Na niebie od paru godzin królował Księżyc. Noc była spokojna, jej dzieci zebrały się w Starej Świątyni swego Boga by złożyć mu hołd. Nawet cichy szept odbijał się od ścian i powracał do mówiących wzmocniony echem oraz dziwną siłą.
Pomiędzy trójką Nieśmiertelnych stał człowiek, na jego twarzy nie widać było cienia strachu, determinacja i zacięcie mieszały się ze zmęczeniem. Wszyscy jednakowo byli poważni, żadne z nich nie drwiło, padały tylko poważne słowa pełne szacunku i pokory.
- Takie będzie Twoje zadanie. Zrobisz to jeśli chcesz zmazać swoją hańbę.
Starzec skłonił się nisko, zamiatając włosami podłogę, chodź jego twarz wykrzywiał grymas bólu.
- Zrobię to lub umrę próbując.
Syk zadowolenia wydobył się z ust Immortha.
***
Siedziała w swej komnacie długie godziny, nie zważając na porę dnia czy nocy. Czasami przypominała posąg osoby, której ktoś wyrządził wielką krzywdę. Gdy kraty skrzypnęły poruszone podmuchem wiatru, uniosła głowę. Miała dziwne wrażenie, że jej i tak chłodna skóra dostaje się pod dotyk czegoś lodowatego. Uśmiechnęła się do siebie i zabrała się za pisanie listu. Nie chciała zostawiać swego śmiertelnego przyjaciela w potrzebie, a tym bardziej nie chciała aby Przedwieczny był niezadowolony.
,,Nie widziałeś mnie wtedy gdy wchodziłeś do miasta o zmierzchu. Wydawałeś się zagubiony, a jednak wyczułam w Tobie tą dziwną siłę, do która przyciąga tych, którzy potrafią patrzeć. Przyznam się. Byłam niegrzeczna. Podsłucham część rozmowy jaką odbyłeś z tym Kapłanem. Żałuje iż nie udało się mi usłyszeć całości, a może to lepiej?
Mam dla Ciebie zadanie, które na pewno pozwoli Ci się wykazać i rozprostować podcięte skrzydła. Jedź do Trinsic i szukaj tam osoby o imieniu..."
Papier zrolowała i polała czerwonym woskiem. Odcisnęła na nim swój prywatny znak aby zmylić czytającego i nie zdradzić zbyt wielu informacji o przynależności. Nie chciała osobiście dostarczać wiadomości, w Yew opłaciła posłańca, opłaciła go dobrze i obserwowała przekazanie wiadomości.
***
Minęły dwa dni. Czekała na skraju lasu chowając się za pierwszymi drzewami, wzrok przystosowany do ciemności, wypatrywała swego towarzysza, który jak zawsze przybył punktualnie. Już zsiadając z konia kłaniał się tak nisko jak tylko się dało.
- Jak idą Twe postępy?
Zapytała odgarniając pasmo czerwonych włosów za ramię. Zlustrowała postać z rozbawieniem stwierdzając jak bardzo jest zdyszana i zmęczona.
- Wszystko idzie zgodnie z planem moja Pani.
Zaśmiała się cicho zakrywając usta, tłumiła wręcz napływającą fale rozkoszy. Twarz jej jednak pozostała niewzruszona, ten chłodny wyraz kosztował ją wiele.
***
Dopisywała nowe zdanie w księdze, kładła staranne runy i symbole aby opisany rytuał był jak dokładniej opisany. Nie darowała by sobie pomyłki w tak ważnej chwili. Nachyliła się nad świeżo zapisaną kartą i delikatnie podmuchała by atrament szybciej wysechł. Znajome kroki, drwiący śmiech i wibrujący dźwięk podrzucanego sztyletu. Wstała i skierowała się do głównego korytarza mając już na ustach imię jednej ze swoich sióstr. Stanęła jak zamurowana gdy zobaczyła kto bezszelestnie przybył do wnętrza ich domostwa. Schyliła głowę i wyszeptała powitanie, druga wampirzyca uczyniła to samo dając pokaz szybkości, jednoczesny obrót, schowanie ostrza i pełen gracji ukłon, tego mógł pozazdrościć każdy śmiertelnik.
- Córki moje. Nadeszła chwila aby czyny naszych podwładnych poniosły za sobą o wiele mocniejszy cios.
Jego głos był słodką melodią na którą odpowiadały instynktownie wysuwając swe kły i śmiejąc się wręcz opętańczo.
- Przygotujcie się bo słońce skończyło już swój bieg po niebie. Nadszedł czas...
Zniknął pozostawiając w powietrzu posmak własnej energii oraz intensywny zapach krwi. Mięśnie drgały pod skórą zmuszając do działania, żadna z znajdujących się w pomieszczeniu kobiet nie stała w miejscu, każda w pośpiechu przygotowywała się jak im nakazano.
