanie! – na jego twarzy wykwitł grymas niezadowolenia. Jednak jakby na rozkaz u wejścia na molo pojawiła się potężnej budowy postać. Marynarz zemścił chwilę na brak latarni w porcie, przez co nie mógł zobaczyć kto idzie. Po chwili jednak zdał sobie sprawę, że ma to też masę zalet, właśnie po zmroku. Wielka postać człapała powoli idąc dokładnie w jego kierunku. W łapie trzymała glinianą butlę zawierającą z pewnością jakiś wysokoprocentowy wywar, o czym świadczyło czkanie przypominające świńskie ryki... Gdy to ,,coś" podeszło bliżej, marynarz wyjął z torby niewielką pochodnię i zapalił ją. W pląsającym świetle płomyka wyraźnie było już widać olbrzyma: zielona skóra, długie, splątane i zaniedbane włosy, zadarty do góry nos i żółte kły wyrastające, nie jak powinny – do dołu, tylko na wprost. Ciemnoskóry zeskoczył zwinnie z beczki i wetknął pochodnię w szczelinę między deskami pokrywy ów beczki. Mimo iż nie należał do niskich i szczupłych, zielonkawy olbrzym był niemal o połowę od niego wyższy i kilkukrotnie szerszy. Jak nic – czystej krwi ork. Gigant czknął paskudnie.
- Ty! Chuchero! Uciekaczsz mi tu stond! Ja tu czekać na pirata! HIC! Prawższywej krwi pirata! Jak ja! – ork wydał z siebie potężny ryk. Marynarz tylko zakrył ręką twarz w wyrazie zażenowania. Ten zielony kretyn na pewno nie jest specem w nie zwracaniu na siebie uwagi. Nie dość, że wygląda jak obrośnięty mchem pagórek to jeszcze jego krzyki i... I to... Jak można przedstawić się nieznajomemu jako pirat? Jak można bez chwili namysłu wypowiedzieć to nierozmyślne słowo? Toż to równa się okrzykom: ,,Straż! Tu jest bandyta! To korsarz i gwałciciel!" i odgłosom biegnących, obitych metalem wartowników. To po prostu wyrok śmierci... Jak można być tak nierozmyślnym... Tak... Głupim? – marynarz westchnął tylko. Może jednak nie jest jeszcze tak do końca tragicznie.
- No ju! Wypad mi tu stond chuderlafcu! – marynarz westchnął jeszcze bardziej zażenowany. W migoczącym świetle pochodni zobaczył na nagim torsie potwora coś, co potwierdzało jego słowa.
- Oguchłżeś? Zabieraj się parszywcu albo ci... Ci... Pszywalę! – ciemnoskóry człowiek nie przejął się nawet tą groźbą. Podwinął rękaw na lewym przedramieniu i porównał widniejące tam znamię z widniejącym na torsie orka... Karmazynowa Róża... Pirackie znamię... Tatuaż robiony wszystkim, którzy podjęli się trudu żeglugi po niespokojnych wodach pod czarnym żaglem, służący do wzajemnego rozpoznawania się. Piraci w tych czasach nie mogli utrzymywać ze sobą kontaktów ani przebywać dłużej razem w publicznych miejscach. Byli tępieni jak komary. Znak ten miał na celu wzajemne rozpoznanie się korsarzy, których nie łączyło nic... Nic prócz celu. Cała ta szopka nie była potrzebna dopóki te cholerne spaczeńce nie zajęły ich ukochanego miasta, w którym nikt im nie zagrażał... Miasta nad miastami, lepszego od innych pod wieloma względami, ukryte przed oczami zwykłych ludzi i polujących na korsarzy... Buccaners Den – wyspy należącej tylko do piratów! No i w tym momencie akurat częściowo do spaczeńców... Ciemnoskóry pirat wyciągnął swoją lewą rękę w kierunku orka, prezentując mu znak na przedramieniu.
- Mam nadzieję, że wiesz co to jest... - miał dopowiedzieć ,,przygłupie", ale jakoś się powstrzymał. W końcu jakiś swój... Sprzymierzeniec jakich dziś mało...
