Dziecię Fenrira
Noc była nadwyraz jasna. Na niebie gościł wspaniały, złocisty i idealnie krągły księżyc w pełni. Wokół niego świeciło tylko kilka samotnych gwiazd. Błogą ciszę lasu Frenolien zagłuszały tylko wycie wilków i trzepot skrzydeł ptaków, które zerwały się do lotu z nieznanej przyczyny. W lesie coś się działo. Nie bez powodu wszystkie wilki z 6 watah rządzących lasem zebrały się na magicznej polanie zwanej Domem Księżycowego Blasku. Polanę zewsząd obrastały piękne niezapominajki, których płatki miały kolor niczym futro lodowych wilków. Wilki stanęły wokoło niej, a tylko 6 z nich wyszło na środek. Byli to najprawdopodobniej przywódcy watah. Ich siwe potargane futra świadczyły o niełatwym żywocie pełnym bitw i niesnasek. Warczały do siebie i wyły. Przewracały łbami w różne strony, czasem ukazywały białe kły. W pewnym momencie wszystkie zamilkły. Cofnęły się do tyłu, każdy w kierunku swego stada. Wszystkie bez wyjątku uniosły łby ku księżycowi znajdującemu się teraz idealnie nad polaną i poczęły wyć. Nagle z niezapominajek wydobył się niesamowity blask. Cała polana pokryta została błękitnym światłem. Na samym środku zaczęły kumulować się błyszczące iskierki. Wilki cały czas wyły. Iskierek było coraz więcej, zaczęły przybierać pewien kształt. Aż w końcu stało się. Błękitne światło uformowało się w wielkiego lodowego wilka. To był on. To sam Fenrir zstąpił na ziemie i przybrał formę ukochanego przez siebie zwierzęcia – lodowego wilka, – jako że są to istoty wolne, niepodlegające nikomu i niczemu. Duch wolności – Fenrir – stał, pośród conajmniej setki wilków, teraz już trzymających łby w lekko spuszczonej pozycji, prawdopodobnie oddając mu hołd. Duch wydał z siebie kilka warknięć i pomruków, po czym sam uniósł łeb ku księżycowi i głośno zawył. Inne wilki poszły w jego ślad i także zaczęły wyć. Fenrir opuścił łeb i zaczął biec w kierunku lasu. Reszta podążała za nim. Biegł szybko i z gracją w nieznanym kierunku. Omijał zgrabnie drzewa i przeskakiwał zapadliny. W końcu dotarł do celu. Wilki z Duchem Opiekunem znajdowały się teraz na kolejnej polanie na skraju lasu. Po środku stał mały dom, dom drwala i jego żony. Wokoło niego leżało wiele ściętych drzew i wiórów. Zwierzęta otoczyły dom trzymając się od niego w pewnej odległości i usiadły jak gdyby nigdy nic. Jedynie Fenrir zbliżył się ku oknu domu, schylił łeb i skierował wzrok na postacie znajdujące się w nim. Wnętrze mieszkania było małe. Przy ścianie stało kilka mebli zrobionych z dębowego drewna. W kominku palił się czerwony płomień i trzaskały płonące kłody. Na łóżku w rogu domu leżała kobieta, koło niej siedział mężczyzna trzymający ją za dłoń. Naprzeciwko kobiety zaś stał miastowy lekarz, który właśnie przygotowywał się do odebrania porodu. Leżąca, bowiem na łóżku kobieta była w ciąży i lada chwila miała wydać na świat nowe życie, mężczyzna siedzący obok to jej mąż. Fenrir dokładnie przyglądał się sytuacji panującej w domu. On już doskonale wiedział, co się zaraz stanie... Przyszła matka przeżywała coraz silniejsze skurcze. Zacisnęła mocno swoją dłoń na dłoni męża. Lekarz pochylił się nad nią i rzekł:
- Przyj Mirando – takie, bowiem nosiła kobieta imię – jeszcze chwila i będzie po wszystkim.
Kobieta wydała ostatni jęk, strużka potu spłynęła jej po skroni... Na rękach lekarza spoczywało już nowo narodzone dziecię, chłopiec. Jednak coś było nie tak. Lekarz patrzył szeroko otwartymi oczyma i z opuszczoną szczęką na dziecko. Nie mógł uwierzyć w to, co widział. Świeżo upieczony ojciec także wpatrywał się ze nielada zdziwieniem na syna. Chłopiec nie był zwykłym dzieckiem. Jego skóra miała niespotykany odcień. Odcień ten przypominał kolor futra lodowego wilka, lecz trochę jaśniejszy. Włosy miały niezwykła barwę – błękitną niczym najczystsze niebo. Dziecko nagle zaczęło płakać. Mimo zdziwienia Lekarz owinął je w biały materiał i podał matce. Tą zaś niewiele poruszył fakt, że jej dziecko jest... inne.
- Spójrz kochany – zwróciła się do męża, – jakie ono jest piękne. To z pewnością dar od Bogów, nie bez powodu jest takie a nie inne.
Miranda uśmiechnęła się lekko, po jej policzku spłynęła łza szczęścia, pocałowała delikatnie główkę synka.
- Nazwiemy go Miguel, Demervidiousie – oznajmiła małżonkowi kobieta.
Mężczyzna też już dłużej nie zwracał uwagi na odmienność swego potomka, cieszył się tylko, że jest zdrowy.
Fenrir przyglądał się jak na świat właśnie przychodzi jego wybraniec. W jego ślepiach zagościł niesamowity wilczy blask. W tym momencie lekarz wewnątrz budynku odebrał poród. Na jego rękach spoczywało już nowo narodzone dziecko. Lodowy Wilk podniósł w górę łeb i zaczął wyć. Wraz z nim zaczęła wyć reszta wilków. Fenrira ogarnął dziwny jasny blask, jednak ludzie znajdujący się w domu nic nie zauważyli gdyż byli za bardzo zszokowani widokiem niezwykłego dziecka. Kontury Ducha zaczęły się powoli rozmywać. Blask z jego wnętrza pochłonął go całkowicie i Fenrir zmienił się w mały błękitny obłoczek. Obłoczek ten wirował lekko sypiąc wokół siebie iskierki. Przedostał się przez zamknięte okno do wewnątrz domu i kierował się ku swemu wybrańcu. Nie był widoczny dla ludzkiego oka, dlatego nikt w budynku nie zwracał na niego uwagi. Błękitny dymek był coraz bliżej noworodka. W końcu zbliżył się do niego na minimalną odległość i dosłownie w niego wstąpił. Dziecko zaczęło płakać. Właśnie zostało natchnione przez samego Ducha Wolności – Fenrira. Jest z nim teraz jednością. Lekarz owinął dziecię w biały materiał i podał matce. Ta uśmiechnęła się, pocałowała je delikatnie w czoło, i zapłakała lekko ze szczęścia uznając syna za dar od Bogów.
CDN. (moze)
komentarze milo widziane ;) :)
''Włosy miały niezwykła barwę''
dawno nie widziałem noworodka, czy one naprawdę mają włosy? :lol:
fajne opowiadanko, czekam na cd
tomzoR uwierz ze maja ;) moja kuzynka jak sie urodzila miala wlosy prawie po ramiona, rzadkie bo rzadkie ale miala ^^
noworodki z reguły maja wloski
Cytat: "tomzoR"''Włosy miały niezwykła barwę''
dawno nie widziałem noworodka, czy one naprawdę mają włosy? :lol:
Ja mialam.. krecone :) podobno pielegniarki robily mi malenkie kucyki.
