DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Enkil w 2008 01 21, 23:41:30

Tytuł: Nowa droga
Wiadomość wysłana przez: Enkil w 2008 01 21, 23:41:30
Dochodziła jedenasta. Srebrzyste ulice Delucji powoli zasypiały. Ostatnie promienie słoneczne, powoli umierały za horyzontem. Miasto błyszczało od rozpalonych łuczyw, ich punktowe światło tliło się spokojnie. Jedynie delikatny jesienny wiatr wprowadzał ich płomienny kształt w nieład. W tą jakże cichą noc w jednym z wynajętych apartamentów, tuż za grodem zamkowym rozbijała się ponura osoba. Harmonia całego porządku nocy była zakłócana przez pijańskie zachowanie, a przynajmniej to było słychać z ulicy.

Która to już butelka, mój drogi kieliszku ? Chciałabym w końcu poczuć ten smak.. Ilekroć kupuję wino, czuję że zawsze posłuży do płukania tych nędznych organów. Tak było i tym razem...
Kobieta przerzucała kolejną stertę regimentów by dokopać się w końcu do zatopionej na dnie kufra księgi. Bluzgając przy tym niemiłosiernie popijała co jakiś czas ognistą wodę. W pokoju panowała cisza, obrazy wpatrywały się bezdusznie w zakłopotaną nekromantkę. Mam cię! Wyrwała w końcu z impetem. Księga roniąc duszący kurz znalazła się w uniesionej wysoko dłoni istoty.
Witaj Elizabeth.
Z tej samej wysokości wypuściła ją z dłoni, wbijając spojrzenie w migoczącą postać unoszącą się w centralnej części komnaty. Spokojnym tonem, jak gdyby głos znał i rozumiał kobietę od wielu lat.
Wyglądasz na zaskoczoną.
Elizabeth wiedziała, że Pan po powrocie upomni się o nią, nie sadziła jednak że zrobi to tak szybko.
Wiem po co tu jesteś, oddaję się Twojej woli mój Panie.
Złapała w obie dłonie hebanowy kij, wyprostowała się i oczekiwała tego co nadejdzie.
Migocząca postać ustabilizowała swą wizję, stając się teraz wyraźną sylwetką. Z łatwością można było dostrzec gabaryty dziwnego przybysza. Wzrost ponad przeciętny, smukła, szczupła sylwetka odziana w szczelny krwisto czerwony całun. W dłoni dzierżąca równie czerwoną księgę z wyrytymi hieroglifami oraz wielką łapą zakończoną szponami.
Nareszcie Cię odnalazłem Elizabeth, ten głos brzmiał w jej umyśle niczym echo rozbijające się gdzieś na dnie głębokiej studni. Cucąc własne myśli pojęła iż wdała się w dyskusje z niewłaściwą osobą. Zanim jednak zdołała cokolwiek wypowiedzieć przeszył ją kłujący ból.

Znalazła się w miejscu gdzie czas załamywał swą nieugiętą barierę. Wokół panowała głucha cisza, pustynia nicości otaczająca zewsząd. Powietrze cuchnęło siarką oraz swądem palonych zwłok, jak ogromna kadź wypełniona po brzegi ludzkim mięsem. To miejsce końca istnienia każdego śmiertelnika. Ale po cóż ona tutaj? Czy aby powrót do świata żywych miał spuścić się w błądzeniu między wymiarowym? Niemniej jednak wszelkie wątpliwości zostały rozwiane w jednej chwili. Ku jej zdziwieniu usłyszała warczący głos, który rani tysiące serc swym tonem. Nie ten którym przemawiał do niej Netheril.
Kreatura stojąca naprzeciw nie należała do żadnego z zastępów śmierci. Jego ciało na kształt smoka, pokryte grubą czerwono czarną łuską, pysk i gardziel grubo na karku wiszący zwieńczony zawiniętymi ku tyłowi rogami, łapy szerokie i silne u ich końcu szpony które tną jak szable pancerne skorupy. Stał dumnie w majestacie i chwale, rozłożył skrzydlate odnóża spieczone w ognistej aurze przemawiając bulgoczącym, a zarazem donośnym tonem.
WIĘC ODNALAZŁEM CIĘ.
Demon wysyczał uwalniając parujące strumienie kwasu z swych ust.
Kobieta leżała na brukowanym skrawku nicości która ogarniała ją coraz bardziej. Z trudem uniosła swe gabaryty podtrzymując kijem umierające ciało. Wyrównała spojrzenie które słał bezpośrednio pomiot piekieł. Jej umysł pieściły patetyczne zmysły, które bez oporów zaczęły igrać z demonem.
Jeśli to próba mój Panie, wiedz że jestem gotowa. Mrucząc pod nosem zaczęła inkantację.
In signum ferenti re...
Donośny śmiech przerwał jej inkantacje rozpraszając przygotowany czar.
Złapała teraz heban mocniej w dłonie, z torby dobierając obsydian rozkruszyła przed sobą. W powietrzu uniósł się pył. Zmarszczyła brwi wykrzykując tym razem całymi siłami...
IN FERNUM TRE NOM... !
DOSYĆ ! DOSYĆ, OSYĆ, SYĆ....!!!
Głos demona rozbił się w nicości pozostawiając dudniące echo.
NIE SĄDZISZ CHYBA, ŻE MOŻESZ MI COKOLWIEK ZROBIĆ W MOIM WŁASNYM DOMU?
Z jej twarzy zszedł grymas zniesmaczenia a zaczęło rysować się zdziwienie. Demon wyraźnie dominował nad bezsilną kobietą. W tej chwili zdawałoby się że jest na jego łasce. Po chwili znów zaryczał donośnym tonem.
JAK JUŻ WSPOMNIAŁEM, ON UPOMNIAŁ SIĘ O CIEBIE.
Mówiąc to jakby czuł wielką trwogę, a wymawiając jego głos zadrżał.
Nie będę niczyją marionetką!
Bestia ponownie zaryczała roniąc gromki śmiech.
NIE MOŻESZ Z NIM WALCZYĆ KOBIETO, TO NIE PRZYCHODZI Z DNIA NA DZIEŃ. JEGO WOLA SPEŁNI SIĘ. A TY ODNAJDZIESZ WŁASNY GŁOS ROZSĄDKU.
Wypowiadając ostatnie zdanie rozpostarł swe piekielne skrzydła kierując spojrzenie prosto na Elizabeth.
TERAZ IDŹ, IDŹ I PRZYNIEŚ SWÓJ DOWÓD WIARY.
Ostatnie słowa zgasiły obraz przysłaniając go jeszcze głębszą czernią.
Powstała ponownie w swojej komnacie. Myśli znowu zaczęły świdrować przegniły umysł. Tym razem coś podpowiadało jej, szept obcego pochodzenia. Jakby ktoś stał za nią i kotłował w jej myślach...

