Dawno... Dawno, dawno. Dawno, dawno, dawno temu (i jeden dzień wcześniej) w baśniowej krainie znajdującej sie za siedmioma rzekami, za siedmioma lasami i za siedmioma górami znajdował się ogromny, piękny zamek, a że takie rzeczy to tylko w bajkach... Wczoraj, na zadupiu równie odległym jak te trzy siódemki, stało upiorne zamczysko. Dokładniej to upiornie zaniedbane zamczysko. Nikt normalny nie był by wstanie dłużej tam wytrzymać, dlatego w zamku przebywał Jalynfein i jego wierzchowiec, ożywiony rumak o demonicznym wyglądzie. Ciężko stwierdzić jakie łączyły ich stosunki (oprócz tego, że Jalynfein dojeżdżał konia), ale na pewno dało się miedzy nimi wyczuć nić sympatii... Taką, która łączy wisielca z drzewem, czyli dość solidną nić. A jaka nić jest najwytrzymalsza? (miniquiz) Nie, nie żelazna, ba, nawet nie royalowa. Naturalnie jest to naturalna i ekologiczna nić pajęcza. Może się wam wydawać, że trzy ostanie zdania są zbędne w tym opowiadaniu, niektórzy dalej posuną swe wnioski i stwierdzą, że sa po prostu głupie. Ale. Ale. Ale. Ale. Umowa. Umowa. Umowa, którą zawarł Jalynfein z Lloth, by móc wrócić do Podmroku po latach renegackiej tułaczki, nakazuje chwalić Tkaczke Chaosu. W sumie i tak by sławił jej imię bo szanuje Pajęczą Królową, no i może troszkę się jej obawia, coś jak robaczek, nad którym złowrogo rysuje się cień ogromnej stopy która za chwile go zmiażdży. Troszkę. Tkaczka Chaosu – jej pajęcza nić najtwardszym z tworzyw. Pajęcza Królowa – bogini bogiń, nie dość, że ma śliczne oczy to jeszcze ma ich osiem! Ponętnę kąśliwe usta, które potrafią nie tylko słowami sączyć jad do serc, ale i bezpośrednio, gruczołami. Surowa Matka – kiedy trzeba da klapsa, a czasami pstryczka w uszko, które przewaznie potem odpada. Troszkę. Wracając do wydażeń z dnia 557 mieśiąca Dogasanie. Jalynfein stał na placu zamkowym, ćwiczył swe umiejętności. Okolica temu sprzyjała, cisza, spokój, nic sie nie dzieję, szkoda, że was tam nie ma. Za zagrodą, przy korycie stał rumak, zwykle przyglądał się swemu panowi. Na pewno tak by to wyglądało gdyby demoniczny rumak miał oczy na swoim miejscu, gdyby w ogole miał oczy to by tak na pewno wyglądało. Tak czy siak para pustych oczodołów zwykle była skierowana na Jalynfeina, a od czasu do czasu znikały w korycie. No, ale tym razem nie było zwykle, bo jakby było to byście tego nie czytali. Było niezwykle głośno - koń co wchwilę rżał i parskał i było niezwykle śmierdząco – trzecie demonie oko (które było we właściwym miejscu pod ogonem) uroniło łezkę, która z plaskiem upadła na ziemię. Zwykle muchy legną do gówna, ale tym razem (niezwykłym razem) większość uciekła, a te które nie uciekły miały nóżki powykręcane przez agonalne skurcze. Jalynfein chcąc nie chcąc, musiał zareagować. Jeszcze jedna taka ,,mina" i smród wyżre mu oczy(co bystrzejsi czytelnicy właśnie powinni się domyślać co może być jednym z powodów braku oczu u konia – tak, wysoce prawdopobne jest, że może to być skutek uboczny sraczki). Pajęczy Mag wszedł ostrożnie do zagrody (był ostrożny jak saper).
-Czego?! - zapytał prawie uprzejmie po czym zajrzał do koryta.
-Żarcie jeszcze jest – no i było, w korycie leżały surowe żebra, pyszne, soczyste, pełne kultur bakterii, które rosły i cały czas rozwijały się na mięsie. Jalynfein pomyślał, że może przyda się mała odmiana w jadłospisie wierzchowca.