Opowiadanie dobre
Na początku kilka błędów, ale widać, że wraz z pisaniem się rozkręcasz. Zakończenie napisane w naprawdę świetnym stylu. Pierwszy tekst na forum (od długiego czasu), na którego ciąg dalszy czekam z niecierpliwością ;)
ostatni noworodek jakiego widziałem to mój brat, było to 9 lat temu więc zapomniałem ;p
Kontynuacja moze dzis wieczorem :)
Objawienie
Minęło piętnaście lat od narodzin niezwykłego dziecka. Dokładnie dziś są urodziny Miguela. Miranda przygotowywała dla niego skromne przyjęcie. Piekła w piecu tort truskawkowy z truskawek z własnego poletka. Był to mały urodzinowy torcik, ale jaką mógł sprawić radość. Miguel niczego nie podejrzewając ścinał z ojcem w lesie drewno na meble dla stolarza. Kiedy naścinali zadowalającą ilość, włożyli wszystko do juk konia i ruszyli w drogę powrotną do domu. Niebo stawało się już granatowe i trzeba było się pospieszyć żeby bezpiecznie dotrzeć. Po rozładowaniu zawartości juk przed domem, ojciec z synem weszli do mieszkania. Tam czekał już na Miguela wspaniały tort i odświętna kolacja. Na jego twarzy zagościł uśmiech od ucha do ucha. Nawet łezka szczęścia spłynęła mu po policzku.
Po przyjęciu Miguel udał się na spoczynek do swego łóżka. Leżał przez pewien czas wpatrując się w sufit i kręcąc na palcu swe długie błękitne włosy. Myślał nad czymś. W końcu zmęczenie okazało się górą i chłopiec zasnął.
Pierwszy raz od dłuższego czasu Miguelowi coś się śniło. Znalazł się na środku pewnej polany porośniętej błękitnymi niezapominajkami. Wokół niego były tylko drzewa. Na wysokości kostek unosiła się lekka mgiełka. Jednak Miguel czuł, że coś jest inaczej, nie tak jak w zwykłych snach. Ten był, bowiem bardzo realistyczny. Wszystko wydawało się prawdziwe, jednak Miguel się nie bał. Wiedział ze coś się zaraz stanie, jednak instynktownie wyczuwał, że nie ma się czego obawiać. I rzeczywiście. Nagle niezapominajki ogarnęła niesamowita błękitna poświata. Wokół polany zaczęły zbierać się dziwne iskierki, które potem kumulowały się na jej środku, tuż przed Miguelem. Przybierały pewien kształt, na razie niewyraźny. Po chwili kontury ,,postaci" stały się już widoczne i można było dokładnie stwierdzić, że to, co właśnie znalazło się przed chłopcem to wielki lodowy wilk. To Fenrir przybrał właśnie tą postać i nawiedził Miguela we śnie.
- TY MÓJ CHŁOPCZE, JESTEŚ WYBRAŃCEM, NATCHNIONY ZOSTAŁEŚ MĄ MOCĄ, PRZEPEŁNIONY JESTEŚ MĄ ENERGIĄ. BĄDŹ DUMNY Z BYCIA PÓŁ-WILKIEM I ŻYJ Z HONOREM. ZOSTAŁEŚ WYBRANY, BY CZYNIĆ NA ŚWIECIE DOBRO I SPRAWIEDLIWOŚĆ W MYM IMIENIU. CZYŃ, WIĘC TO, AŻ PO ŚMIERĆ.
Przemówił Fenrir, po czym uniósł łeb ku niebu i zawył. Okrył go blask i zniknął. Miguel obudził się. Spojrzał na swe ręce i poczuł moc, jaką właśnie został napełniony. Został wybrany
Troche pozno ale jest :P ciag dajszy nastapi :P mzoe nawet dzis :)
Nadanie szlacheckiego rodu
10 lat po objawieniu.
Miguel był niezwykłą istotą. Posiadł wspaniałe umiejętności walki pod okiem przyjaciela jego ojca Nemrotha. Nauczył się wspaniale władać mieczami, miał niezwykłą umiejętność tworzenia różnych taktyk walk. Posiadł także wiedzę na temat kowalstwa w stopniu arcymistrzowskim. Kuł wspaniały oręż i zbroje. Dzięki sile, jaką zyskał w lesie podczas ścinania drzew z ojcem, mógł wytwarzać naprawdę wspaniałe przedmioty. Niestety, nie mógł cieszyć się swymi sukcesami razem z rodziną, gdyż 5 lat wcześniej rodzice jego zginęli podczas najazdu na miasto. Miguel walczył u boku ojca wytrwale i udało mu się przeżyć, jednak ojciec poniósł zbyt wiele ran, by przeżyć, zaś matka zginęła od zatrutej orczej strzały. Obiecał sobie, że stanie się wspaniałym kowalem właśnie dla rodziców, by móc wytwarzać zbroję i oręż dla obrony swego miasta.
Pewnego wieczoru, gdy Miguel skończył pracować w swej kuźni w i wracał do domu znajdującego się na skraju lasu, stało się coś nieprzewidywalnego. Orszak królewski, który właśnie powracał z odległego miasta został napadnięty przez hordę orków. Żołnierze królewscy walczyli zawzięcie i długo, lecz orków było zbyt wiele. Kiedy Miguel usłyszał brzęk mieczy w ferworze walki natychmiast ruszył w ich kierunku. Ujrzał walczących wokoło dyliżansu królewskiego żołnierzy wraz z orkami. Czym prędzej wyciągnął z zapasa swój własnoręcznie wykuty dwuręczny miecz i rzucił się na orki. Wspaniałe umiejętności walki pozwoliły mu zabić większości atakujących stworów, część jednak uciekła w popłochu do lasu. Po zakończonej walce, Miguel wytarł miecz z krwi i schował z powrotem za pas. Wnet z dyliżansu wyszedł sam król.
- Brawo młodzieńcze. Uratowałeś życie królowi. Ci żołnierze – pokazał na wyczerpanych wojowników i wielu poległych – z pewnością nie daliby im rady, gdyby nie Twoja odwaga i siła. Jakież Twe imię niezwykła istoto?
- Jestem Miguel, syn drwala. To dla mnie zaszczyt, że mogłem pomóc Tobie, Panie – powiedziawszy to Miguel ukłonił się lekko.
- To, co tu zaprezentowałeś jest godne wspaniałej nagrody. Proszę, wsiadaj do dyliżansu. Pojedziemy do mego zamku.
Pół-wilk zamarł ze zdziwienia. On, zwykły kowal, ma otrzymać nagrodę od samego króla.
Nie namyślając się dłużej wsiadł do wozu i wraz z królem i resztą jego orszaku ruszył do zamku.
Na miejscu król oddał młodzieńca w ręce królewskiej służby, by pokazano mu jego komnatę. Zaprowadzony został do wielkiego pokoju, w którym zmieściłyby się trzy jego domy. Na środku pod ścianą stało wielkie łoże, pod oknem biurko z piórem z najlepszego drewna, na ścianie naprzeciwko od łóżka stała wielka garderoba. Służba przyniosła mu wspaniałe ubrania i poinformowała, że jutro odbędzie się uroczystość z jego okazji i żeby wtedy przyodział się w te rzeczy. Następnie do komnaty wjechało na drewnianym wózku pełno przeróżnego jadła. Miguel nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się działo.
Po napełnieniu żołądka niezwykle smacznymi posiłkami, przebrał się w szatę do snu i pokierował swe kroki ku łóżku.
Rano obudziło Miguela granie trąb orkiestry królewskiej. Wstał powoli, przeciągnął się, poszedł umyć w balii z wodą stojącą pod oknem, ubrał wcześniej dostarczone mu szaty i opuścił komnatę. Pod drzwiami stała już piękna służąca, której zadaniem było zaprowadzenie Miguela do sali tronowej. Niewiele myśląc młodzieniec udał się za panną.