Noc była już głęboka, Luna królowała na samym szczycie niebo sklepienia. Ktoś jednak musiał zakłócić ten porządek w dzielnicy mieszkalnej.


Ulice błyszczały od bijącego blasku łuczyw. Odziana w czarny całun postać przemknęła między kolumnami centralnego banku Delucji. Srogie spojrzenie rzucone bankierowi było wystarczająco jasne by podąć to co zwykle. Nie minęło pięć ziaren nim zakapturzona istota wyrwała niczym obłąkana przez mury miasta. Koń parskał niespokojnie, lecz popędzony w galop nie miał zbytnich oporów.
Cel podróży był wielkim misterium, szeptanym przez samego demona. Nim zawyło dwanaście wilków Elizabeth już dojeżdżała do piaskowych wydm. Kopyta konia teraz leniwiej poruszały się po piaszczystym ciele. W końcu bydle stanęło nad brzegiem rozległej wody. Dosiadająca go nekromantka wyszeptała prędko parę niezrozumiałych słow., które w jednej chwili przerodziły się w czyn posyłając ją na drugą stronę brzegu.

Unosząc głowę ku górze z łatwością można było dostrzec czarne flagi małej warowni. Długie, ciągnące się w nieskończoność schody, i to poczucie, poczucie znajomości tego miejsca. Każdy stopień wywołuje emocje, ciepła, chłodu, każdego dnia spędzonego w tym miejscu. Jakże wielkim darem było kiedyś stąpanie po nich... Przed drzwiami frontowymi wmurowani jak dwa posągi strażnicy samego Netherila. Ich wzrok wbity daleko przed się. Wydają się być nieobecni, jedynie głośny oddech zdradza ich byt.

Mosiężna klama otworzyła się, roniąc nieprzyjazny dla ucha skowyt, jakby nie otwierana od pokoleń. Stary zapach stęchlizny unosił się w powietrzu, przypominając wiele wspomnień.
Zimny, długi blat stał niepokonanie jedynie  pokryty wieloletnim grubym kożuchem z kurzu. Każde spojrzenie prowadziło do końca sali, zdawać by się mogło – logika. Lecz w tym miejscu logika nie miała prawa wstępu. Artefakt nekromantów, księga śmierci w zasięgu łapczywych dłoni. Kobieta stanęła naprzeciw unosząc swe kościste dłonie na niej. Głosy drążące dziury w głowie zaczęły nasilać się. Z początku niewyraźne, teraz stawały się mówić ludzkim głosem. Złoto zdobione krawędzie księgi, kusiły by ją dotknąć choć na chwile, a czyniąc to wywoływały dreszcz i raziły wspomnieniami. Stojąc nad nią w myślach słyszała błaganie o zdrowy rozsądek, ale to błaganie było już tylko nikłym szeptem...

Drzwi frontowe otworzyły się z jeszcze większym łoskotem, strażnicy mruknęli pod nosem zerkając srogo na prawie zbiegającą w nienaturalnym tępię kobietę. Słowa inkantacji były teraz o wiele szybciej wypowiedziane. Chmura dymu popchnęła ją prosto do serca Delucji, gdzie opętana własnym życzeniem trafiła do swojej komnaty.

