Miasteczko Kal'Nageb było dość dobrze usytuowaną mieściną. Było tu pełno różnej maści cechów kupieckich, gildii handlarzy i sklepów. Miasto odwiedzali również najemnicy z pustyni, a także cyganie. Życie w tej cudownej mieścinie można nazwać "miodem opływające", lecz nie dla pewnego młodego chłopca...
Lagurus urodził się w dość zamożnej rodzinie. Imiona jego rodziców nie są ważne, toteż nie będę ich przytaczać, ważne natomiast jest imię jego dziadka Iauras-Khaleb, bowiem jest on ważną częścią opowieści [...]
Młody chłopak zwykł bawić się w mieście. Miał wszystko czego mu było potrzeba. Pewnego razu podczas zabawy w chowanego z miejskimi dzieciakami zaszył się w lesie. Jego trop pochwyciło stado wygłodniałych wilków. Zobaczył to myśliwy, który akurat przechodził przez zarośnięty trakt. Chłopiec, który cały szczęśliwy schował się w krzakach, nawet nie wiedział w jakim znalazł się niebezpieczeństwie. Myśliwy wyposażony jedynie w łuk i cztery strzały jakie mu zostały domyślił się, że nie ma szans ze stadem wygłodniałych wilków, zdolnych do zabicia stada niedźwiedzi. A że w pobliżu nie było stada niedźwiedzi, myśliwy wiedząc, że chłopak jest w wielkim niebezpieczeństwie i, że wilki szczęśliwym trafem nie najedzą się upolowaną wiewiórką ruszył do miasta. Nie wiele myśląc pobiegł do domu chłopca, bowiem znał go, jak i większość ludzi z miasta. Ojciec Lagurusa szybko zwołał posiłki składające się z 30 chłopów wyposażonych w siekiery i wielkie, drewniane, nabijane ćwiekami pałki, otóż myśliwy widział stado składające się z około 20-30 wilków. Cóż za zdziwienie przeżyli mężczyźni i ojciec chłopca, gdy wszedłszy na polanę ujrzeli dzieciaka bawiącego się ze stadem wygłodniałych wilków. Wilki zachowywały się odtąd jak oswojone psy. Połowę z nich wzięto do pilnowania owiec na pastwiskach, a połowę ludzie wzięli myśliwi na łowy. Tak więc od tamtej pory ludzie mieli chłopca za urodzonego pod szczęśliwą gwiazdą, bowiem nie był to jedyny taki przypadek.
Lagurus dorastał więc adorowany przez większość miejskich dziewczyn i lubiany przez chłopców z sąsiedztwa. Nie nabył jednak przez to cechy zwanej zuchwałością, wręcz przeciwnie - stał się roztropny i zawsze umiał ocenić, czy ktoś ma wobec niego złe zamiary, nie był zbyt pewny siebie. Szczęśliwa passa musiała się kiedyś skończyć... Gdy miał 11 lat jego matka zachorowała na dziwaczną chorobę. Lagurusowi zakazano jej odwiedzać, a po trzech miesiącach powiedziano mu, że zmarła. W rzeczywistości została zamordowana, ale o tym później. Ojciec Lagurusa od tamtego czasu przestał się zachowywać normalnie. Mówiąc potocznym językiem - ześwirował. Lagurus dorastał więc pod opieką dziadka. Dziadek jednak był starym człowiekiem i w końcu zmarło mu się. Lagurus zostawiony został więc samemu sobie. Pewnego razu pozwolono mu odwiedzić ojca. Ten, gdy tylko go zobaczył rzucił mu się na szyję i zaczął szlochać - "Synu... To wszystko moja wina... nie powinienem był im mówić o matce... Nie powinienem... Nie powinienem..." - Lagurus próbował od niego wyciągnąć czego nie powinien mówić o matce, lecz nie udało mu się to. Dręczyło go to przez następne dwa lata, których nie zmarnował - jako, że ojciec nie pracował, matka nie żyła, a majątek rodziny nie był wieczny, Lagurus zaczął pracować. Trudnił się trochę drwalstwem, trochę obróbką kamieni, a i nie pozostał obojętny wobec myśliwstwa. Albowiem w jego przekonaniu wiedza i obycie w głuszy przydają się zawsze.
Gdy skończył siedemnaście lat jego ojciec zaczął majaczyć i dostał gorączki. Lagurus nie chciał stracić ostatniej bliskiej mu osoby, więc postanowił znaleźć lekarza. Całe oszczędności zdeponował u miejskiej dziewczyny aplikującej na bankiera - Luizji. Załatwił wszystkie dawne sprawy, pożegnał znajomych, spakował dwie pary szat podróżnych i jedzenie, zakupił srebrny sztylet do obrony i wyruszył w drogę... [...]