Kiedy dotarli na dół, przed salą tronową stał kanclerz króla i już czekał na pół-wilka. Pchnął wielkie wrota prowadzące do królewskiej Sali i oczom Miguela ukazała się niesamowicie wielka sala, którą wypełniali przeróżni ludzie, elfy, pół-elfy, a nawet kilka krasnoludów. Z szeroko otwartymi oczyma pełnymi zdziwienia wszedł niepewnie do komnaty i podążał przed siebie w stronę siedzącego na tronie króla. Rozbrzmiały trąby. Miguel był coraz bliżej. Kiedy wreszcie dotarł przed oblicze króla, ten rzekł:
- Ten oto młodzieniec wczoraj uratował mi życie! – Zwrócił się do ogółu król. Ludzie zaczęli wiwatować. – Gdyby nie jego brawura, odwaga, siła i niezwykłe umiejętności walki, nie było by mnie tu dzisiaj z wami! Czyn ten zasługuje na nagrodę! I to nie jakąś zwykłą nagrodę materialną! – Król powstał z tronu, chwycił swój królewski szczerbiec i zbliżył się do młodzieńca. – Mocą nadaną mi przez państwo i władzą, jaką posiadam, mianuję Cię Miguelu honorowym obrońcą królestwa Farlogath! – Król dotknął klęczącego przed nim młodzieńca szczerbcem dwa razy po obu ramionach. – Lecz to nie wszystko! – Oświadczył. – Istota taka jak Ty, z imponującymi umiejętnościami walki i odwagą, zasługuje na coś więcej. Nadaję Ci tytuł Barona, oraz przyznaję nazwisko szlacheckie – Over'luth – co oznacza ,,Wilcza Dusza". Jesteś od teraz szlachcicem Miguelu Over'luth. Żyj z honorem i szanuj swój tytuł aż po śmierć.
Po ceremonii nadania Miguelowi tytułu szlacheckiego odbyła się wielka biesiada na jego cześć. Trwała do wczesnego ranka. Następnego dnia, Miguel został ponownie wezwany do króla.
Przed jego pokojem znów stała ta sama służąca, czekająca tylko na jego wyjście, by móc go ponownie zaprowadzić do króla. Tym razem jednak miejscem docelowym nie była sala tronowa, lecz osobisty pokój władcy.
- Proszę Miguelu, usiądź wygodnie. – Powiedział z uśmiechem na twarzy król do Miguela, który właśnie przestąpił próg komnaty królewskiej. – Pozwól, że nie będę niepotrzebnie przedłużał tego, co musze Ci powiedzieć. Zaczerpnąłem na Twój temat trochę informacji z różnych źródeł, i dowiedziałem się, że jesteś nietuzinkowym kowalem, jednym z najlepszych w swym fachu, a także wspaniałym taktykiem, jeśli chodzi o walki. Mą propozycją, jest więc, byś został generałem wojska. – Mówiąc to król cały czas się uśmiechał, podczas gdy pół-wilk nie był w stanie wyrazić emocji. – Byłby to dla mnie wielki zaszczyt gdyby tak doświadczony i wspaniały wojownik mógł kierować mymi wojskami. Z pewnością królestwo byłoby wtedy bezpieczniejsze i silniejsze. Co Ty na to?
- To dla mnie wielkie zaskoczenie królu. Taka zwykła istota jak ja miałaby zostać generałem wojsk samego króla? To wręcz niesamowite... nie wiem, co powiedzieć... To dla mnie zdecydowanie wielki zaszczyt, ale... nie wiem czy zdołałbym poradzić sobie z tak wielką odpowiedzialnością. – Odpowiedział lekko zmieszany młodzieniec. – Czy mógłbym prosić o pewien czas do namysłu?
- Oczywiście młodzieńcze. Do niczego Cię nie zmuszam, jedynie staram się namówić do dobrej decyzji. Czeka Cię wiele profitów, jeśli tylko się zgodzisz. Część zamku będzie do Twojej dyspozycji, będziesz miał własnych służących i wszystko, czego tylko będziesz chciał.
Po wypowiedzeniu tych słów, król odprowadził Miguela do drzwi. Ten udał się spowrotem do swej komnaty. Rzucił się na łóżko i zaczął intensywnie myśleć.
Doszedł do wniosku, że stanie się szlachcicem, ze zwykłego chłopa, będzie nie łatwym zadaniem. Do tego posada generała królewskich wojsk... Nie mógł uwierzyć, że to wszystko stało się tylko dzięki jego uczciwemu życiu i niewiarygodnemu szczęściu.
Miguel w końcu zdecydował się na przyjęcie propozycji króla. Zszedł na dół i oznajmił swą decyzje władcy. Od teraz jego życie toczyło się już zupełnie innym rytmem...
Wojna o królestwo
7 lat po nadaniu tytułu szlacheckiego
Miguel siedział wygodnie w swym dębowym krześle przy stole, opierając lekko głowę na dłoni. Był w trakcie kreślenia planów nowej taktyki wojennej armii królewskiej. Nie miał pomysłu jak ustawić dziewiątą dywizję kuszników. Aż w końcu doznał olśnienia, chwycił w dłoń pióro, zamoczył je w kałamarzu i wykonał kilka pociągnięć na papierze. Plany były gotowe. Wstał zmęczony z krzesła, przeczesał delikatnie błękitne włosy, pogładził się po bródce i pokierował swe kroki ku komnacie sypialnej. Jego żona Tamara i sześcioletni syn Marquel spali już słodko. Miguel po cichu zdjął ubrania i położył się obok ukochanej. Spojrzał jeszcze tylko na synka, który wyglądał inaczej niż ojciec, ten zaś był człowiekiem, po czym zasnął.
Następnego dnia, w porze obiadowej, do pomieszczenia, w którym Miguel wraz z rodziną spożywali pieczonego dzika, wbiegł zziajany posłaniec.
- Generale! Mam złe wieści! Wracam właśnie z wyprawy szpiegowskiej w okolice legowisk wilkołaków. Te bestie mają zamiar napaść na królestwo! Będą tu za mniej więcej dwa dni!
- To rzeczywiście niedobre wieści. Wilkołaki to cwane stworzenia, które gotowe są na wszystko. Biegnij do króla z tą wiadomością. Powiedz mu, że za sześćdziesiąt ziaren zaczynamy gromadzenie i wyposażanie wojska.
Powiedziawszy te słowa Miguel wstał od stołu patrząc ze smutkiem na rodzinę, po czym wyszedł. Skierował swe kroki do sali obrad, w której czekał już na niego król.
- Królu, czy wiadomość od posłańca dotarła do Twych uszu?
- Owszem przyjacielu. To bardzo złe wieści. Wilkołaki są przebiegłymi istotami bez honoru. Wojna może być długa i trudna.
Generał Over'luth wraz z królem omawiali przez pewien czas to, co maja, zamiar zrobić, po czym Miguel wyruszył do koszar powiadomić wojska o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Żołnierze czym prędzej zaczęli się przygotowywać. Pół-wilk także udał się do swej osobistej zbrojowni, gdzie miał oręż i zbroje z najlepszych rud. Przywdział Jedną ze swoich najlepszych zbroi płytowych z azurytu, do pochwy od miecza włożył azurytowy miecz dwuręczny, na wierzch zbroi nałożył szarfę uszytą przez najznamienitszego krawca królewskiego z wyszytym herbem rodu Over'luth oraz nazwiskiem, na plecy narzucił złoty płaszcz szyty przez tegoż samego krawca, także z herbem i nazwiskiem. Pod pachę chwycił płytowy hełm i opuścił pomieszczenie. Wyszedł przed zamek gdzie czekało już na niego cale wojsko. Wskoczył na białego konia przyprowadzonego przez stajennego i ruszył w kierunku wojsk.
- Żołnierze!!! Za dwa dni czeka nas wielka bitwa, kto wie czy nie wojna!!! Niestety naszymi przeciwnikami są bestie przepełnione po szpik kości złem i rządzą krwi!!! Wrogowie nasi to wilkołaki!!! Dlatego już dzisiaj musimy zacząć przygotowania obronne by mieć nad nimi sporą przewagę!!! Może jest ich niewiele w porównaniu do nas, lecz są one dużo bardziej wytrzymałe niż ktokolwiek z nas!!! Potrafią przetrzymać pojedynczo natarcie dziesięciu takich jak Wy, i spokojnie ich zgładzić!!! Dlatego walkę tę musimy poprowadzić w sposób inteligentny i rozważny!!! Czy jesteście ze mną?!