Weszła pozostawiając po sobie głośne łoskot trzepiących drzwi. Gdy tylko znalazła się w swej komnacie poszukując butelki czegoś mocniejszego usłyszała znajomy głos.
Elissabeth, wzywałaś mnie.
Zdążyła odwrócić głowę gdy postać odziana w znajome szaty czerwieni dodała
Siostro?
Nie wiąże nas żadna nic!
Ależ oczywiście że wiąże.
Dodał z przekorą wyciągając dłoń. Zakapturzony demon wskazał na jej pierś, gdzie w tej chwili trzymała świeżo skradziony artefakt.
Dokonałaś trafnego wyboru. Widzę, że intuicja nie zawiodła Cię i tym razem. On patrzy i jest z Ciebie zadowolony Elizabeth.
Trzymana w dłoniach księga przysnęła z jej rąk, niczym złudny czar rzucony przez leśnego fircyka. Demoniczny sługa kontynuował swój monolog.
Teraz musisz się postarać, wierz w Jego potęgę, tą która sprowadziła Cię do nas, tą która łączy Ciebie z światem Pana. Zgłębiaj wiarę, miej się na baczności. Kolejne spotkanie będzie w jego dominium. Czas nam przygotować Ciebie.
Kobieta zamknęła oczy, jakby nie mogąc uwierzyć w to czego dokonała, z własnego wyboru. Blask luny wpadający przez okno drażnił ją, a zarazem koił. Odwróciła wzrok ponownie na srebrzysto białe światło księżyca odpowiadając kapłanowi.
Tak też uczynię...
Demonolog schylił się depcząc robaka w dłoni, po chwili zniknął parując czerwonym dymem pod sufitem.


Z podziękowaniem dla Patrola
Tytuł: Nowa droga
Wiadomość wysłana przez: Enkil w 2008 01 30, 23:19:49
Kolejne noce mijały szybciej niż zwykle. Każde spojrzenie wydawało się być innym. Myśli płynące nieustannie jak woda z bijącego źródła przyprawiały kobietę o zawrót głowy. Sięgając pamięcią wstecz, ujrzała obrazy przemijające w migawce. Każdy krok swojej przeszłości, każdą smutę i radość. Kiedy tak rozmyślała w filozoficznym natchnieniu, odczuła raptowną zmianę napięcia. W uszach kobiety zadęło ciśnienie, ogłuszając ją na parę chwil. W tej wyrwanej z horroru ciszy usłyszała głos...
,,TO WSPOMNIENIE POZOSTANIE GŁĘBOKO W TWOJEJ ŚWIADOMOŚCI"
Ten głos miliona ryczących bestii, setek matek konających oraz ich nie poczętych dzieci w łonie, rozbił w jej umyśle głębokim echem. To musiał być On, lecz jakże to możliwe?
Głucha cisza powoli zanikała, pozostawiając w bębenkach swędzący skowyt.
Elizabeth zdumiona własną sytuacją, wprawiła w nienaturalny ruch swoje kończyny, a chwyciwszy czarny kostur opuściła swoją komnatę.

Słońce wisiało wysoko na niebo sklepieniu prażąc brukowane ulice Delucji. Jedynie długie smugi cienia padały od stojących na baczność posiadłości tuż przy skrzepłej fosie. Przed budynkami, wyrastała kolosalna sylwetka świątyni trójcy. Czarne, masywne kolumny wznosiły w górę potężne łupiny dachu. Na samym szczycie rysowały się wyostrzone przez wiatr słupy, zalane krwią niewinnych bękartów. Przez środek świątyni swobodnie przelatywał wiatr. Przy każdej z kolumn stała szkarłatna demonica succubus, dumnie pilnując świątynnego spokoju. Zakomponowane w czarno czerwonych kolorach kamienne krzesła stały obok siebie w równych rzędach. Po środku biegł długi krwisty dywan a u jego końca unosił się potężny ołtarz wyrzeźbiony z brunatnej skały.

Elizabeth usiadła w pierwszym rzędzie. Pochyliwszy głowę splotła dłonie na wysokości bioder mówiąc ledwo słyszalne modły. Światło ołtarzowych świec drgnęło, roniąc parę iskier na zimny blat. Po prawej stronie ołtarza przestrzeń załamała swą barierę wsysając promienie światła do małej owalnej ciemnoczerwonej kuli. Raptowne skupisko energii rozciągnęło swe rubinowe ciało do rozmiarów przeciętnego człowieka. Chwilę po tym z magicznych wrót zaczęły się wynurzać kończyny. Ciężko jednak nazwać to kończynami. Istota odziana w szczelny, krwisty całun wydostała się na zewnątrz. Głęboki kaptur zasłaniał lica przybysza, jednak kobieta nie musiała zgadywać kim jest nieoczekiwany gość.

-A więc jesteś siostro.
Słowa wypowiedziane bezdusznie, jak sama sylwetka ponurego mędrca, popłynęły w stronę kobiety.
-Mamy parę spraw względem Twojej osoby, parę niezręcznych spraw.
Mówiąc to zaskrzypiał jakby z przekory to ze złości.
-Niedokończonych spraaaaw?
Powtórzyła przeciągle kobieta.
-Tak, są pewne rzeczy które chcemy od Ciebie.
Jego długi, zakończony pazurem palec wskazał osobę Elizabeth.
-Musisz nam udowodnić swoją wartość, oddanie, wiarę...
-O czym mówimy?
Stanęła naprzeciw kapłana równając spojrzenie.
-Twór methestela, to będzie odpowiedni cel prawda? Do niedawna niezauważalny, skupił swą siłę w jednym celu. Cały jego trud spłynął na tworzeniu doskonałej materii.
Mędrzec uniósł swą głowę ku górze odsłaniając dotąd zakrytą twarz, jego oczy w patetycznym rozwarciu, pełne obłędu wbiły się w kobietę.
-Powołał anioła do służby !
Na jego licach rysował się równie obłędny co szaleńczy uśmiech.
-To odpowiednie zadanie dla Ciebie moja droga.
Kpiący grymas twarzy pozostawiał wiele do życzenia, niemniej jednak Elizabeth nie pozostała mu dłużna.
-To jakaś kpina! Sama nie ujarzmię tchnienia tego bożka.
Mówiąc to zrzuciła jeden z dziękczynnych kielichów z ołtarza.
-Hyh, nikt nie powiedział że to będzie łatwe. Jednak zanim stanie się to rzeczywistością, musisz zrobić coś innego.
Ponownie kpiący śmiech rozdźwięczał w świątyni.
-Konkretniej?
Dusząc informacje skwitowała. Kapłan odwrócił się plecami idąc w kąt prosto na litą ścianę
-Udaj się do miasta umarłych.
Mężczyzna staną naprzeciw zimnej kolumny.
-Co mnie tam czeka?!
Elizabeth uniosła ton w kierunku blednącej sylwetki maga.
-Niedokończoooneeee sssssspraaaaaaawyyyyyyyyyyyyyyy....
Głoś mędrca rozciągną się głębokim echem w tunelu między wymiarowym. Po chwili jego postać całkowicie znikła pozostawiając kolumnę niewzruszoną.

