Sny o potędze
Wstęp
Świątynia pieła się ku niebu w blasku wschodzącego księżyca. Przynajmniej dla jej starych mieszkańców takie sprawiała wrażenie. Wysoka, stożkowata struktura mieniła się delikatnym, nienaturalnym blaskiem bijącym z każdej drobnej szczeliny. Była pierwszym znakiem odrodzenia. Dawne, niskie ruiny, które niegdyś stanowiły centrum kultu odeszły w zapomnienie, stanowiąc teraz fundamenty nowo powstałej budowli. Świątyni wzniesionej na bólu Jej wiernych i za krwawe pieniądze Jej dzieci. Górowała nad całą wyspą, otoczona rzadką dżunglą i skromnymi budynkami mieszkalnymi z bambusa. Strome schody, z ociosanych rękami kamieni, prowadziły wysoko ku szczytowi i wejściu do środka - do centrum kultu jednocześnie tak delikatnego, tak dobrego i tak brutalnego.
Na szczycie schodów stał on - człowiek pełen kontrastów jak całe to miejsce. Wysoki mężczyzna, o posturze i wyglądzie barbarzyńcy, lecz twarzy cywilizowanego człowieka. Długie, czarne włosy, gdzieniegdzie splatane w warkocze o różnej długości, spływały w dół po jego plecach. Twarz pokrywał gęsty, lecz zadbany zarost. Oczy mądre i spokojne, lecz zza nich patrzyły na świat kolejne warstwy osoby. Nie, nie miał żadnych blizn, ani tatuaży. Nawet gdyby bardzo chciał to wszystko znikało z jego ciała po jednym dniu. Ubrany w proste zbroje skórzane, w ręku dzierżył azurytową włócznię. Dodać mu tylko ładną zbroję, 5 minut u fryzjera i mógłby uchodzić w mieście za bogatego, szlachetnego rycerza. Z resztą nie raz już robił takie przemiany. Popatrzył chwilę na broń w swojej dłoni. To jedna z tych pamiątek, która przywołuje resztki dawnej pamięci, dni bólu, samotności i porzucenia. Czasy się zmieniły, on sam się zmienił... a może to tylko wszystko na około jest inne.
Sny o potędze nie są już tak wyraźne, lecz wciąż tlą się w duszy. Martwił się, że zaczyna zadowalać się ,,ochłapami". Cel ostateczny wciąż jest tam na horyzoncie. Boskość czeka...
Uzyskał tak wiele. Tak dużo przelał krwi, on... Wiedział, że to on. Nie było już rozróżnienia między Nim, a nim. Czuł pewną dumę, że tak szybko ujarzmił samego siebie... z Jej pomocą. Imię Jego budziło grozę. Pomiot, rzeźnik, bestia... Różnie Go nazywali, wszyscy bali się tak samo. Ci, którzy znali Alfe bliżej, szanowali. Podobno wierzono nawet, iż jest nieśmiertelny. Inkwizycje powstawały i upadały, lecz on był wciąż nieuchwytny. Tak długo na to pracował, choć to tylko jeden z przystanków ku przeznaczeniu. Boskość Gaverina, lecz bez jego wad. Pychy, szaleństwa, zaślepienia, któremu uległ. Pies... Jednak to obosieczny miecz. Gaverin już podjął jedną próbę ogarnięcia go. Nieskuteczną dzięki Niej. Furia, która prowadzi niektórych braci, oddaje ich tylko w jego władanie. Nigdy nie będą ponad nim, na zawsze jedynie marionetkami jego woli. Chce całość albo nic. Gaverin odejdzie w zapomnienie, a jego miejsce zajmie on. Tak jak nowa świątynia Luny wyrosła na szczycie dawnych świętych ruin.
Szpon ogarniał wzrokiem ze szczytu schodów większość wyspy. Wierni pochowali się do swych chat. Ognie na zewnątrz z wolna przygasały. Czas się zbliżał. Uważał za swoją ułomność to, iż nie mógł powstrzymać swej przemiany, mimo, iż w pełni zachowywał świadomość swego umysłu. Na pewne rzeczy przyjdzie jeszcze czas. Wciągnął do płuc świeże, wieczorne powietrze morskie. Wyprostował się, uniósł oczy ku gwiazdom... Śnij moje dziecie...