[Pierwsza część. Druga zostanie napisana jutro.]
Nie musiały czekać długo, siła ich Ojca przeniosła ich bez problemu do miasta Trinsic. Już po samym zapachu mogła stwierdzić gdzie jest, uśmiechnęła się do siebie jadowicie. Słyszała za sobą ludzkie kroki, miała wrażenie, że czuje zdziwienie i zmieszanie człowieka stojącego za nią. Ruszyła przed siebie śmiejąc się tak okrutnie jak tylko potrafiła, wizję która stawały jej przed oczami były czarne niczym noc.
Weszła do świątyni bez pośpiechu, jedna z jej sióstr właśnie szykowała się do rozpoczęcia gonitwy za wystraszonym akolitą. Na ołtarzu widziała cel swojej wędrówki, lśniący symbol potęgi Doonara. Podeszła do niego nieśpiesznie nacinając sobie rękę.
- Ściany tej świątyni noszą na sobie plugastwo.
Zatrzymała się przed orężem i dotknęła go ręką, zostawiając krwawy ślad.
- Plugawię te czystość! Przeklinam dom ten, niech spłynie krwią miliona ofiar!
Zaśmiała się widząc jak ściany zaczynając ciemnieć od krwi po nich spływającej. Obróciła się na pięcie i ruszyła przed siebie z niekrytą satysfakcją. Za sobą słyszała kruszony kamień. Nie odwracała głowy, dobrze wiedziała co przedziera się przez podłogę świątyni, znała tą roślinę, dobrze wiedziała jak wygląda. W końcu, widziała ją co noc.
Przez miasto przeszła z pełnym spokojem i uniesioną głową. Szata, która leżała na jej ciele była wręcz żywym symbolem siły jej Ojca, na ustach miała drwinę i pogardę dla każdego śmiertelnego, który dał się zwieść ich słowom. Była dumna ze swojego poddanego, była dumna z nowej znajomości, która zaowocowała tak szybkim przebiegiem sprawy.
Do świątyni Methestela weszła z uśmiechem na ustach.
- Spotykamy się ponownie o Sprawiedliwy...
Sączyła ironie z ust przechadzając się po całej komnacie. Zostawiała w różnych miejscach symbole malowane własną krwią, która wciąż wyciekała z rany.
- Rada jestem z Twej gościny...
Drwiła każdym słowem jakie tylko wypowiadała pod adresem tego Boga.
- Chce się odwdzięczyć.
Rzekła cicho przybierając wręcz niewinny wyraz. Zaszeptała pod nosem słowa mantry a jej dłonie zaczęły kreślić w powietrzu skomplikowane wzory i znaki.
- Plugastwo niech się szerzy w każdym z Twych domów, niech każdy wyznawca oszaleje, niech każdy akolita cierpi gdy będzie wypowiadać Twe imię!
Cały proces się powtórzył, kolejna świątynia została zbrukana.
[ cz. 2/3]
Jego głowa była pełna myśli, nie potrafił wyrzucić z swojego serca obaw iż nie wszystko pójdzie tak jakby chciał aby poszło, zapewnienia pomocnika jednak tkwiły mocno w jego głowie i pomagały. Gładził swą długą brodę krocząc ulicami Trinsic. To co dostrzegł przed bankiem zdziwiło go bardzo.
- Zatem już się zaczęło.
Pobiegł w stronę świątyni ile sił w nogach. Obraz rozmazywał mu się przed oczami, starał się łapać oddech, klął pod nosem na swój własny wiek. Pierwsze sylwetki jakie dostrzegł wprowadziły go w konsternacje. Nie wiedział jak zagrać, modlił się cicho do siebie aby Przedwieczny dał mu jakiś znak. Wszedł pomiędzy nich patrząc na dzieło jakie się dokonało. Zanim się obejrzał, zanim pojął jaka siła nim włada, usłyszał własne słowa wypowiadane w stronę tłumu.
- Klęknijcie przed nowym obliczem jakie zawitało do waszego miasta! Oddajcie pokłon Przedwiecznemu!
Reakcja była natychmiastowa. Ludzie nie mieli już żadnych wątpliwości iż ich obecny burmistrz jest sprawcą i pomocnikiem obecnych czynów.
- Wyciągnąć go ze świątyni! Musi zapłacić za swoje czyny!
- Hańba!
- Powiesić go!
Rozjuszony tłum nie widział wampirzyc, które wykorzystując element zamieszania, wprowadzały dodatkowych chaos w całą tą sytuacje. Nim ktokolwiek zdążył się zorientować wszystkie wierzchowce leżały martwe.