Chwilę później...

Tęten kopyt dobiegał sprzed kolosalnych murów Delucji. Szeroko otwarte bramy miasta wypuściły rozpędzonego rumaka dosiadanego przez pochylona w galopie sylwetkę. Kobieta odziana w czarną togę przemykała przez nierówne tereny, dzicz lasów pochłaniała ją z każdą chwilą. Kształty drzew, krzewów, skał i całej natury mijały jak rozciągnięta smuga. Koń powoli tracił siły, parskając ze zmęczenia wdrapał się na kamienną kładkę gdzie przywitała ich uroczyście lewitująca zmora.

-KTOOOOOOOOOŚŚŚŚŚŚŚŚ TYYYYYY?
Głosem cienkim jak nic archontów i kłującym jak wrzecion wysyczała istota.
-Raczej kim żeś Ty nędzna kreaturo!
Koń tupał w miejscu, rżąc niespokojnie. Kobieta złapała mocniej uzdę przywracając go do ładu. Lewitująca, grymaśna sylwetka przepuszczała przez siebie strumienie bijącego z niebios światła.
-Odpowiadaj jak do Ciebie rzecze!!!
Krzyknęła ponurym głosem Elizabeth. Jej brwi zmarszczyły się w nerwach, a dwa rubinowe punkciki skierowały swe spojrzenie prosto w górną cześć zjawy.
-CHHHYYYBAAAAA NIEEEE WIESZZZZZZ SSSS KIMMM MASZZZ DOCZYNIENIAAA
Ponownie syczący głos wydobył się z czegoś co można by nazwać gębą. Lewitująca postać powoli krążyła nad pomostem.
-Nie będziesz się ze mną bawić w te gierki!
Chwyciwszy za torbę dobrała odpowiedni regiment odmawiając inkantację
-Corp por
Fala energii powędrowała prosto z wyprostowanej dłoni nekromantki. Eteryczna postać stała nieruchomo, wyzwolone promienie inkantowanego czaru przeszyły ciało istoty na wylot.
-DOŚĆĆĆĆĆĆ JUŻŻŻŻ, PRZEEEJDŹ MY DOOO RZECZYYY
Kobieta znieruchomiała, przegryzając nerwowo usta.
-PRAGNEEEEEE ODEJŚĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆ, ZAZNAĆĆĆĆĆĆĆĆĆĆ SPOKOJUUUUU. UCZYŃŃŃŃŃŃŃ TOOOO, A NAGRODAAAA BĘDZIEEEE WIELKAAAA.
W jednej z kończyn dziwacznego tworu pojawiła się niewielka, przypominająca do złudzenia złamany talerz pieczęć. Łapczywe spojrzenie skoncentrowało się na czerwonym kawałku, cennego materiału. Z twarzy nekromantki zniknął grymas niezadowolenia.
-Wskaż mi miejsce poczwaro, a odeślę Cię do jakiego boga tylko będziesz chciała.
Stwór syknął obracając się. Kobieta kopiąc konia w bok ponagliła go do ruchu. Po chwili oboje; zjawa oraz nekromantka znaleźli się na rozległej, błotnistej równinie, otoczonej ponurymi konarami drzew.

Elizabeth Stanęła prosto ściągając przez głowę czarną szatę. Jej dłonie rozluźniły się, nabrała głęboko w płuca powietrza powoli wypuszczając. Dobrała z torby parę składników, po czym uniosła obydwie dłonie ku górze. W lewej wulkaniczny pył symbolizujący prochy, w prawej zaś obsydian symbol władzy.
OTO... TWÓJ SŁUGA POKORNIE PROSI O AUDIENCJE O PANIE !
Wykrzyczała pierwsze zdanie rozsiewając dookoła trzymane w dłoniach składniki.
NIECHAJ ROZSTĄPIĄ SIĘ KRAWĘDZIE ZIEMI WYPUSZCZAJĄC SWÓJ PIEKIELNY ODDECH!
NIECHAJ ZIEMIA UPOMNI SIĘ O ZALEGŁE DUSZE BŁĄDZĄCE PO TYM ŚWIECIE!
Teraz dłonie skierowała w kierunku lewitującej duszy.
WSKAŻ IM DROGĘ BY MOGŁY WIERNIE SŁUŻYĆ W TWYM BEZKRESNYM KRÓLESTWIE!
Gruba warstwa chmur zaczęła napływać tuż nad obiema postaciami. Gęsta warstwa kłębiącego w kolumnie pyłu i kurzu, otoczona piorunami dotykała swym ramieniem czubka ziemi.
ZABIERZ TĄ ZBŁĄKANĄ ISTOTĘ DO SWEGO ŚWIATA WSZECHMOCNY!
Ziemia drżąc ustąpiła pęknięciom, które przecięły ziemię w pięciu miejscach tworząc płonący pentagram tuż pod wirującą duszą.
-DOOOKONAŁO SIĘĘĘĘĘ, WEŹ PROSZZZZĘ TĄĄĄĄ PIECZĘĘĘĆĆĆĆ JAKOOO ZNAK TWOJEJJJJ ZASŁUGIIIIIIII
Kończąc ostatnie słowa eteryczna dusza znikła, porwana przez kotłujący się nad nią komin który wcisną swe wirujące ciało do środka przeciętego pentagramu.