- TAAAK!!! – Wykrzyknęli chórem wszyscy żołnierze unosząc w górę broń.
Rozpoczęło się ustawianie obrony królestwa. Największa część wojska stała przed tą częścią miasta, z której rzekomo mieli przybyć wrogowie. Reszta porozstawiana została w innych częściach, gdyby wilkołaki chciały napaść z kilku stron.
Po dokładnych przygotowaniach trwających dwa dni, omawianiu taktyk i sposobów walki z bestiami, wszystko było gotowe. Teraz pozostawało już tylko czekać.
Nareszcie. Na horyzoncie było widać już gromady pędzących w stronę wojsk krwiożerczych wilkołaków. Było ich około półtora tysiąca, na pięciu tysięcy żołnierzy królewskich. Miguel wjechał na swym koniu przed zgromadzone wojsko i zaczął przemowę:
- Żołnierze!!! Zbliża się walka waszego życia!!! Z pewnością wielu z nas polegnie, jednak czyż nie jest zaszczytem umrzeć w walce o swoje królestwo?! Musimy dać z siebie wszystko by obronić nasze domy i rodziny!!! Musimy przeciwstawić się tym bestiom!!! Czy jesteście ze mną?! Czy będzie ze mną walczyć o obronę królestwa?!
- TAAAK!!! TAAAK!!! TAAAAAAK!!! – Krzyczeli uradowani i pełni zapału żołnierze.
W tym momencie Miguel wydał pierwszą wojenną komendę:
- Formacja wojenna dwadzieścia cztery!!! Kusznicy na przód wojsk! Pikinierzy za nich! Za tymi zaś wojownicy w ciężkim uzbrojeniu!
Wszystko było już gotowe. Wojska z Generałem Over'luth'em na czele już tylko czekały na odpowiedni moment. Jednak na twarzy Miguela pojawił się tajemniczy uśmiech. Wilkołaki były już coraz bliżej. Lecz w pewnym momencie, gdy wbiegły na pewien obszar polany przed miastem, grunt spod części wilkołaków zapadł się. Była to sprytnie przygotowana przez Miguela pułapka. Szeroki rów o głębokości dwóch metrów z powbijanymi na sztorc zaostrzonymi palami. Nadszedł czas na kolejną komendę:
- Kusznicy!!! Przygotować się do strzału!!! Uwaga!!! Teraz!!! Salwa pierwsza!!!
Poleciał grad bełtów w kierunku bestii. Jednak Miguel wiedział, że nie ma szans aby je powstrzymać. Bełty powbijały się tylko w masywne ciała dzieci Gaverina, a te nawet nie zwróciły na to większej uwagi. Były niezwykle odporne. Poleciała druga salwa bełtów. To tylko ograniczyło to lekko ruchy bestii, lecz żadnej nie powaliło. Generał wydał komendę dla pikinierów. Kusznicy cofnęli się do tyłu, a ich miejsce zajęli żołnierze z długa bronią. Miguel wyciągnął z pochwy swój miecz i wydał okrzyk. Wilkołaki uderzyły bezpośrednio. Kilka z nich padło od powbijanych w serca pik, ale nie więcej niż dwudziestu. Reszta biegła dalej taranując wojsko. W ferwor walki pogrążyli się już Ci najsilniejsi żołnierze, w zbrojach płytowych i z miechami, obuchami oraz wojennymi widłami. Trzeba było conajmniej sześciu wojowników, by powalić wilkołaka. Na całe szczęście, wojska królewskie miały zdecydowaną przewagę liczebną nad bestiami. Jednak te nie poddawały się. Potrafiły jednym machnięciem łapy powalić pięciu żołnierzy naraz! To wielkie utrudnienie dla wojsk.
Over'luth walczył zawzięcie i zaparcie. Był naprawdę wspaniałym wojownikiem. Wojował w pojedynkę z jednym z wilkołaków i już prawie wygrał. Wilkołak zaczął nagle uciekać. Miguel biegł za nim by go dobić. I to był jego największy błąd. Wilkołak w końcu zatrzymał się i wznowił bój z Generałem. Nagle z trzech stron, praktycznie znikąd, pojawiły się trzy inne wilkołaki i zbliżyły się do walczących. Miguel i wilkołak, z którym walczył, przerwali potyczkę. Pół-wilk został otoczony z czterech stron. Nie widział do końca, co ma czynić. Czy rzucić się na nie? Czy spróbować uciekać? Było ich zbyt wiele, nawet jak na tak wspaniałego wojownika. W pewnym jednak momencie z oddali, spokojnym krokiem, zbliżył się kolejny likantrop. Jednak ten nie wyglądał tak samo jak reszta. Był dwa razy większy, z jego długich kłów spływała świeża krew, jego czerwone świecące ślepia wpatrywały się z zachwytem na otoczonego pół-wilka.
- Wreszcie się spotykamy... - Przemówił bardzo niskim, ochrypłym ludzkim głosem.
– Długo czekałem na ten dzień, kiedy będę mógł zniszczyć Wybrańca Fenrira, tego który miał sprowadzić na świat porządek i sprawiedliwość. Niestety, nie będzie Ci to dane marny pomiocie. – Powiedziawszy to wilkołak wykrzywił pysk w złowieszczym uśmiechu.
- Świat nigdy nie zostanie opanowany przez zło i takich jak Ty! Póki ja i inni tacy jak ja żyją nigdy do tego Ne dojdzie!
Po wypowiedzeniu tych słów cztery wilkołaki, wycofały się trochę do tyłu. Miguel zacisnął zęby i rzucił się na dziecię Luny. Ten zrobił unik i machnął łapą by zrzucić szlachcica z konia, jednak ten także uniknął ciosu. Odwrócił się w stronę bestii, uniósł miecz by zadać cięcie i w tym momencie... szpon wilkołaka przebił korpus zbroi... Ugodził Wybrańca w samo serce. Popłynęła błękitna krew... Miguel otworzył usta, ale nic nie powiedział. Zdołał jedynie ostatni raz machnąć mieczem i oślepił olbrzymiego likantropa .Ten wydał przeraźliwy ryk łapiąc się za zakrwawione oczodoły... Opuścił miejsce wraz z czterema innymi wilkołakami i udał się do lasu. Uciekając, wyryczał tylko:
- Bądź przeklęty!!! Cały Twój ród odpowie za to co mi uczyniłeś!!! CAŁY RÓD!!!
Bitwa dobiegła końca. Na polu walki leżało mnóstwo martwych ciał, i ludzkich i wilkołaczych. Jednak udało się, królestwo zostało uratowane. Wilkołaki poległy, jednak zabrały ze sobą cztery i pół tysiąca żołnierzy. Miasto i zamek były już bezpieczne.
Nadworni lekarze odnaleźli poległego Generała na oddalonym poletku. Zapłakali widząc go. Jednak jeden z nich wyczuł puls na szyi pół-wilka! Jeszcze żył, jeszcze nie opuścił tego padołu. Natychmiast wzięli go na nosze i przetransportowali ostrożnie do zamku. Zanieśli go do skrzydła szpitalnego. Po chwili stała koło niego już Tamara i Marquel płacząc.