Odwiedził miasto Rher'gebal, lecz i tu nie znalazł odpowiedniego znachora, który podjąłby się leczenie, za "takie psie pieniądze" i któremu chciałoby się podróżować taki kawał drogi. Zapomniałem dodać, że Lagurusowi towarzyszył jeden z wilków - nazwał go Iaur na cześć dziadka. Pewnego razu siedział sobie w karczmie w jakiejś małej wiosce, gdy podszedł do niego siwy mężczyzna bez nogi. Nie śmiejcie się, bo jest to ważny etap jego przygody... Tak więc, podszedł do niego dziadyga bez nogi i spytał się, czy Lagurus postawi mu kolejkę. Lagurus lubił wypić, a jeszcze bardziej lubił mieć towarzysza do kieliszka, więc postawił dziadydze kielicha, a może i cztery. Dziadek napiwszy się porządnie stwierdził, że zna dobrego znachora, który rezyduje we wiosce elfów na zachodzie. Lagurus zasmucił się, jako, że był na krańcu Wschodnich Równin. Musiałby przemierzyć Puszczę An'Huba - wodza wielkich pająków - i miasto rozbójników - Kapel - by dojść do "Rozdroży", a stamtąd czekałaby go jeszcze długa droga na zachód. Nazajutrz, gdy stwierdził, że zasnął przy barze obudził się w pięknym pokoju, w wypranej i świeżej pościeli. Okazało się, że dziadek chciał mu trochę złagodzić trudy podróży, a i biedny nie był. Odnalazł dziadka i zaczął rozmowę. Okazało się, że kilka mil na północ, za świątynią Ahn'Bysa znajduje się druidzki krąg, którego elfy używają do szybkiego przemieszczania się - tak zwany kamień teleportacyjny. Lagurus podziękował i ruszył w drogę. Nie będę opisywał co przytrafiło mu się po drodze, ponieważ nie należy to do opowieści. Po kilkudziesięciu ziarnach Lagurus dotarł do świątyni i obrał kierunek północny-zachód zgodnie z radą Dziadka. Szedłszy tak, pogwizdując i bawiąc się z Iaur'em rzucając mu od czasu do czasu leżące na ziemi patyki i kamienie dotarł do dziwnego, wyrzeźbionego w krysztale ołtarza. Zdziwił się, że tak drogocenny ołtarz utrzymuje się w takiej dziczy. Szybko przestał być zdzwiony, gdy spostrzegł, na ołtarzu znak boga Requanisa. Wiedział bowiem, że jemu nie budowano świątyń. A i wiedział, że nikt nie śmie niszczyć/rozkradać ołtarza boga równowagi. Przypomniał sobie również co dziadek opowiadał mu o Requanisie. Gdy Netheril próbował ukraść mu berło, Requanis wezwał swoje sługi, które wykuły Netherilowi oczy. Od tamtej pory władca otchłani jest ślepy. Lagurus stwierdził, że jest bardzo zmęczony, rozłożył koc otrzymany od Dziadka i zasnął. Sen miał bardzo dziwny. Oto co mu się śniło...
Podróżował przez zasypane w śniegu pustkowia, wyglądało niczym lodowa pustynia. W pewnym momencie w oddali ujrzał jakąś postać. Z daleka nie wiedział co to, lecz wydało mu się, że to bardzo wysoki, szczupły człowiek. I nie mylił się - stał tam zakapturzony człowiek. Jego toga i płaszcz były haftowane na srebrno-czerwono przepięknymi wzorami. Lagurus ujrzał na niej również elfickie symbole. Postać stała plecami do niego. Podszedł do niej i rzekł: " Przepraszam, zbłądziłem, może szanowny Pan pomóc mi i powiedzieć, gdzie jestem i dokąd tędy dojdę?". Postać zdawała się go nie zauważać. Stała odwrócona plecami. Gdy Lagurus chciał iść dalej, postać szepnęła - Zaczekaj... - i odwróciła się. Następnie zdjęła kaptur, a gdy Lagurus spojrzał jej w oczy... Lagurus oniemiał, zdawało mu się, że ogląda jakieś przedstawienie. W oczach zakapturzonej postaci ujrzał boleści ludzi - głód, zarazy, bitwy, śmierć, a także miłość, narodziny nowego życia, szczęście i sprawiedliwość, na końcu ujrzał wagę - symbol równowagi. Zdawało mu się, że śledzi losy całego świata od początku do końca. Tu ujrzał umierającą kobietę bez ręki, tu żebraka, któremu ktoś podarował chleb, a tu epicką bitwę, gdzie w samym środku szeregi wroga skutecznie uszczuplał wielki Bagienny Smok. Wtedy usłyszał głos - Idź dalej, a znajdziesz to czego szukasz... W elfickiej wiosce jest znachor, który zna się na rzeczy... Nie zapomnij także pomodlić się do Requanisa, mój... drogi... IaurHin...