Na ziemi pozostała bezwładnie złamana część pieczęci. Elizabeth narzuciwszy nań płachtę czarnej skóry owinęła dokładnie, wiążąc na swych plecach rzemieniem. Chwilę później znikła w szafirowym portalu prowadzącym prosto przed jej posiadłość.

Z podziękowaniem dla Patrola  :mrgreen:
Tytuł: Nowa droga
Wiadomość wysłana przez: Enkil w 2008 02 03, 23:19:36
Świt nadszedł niespodziewanie wdzierając się bezczelnie prosto przez kamienne okna. Oczy nieumarłej otworzyły się. Myśli zaczęły rozpędzać wyznaczając priorytety dnia. Elizabeth narzuciła na siebie czerwone palto i wyszła z komnaty zamyślona pozostawiając drzwi niedomknięte.

Brukowane ulice Delucji mieniły się od porannego blasku słońca, co wprawiało kobietę o grymaśny wyraz twarzy. Beznamiętnie szła przed się, prostu w stronę głównych bram miasta. Nie wiadomo co tchnęło dziś Elizabeth, jedno jest pewne. Jej człowieczeństwo dawno odbiegło od normy. To raczej szkielet który kieruje się okrutną pasją, naznaczoną przez patetycznego boga...

Soczysta zieleń zaginionych krain aż prosiła się o słowa pogardy z jej ust. Lecz tego dnia nic z nich nie popłynęło. Przyroda zdziwiona tą postawą aż zamarła w wielkiej trwodze. Kobieta szła na wschód, odziana jedynie w rubinową szatę, która niedokładnie zasłaniała jej wysuszone ciało. Teren zmieniał się jak obraz w migawce, coraz to barwniejszymi kolorami. Wreszcie nabrał skalistego kształtu. Mała oaza – tak nazwałby to prostak który nie zna się na rzeczy. Niewielki wodospad wybijający ze szczelin w skale, zalewał powierzchnie głazu rozmywając się w soczystych kolorach zieleni. To jedynie przejście, ukryte pod wodnistą iluzją. Elizabeth narzuciła na głowę płaszcz wchodząc w środek lejącego wodospadu.

Obróciwszy się w stronę wodospadu, można było dostrzec to co dzieje się na zewnątrz. Pryzmat wodospadu sprawiał iż widziany świat nabrał barw karmazynu. Nekromantka zdjęła palto rzucając w kąt. Pomieszczenie w którym się znalazła nie przypominało katakumb, ani grobowca, to bardziej osada żyjących trupów, którzy postanowili ucywilizować swoją egzystencję. Ciemne ściany koloru turkusu, starannie ułożona mozaika na ziemi, to na pewno działo człowieka. Na ścianach podpalone łuczywo oświetlało korytarze.

Elizabeth ruszyła przed siebie. Obraz rozbijających się zjaw we mgle odstraszał zwyczajnych ludzi, wprawiając ich w przerażenie i obłęd. Nic dziwnego że śmiałkowie zapuszczający się w te rejony zawsze są uzbrojeni po zęby. Cóż za cynicy, ich strach przerasta ich własne myśli.
Kolejne mijane poczwary, to pełzające po ziemi, to skaczące na jednej nodze. Cóż za okrucieństwo trzymało te bestie przy życiu. Wola Pana śmierci była ich chwałą, bądź zgubą.
Elizabeth przeszła przez ostatni korytarz, przed nią ujawniły się długie zakręcone schody, które prowadziły do poziomów niżej. Przed nimi dwaj, odziani w szare zbroje, szyte z kości zwierzęcych, wojownicy. Ich spojrzenia mierzyły kobietę od stóp do głów. Nie odważyli się jednak na rozmowę, gdyż przekonani o walorze nekromantki darowali wszczynanie rozmów.

Schody doprowadziły Elizabeth do rozległej komnaty, której centralna część emanowała piekielnym blaskiem. Podłoga odbiegała od reszty tegoż kompleksu. W środku namazany ludzką krwią pentagram, na jego pięciu ramionach kotlarze z płonącym żarem i bestia... Bestia której zrozumienie jest dalece odległe od normalności. Czy Bogowie mogą być aż tak okrutnie, by skazywać takie paskudztwo na życie? Przed nekromantką wyrastała z ziemi monstrualna bestia, której odnóża były równie skomplikowane co ich identyfikacja. Zlepiona bestia przez dowcipnego bożka, zszyta z ludzkich ciał na znak ironii i kalectwa. Prosząca się samym wyglądem o odesłanie do gorejących piekieł.