Nagle Miguel otworzył oczy. Wypluł trochę krwi z ust i zaczął coś mamrotać w kierunku żony i syna. Ci musieli się bardzo nisko schylić w kierunku twarzy męża i ojca:
- Moi kochani... - zakaszlał lekko – Nie pozostało mi już dużo czasu... Niedługo, umrę i zostaniecie beze mnie... - westchnął głośno – Wiedzcie, że bardzo was Kocham, jesteście moim największym szczęściem, w całym moim życiu. Marquelu jesteś moim następcą, musisz kontynuować ród, pamiętaj czego Cię uczyłem, nigdy nie zapominaj o honorze i godności i podczas codziennego życia i podczas bitw, w Twych rękach spoczywa, odpowiedzialność, za imię naszego rodu, nie skalaj go żyj zgodnie z wolą Fenrira i bądź mu oddany – Marquel zapłakał gorzko i przytulił się lekko do ojca – co do Ciebie moja najukochańsza, opiekuj się naszym synem i dobrze go wychowaj, niech wyrośnie z niego... prawdziwy wojownik i obrońca dobra - Ponownie zakaszlał opluwając się krwią – jeszcze jedno Marquelu weź ten złoty płaszcz i szarfę z herbem naszego rodu... - Mówiąc to Miguel ponownie zakaszlał krwią i zaplamił szarfę – noś je z dumą by każdy wiedział że jesteś szlachcicem z rodu Over'luth, przekaż je potem swoim potomkom, niech także noszą je z dumą . Ty zaś Tamaro weź ten miecz przeze mnie wykuty i trzymaj... dla pamięci o wygranej wojnie z plugawymi wilkołakami - Tamara wzięła od męża splamiony wilkołacką krwią, dwuręczny miecz – żegnajcie moi kochani niech Fenrir ma was w swej opiece...
Powiedziawszy te słowa Miguel Over'luth – pierwszy ze szlachetnego rodu Wilczych Dusz zapadł w wieczny sen... Jednak pamięć o nim nigdy nie zaginie... Był wielkim wojownikiem, wspaniałym ojcem, a przede wszystkim pierwszym wybrańcem Fenrira...
komentarzyk mile widziany... aczkolwiek to jeszcze nie koniec! hrhr :D
Jakoś nie leży mi pisanie o czymś co niby ma mieć miejsce na DM, a jednocześnie w ogóle nie opiera się na historii DMa. Jakieś królestwa o nieznanych nazwach, królowie, wydarzenia, wojny z wilkami, miasta. Jeśli to jest coś poza DMowego to ok, ale w przeciwnym wypadku ciężko do czegoś takiego odnieść się w grze...
W opowiadaniu mowa o innym kontynencie, w dalszej jego czesci bedzie mowa o emigracji w strone Sosarii
fajne fajne fajne ;]
Potomkowie wielkiego Generała Over'luth'a
Około 20 lat po śmierci Generała Barona Miguela Over'luth'a
Funkcję Generała królewskich wojsk przejął teraz jedyny syn Miguela – Marquel. Nowym królem był zaś jedyny syn poprzedniego władcy. Marquel wraz z nim przeżywali dzieciństwo, bawili się, żyli razem. Teraz byli największymi przyjaciółmi. Ale nie o królu jest ta opowieść. O Marquelu zresztą też nie... Można jedynie powiedzieć, że przez setki lat nie było w królestwie Farlogath żadnej wojny oraz, że przez setki lat królestwo to znajdowało się pod rządami rodu królewskiego, tego samego, co za czasów Miguela, a funkcję generałów i taktyków wojennych obejmowali kolejni członkowie rodu Over'luth, jako że mieli w genach wspaniałe umiejętności walki i taktyki. Zgodnie z wolą Miguela jego płaszcz i szarfa były przekazywane kolejnym pokoleniom rodu, a jego własnoręcznie wykuty miecz wisiał na ścianie nad kominkiem w części zamku należącej do Over'luth'ów. Pewnego jednak dnia, jeden z kolejnych baronów rodu Over'luth – Dontres Over'luth – podczas jednej z wypraw wojennych został podstępem napadnięty, zabity i ograbiony ze wszystkiego, co posiadał. Jego zbroja została prawdopodobnie sprzedana, a co się stało z płaszczem i szarfą – po dziś dzień nie wiadomo. Jednak szlachetny ród ,,Wilczych Dusz" był dalej kontynuowany. Składał się już jednak tylko z przedstawicieli rasy ludzkiej. Miguel był jak dotychczas jedynym pół-wilkiem w rodzie. Ale to, co stało się 750 lat po jego śmierci, na pewno nie było przypadkiem...
Było południe następnego dnia. Grimor potomek rodu Over'luth, wraz ze swymi wojownikami właśnie zajeżdżali do zamku. Baron czymprędzej zeskoczył z konia, zdjął zbroję i popędził do komnaty żony. Musiał się dowiedzieć czy wszystko z nią w porządku. Na szczęście nic złego się nie działo. Laura leżała spokojnie w wielkim łożu, przykryta po pas pierzyną. Trzymała się rękoma za wielki brzuch. Uśmiechnęła się lekko do męża.
- Jak się czujesz kochanie? – Zapytał troskliwie Grimor.
- Ach... bardzo dobrze. Maleństwo strasznie kopie. Czuje ze lada chwila może się zacząć poród, ale to tylko moje przeczucie. – Odparła Laura.
Grimor podszedł do ukochanej i położył się obok. Pocałował ją delikatnie w policzek, porozmawiali chwile i oboje zasneli.
- Kochanie... Kochanie obudź się – mówiła do śpiącego obok Grimor Laura targając go lekko za ramię – Grim, obudź się.
- hymmhm ehm... - wymamrotał coś bezsensownego Grimor – Co chcesz kochanie?? – Powiedział zaspany Grimor.
- To chyba już... chyba już czas najwyższy na wydanie na świat Twego potomka.
Po tych słowach Generał szybko otworzył oczy i zerwał się z łóżka.
- Zaraz! Jak to?! Tak już teraz?! – mówił zaskoczony – Ale... ale... No dobra... więc trzeba lekarza czymprędzej wezwać! Wybiegł szybko z komnaty i pognał w kierunku skrzydła szpitalnego. Poród przebiegł pomyślnie, a Grimor stał się szczęśliwym ojcem.
Za oknem komnaty słychać właśnie było wycie dziesiątek wilków. Zamek był przez nie otoczony. Na niebie widniał księżyc w pełni, w stronę którego wszystkie wilki miały uniesione łby. Pośród nich był jeszcze jeden, nieco różniący się od reszty wilk... Wyglądał niczym duch...
Lekarz wrócił do rzeczywistości, owinął maleństwo w materiał i przekazał noworodka matce.
- Lauro, jesteś matką tego... tego niezwykłego chłopca. – Wręczył leżącej na łożu i wyczerpanej Laurze jej dziecko.
Ta spojrzała na nie i uśmiechnęła się przez łzy szczęścia.
- Grimorze! Zobacz! Ono wygląda tak samo jak opisywany w legendach Twój przodek – Miguel Over'luth! Ono jest... Pół-wilkiem... Jest darem od samego Fenrira...
Grimor wstał niepewnie z ziemi i zbliżył się do łóżka żony
- Tak... masz świętą rację, to dziecko, nasze dziecko, jest darem od Fenrira. Jest ono wybrańcem.
Gdy to mówił, na jego twarzy pojawiło się kilka łez, łez radości.
- Nazwiemy go Ishen kochanie – Powiedziała Laura – Ishen, czyli ,,Wyzwolony".
Ojciec przytaknął i przytulił się do żony. Był naprawdę szczęśliwy...
Tego dnia były piąte urodziny małego pół-wilka. Z tej okazji urządzone zostało wielkie przyjęcie z mnóstwem gości, masą prezentów i jedzenia. Tego też dnia Laura zakończyła siódmy miesiąc kolejnej ciąży.
Po przyjęciu urodzinowym Ishena wszyscy rozeszli się do domów. Solenizant wraz z rodziną także udał się na wieczorny spoczynek. Następny dzień miał być bowiem dla Ishena dniem rozpoczynającym nowy tryb życia.
Z samego rana Grimor wziął syna do części treningowej zamku. Przedstawił mu nowych nauczycieli i oznajmij, że od dzisiaj to właśnie tu będzie spędzał większość dni na treningach walki, siły, zręczności i umysłu. To właśnie tu Ishen spędził kolejne dziesięć lat...