- Abel Abradi! – Przedstawił się ciemnoskóry człek. W tym momencie rzuciły mu się w oczy kościano-drewniane ozdoby na ciele zzieleniałej paskudy: naszyjnik i bransoleta.
- No i na dodatek szaman – pomyślał. – Tak jak obiecywał informator. Prawdziwy szaman. Taki jaki jest mi właśnie niesamowicie potrzebny w planowaniu tej pieprzonej intrygi...
CD oczywiście nastąpi jak zechce mi się napisać :)
To ja tez cos dam, jestem czlonkiem tej zalogi. Oh moja zielona, wielka istota.
Wiatr tego dnia szalał wzbudzając do ataku morską wodę. Wielkie fale uderzały o mały statek. Hyyyszz nooo! Ork - oparł się dziwnie spokojnie o maszt rozpuszczając włosy. Jego zawieszone na szyi amulety dyndały na wietrze, jak i to co wcześniej rozpuścił.
Niu no ja dziękujs ,ży port Buccaners jysz bliska. Żagle opuszczone, ciemne chmury, sternik ledwo dawał sobie rade. Wielkie drewniane pale związane i zbite solidnie zwane pomostem były już ,,na wyciągnięcie ręki", po chwili.. okręt orka wreszcie dotarł do celu – czy to dobrze? Yhhj cholera, ale tu dziwne cicho, no bardzo dzicho. To nieeee tą Buccaners pamiętam. Ughar uderzył z całych sił w kościano-drewnianą bransoletę uśmiechając się szyderczo.
Wtedy burza ustała, cisza – Co za cholernie przewidywalna scena, nie?
Ork wchodząc w głąb wyspy czuł tylko okropny smród, jakby zgniłego mięsa? Co tak może capić!? – pomyślał wykrzywiając ryj. Jego wielka, może i ogromna dłoń cofnęła się za plecy i chwyciła za przywiązany do nich kościany kij.
Ktyś tu jest?! No Płoszaju, chodno ! – Ughar wymachiwał kijem prowokując zauważoną kątem oka istotę, która przyglądała mu się zza krzewów – Jakich na Buccaners jest wiele.
Potwór rzucił się do biegu, wyskoczył zza tych habazi niczym jakiś tygrys, czy inne paskuctwo na zielonoskórego! Wydobył się z gardła Ughara okrzyk, bardzo mocny. Postać mało co się nie przewróciła, jednak udało się jej zrobić zamach. Kij uderzył w ciało smierdzącego napastnika i skruszył jego kości. Ten charakterystyczny odgłos, kocham go – Pomyślał obrońca. Zielony chwycił mocniej kij i jakimś cudem wbił go w pognitą padlinę. Ogniste spojrzenie orka mogłoby się wydawać uwodzicielsko piękne, lub szaleńczo groźne.
Zapadał zmrok, słońce już dawno nie atakowało promieniami. Chooooylera! – Wrzasnął ork myśląc ,,Znów ta chooolera cisza, no szlag by was wszystkich!"
Samo serce wyspy, tam dotarła ta ogromna istota. Widziała zaledwie parę ludzi, chrząkających się walką z pognilcami czy padlinielcami – tęe.. a może plugawcami? Dooobre!. Więc co mógł zrobić taki ork? Wyszeptał jakieś słowa uderzając w ziemie z całych sił pięścią. Liczne korzenie wyłoniły się pod nogami potwora i oplątały go jak tylko mogły. Chwycił swoją kijastą broń i ruszył do walki. Godzine to trwało? Dwie? Co to ma do rzeczy i tak go zranili, pobili aż wreszcie zabili. – Czasem zdaje sobie sprawę jak to dobrze iż po śmierci ciała esencja ducha pozostaje, pozostaje aby znów wrócić w łaski bogów życia, albo do ciała.
C D N
Tak wiem, to takie wyrywki, ciężko się mnie czyta. Ale mam dzisiaj taki dzień jakiś więc proszę wybaczyć!