Elizabeth okrążyła demoniczna poczwarę. Jej wzrok mierzył dokładnie każdy cal cielesności istoty.
-Cóż to za kreatura? Przez kogo powołana?
Bestia jedynie stałą w miejscu, tępo pojękując, jak gdyby nie miała bladego pojęcia o tym gdzie jest i co robi. Jednak ciekawość kobiety wzbudził błyszczący owal, leżący tuż u jego odnóży.
-Taaaak, więc taaak.
Ochrypłym głosem wyszeptała nekromantka.
-Nie mogę dłużej zwlekać ! Teraz na Ciebie przyszła pora !
Krzycząc uniosła dłonie ku górze, po czym opuściła je wskazując na otumanionego stwora.
PANIE TWA SŁUGA POKORNIE PROSI CIĘ O AUDIENCJĘ!
-TYŚ UCZYNIŁ TA KREATURA ŻYWĄ!
Krzycząc na cały gardziel kontynuowała.
-NIECHAJ ZATEM WRÓCI DO PEŁNIENIA TWEJ POSŁUGI!
-PRZYJMIJ GO DO GOREJĄCYCH PIEKIEŁ, BY MÓGŁ ODDAĆ SIĘ W TWE RĘCE !
Komnata zatrzęsła się, roniąc ze szczelin drobiny piasku które od lat pragnęły wedrzeć się do środka. Głos miliona płaczących matek niczym szept przeleciał przez pomieszczenie pozostawiając dreszcz na ciele. Kreatura ryknęła przeraźliwie. Nad stworem zaczęły unosić się pszczoły, ich liczba stawała się dziesiątkami, setkami, aż wreszcie ogarnęły całe ciało potwora przeszywając go na wskroś. Monstrualna bestia wbiła się słupem w ziemie. Ruj pszczół wleciał w niewielka szczelinę w podłodze znikając całkowicie. Pomieszczenie pogrążyło się w ciszy.

Na środku pentagramu pozostała samotnie brakująca cześć pieczęci, Elizabeth szybkim ruchem dłoni zagarnęła ją chowając szczelnie do torby z regimentami.
-W końcu Cię mam!
Jej twarzy skrzywiła się w ironicznym uśmiechu, roniąc czarci rechot...
(http://ice.neostrada.pl/kaplan.gif)

Dnia następnego...


Porywisty wiatr szarpał długimi, karminowymi kotarami świątyni. Górskie powietrze spływające ze stromych skał, swobodnie przelatywało przez pomieszczenie pozostawiając za sobą gwizd. Siedząca w pierwszym rzędzie kobieta zagłębiła się w dumaniu...

Złamana pieczęć była znakiem, którego znaczenie kryło się pod zapisanymi, runicznymi słowami. Ilekroć palce kobiety przejechały po wypukłej części złamanego okręgu, za każdym razem niewyraźny błysk przelatywał przez wyryte nań hieroglify. Elizabeth zafascynowana istotą pieczęci coraz bardziej zagłębiała się w labiryncie swoich myśli. Jej włosy gładził wiatr, który szeptał w umyśle. Między tysiącami wyklętych słów, obelg, nie poukładanych myśli jeden głos wydał się najwyraźniejszy.
,,Elizabethhhhhhhhhhhhhhhh"
Jej oczy zamarły na tlącym świetle w oddali.
,,Deeeeeeeeeeeeeeeeeceeeeeeeeeeid"
Głos podobny do chochliczego jęku, wypowiedziany przeciągłym półszeptem.
Pieczęć błyszczała emanując rubinowym światłem, hieroglify zdawały się wręcz pulsować. ---To zapewne kolejna wskazówka Pana
Wymamrotała kobieta głosem suchym jak piach pustyni przesypywany do szklanych pucharów.

Koń rżał niespokojnie, jego Pani grubym rzemieniem chłostała zad ponaglając go do ruchu.
Tuż za dziewiczymi terenami, gdzie kończyła się gęsta puszcza, rozprzestrzeniał się długi pas zieleni a pomiędzy ujście zalewu. Sięgając wzrokiem w dal, można by dostrzec niewyraźną sylwetkę statku, drgającą na rozległych wodach.
Elizabeth zsiadła z konia nagradzając go paroma klepnięciami w kark. Tuż zza jej pleców dobiegł chrapliwy, męski głos.
-Kędy stu szło!
Kobieta pozostając odwrócona. Jedynie brwi zmarszczyły się na jej czole.
-Tam miliony ginęły.
Elizabeth odwróciła się kończąc te słowa.
-Statek gotowy moja Pani. Kapitan razem z załogą czekają na Twoje rozkazy.
Naprzeciw nekromantki stał wysoki, barczysty mężczyzna około trzydziestki. Odziany w czarną, ćwiekowaną tunikę przez którą biegł brązowy pas zakończony klamrą z trupią czaszką. Wymienili między sobą spojrzenia kierując kroki do czekającej łodzi...