Minęło siedem i pół miesiąca od piątych urodzin młodego pół-wilka. Od tamtego czasu dzień w dzień uprawiał ciężkie treningi pod okiem najwybitniejszych mistrzów walki i mentorów. Mogłoby się wydawać, że to przesada, lecz w tym rodzie poważnie traktowano umiejętności obrony i walki, nie mówiąc już o zachowaniu tradycji. Jednak czemu poddawany był Ishen przez te siedem miesięcy, to nic w porównaniu do tego, co miało stać się tej nocy...
Nie tylko w zamku panowało poruszenie. Las Frenolien, oddalony od królestwa o dobrych pięć tysięcy kroków, wypełniał się coraz bardziej swoimi istotami – wilkami wszelkiej rasy i maści. Setki wilków kierowały się ku jakiemuś nieznanemu miejscu. Im bliżej się go znajdowały, tym więcej wilków szło już obok siebie. Było ich coraz więcej. Musiał być jakiś powód, dla którego nawet takie rasy wilków jak Śnieżne czy Lodowe przybyły do tak odległego od swego domu miejsca. Wilki zbierały się zewsząd i podążały ku temu samemu miejscu. Aż wreszcie dotarły do upragnionego miejsca. Setki zwierząt znajdowały się właśnie na polanie. Tak... To była ta sama polana, na której dokładnie 787 lat temu zstąpił na ziemię Fenrir. Nagle Dom Księżycowego Blasku ogarnęło błękitne światło. Niezapominajki rosnące na całej polanie ponownie wyrzuciły z siebie tysiące iskierek skaczących w powietrzu niczym małe świerszcze. Poczęły gromadzić się w centralnej części łąki i tworzyć kształt... kształt, który stawał się coraz bardziej wyraźny... Wilki zgromadzone wokoło zaczęły wyć do księżyca. Jednak tym razem działo się trochę inaczej. Z wyjących wilków także wydobyły się iskierki... z każdego po jednym małym światełku i leciały w stronę kształtu świetlnego na środku polanki. Była to energia życiowa każdego ze stworzeń biorącego właśnie udział w wydarzeniu. Połączyła się ona z kształtem i wtedy stało się... Światło rozbłysło i zyskało kontury... Na ziemi stanęły cztery masywne wilcze łapy, na nich osadzony był korpus potężnego lodowego wilka, a na tym zaś głowa Wielkiego Fenrira, który ponownie przybrał postać najbardziej wielbionego stworzenia – Lodowego Wilka. Sam zawył w stronę księżyca przeciągle, następnie opuścił łeb, wywarczał coś do zebranych, Ci rozsunęli się tworząc Duchowi przejście. Fenrir pełen gracji i dumy ruszył przed siebie galopem, a za nim pognała reszta wilków. Cel ich podróży był wiadomy... Zamek Wilczych Dusz.
Poród rozpoczął się. Laura już niedługo miała wydać na świat drugiego już potomka Grimora Over'luth'a. Nic więc dziwnego że był on niezmiernie uradowany i szczęśliwy z tego faktu.
Wilki pędziły przez las niczym wiatr. Podążały wiernie za swym opiekunem duchowym do miejsca przeznaczenia. Były już na skraju lasu. Tak. Widać już zamek. Zwolniły. Zwolniły wszystkie poza Fenrirem. Ten gnał dalej w kierunku Zamku. Reszta wilków oddaliła się jeszcze trochę od lasu i zatrzymała się. Spoglądały na Lodowego Wilka jak biegnie coraz szybciej. Nagle uniósł się w powietrze i poszybował niczym ptak. Przeleciał nad fortyfikacjami zamku i zawisł przed oknem komnaty, w której właśnie rozpoczęło się odbieranie porodu. Fenrir przekrzywił lekko łeb, by lepiej widzieć sytuację panującą wewnątrz. Lekarz właśnie chwycił dziecięcą główkę. Doskonale było widać, że był zaskoczony, ale po chwili wrócił do rzeczywistości. W tym momencie Duchowy Wilk wykrzywił pysk w wyraźnym uśmiechu. Przyglądał się jak w środku komnaty stoją przy drzwiach dwoje starszych ludzi. Byli to dziadkowie Ishena. Obejmowali się i także uśmiechali. Dokładnie w tym momencie wszystko się skończyło. Lekarz odebrał poród. Niesamowity był widok z perspektywy Fenrira, kiedy to prawie wszyscy świadkowie narodzin zaniemówili i pobledli. Powodem tego, było coś, wręcz wydawałoby się, niemożliwego. Mała istotka spoczywająca właśnie w ramionach odbierającego poród lekarza, wyglądała identycznie jak jej starsze rodzeństwo! Natchnął rodzeństwo swą mocą w momencie poczęcia, bo wiedział, że obu braciom będzie łatwiej wypełnić proroctwo, niżeli jednemu z nich. Owszem – braciom – gdyż dopiero co narodzone dziecię także było chłopcem. Lekarz cały czas trzymał w dłoniach milczącego noworodka, będąc w lekkim szoku. W tym samym czasie za oknem, Lodowego Wilka, niewidzialnego dla oczu zwykłych ludzi, przeszył od środka snop światła. Uniósł w górę łeb i zawył donośnie. Po chwili można było już słyszeć wycie całej reszty wilków znajdujących się w oddali. Duchowa postać zatraciła już swe kontury, stała się wirującym obłoczkiem. Ale stało się coś dziwnego. Obłoczek rozdzielił się na dwoje, wydalając przy tym niezwykle silne światło, które dostrzegli nawet obecni wewnątrz zamku. Pomyśleli jednak ze to nic innego jak błyskawica w oddali i nie zwracali na to większej uwagi. Jeden obłoczek poszybował w dół, omijając mur i kilka drzew. W końcu dotarł do komnaty, w której właśnie słodko spał Ishen. Przeleciał przez okiennicę i wstąpił w ciało Ishena. Ten tylko lekko drgnął, wziął przez sen głęboki oddech i odwrócił się na drugi bok. Zaś błękitna chmurka iskierek, która pozostała u góry, przy miejscu narodzin młodego pół-wilka, przedostała się przez zamknięte okno i wstąpiła w małe ciałko na wysokości serduszka. Wtedy to noworodek wydał z siebie pierwszy płacz. Laura z nadmiernego zmęczenia straciła przytomność, toteż lekarz wręczył ,,Wybrańca" ojcu, który cały czas nie mógł uwierzyć w to, co właśnie się stało. Było to ponad jego siły. Nie wiedział, co robić. Zdawał sobie sprawę, że miał z tym na pewno do czynienia sam Duch Wolności, Fenrir, ale nie mógł pojąć, co to mogło oznaczać, dlaczego akurat dwoje dzieci zostało wybranych. Jego brak myślenia przerwała Laura, która odzyskała przytomność i poprosiła o dziecko. Gdy zobaczyła je, zapłakała. Jednak szybko zdała sobie sprawę, że to nie bez powodu, że jej kolejny syn jest wybrańcem – wybrańcem mającym taki sam cel życia jak jego starszy brat – uwolnić świat od nienawiści i niesprawiedliwości.
- Grimorze – mówiła przez łzy Laura – Grimorze, zobacz... To nasz syn... Kolejny... kolejny wybraniec... - zaszlochała głośniej – Grimorze, czyż to nie wspaniałe? Czyż to nie jest niesamowite?
- Nazwiemy go... nazwiemy go Dullahan, czyli ,,Wieczny". Dullahan Over'luth – ,,Wieczna Wilcza Dusza". – powiedział generał
Minęło dziesięć lat od narodzin kolejnego członka Over'luth'ów. Dullahan wyrósł na wysokiego i silnego pół-wilka, nie wspominając już o Ishenie, który w wieku piętnastu lat dorównywał w walce niejednemu wspaniałemu wojownikowi. Dullahan od pięciu lat uprawiał regularne treningi walki, siły, intelektu i zręczności, jak niegdyś jego brat. Upodobał sobie bardzo posługiwanie się broniami obuchowymi, takimi jak gwiazda zaranna czy młot bojowy. W wieku lat dziesięciu opanował wiedzę na temat walki tym rodzajem broni w stopniu, w jakim posiadało ją większość żołnierzy garnizonu królewskiego. I to nie dlatego, że żołnierze Ci byli jacyś słabi, marni czy leniwi, lecz dlatego, że Dullahan był bardzo pojętnym i mądrym uczniem.