Lagurus obudził się cały spocony. Pomodlił się do Requanisa i zdał sobie sprawę, z tego, że tylko śnił. Uświadamiał sobie właśnie, że to były tylko senne mary, gdy na kapliczce zobaczył wygrawerowaną twarz. Zobaczył również oczy... tak te same oczy, które mu się śniły. Teraz już nie miał wątpliwości - to nie był sen, lecz wizja. Lagurus zaczął składać fragmenty układanki. Przypomniał sobie jak dziadek Iauras opowiadał mu bajki przed snem. Opowiadał mu o bogu Requanisie i jego sługach na ziemi, o Kapłanach. O tym jak Requanis zesłał ich na ziemię, by opiekowali się ludźmi i o tym jak strzegli ziemskiej równowagi. Dziadek pewnego razu opowiedział mu również straszną historię o jego bracie Agrebalu, który został stracony przez burmistrza miasta, w którym ongiś rezydowała rodzina dziadka. Agrebal został stracony za swoją odmienność. Posiadał naturalne lekko niebieskawe włosy. Pewnego razu uleczył kobietę ze stanu śpiączki. Ktoś doniósł o tym burmistrzowi. Ludzie zaczęli coś podejrzewać. Gdy Agrebal wyruszył w świat nieść pomoc pokrzywdzonym nie widział co będzie na niego czekać w rodzimym miasteczku. Już w drodze powrotnej ktoś go śledził. Agrebal zaczął coś podejrzewać, więc przed wejściem do miasta sprawdził, czy ma przy sobie wysłużony topór i ulubioną tarczę. Kiedy wchodził do miasta wszystko wyglądało normalnie, lecz już chwilę później spokojne miasteczko zamieniło się w piekło. Rzuciły się na niego dwie setki mieszczan wyposażonych w pochodnie i widły. Agrebal choć walczył dzielnie nie miał szans wobec takiego naporu agresorów. Spłonął na stosie. [...]
Lagurus składając wszystkie dziwne wydarzenia i informacje do kupy ruszył w dalszą drogę. Bez przeszkód dotarł do kamienia i bez problemu go użył. W elfickiej wiosce nie rozumiał, ani słowa, na szczęście dom znachora był dosyć widoczny. Lagurus miał podwójne szczęście, bowiem znachor mówił w jego języku. Lagurus wyjaśnił mu zaistniałą sytuację, a znachor uznał, że w drogę trzeba ruszać natychmiast. Spakował potrzebne przyrzady i wyruszyli w drogę. [Ukrócę trochę to opowiadanie nie do końca związane z Sosarią] Dotarli szczęśliwie do miasta rodzimego Lagurusa. Lecz i ten znachor nie mógł pomóc. Lagurus przemógł się i przejrzał rodową bibliotekę. Okdrył, że jego przodkowie mieli wiele wspólnego z IaurHin. Postanowił ruszyć w świat, by znaleźć lekarza dla ojca oraz by znaleźć IaurHin.
Powiedzcie, czy wam się podoba, będę edytował na bieżąco, zapisuje to co jest, by mi się przypadkiem nie wykasowało...
Cz. II
" Stal, krew, mróz i mrok"
Lagurus po długich trudnej pielgrzymce dociera do Brytanii - pięknego, tętniącego życiem miasta w samym środku Sosarii.
Ach mój drogi pamiętniku... tyle się wydarzyło... Zacznę od początku...
Otóż znalazłem się w samym środku jakiejś walki. Potrącony przez jeźdźca w czarnej zbroi wpadłem na kamień z imionami mieszkańców. Potłukłem się trochę, lecz nie z porcelany zrobiony jestem, toteż przeżyłem. Wstałem i rozejrzałem się wkoło. Bojownicy już gdzieś odjechali. Wtem podszedł do mnie strażnik. Czemu leżysz na ziemi młodzieńcze? - rzekł, a ja mu na to - Jakiś wojownik w czarnej zbroi na mnie wpadł... Panie, czy znasz może jakiegoś dobrego znachora w tej mieścinie? - Znam nie jednego, lecz naprawdę dobrego możesz znaleźć w Vesper. - Vesper? To miasto magów zbudowane na pomostach? [...]