Statek o czarnych żaglach, zakończony smoczą głową, przedzierał się przez taflę oceanu kierując daleko, daleko na północ. Powietrze z godziny na godzinę robiło się coraz zimniejsze. Część pokładu pokryła się śnieżno białym szronem. Mocny jak smocza łuska kadłub przedzierał się przez zamarznięte wody, rozbijając krę metalowym nosem. Po długich godzinach jeden z siedzących na wachcie marynarzy krzyknął.
-Kapitanie, ląd na dwunastej !
Z niewielkiego pomieszczenia wyszedł tłusty jak sto owiec kapitan. Ledwo przeciskając się przez małe skrzypiące drzwi. Jego biała broda i małe ślepia sprawiały iż wyglądał co najmniej żałośnie.
-Czego tam ?! Ląd ?
-Aye kapitanie ! Na dwunastej! Dwie mile stąd!
Elizabeth stała oparta o zamarzniętą burtę. Kapitan pokiwał w jej stronę popędzając załogę do pracy. Ląd był coraz bliżej, a dzięki temu myśli kobiety plątały się pozostawiając ją w dziwnym amoku...

Schodząc po trapie jej stopy jakby zanurzyły się w miękkim jak puch śniegu. Uniosła głowę rozglądając się dokoła. Krajobraz zamarzniętej pustyni i gór otaczał ją niemal ze wszystkich stron. Powietrze z ust kobiety parowało, temperatura na lodowym kontynencie była ujemna.
Droga wzdłuż lodowych gór urywała się w centralnej części, ukazując niewielka ścieżkę ku górze. Skalne ramiona zapraszały wędrowca prosto do środka czarnego tunelu.

Parę chwil później...

Corp por!
An Mani!
Warczącym głosem wykrzykiwała Elizabeth opędzając się od nieumarłych istot. Zszokowana istnieniem kreatur przez które nie przemawia głos Netherila, które nie poddają się woli nekromanty. Jej patetyczne spojrzenie zamarło widząc kolejną fale nadchodzących z nienaturalną prędkością bestii, pełnych furii i głodu.

Kobieta stanęła prosto unosząc kij ku górze. Jej usta rozwarły się krzycząc przeraźliwym tonem.
In Ferna Diakoni Se Mihi Devuto!
Ze szczelin w ziemi zaczęły wydobywać się zielone języki, całe pomieszczenie w jednej chwili eksplodowało roniąc trujący dym we wszystkie strony. Kreatury padały jedna po drugiej rozdzierając swe twarze jedna o drugą. Nagle wszystko ucichło, cały chaos panujący w komnacie zgasł. Jak spalona świeca, głucha cisza dusiła bębenki.
,,Elizabeth"
Głos który rozbijał się w jej głowie od początku tego dnia, ponownie zaczął nawoływać.

Kobieta zagłębiła się w mokrym, zimnym powietrzu bijącym z krypty. Schodami w dół, ciągle w dół. Mimo iż panowała niemalże całkowita ciemność, zdawało by się iż zna drogę. W końcu dotarła do wielkiej komnaty. Smród rozkładających się ciał unosił się w wilgotnym powietrzu. Ściany mokre od śluzu, gnijące od wielu lat otaczały ją ze wszystkich stron.

Piaszczyste podłoże sprawiało iż nogi zdawały się zapadać, jednak to co leżało na samym środku sali było jeszcze większym misterium. Poczwara na kształt biesa piekielnego, masywne kościane łapy, pazury ostre jak szpady, pysk demonicznego czarta. Jego członki powyginane, wykręcone we wszystkie strony. Dziwaczny stwór ze świata starożytnego leżący u stóp Elizabeth. Jej spojrzenie zawisło, badając dokładnie cal po calu zakurzony okaz. Między brudem i pajęczyną zalegającą od wielu lat leżała wielka łupina, podobna do pancerza, a w niej zanurzone kolosalne ostrze. Zapewne narzędzie śmierci, wbite głęboko w koścista skorupę. Berdysz pokryty runami, których znaczenie zapisane jest w demonicznych kodeksach.

Elizabeth chwyciła mocno za trzon ciągnąc do siebie. O dziwo ostrze nie stawiało zbytniego oporu. Kobieta z łatwością wyciągnęła je, trzymając teraz na wysokości swoich oczu. W sali panowała cisza, jednak w momencie gdy zaklęte ostrze zguby, opuściło zwłoki potwora słychać było przez krótką chwilę przeciągły syk. To piach zaczął zapadać się do środka, jakby wsysany do wielkiej misy. Nekromantka odsunęła się szybko, stając na kamiennej posadzce. Ciało demona powoli znikało w piaszczystej podłodze, aż wreszcie piach przykrył je całkowicie. Elizabeth wiedziała iż broń kuta przez demony, na pewno ma większe cele w jej dziwacznej grze...

Kobieta wychodząc z Khaldun wyglądała na pochłoniętą myślami. Zastanawiała się nad własnym przeznaczeniem, oraz nad poczwarą którą przed chwilą pogrzebała...

Z podziękowaniem dla Patrola  :twisted:
Tytuł: Nowa droga
Wiadomość wysłana przez: Enkil w 2008 03 08, 18:53:25
-Elizabeth....
-Eliisssssssssssssssabeeeeeeeeeeeth.....
Przeciągły głos który nawoływał w jej myślach, ten sam który doprowadził ją do Khaldun. Kobieta wiedziała, że przeznaczenie berdysza jest nie pojęte przez śmiertelników. Zdobione runicznymi bluźnierstwami i rycinami ostrze nie na darmo zostało wykute w gorejących piekłach.
-Już czas...
Elizabeth wyrwała swe myśli, skupiając się na kolejnym zadaniu. Dym tytoniu unosił się w powietrzu mieszając ze smrodem stęchlizny bijącym od składników, oraz zgniłych ciał. Jej komnata przypominała bardziej prosektorium, niż gustowną sale wynajmowanego lokalu w Delucji. Nekromantka zabrała opartą o ścianę sękatą laskę oraz stary poniszczony plecak.
Blady rumak już czekał przed domem, przywitał swą Panią cichym rżeniem. Po paru chwilach dosiadająca go kobieta popędzała mocnymi smagnięciami bata.
-A więc, ku Vesper.