Poza treningami walk bracia przechodzili szkolenie kaligrafii, geografii, podstawowej wiedzy o broni a także każdy z nich szkolił się w upodobanym przez siebie zawodzie. Ishen kochał majsterkować. Mógłby całymi dniami siedzieć w warsztacie nadwornego kowala i zajmować się tworzeniem czegoś z niczego. Dullahan z kolei bardzo lubił szyć. Może i wydawałoby się to dziwne, że taki młody chłopiec, mógł lubić takie zajęcie. Jednak wyroby, jakie wykonywał po pewnym czasie szkolenia u królewskiego mistrza krawiectwa, były wyjątkowe. Zadziwiał swoimi zdolnościami nie tylko rodziców, ale i samego króla.
Bracia mieszkali w dwóch sąsiednich komnatach. Obie były wielkości niejednego wiejskiego domku. Wystrój każdej z komnat wybierali osobiście sami ich mieszkańcy. Na ścianie w pokoju Dullahana wisiało sporo jego krawieckich dzieł, na przykład uszyta z ognistej demoniej skóry utwardzana tunika. Pokój Ishena zaś był skromny i prawie pusty. Były tam tylko niezbędne rzeczy takie jak łóżko, garderoba, biurko i inne potrzebne meble. Jednak miał upodobanie do wszelkiego rodzaju dywanów, gobelinów i proporców. Tak więc na podłodze rozłożony był wielki dywan na całą komnatę, a na ścianie wisiały przeróżne gobeliny z wizerunkami wilków, lasów i członków rodziny.
Była już ciemna noc. Niebo było bardzo zachmurzone toteż nie widać było ani jednej gwiazdy i jedynie księżyc lekko prześwitywał przez płaszcz chmur. Wszyscy w zamku spali, oczywiście poza strażnikami pilnującymi wejścia do zamku i siedzącymi na wieżach. Pół-wilczy bracia także słodko spali, każdy w swej komnacie. Dullahan właśnie obrócił się na drugi bok. Nagle poza zamkowymi murami zabrzmiało głośne wilcze wycie. Pokoje Ishena i Dullahana wypełniło błękitne światło, którego znikło tak samo szybko jak się pokazało. Obaj bracia w tym samym monecie wzięli głęboki oddech i ukazały im się obrazy...
*Co ja tu robię? – Pomyślał młody Dullahan, nie zdając sobie sprawy, że to sen, gdyż był bardzo realistyczny. – Gdzie ja jestem? – Rozejrzał się wokoło. Jednak dookoła niego był tylko las. On sam stał na jakiejś polanie, której nigdy wcześniej nie widział. Porośnięta była cała małymi błękitnymi niezapominajkami. Nagle na wysokości jego kostek utworzyła się lekka mgiełka... Z niezapominajkowych płatków sypnęły ku górze setki świetlistych iskierek. Pół-wilk wzdrygnął się lekko wystraszony, ale szybko odzyskał równowagę. Dostrzegł, że przed nim zaczyna się pojawiać. Maleńkie światełka z kwiatów leciały ku centrum polany i zaczęły cos formować. Chłopiec wiedział, że zaraz coś się stanie, jednak ani przez chwilę nie pomyślałby by uciekać, czy chociaż się obawiać, tego, co ma nadejść. Po chwili przed młodzieńcem ukazał wielki Lodowy Wilk. Sama jego głowa była wielkości jednego zwykłego wilka. Nic dziwnego, że Dullahan poczuł się dziwnie mały. Wtedy Duchowy Wilk przemówił.
- DULLAHANIE. ZOSTAŁEŚ WYBRANY. TWOJA ŚCIEŻKA ŻYCIOWA POPROWADZI CIĘ PRZEZ WIELE TRUDÓW I ZMAGAŃ, JEDNAK W KOŃCU DOTRZESZ DO TEGO, CO JEST CI PRZEZNACZONE. ŻYJ Z MYMI SŁOWAMI W SERCU, Z HONOREM I GODNOŚCIĄ. ZOSTAŁEŚ WYBRANY, BY WYPEŁNIĆ TO, CO NIEUNIKNIONE.
Wilk zamilkł. Uniósł łeb ku niebu, zawył i rozpłynął się w powietrzu, pozostawiając tylko setki małych iskierek powoli gasnących. Obrazy przed oczyma chłopca zaczęły się rozmywać...
Dullahan zerwał się z łóżka. Dyszał głośno, lecz spokojnie. Jeszcze raz przeanalizował słowa Fenrira, które właśnie usłyszał. Wstał z łóżka i chciał iść powiedzieć bratu co mu się przyśniło. Podszedł do drzwi i gdy tylko je otworzył zobaczył przed nimi Ishena.
- Bracie... - powiedział cicho Dullahan. – Miałem sen...
- Tak, wiem. Ja także go miałem. Ukazał nam się Fenrir. Oświadczył, że zostaliśmy wybrani do wypełniania jakiegoś zadania. Wszystko wiem... Teraz idź spać młodszy bracie. Jutro opowiemy wszystko rodzicom.
Dullahan uśmiechnął się wesoło do Ishena, ten odwzajemnił uśmiech i obaj powrócili do łóżek.
Następnego dnia podczas śniadania bracia opowiedzieli wszystko najbliższym. Powiedzieli, że Fenrir ukazał się w ich snach i nakazał na wyruszenie w podróż po świecie, by wypełnić to, co jest im przeznaczone. Grimorowi i Laurze trudno było przyjąć do wiadomości to, że ich jedyni potomkowie będą niedługo musieli opuścić rodzinny dom. Nie mogli jednak przeciwstawić się woli samego Fenrira. Przyjęli do wiadomości to, co usłyszeli od dzieci i zdecydowali o wydłużeniu treningów dziennych obu braci, aby lepiej ich przygotować do podróży.
heh CDN ?
Rozpoczęcie wędrówki życia
5 lat później
Ishen pakował dokładnie wszystkie potrzebne na podróż rzeczy. Nie wiedział bowiem ile czasu będzie poza wszelką cywilizacją, więc musiał się jak najdokładniej zabezpieczyć na każdą okoliczność. Do jednego z plecaków zapakował skórzane zbroje uszyte przez Dullahana, jak mówił – na szczęście. Do innego załadował kilka swoich wymajsterkowanych przedmiotów, które mogły mu ułatwić wędrówkę. Kiedy skończył, wyszedł wraz z pakunkami przed zamek gdzie czekała na niego już rodzina, dwa juczne konie i piękny biały ogier. Włożył do juk wszystkie pakunki. Drugi juczny koń załadowany był jedzeniem i napojami.
- Kochanie, masz dopiero dwadzieścia lat... nie musisz przecież jeszcze wyjeżdżać. – Mówiła smutna Laura do syna. – Zostań jeszcze z nami.
- Ech matko... Musze wyruszyć w swą podróż właśnie teraz, póki jestem jeszcze młody, a nie kiedy będę już stary i nie będę mógł się ruszać – powiedział Ishen z uśmiechem na ustach.
- On ma rację ukochana – postawił się za synem Grimor – niech wyruszy w podróż teraz, jak nakazał Fenrir, niech wypełni swoje przeznaczenie.
- Mamo... tato... - wtrącił się do rozmowy Dullahan – dlaczego ja nie mogę także wyruszyć już w swoją życiową podróż? Przecież Fenrir objawił się nam obu i nakazał nam obu wypełnić swoje przeznaczenie podczas życiowej podróży... - mówił smutny pół-wilk.
- O nie młodzieńcze. Tobie na pewno nie pozwolimy jeszcze opuścić domu. Masz dopiero piętnaście lat, a to zdecydowanie za mało tak trudną i niebezpieczną wyprawę. – Odpowiedziała Dullahanowi stanowczo matka.