Strażnik powiedział mi jak dojść do miasta. Miałem przy sobie sakwę z oszczędnościami. Udałem się do najbliżeszgo sklepu. Zrzuciłem stare łachmany, a kupiwszy nowe szaty od razu je przyodziałem. Następnie udałem się do rezydującego w mieście kowala. Kupiłem kolczugę, jakieś kolcze spodnie, buty i rękawiczki, by nie obetrzeć sobie dłoni. Kupiłem również płaszcz, który również od razu przyodziałem. Na to zarzuciłem Pelerynę z kapturem. Dokupiłem jeszcze ładną, wykonaną z żelaza katanę, którą przypiąłem do prawego boku, długi miecz z brązu, który przypiąłem do lewego boku, wielki miecz dwuręczny, wygladający jakby był zrobiony z krwistego metalu, który zaczepiłem na plecach i puklerz, który również zarzuciłem na me skromne barki. Tak wyposażony ruszyłem w drogę. Kupiłem oczywiście do tego trochę żarcia i napitku. Pierwsza przygoda spotkała mnie tuż za bramą...
Ruszyłem w las, raz po raz potykając się o krzaki wilczych jagód. Nie poraniły mych nóg, dzięki zakupionym wcześniej spodniom kolczym. Nagle usłyszałem głosy i jęki... kobiety!? Niewiele myśląc ruszyłem w kierunku głosów, lecz gdy spostrzegłem człowieka w czarnym płaszczu rzuciłem się w krzaki. Spostrzegłem, że znalazłem się w obozie bandytów, a pośrodku, naokoło wielkiego ogniska nasadzali oni różnorakich kobiet i mężów. Leżałbym tam pewnie aż do dzisiaj ze strachu, gdyby jeden z nich mnie nie zauważył. Szedł powoli w mą stronę, a ja zdążyłem się już skryć za drzewem. Złapałem go od tyłu i przyciągnąłem do siebie, kneblując ręką usta. Wiercił się nie chcąc nic mówić, to skręciłem mu kark. Nauczyłem się tego polując na bażanty. Zauważyła mnie reszta. Zostałem okrążony. Wyciągnąłem więc miecz i zdjąłem tarczę z pleców. Przyjąłem postawę bojową. Pierwszy ruszył na mnie bandyta z kamą - egzotyczną odmianą malutkiej kosy. Zadał dwa ciosy, które sparowałem tarczą. Trzeciego zadać nie zdążył, ponieważ po drugim leżał już w kałuży własnej krwi przebity mym mieczem. Drugi zaatakował mnie od tyłu widłami. Jeden bolec przeszedł przez mą kolczugę i poczułem rozchodzący się po całych plecach ból. Trzeci z nich rzucił czymś w mój puklerz i wytrącił mi go z ręki. Zamachnąłem się mocno mieczem do tyłu i poleciała głowa "operatora wideł". Wymierzyłem również cios facetowi z pałką, lecz miecz ugrzęzł "w nim" na dobre. Wyjąłem katanę. Złapałem oburącz i podniosłem do góry. Teraz rzucił się na mnie szermierz. Sparowałem pierwsze dwa ciosy kłując kataną w ziemię, lecz czwartym przebił mi nogę. Kulejąc wymierzyłem mu kolejny cios - trafiłem idealnie w krtań - padł dusząc się własną krwią. Zostało jeszcze ze dwudziestu. Wiedząc, że nie mam szans, zrzuciłem wielki miecz z pleców i rzuciłem się do ucieczki. Kulejąc daleko nie zaszedłem. Wtedy złapał mnie jeden z drabów i porządnie walnął mną o drzewo. Obudziłem się w jakimś dziwnym miejscu pełnym straży. Zobaczyłem, że me rany są brudne i nie zabliźnione, zauważyłem również, że jestem przykuty łańcuchem za ranną nogę. Spostrzegłem kilof i wiedziałem co to znaczy - zostałem zesłany na prace przymusowe w jakiejś kopalni. Strażnik przerwał me rozmyślania kopiąc mnie w plecy i ponaglając do roboty... [...][/i]
*czepianie się mode - on*
Mocno chaotycznie pisane. Rozwijasz i skupiasz się na wątkach, które ostatecznie prowadzą w ślepy zaułek. Niezbyt oryginalne, ale widać, że masz dobre chęci ;).
P.S.
Wilki rzadko występują w stadach przekraczających 15 osobników ;P
P.S. 2
W świecie przepełnionym magią 200 ;P chłopa pali na stosie uzdrowiciela?
P.S. 3
Mój Netherilek nie jest ślepy :<
*czepianie się mode - off*
Życzę powodzenia przy dalszym pisaniu.
Cytat: "Lagurus"Spostrzegłem kilof i wiedziałem co to znaczy - zostałem zesłany na prace przymusowe w jakiejś kopalni.
jedyne co przykulo moja uwage. nudne to... sry. ;)
"Lagurus" to ma cos wspolnego z dm'owym LAGiem? ;]