-To może przyniosę ci kruchego, białego ptasiego mięsa. Widziałem niedaleko zdrowa harpie. - już zaczął się odwracać by ruszyć na polowanie, gdy zauważył, że koń pokręcił głowa przecząco.
-Co?! - wykrzyknął zdziwiony by za chwile westchnąć ciężko. Wyjął z plecaka własne jedzenie - to musiała być ta nić sympatii. Podstawił wędzonego łososia pod pysk zwierzęciu. Koń tylko odwrócił głowę w drugą stronę. Pajęczy Mag wyjął stek rybny choć przeczuwał reakcje wierzchowca. Przeczucie go nie myliło. W desperackiej próbie wyjął suchy czosnkowy chleb i dał koniowi. Demoniczny rumak fochnął się i tupnął kopytem.
-Co jest do diaska? Chory jesteś? - koń pokręcił przecząco głową.
-Zakochany? - Mroczny elf sam nie wierzył w to co powiedział – koń pokręcił przecząco głową.
-To czego chcesz? - rumak nieobecnymi ślepiami popatrzył wymownie na głowę Pajęczego Maga.
-Yyyy. Chcesz zjeść mój czarnoksięski kapelusz? - Jalynfein był już kompletnie zdezorientowany – koń pokręcił przecząco głową. Mroczny elf przełknął głośno ślinę.
-Chcesz zjeść MOJĄ głowę?! - na szczęście koń pokręcił przecząco głową, bo nić sympatii nie wytrzymała by takiego napięcia i pękła.
-No dobrze zatem masz ochotę na głowę – koń polizał Jalynfeina po uchu.
-Uszyyy... - na dźwięk tego słowa koń ochoczo zarżał.
-No to będziemy musieli się przejechać pod Yew, a to kilka godzin drogi. Wiesz co – dodał po chwili – Jesteś po prostu upierdliwy. - koń parsknął zadowolony z siebie.
Podróż przebiegała dość sprawnie (przebiegała galopem) do momentu gdy nieopodal Yew zza krzaczorów wyskoczył zbójecki herszt – marna imitacja Janosika – i rzucił się z kozikiem na mrocznego elfa. Pajęczy Mag odwzajemnił się uśmiechem uśmiechowi losu który go spotkał. Po chwili ścierwo herszta broczyło we krwi, a Jalynfein trzymał dumnie głowę - swoją na karku i ofiary w rękach. Odciął uszy i podał pod nos rumakowi.
-Masz żryj – koń pokręcił przecząco głową. Jalynfein zdał sobie sprawę jakich uszu chce rumak, ale nie dawał za wygraną.
-No masz, popatrz są całkiem spore. Urosły mu od nasłuchiwania ofiar w lesie - koń również nie dawał za wygraną. Jalynfein odpuścił zrezygnowany.
-Gdzie ja ci tu znajdę elfa– Pajęczy Mag myślał głośno. - Musze się przebrać, nie łatwo będzie upolować elfa. - popatrzył z wyrzutem na laskę z ostrzami – Zwłaszcza tą bronią, nie wspominając o tym, że będę musiał sie udać w okolice miasta elfów i walczyć na ich terenie, bo gdzie ja ci tu znajdę elfa – powtórzył.
-Ruszamy do banku Yew! – rozzłoszczony wydał polecenie wierzchowcowi. Po przekroczeniu bramy Leśnej Osady Jalynfein jechał ze spuszczoną głową obmyślając sposób na zwabienie i zabicie elfa, gdy mimowolnie kątem oka dostrzegł kobietę ćwiczącą na manekinach. Ubrana była w hełm z kości demona i damską skórzaną zbroje z której częściowo wystawała blada, jędrna pupa. Jalynfein szarpną wodze i skierował wierzchowca w stronę kobiety. Zszedł z konia i zaczął się przyglądać. Dorosła kobieta, o smukłej sylwetce, jedwabistej skórze i pupie siedemnastolatki. Czyżby miał szczęście w nieszczęściu?