- I tutaj muszę jednak zgodzić się z matką – Zaśmiał się głośno Grimor.
- Ech... - opuścił głowę smutny młodzieniec.
- Bracie – zbliżył się do Dullahana Ishen – niedługo także wyruszysz w swą podróż, i kto wie czy się nie spotkamy. Póki co także musze przyznać rację matce. Musisz się jeszcze wiele nauczyć zanim rozpoczniesz wędrówkę.
- No dobrze bracie – odpowiedział już lekko pocieszony Dullahan, który zawsze widział w starszym bracie autorytet, – ale za pięć lat ja także opuszczę ten zamek i to miasto w poszukiwaniu swego przeznaczenia.
- Haha... oczywiście, będę na Ciebie czekał w którymś z odległych miast.
Pożegnanie trwało jeszcze chwile, nawet sam król przyszedł pożegnać się z Ishenem i życzyć mu powodzenia. W końcu pół-wilk wskoczył na swego ogiera i odjechał. Dullahan wraz z Laurą i Grimorem stali jeszcze przez chwilę i machali na pożegnanie ,,dorosłemu" pół-wilkowi, który właśnie wyruszył w podróż.
- Przynajmniej Ty nam jeszcze zostałeś kochanie – powiedziała śmiejąc się lekko do syna Laura, – ale za 5 lat Ty także nas opuścisz... póki, co cieszmy się pozostałym nam czasem. Powiedziawszy te słowa cała trójka powróciła do zamku.
Już następnego dnia Dullahan powrócił do rutynowych treningów, lecz teraz był jeszcze bardziej zawzięty w tym, co robił jak nigdy dotąd. Spowodował to wyjazd brata i chęć dorównania mu jak najszybciej. I rzeczywiście dorównał mu w nadzwyczaj krótkim czasie. Trenował walkę obuchami dzień w dzień pod okiem mistrza Kulratha, wraz z kilkoma żołnierzami wyruszał na polowania, na których ćwiczył taktykę walki ze zwierzyną oraz wypróbowywał wszelkie miejsca, w jakie trafiać je by zabić jak najszybciej.
Dullahan miał 19 lat. Coraz szybciej nadchodził dzień, w którym miał opuścić rodzinę i podążyć w ślady brata. Osiągnął już pełną wiedzę na temat posługiwania się młotami i nie nauczy się nic więcej w murach zamku. Resztę szkolenia musi już przejść samodzielnie w lasach, jaskiniach i innych miejscach pełnych plugastwa. Co do jego umiejętności krawieckich – dorównał w nich swemu mistrzowi i za wszelką cenę chciał je jeszcze zwiększyć. Jednak tajniki arcymistrzowstwa w tym fachu tkwiły w umysłach niewielu krawców w całej Sossarii i dlatego też Dullahan chciał ich odnaleźć by mu je przekazali. Odkąd jego brat odszedł, zajął się jeszcze jednym fachem, bardzo przydatnym dla wojowników. Mianowicie zaczął pobierać nauki u nadwornego alchemika, który przekazał mu wiedzę na temat wytwarzania wszelkiego rodzaju mikstur – zwiększających tymczasowo siłę, zręczność, leczącą z trucizny lub zasklepiającą rany.
Dullahan postanowił, że opuści dom w dniu po dwudziestych urodzinach, czyli pozostały jeszcze trzy dni. Jednak zaczął przygotowywać się dużo wcześniej. Uszył sobie sporo par zbroi utwardzanych ze skór ognistych i kamiennych. Przygotował sobie także kilka przedmiotów, jakie dostał od brata przed jego odejściem. Zlecił także nadwornym kucharzom na przygotowanie sporej ilości sytego jadła i trochę alkoholu na rozgrzanie w zimne noce. Jeszcze przed urodzinami wszystko było gotowe do wyjazdu. Dullahan nie mógł się już doczekać, z drugiej strony jednak smucił się, że musi opuścić dom i ukochaną matkę i ojca. Ale nie mógł przecież sprzeciwić się woli samego Fenrira. Zresztą nawet nie miał takiego zamiaru.
W końcu... Nadszedł wyczekiwany z niecierpliwością przez pół-wilka dzień. Dzień, w którym to miał wyruszyć w swoją życiową podróż, podróż zapowiedzianą w śnie przez Lodowego Wilka, Ducha Wolności – Fenrira. Dullahan nie mógł ani nie potrafił w żaden sposób ukryć podniecenia, jakie go opanowało na myśl o wyjeździe. Był gotów, gotów zarówno fizycznie jak i psychicznie. Pozostało już tylko załadować wszystko na juczne konie i można było ruszać...
- Grimorze... to niesamowite... to naprawdę niesamowite jak te pięć lat szybko zleciało... Przecież dopiero co nasz mały Ishen nas opuścił a teraz – tu Laura lekko zapłakała – a teraz przyszła pora na Dullahana. – Mówiła smutno żona Grimora.
- Tak... - powiedział przeciągliwie Grimor – ale tak mu było pisane, tak było pisane też nam, że wydamy na świat wybrańców, którzy będą musieli wyruszyć w daleką podróż. Dziś nadszedł czas na naszego drugiego syna.
Rozmowę zatroskanych rodziców przerwał posłaniec, który właśnie wszedł do ich komnaty.
- Generale, pani Lauro, panicz Dullahan prosi o waszą obecność przed zamkiem, gdyż ma zamiar niedługo odjeżdżać.
- Ech... To już... - Westchnęła cicho Laura. – chodźmy ukochany.
Laura wraz z Grimorem opuścili komnatę i poszli przed zamek. Dullahan czekał już tam z pełnym pakunkiem i gotów do drogi...
- Matko, ojcze – zwrócił się przyszły podróżnik do rodziców – za chwilę odjadę i nie zobaczymy się już prawdopodobnie przez bardzo długi okres czasu. Może nawet już nigdy się nie zobaczymy, w co raczej nie wierzę. Chciałem wam tylko podziękować, podziękować za wszystko to, co dla mnie zrobiliście. Za to że mnie wychowaliście tak a nie inaczej. Jestem dumny z tego, ze jestem waszym synem.
- Synku... - mówiła zalana łzami Laura – twe słowa są niczym najpiękniejsza ptasia pieść dla mych uszu. Jest mi i ojcu bardzo smutno, że i Ty musisz nas opuścić, tak jak Twój brat pięć lat temu. Rozumiemy jednak, że ma innego wyjścia, bo i ty tego chcesz i Fenrir tego chciał. Bądź ostrożny na nowej drodze życia i niech Twój duch opiekun ma Cię w swej opiece.
- Synu – mówił drżącym głosem Grimor – mnie także jest trudno z tym, że musisz opuścić dom, ale jest to nieuniknione. Nie będę owijał w bawełnę. Chcę tylko życzyć Ci bezpiecznej i szczęśliwej podróży. Pamiętaj także, kim jesteś. Pamiętaj, że jesteś członkiem szlachetnego rodu Over'luth'ów. Nie splam imienia naszego rodu w żaden sposób. Żyj zgodnie z zasadami panującymi w naszym rodzie od stuleci oraz bądź honorowy i pełen godności i dumy. Masz być, z czego dumnym. Jesteś wybrańcem ze szlachetnego rodu. Nigdy o tym nie zapomnij.
Po długim pożegnaniu Dullahan przytulił się do obojga rodziców, wskoczył na czarnego niczym węgiel rumaka i pognał przed siebie. Laura wraz z Grimorem patrzyli za nim do czasu aż nie zniknął w gęstwinie drzew lasu Frenolien. Stało się... Obaj bracia wyruszyli w świat w poszukiwaniu swego przeznaczenia... W życiu Dullahana rozpoczął się nowy, najdłuższy rozdział....
ciag dalszy nastapil... oraz i koniec opowiesci :P
a wydanie ultimowe kiedy?
Jak znajde czas wlasnie wtedy :P ale nie myslalem o tym... Skoro ktos tego chce to czemu nie...