Jej wzrok skierował się na północ, gdzie wznosiła się masywna budowla. To zapewne meczet budowany przez wiernych. Każda cegła uświęcona przez samego Methestela. Nie brakowało Nekromantce tupetu by zjawić się u jej wrót.

Zimne powietrze wzmagało fale na morzu, coraz mocniej rozbijając się o skaliste nabrzeża. Wizyta Elizabeth była nieunikniona, jakby ktoś już o tym wiedział. Całe ptactwo, szum drzew jakby cała przyroda zamilkła wokół świątyni. Kobieta uniosła głowę mierząc budowlę świątynną. Ku jej zdziwieniu, dostrzegła falujące języki, których sam blask drażnił jej wzrok.
Istota stworzona z energii światła, utrzymywana przez wiarę wyznawców, tchnienie Methestela. Tak doskonały, anioł we własnej osobie. Jego spojrzenie pełne współczucia i dobroci.
-WITAJ ELIZABETH SINGH
Anioł przemówił niskim nad wyraz spokojnym kojącym tonem.
Kobieta wiedziała że to ten, o którym mówił mędrzec. Walka więc będzie nie unikniona.
-Daruj sobie powitania pomiocie niebios! Nie przyszłam tutaj na pogawędkę!
Ochrypły głos kobiety skwitował przyjazne nastawienie anioła, który jednak nie pozostał dłużny odpłacając miłym spojrzeniem. Jak widać taktyka anielska jest dalece odbiegła od sposobów nekromanckich.
-NIE MASZ TUTAJ ŻADNEJ MOCY, DROGA ELIZABETH.
Ponownie spokojnym tonem odpowiedział anioł.
-Dość tych rozmów ! Teraz zatańczymy pionku Methestela!
Elizabeth uniosła kostur inkantując zaklęcie, jednak nim zdążyła wypowiedzieć pierwszą część, potężna sylwetka błyszczącego anioła już unosiła się nad nią litościwie patrząc.
-PRZEMYŚL TO KOBIETO
Nie czas jednak na myślenie i litość, gniew wzbierał w nekromantce przy każdym słowie przeciwnika. Kobieta wiedziała, że to nie będzie łatwe, że nie skończy się tak szybko.
-Namarah hadun!
Wykrzyczała całymi siłami słowa które powirowały w powietrze po czym wprawiły ziemie w drżenie. Cały teren wokół świątyni zamienił się w pustynie ognia.
-NIECH BÓG MA CIE W SWOJEJ OPIECE
Anioł rzucił ostatnie słowa rzucając się na kobietę z ogromnym mieczem.
Walka między kolosem a nekromantką trwała dość długo. Obydwoje wspomagani przez magie dobra i zła walczyli zażarcie. Ich zmęczenie dawało o znać o sobie.
-IN NOMINE AHNBY'S
Anioł ukląkł wymawiając święte słowa... Jedna z kolumn uderzona przez niebieskawy piorun zaczęła się palić błękitnym ogniem.
ET METHESTEL...
W momencie gdy anielskie tchnienie Methestela miało dokończyć dzieła kobieta uniosła berdysz i wziąwszy zamach rzuciła w stronę klęczącej istoty. Ostrze pokryte rycinami i runicznymi słowami utkwiło głęboko w ciele anioła. Minęło parę chwil nim posłaniec nieba runął na ziemię, wylewając z siebie resztki krwi. Bron zguby aniołów, ostrze kute w czeluściach piekieł, wzmocnione demoniczną magią, po raz kolejny dopełniło swego dzieła.

Ciało istoty leżało bezwładnie, gdy Elizabeth wycinała jego serce..
-Yloth !
Płomienie wezbrały, jakby w gniewie
-Oto iskra Methestela, którą teraz kalam! Niechaj stanie się posłańcem ! Aktem mej wiary i oddania ! Przyjmij ta istotę do swego królestwa, by mogła służyć Tobie w chwale !
Falujące płomienie raptownie wbiły się w leżące zwłoki anioła, zalewając i spopielając jego ciało. Po chwili cały sczerniały, spopielony anioł stał dumnie rozkładając swe skrzydła.
Kobieta uniosła jego wciąż bijące serce, ściskając nieco w dłoni.
-JAKI JEST ROZKAZ... MISTRZU?
Jego głos, jakby strącony z nieba nabrał ponurego tonu, ochrypłego, tysiąca trupich syknięć.
-Możesz odejść, lecz bądź czujny... Oczekuj mych rozkazów w królestwie Pana!
Upadły anioł posłusznie uniósł się w powietrze, po czym runą głęboko w ziemie zabierając ze sobą płomienne morze.

Kobieta powróciła do delucji, gdzie już na nią czekał posłaniec...

Z podziękowaniem dla Patrola  :twisted: