DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Ilidrius w 2007 09 17, 21:46:00

Tytuł: Jedna z alternatyw końca
Wiadomość wysłana przez: Ilidrius w 2007 09 17, 21:46:00
*ostatnia nadpalona kartka z księgi znalezionej w zgliszczach Brytanii*

Rok 666

I dotarł wreszcie na sam koniec. Tutaj, dzisiaj... na zawszę. Ktoś mu kiedyś powiedział, że nie da się przegrać. Przegrana to tylko konsekwencja działań, twoich, moich, czy zupełnie kogoś innego. Zastanawiał się nad tym aspektem tysiące razy. Te ostatnie lata, przepełnione były samotnością, bólem i goryczą. W jednym dniu stracił wszystko, co miał. By teraz, właśnie w tym momencie, analizując każdą z przeżytych chwil, dojść do wniosku, że tak na prawdę to nie przegrał. To oni przegrali... Ci którzy byli pewni, że nie wytrzyma. On zresztą też tak myślał, do teraz. Uświadamia sobie, że to co było, nie zniknęło bezpowrotnie... zeszło na inny tor, zeszło w dalszy plan, by jego umysł, zbolałe serce mogły zaakceptować to jako permanentnie zakończony etap. Na jego twarzy pojawia się uśmiech. Wygrał, chociaż przegrał. Przegrał, chociaż wygrał. Każdy oceni to inaczej, lecz on wie o tym. Miłość nadała tor jego życiu, nadawała mu cel. Z każdym dniem wracał do domu, czując już od połowy drogi te przyjemne ściskanie w żołądku. Wtedy widział ptaki, kwiaty, drzewa, na których pojawiały się pierwsze liście. Widział rodzące się wiosenne życie i jego śmierć na zimę. Wtedy jednak myślał o tym, że to tylko przejście do kolejnej perfekcyjnej reinkarnacji. Potem o tym zapomniał...
To szarość zaczęła dominować, każdy jej odcień. Nie było już ptaków, drzew, delikatnego orzeźwiającego zefirka. Wtedy zaś krople deszczu, niczym ukojenie pozwalały odpocząć. Szare chmury wypluwające kolejne krople, niby każdą taką samą, jednocześnie tak inną. W każdej z nich znajdował stracone marzenia, straconą przyszłość i przeszłość. To co miał, co wyparowało... Niejednokrotnie siedział wtedy z butelką w dłoni. Płyn przepalał jego przełyk, odkażał go i przynosił pijackie katharsis. Oczyszczenie? Nie, to było raczej chwilowe zapomnienie. Ciężkie poranki i zagaszony ogień w piaskowym kominku, który był tak wielką jego dumą i obiektem pochwał przed znajomymi, przyjaciółmi. Tak, pamięta. Ona w delikatnej szarej sukience, on z dłutem, młotkiem, cegłami. Oboje... Tak, analizując teraz, to były najpiękniejsze lata jego życia. Młodzieńcze zapały, rozwój kariery... i Ona. A może przede wszystkim ona? Na pewno tak...
Przyjaciele. Ich było kilku. Tych prawdziwych. Oni stali z nim do końca, nie zapomnieli. Nie  mogli się odwrócić. Za to jest im wdzięczny, przez spocone powieki i zmęczoną twarz przebija się delikatny uśmiech. Tak, przyjaciele. To właśnie dla nich teraz wygrał. Wygrał, bo zrobił to dla siebie i dla nich. Bo on, to oni. A Oni to on. Jedna spójność, choć nie zawsze się zgadzali, niejednokrotnie kłócili się, zaprzysięgali sobie wrogość i nienawiść. Lecz kilka dni później trafiali na siebie w drodze, kiedy jednocześnie jedno bądź drugie szło przeprosić. To były piękne czasy. Wcale nie były. Są. Oni zostali, albo czekają już na niego. Sam się sobie zdziwił. Dostrzegał teraz pozytywne aspekty, tego co przeżył. Tego czego doświadczył. Właśnie teraz jest z siebie dumny i wie, że nie zmarnował tego co mu dano. To wszystko miało cel. Właśnie ten, który osiągnął. By tu, mimo wszystko, pod koniec, powiedzieć sobie to, że dzięki marzeniom zbudował coś i stał się mężczyzną. Doskonałość. Osiągnięcie perfekcyjnego stanu. Nirvana. Teraz już nic się nie liczy. Nie liczy się to, że wrzawa bitewna wygasła. Już nie ma bitwy. Nie liczą się rany na jego ciele, bo już ich nie ma. Jest tylko on i ta ponadczasowa doskonałość, która będzie towarzyszyła mu już przez wieczność...  
Chlupot uderzenia o zabłoconą i zakrwawioną ziemię. Zresztą, to już nie ziemia, tylko krwawe bagnisko. Kolana grzęzną, wtapiają się mocno, ciężka zbroja dociska, już o przesądzonym losie ciało. Kruczoczarne włosy przysłaniają widoczność. Gdzieś ponad kurzem, ponad szczękiem oręża, krąży ptak. Nie wie jaki to jest ptak lecz jest pełen podziwu, po raz kolejny przez te parę sekund. Nie zrażone okrucieństwem stworzenie szybuje wśród chmur. Zapragnął być tam z nim. Właśnie z owym ptakiem, móc wznieść się ponad szczyty, ponad wszystkie problemy i doświadczenia. Odzyskać wspaniałą czystość umysłu. TAK! Już tam jest, szybuje, leci, pochłania cudowne promienie słońca. Nie ma niczego co by go blokowało. Nie ma niczego co tworzyło by jakąkolwiek myśl.Tylko on i lot. Lot ku nieznanemu, a jednak tak oczywistemu. Lot ku odpowiedziom. Lot spokoju i odnalezienia odpoczynku... - Dziękuję - Szept sam wydobył się z jego spierzchniętych ust. Delikatne poruszenie się powietrze, przy opadającej klindze... Zimno, blisko zbliżające się błoto... ciemność i wielka jasność. Powrót w przestworza. wielka biała polana i jego przyjaciele. - Witajcie - wszeptał... a z jego oczu popłynęły pierwsze od kilkunastu lat, szczere łzy...