-Witaj panienko – zawołał możliwe uprzejmie.
-Witam – odpowiedziała kobieta.
-Może zechciała byś zdjąć hełm? - zapytał Pajęczy Mag.
-A po co? - zapytała zdziwiona dama.
-Chciałbym zobaczyć twą buzie, na pewno jest śliczna – mroczny elf łgał jak pies (chaosu)
-Ale ja się nie obnażam przed nieznajomymi. - odpowiedziała panna.
-Jalynfein jestem. Teraz już mnie znasz. - rzucił pośpiesznie mag.
Po chwili namysłu kobieta zdjęła niechętnie hełm odsłaniając spiczaste uszy. Oczy Jalynfeina zabłysnęły tak jak i oczodoły rumaka.
-I jak podobają ci się? - Pajęczy Mag zwrócił sie do swojego wierzchowca, a ten energicznie przytaknął.
W trosce o psychikę dzieci czytających to opowiadanie, szczegóły dotyczące dalszych zajść zostaną pominięte, gdyż zawierają brutalne sceny w wyniku których elfka straci głowę dla Jalynfeina, a potem głowa straci uszy dla demonicznego rumaka.
-*BEEEEK* - wierzchowiec głośno beknął po zjedzeniu uszu.
Widzę, że smakowało. Jak to mawiają koń syty i elf prawie cały. HAHAHAHA – Jalynfein śmiał się, gdy z jasnego nieba poraził go grom. Zdążył zanucić tylko początek Doorsów - ,,Riders on the strom" jadąc na błyskawicy zanim wylądował w Yewiańskim Kurorcie Osób Trudnych. W chwile potem pojawił się jego rumak.
- Widzisz do czego doprowadziły mnie twe kulinarne zachcianki?
No, a że życie to nie bajka i nie głaszcze nas po jajkach to nie będzie happi endu .KUUUNIEC. ;)
ladne, naprawde ladne.
No jak to nie bedzie.
"Jedz elfie uszka to wyrosniesz duzy i silny", mawiala Mama Demonicznego Rumaka do swej pociechy i miala racje. Po tej jakze pozywnej i apetycznej przekasce rumakowi zachcialo sie to, co zazwyczaj chce sie kazdemy normalnemu, demonicznemu rumakowi. I nie mam tutaj na mysli tego, o czym pisal moj przedmowca na poczatku opowiadania, poslugujac sie bardzo wysublimowanym jezykiem, probujac nazwac to, co wsrod cywilizowanych osob okresla sie mianem "efektu ubocznego przemiany materii". Dla mniej zorientowanych - nie mam tutaj na mysli gowna. Bynajmniej.
Chodzi tutaj o nieokielznana chec przemierzania wolnych przestrzeni, wachania kwiatow, cieszenia sie z promieni slonca delikatnie ogrzewajacych kark, lekkiej bryzy osiadajacej na ustach oraz powiewow wiatru, ukladajacych wlosy we "fryzure", ktora kobiety zwa "tworczy nielad".
No, a przynajmniej z grubsza o to. W kazdym razie rumak napewno nie mial ochoty siedziec w malej, ciasnej klitce, smierdzacej moczem i graczami pvp.
Uniosl wiec kopyta i jak piekny, bajkowy, ociekajacy krwia i pokryty fragmentami wlasnego, na wpol zgnilego miesa rumak, popedzil prosto na sciane. Zamiast jednak naniesc na sciane siebie oraz swego jezdzca, tworzac cos na podobienstwo niektorych wspolczesnych obrazow, nazywanych przez krytykow "dzielami sztuki", rumak przemknal przez kamien i pojawil sie...
No gdzie?
No gdzie?
A gowno was to obchodzi. Pojawil sie tam, gdzie pojawic sie powinien (razem ze swoim mistrzem rzecz jasna) i wszyscy byli zadowoleni.
No, moze poza elfka...
Kes wielkie dzieki, bardzo ladna przygoda. Idealny przyklad jak 1 rzucona przez gma emotka moze przerodzic sie w calkiem pokazny event.
Hyhy, dzięki za eventa i happy end. :P