***
Dyszał opierając się o ciężkie drzwi świątyni. Ludzie na zewnątrz dobijali się i co chwilę grozili znajdującym się w środku Dzieciom Nocy. Mroczna siła zaległa w pomieszczeniu a inkantacją nie było końca, rytuał odprawiany w obecności najwyższego kapłana przebiegał niewzruszenie. Plugawe wyzwiska dobiegały od mieszkańców miasta, którzy chcieli zemścić się za splugawienie świątyń swoich Bóstw. Wampiry uśmiechały się paskudnie do wizerunku swego Ojca i czekały na ponowne przebudzenie swego brata.
[Ostatni opis został napisany skrótowo ze względu na zbyt wiele osób uczestniczących w scenie.]
[Koniec.]
Byli po drugiej stronie drzwi, krew spływała po ścianach swiątyni. Intryga uknuta przez Burmistrza Trisinic powiodła się. Nie spodziewał się jednak ze do świątyni przybędzie odział Zakonu Światłości, który z Yenothem nieco zmiesza jego szyki, mimo ze się spóźnili. Po długim czasie udało się oczyścić świątynie z plugastwa, za sprawa kapłanki swiątyni. Winny swych czynów burmistrz został skazany na banicje. W tle tych wydarzeń , przemknął jak burza głos Zakonnika, za potężnymi drzwiami świątyni Methestela dobiegały słowa modlitwy wypowiadane przez wybrankę jego serca, która przed wieloma księżycami dzieckiem nocy się stała.
Uzupełnienie z mojej strony. Nie chce aby ktoś pomyślał, że cała ta akcja była czystym przypadkiem a wygrana zwykłym szczęściem.
***
Po otrzymaniu listu od posłańca w Yew nie miał zbyt wiele czasu na myślenie, nie miał ponieważ chciał się dowiedzieć co czeka go jeśli zaufa komuś kogo na oczy nie widział, a kto przyznaje się do szpiegostwa. Nie miał nic do stracenia, to też wyruszył w momencie gdy na niebie pojawił się księżyc. Podróż była długa i męcząca, upewniał się, że nikt go nie śledzi, starał się by na nikogo nie trafić. W głowie wciąż kołatało pytanie czy zdąży na czas.
Gdy przekroczył bramy miasta myślał już tylko o łóżku i czymś ciepłym do zjedzenia, jednak dane mu było napatoczyć się na starszego jegomościa, który zadeklarował mu bez ogródek iż czekał na niego i mają wiele spraw do omówienia.
- Gdyby nie to, że ufam osobie, której służę, powątpiewałbym czy warto z Tobą dobijać jakichkolwiek targów. – Rzucił niedbale gdy szli na ostatnie piętro karczmy by skryć się przed niechcianymi słuchaczami. Gdy jednak minęły pierwsze minuty mężczyzna spoglądał na swego dziwnego towarzysza i kiwał głową w zamyśleniu. Teraz już wiedział, że bez jego pomocy nie zostanie tak szybko burmistrzem.
- Wiesz, że słono za to zapłacisz? – Tamten tylko uśmiechnął się bezczelnie i kiwnął głową.
Cała akcja trwała miesiąc czasu, przekupywanie, nagabywanie i zdobywanie posłuchu. Wygrali. Wygrali bez cienia oporu przeciwnika. Zdawało by się, że najemnik może liczyć już swoje złoto....
Po kilkunastu tygodniach spędzonych w lasach wracała do tego samego co zwykle miasta. Przeszła przez tą samą bramę, tą samą drogą mijając te same budynki zbliżała się do tego samego banku, by u tej samej bankierki poprosić o tą samą skrzynię, zabrać to samo co zwykle i wrócić w to samo miejsce, z którego przyszła. Wydawało by się na pierwszy rzut oka, że to jest to samo miasto, lecz było w nim coś niepokojącego, pewna inność, której zwykły człowiek nie mógł by zauważyć. Nie to samo powietrze, nie ten sam szum drzew, nie to samo lustro wody, nie ten sam śpiew ptaków. Musiało się stać coś co odmieniło to miejsce...
- Panienko?- przytłumiony, spokojny, lekko zachrypnięty głos starszego męzczyzny wyrwał ją z zadumy. Odwróciła się i milcząc spojrzała w jego stronę.
- Burmistrz- ciągnął dalej tym samym spokojnym tonem- Koriel- splunął przez ramię mamrocząc coś pod nosem- musi zostać wygnany z miasta. Pozwolił by nieczyste istoty spłamiły krwią nasze świątynie. Musisz pomóc uratować miasto zanim ONI zdążą się tu zadomowić...
Odprowadził ją aż do samego budynku ratusza opowiadając po drodze, co właściwie się stało.
Wiedziała, że decyzja, którą podjęła jest dobra... Nie dlatego, że ów mężczyzna przekonał ją, lecz dlatego, że chciała, aby to miasto było zawsze tym samym miastem. Ani wiatr, ani drzewa, ani woda, ani ptaki nigdy nie były tutaj tak milczące.