Jak codzień mag obudził się i wyruszył do lasu w poszukiwaniu skór zwierząt do sprzedaży. Niestety dzień ten był inny niż zazwyczaj. Już na wstępie zauważył, że koło jego domku przebywa masa zwierząt leśnych. Nie myśląc długo "pozbył" się problemu i zadowolony zaniósł nowo pozyskane skóry do banku. Radość nie trwała jednak długo i w momencie kiedy udawał się w okolice tresera zobaczył zielone błyszczące kryształki.
- A niech, to! One są już tu!
Widział wcześniej bramę w wiosce dzikusów i kryształy koło niej, teraz jest ich dużo i koło Vesper. Na domiar złego dwie postacie zmagały się z Kryształowym stworem nieopodal. Interwencja była szybka:
- Kal Vas Xen An Flam
- Brońcie mnie bestie!
Niestety przywołaniac był za słaby aby dać radę pokonać stwora i mag wycofał się i zobaczył zmutowanego niedźwiedzia grizzly.
- Giń maszkaro nieczysta!
Nie zastanawiając się nad problemem wyeliminował go. W tym czasie kryształowy potwór padł zabity przez walczących. Niestety nie było dobrze. Jedną z tych osób był krwiopijca i zjadł osta maga.
- Ja ci jeszcze pokaże - Vas Ylem Rel *zmienia się w małego smoka*
Po chwili konwersacji i rozmowy z postaciami i nowo przybyłymi postanowili wszyscy ruszyć zbadać bramę, z której najprawdopodobniej wychodzą kryształowe stwory. Okazało się, że mieli rację.
Brama umiejscowiona w miejscu gdzie kiedyś była osada dzikusów błyszczała zielonkawym światłem.
- Odwołajmy ją wszyscy, może to pomoże *powiedział ktoś z zebranych*
Niestety energia magiczna została odbita i raniła wszystkich czarodziei.
Z bramy wypełzł kolejny stwór. Zignorował on zebranych i ruszył w kierunku Vesper.
- Trzeba go zatrzymać!
krzyknął mag i chciał coś dodać, ale ktoś nieopatrznie rzucił:
- Corp Por!
i Bestia rozwścieczona rzuciła się na zebranych. Mag niestety nie miał sił na walkę i szybkim krokiem udał się do swego lokum. Zasnął nie wiedząc co się dalej dzieje.
Krzyki Drahoniana z drugiej strony niebieskiego kręgu nasilały się... przez niebieskawą poświatę widać było walkę... rzucił się przez portal bez większego namysłu...
- Gdzie ja jestem? - zapytał powoli... podróże portalami go rozpraszały
- Vesper... - odpowiedział cichy głos Drahoniana.
Rozglądał sie po okolicy powoli jakby przytłumiony... Jak zwykle zwiadowca się nie mylił....
- Co tu bijemy?? Pusto sam kryształ...- w tej samej chwili zauważył, że kryształ leżący nieopodal niego nie zachowywał się jak przyzwoity szmaragd ... on wręcz całkiem nieprzyzwoicie ożył!!
- Tamten właśnie kryształ! - Zwiadowca Yew musiał zrozumieć na czym wojownik skupił uwagę...
- Nigdy więcej portali pod nogi stwora!! WZMOCNIJ!!
Chwile po zamknięciu portalu znów zasyczała magia... tym razem przyniosła ona ze sobą brata oraz syna wojownika.
Gdy wszystkie kryształy leżały juz spokojnie jak przystało niebieski owal otworzył się ponownie, Yewiańczycy wrócili do siebie nie wiedząc jaką zaraz ze sobą dźwigają w ranach.
Kto by pomyślał, że zwykły kryształ w ranie wojownika to zaczątek zarazy rozprzestrzeniającej się po cały kontynencie? Kto by pomyślał, że kryształ ten stanie się przyczyna udręki tak wielu?
Zaczęło się od Yew, tu o ironio pierwszy zamieniony został uzdrowiciel, który owemu wojownikowi pomagał... Do dziś nikt w zasadzie nie pojmuje, dlaczego w ranie kryształ był nie groźny, toć przebywał w ciele wojownika dobrych kilka godzin... z innymi starczyło wręcz draśnięcie.
Wiele miesięcy bezsilnie pracowano nad lekarstwem, jednak ilość kryształów ciągle wzrastała...
Tego szalonego dnia coś się zmieniło, jakaś nowa nadzieja... mgliste pogłoski o silnym artefakcie z pradawnych dziejów...
Czy zaraza zostanie powstrzymana? Czy cierpienia wielu ustaną, a zamienieni wrócą do rodzin?
Byl plan... plan dwoch panow... Demon i zaraza polaczeni - Gdyby tylko ludzie nie byli tak zacieci... I ten wszedobylski miecznik, ktory obdarowal ich tylko dlatego ze stwierdzil, ze sa slabsi....
Oddzialy trucicieli wyruszyly aby odzyskac artefakt nim dostanie sie on w rece ludzi.. Jednak mistrzowie zielonej mazi zawiedli i mozna miec tylko milczaca nadzieje ze ludzie nigdy nie dowiedza sie jaka potega spoczywa w ich dloniach...
Chuda i wysuszona postac otworzyla jedno oko, ktore bardzo szybko zawirowalo i zmierzylo otoczenie. W koncu gdy bylo juz bezpiecznie otworzyla sie rowniez druga powieka ukazujac... no wlasnie, drugie normalne oko. Staruszek zakslal, splunal flegma i usiadl na brzegu lozka.
- Cholera.... - Stwierdzil po chwili namyslu
Podniosl sie, wzial ksiazke pod pache i poszedl w swiat...
Jak mogło do tego dojść?
Zwykła głupota, zbytnia ufność to niedorzeczne... Potężny artefakt mający być panaceum kończącym kryształową zarazę, bronią boga wojny, trafił w łapska i tak potężnego wroga... jak można walczyć z taką potęgą??
Przez głowę wojownika przemknęły rożne myśli, głównie dotyczące zagłady... jeden jeno głos usłyszawszy odwrócił się z powrotem w stronę świątyni na wyspie Jhelom... znał ten głos, twardy zarazem przyjemny, kobiecy, towarzyszący jego przodkom od wieków... Badb... głos nakazywał...
Ukląkł przy ołtarzy w świątyni Pana Wojny wykrzykując jego imię na przemian z imieniem Badb...
Nie wznosił wcześniej modłów do Valstora, lecz serce wojownika samo podpowiadało słowa, resztę dopełniała niemal namacalna obecność Morrigan. Mógłby przysiąść, że widział wojowniczkę zbrojną w włócznie, która wyłania się z mgły, a za nią olbrzymi nieokreślony byt. Chwile po tym wnętrze świątyni przepełniła moc rozlewająca się wprost do ciał i umysłów zgromadzonych, napełniających ich serca odwaga, rozum mocą a mięśnia siłą... stali tak chwile jeszcze wpatrując się w topór ułożony na ołtarzu, który teraz połyskiwał czystą mocą... Po raz kolejny wnętrze świątyni przepełnił głos, potężny brzmiący niczym stal wzmacniający serca...
- Na ciebie, twą broń, oraz twych towarzyszy spłynęła ma łaska wojowniku. Sprawcie bym był z was dumny, udowodnijcie, że potraficie pokonać wroga, żeście godni oręża, które on dzierży...
Z błogosławieństwem Valstora walka nie mogła trwać długo...
Zdyszany wojownik klęczał w świątyni otoczony przez towarzyszy broni... przed nim dymiąca głowa zdrajcy obracała się powoli w proch...
Potężny artefakt - broń samego Valstora został odzyskany...
-"Nie wiesz mój przyjacielu kiedy mogę cie wezwać, lecz wiec że to i tak kiedyś nastąpi..."
Barbarzyńca już zapomniał te słowa starego krasnoluda, lecz tego mroźnego dnia kiedy umorusany ziemią czytał postrzępiony dziennik musiał wywiązać się z obietnicy złożonej niegdyś. Czarny portal otworzył się za nim a ten nawet nie zauważając został pochłonięty. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nie jest pod bramami Yew lecz w lesie otoczony kręgiem zielonego kryształu, który mienił się w świetle księżyca. Zamknął księgę i rozejrzał się dookoła. "Gdzie ja jestem... i co to za ludzie?" *pomyślał*. W kręgu stało jeszcze kilka postaci: Stary Krasnolud Medyk (któremu złożył obietnice pomocy); Pół-Ork z tęgą miną niezadowolenia; Mędrzec skupiony jak zawsze; Zarządca z kuszą w pogotowiu; jakiś obcy na koniu... w sercu kręgu przy portalu dostrzegł jeszcze Niedźwiedzia Fianny i jego ukochaną u boku a przed nimi przy kryształowym zwierciadle stała wysoka niczym amazonka Wysłanniczka.
Zanim Barbarzyńca wypowiedział pytanie przed Nimi z zwierciadła wylazło COŚ co było strażnikiem...
Sowa przyglądała się z gałęzi zaciekawiona. Co tu robią te stworzenia? Dziwne zielone światło odbijało się od jej okrągłych oczu kiedy strażnik rozerwał sam siebie w okrutnym wrzasku po czym zniknął. Sowa wykręciła łepek o 90 stopni i odleciała spłoszona. Lecąc na tle księżyca nie mogła zauważyć już kolejnego zielonego błysku po którym wszyscy zebrani zniknęli...
Pozostało tylko zwierciadło i cisza w tą mroźną jesienna noc..."
Ich przygoda dopiero miała się rozpocząć...
Las vesper byl spokojny tego dnia. Jak zawsze drzewa szumialy w lagodnym rytmie, a zwierzeta pasly sie spokojnie na gesto porastajacych ziemie trawach. Czuly sie one tu calkiwicie swobodnie wykluczajac jedynie sasiedztwo zielonych krysztalow, ktore nauczyly sie juz omijac.
Siedzacy na ogromnym koniu mag niczym sie nie wyszczegolnial sposrod opisanego otoczenia. Jego szaty (wlacznie ze spiczastym zielonym kapeluszem) byly bowiem calkowicie zielone. Tak jak wydawal sie on malo dostrzegalny, tak trudno bylo nie zauwazyc tlumu, do ktorego obecnie nalezal. Z niego zas wyszczegolnial sie ogromny barczysty wojownik o podstarzalej twarzy i spojrzeniu pelnym mocy. Ogromnym toporem, jaki trzymal w reku, poruszal zupelnie, jakby dlon byla pusta.
Wszyscy zebrani wokol takze byli wojownikami - doborowo zebrana druzyna, jaka podazala za wielkim mezczyzna w srodku. Spogladali teraz jak ich przewodnik rozmawia z ledwo co zmaterializowanym demonem - straznikiem zwierciadla posrod zielonych krysztalow.
Zielony mag zastanawial sie wlasnie, dokad zaprowadzi ich ta rozmowa. Sam fakt przejscia na druga strone zdawal sie teraz o wiele bardziej klopotliwy niz sama kwestia krysztalowej zarazy. Bo co, jesli walka bedzie ponad ich sily? A jesli po przejsciu wpadna kolejno na jakiegos poteznego demona? Czy tez moze po prostu nie starczy im madrosci, by podazyc dalej...
Wielki wojownik byl jednak pewien siebie, z determinacja stawial krok naprzod.
Ciemny loch, w jakim sie znalezli, niczym nie zwiastowal szybkiej zaglady. Co mlodsi kompani rozgladali sie wokol z nietlumiona ciekawoscia. Nie odnajdywali jednak niczego szczegolnego. Wszyscy podazyli zatem wedlug krokow wyslanniczki. Te zas zaprowadzily ich do mocnej kraty, jaka dzielila ich od niewielkiej komnaty.
Zblizajac sie do nowej sali, wyslanniczka wspomniala cos cicho na jej temat. Byl to jednak belkot poprzedzajacy krotka fale nerwowych spazmow. Coz moglo sie z nia dziac? By dopelnic wrazenie niezwyklosci, za krata pojawila sie nowsza postac. Takze kobieta. Ona takze zdawala sie cos belkotac, jej mowa byla niejasna. Wszyscy spogladali to na nia, to na wyslanniczke. Zauroczeni zdarzeniem ogladali niecodzienny spektakl. Z chwili na chwile pojawila sie w nim metoda, sens, jakiego grupa rozpaczliwie poszukiwala. Wspolny wniosek wyplynal na sam koniec ustami runicznego krasnoluda - nadzieja.
Magiczne slowo uwolnilo ich od kary za nierozwiazana zagadke, a ponadto pozwolilo otworzyc pierwsza pieczec, bo taka zaslaniala im cel. Dalej bylo jednak kolejne widowisko i kolejna zagadka....
Ogromny wojownik burknal jakies soczyste przeklenstwo pod adresem towarzyszy. Dalo sie z niego wydobyc cos o nieudanej trzeciej probie i zle rozwiazywanej zagadce. Tulkas na pewno chcial powiedziec cos wiecej, jednak jego nogi wypchnely go daleko przed siebie w pogoni za wielkim (i nadzwyczaj brzydkim) demonem. Za nim podazyl mag w zieleni. Odnajdywal on z tlumu barbarzynce i skupial na nim swoja uwage.
Choc Tulkas ryczal wsciekle, w jego ruchach widac bylo wielka wprawe, ktora nie pozwalala zniknac opanowaniu i niezbednej ostroznosci.
Dopadniecie demona nie bylo jednak latwe. Scigal on bowiem po kolei wszystkich towarzyszy unicestwiajac ich kazdego po kolei. Mag w spiczastym kapeluszu takze musial zaliczyc kilkukrotnie swoj test szybkosci nim stanal w koncu za plecami rozszalalego wojownika. Chociaz musiala minac chwila, nim beda mogli przybyc pozostali, od tej chwili mialo byc juz latwo.
Tulkas scieral sie z wielka bestia, a jego konczymy zgniataly cialo demona rownie mocno, jak demon gial blyszczacy pancerz wojownika. Tulkas unikal jednak niemal wszystkich razow samemu posylajac je nieustannie we wspolgrajacym z jego oddechem rytmie. Tak walczyli obaj adwersarze zupelnie pozbawieni swiadomosci swiata wokol. A za plecami demona zbierali sie kolejni wojownicy w pragnieniu zadania mu ciosu; zbierali sie kolejni magowie przynoszac mu slabosc i bol.
Demon nie mial szans.
*Gdzieś w lasach Trinsic*
Czy Bóg może się mylić? Czy Boga można pokonać? Czy może Bogowie są na tyle naiwni by wierzyć w swą boskość? Wyglądając przez okno swego upiornego zamczyska Sirchade zastanawiał się jak doszło do tak nieoczekiwanego obrotu sprawy... Już niedługo poznam Twe imie... a wtedy przyjde po ciebie w nocy, podczas snu... Oczekuj mnie...
Demon delikatnie przejechał szponem po naszyjniku... A bestia i tak będzie moja... - rzucił nieco stłumionym głosem. Pięść wojownika powoli zacisnęła się na złotej ozdobie.
*diabelskie wycie wilków spłoszyło zamieszkujące bagienne lasy ptactwo*
Loch gdzie jeszcze przed chwila lezal demon stal teraz kompletnie pusty i cichy.
Straznicy... Ludzie... Demon... wszystko zniknelo - tylko najlzejsza sugestia ruchu mowila ze miejsce to nie jest puste.
Ruch zblizyl sie do obeliska w ktorym znikneli wojownicy i jeknal zalosnie...
Przyglądali się cielsku demona ze wszystkich stron, leżał tam niczym bezbronny gad... silny ogromny, ale nie mogący się ruszyć... Cały stwór składał się z kryształów koloru verytu może valoritu jeno jeden punkt był inny... W środku potwora tętniło jego czerwone kryształowe serce, obwarowane przez setki kryształowych macek łapiących wszystko co się do niego zbliżało.
- Nie ma wyboru... - rozejrzał się po zgromadzonych nim dokończył zdanie – trza skakać. Jedynie z doskoku można razić demona w samo serce... tego zielonego kryształu nic nie rusza, nawet topór valstora. - zgromadzeni powoli jakby w zamyśleniu pokiwali głowi, jeno jedna głowa pokręciła przecząco – Spokojnie kochanie co może mi się stać? Mnie? - prychnął, po czym ucałował żonę.
Gotując się do skoku uznał, że jest słabym kłamcą, nic ci nie będzie... tak a kryształowy potwór to mały niedźwiadek...
Uśmiechając się do siebie na myśl o tym co się za chwile stanie uniósł topór nad głowę... krew gotowała się jak gdyby w szale bitewnym... z okrzykiem na ustach rzucił się przed siebie niczym pantera ciężkim ciosem prosto w serce zakańczając skok... wyszarpnięty topór ciął jeszcze raz i jeszcze... póki miał siły, póki stwór nie pozbawi go impetu... Opadł na kolana, życie uchodziło z niego szybko, a topór stał się zbyt ciężki by go powtórnie wyszarpnąć...
PS: Tulkas nie jest stary :) To Gael on jest długowieczny :D
Wspomnienia Sarn'aelin Mac N'Hara:
Złapała go w ramiona, gdy opadał z ostatnich sił.
Jego ciało ciężko okaleczone kryształami, krew spływała niczym pot.
- "Tulkasie!" - krzyknęła przerażona - "wróć co mnie"
Wyjęła wodę święconą, polała rany, bandażami delikatnie wycierała krew.
Rany powoli sklepiały się, ocknął się po chwili.
Zawartość drugiej buteleczki wlała mu do ust, przełknął, skrzywił się i splunął po czym rzekł:
- "co to za świństwo?! czym ty mnie poisz? PIWA lej! PIWA!"
Zaśmiała się - "humor to dobry znak" - powiedziała uśmiechając się delikatnie, Tulkas odzyskał część sił, stanął o własnych nogach.
- "Wynośmy się stąd!" - rzekł.
Było cicho... cisza wypełniała ogromną salę w której wojownicy wyglądali jak lalki w pokoiku zabaw. A na środku leżało cielsko z kryształu... i było cicho....
-Nie bije... serce przestało bić.-Zielony Mag wskazał czerwony kryształ, serce demona, rozcięty wyczynowym skokiem Niedźwiedzia.
Barbarzyńca spogladał z zatroskaniem w oczach jak Medyk Krasnolud doglądał ran zadanych Fennidowi, gdy udał mu na głowę kawałek sufitu. Nagle ciszę przerwał dziwięk nie do opisania. Dziwięk tysięcy kryształów łamiących się w przeraźliwym zrywie i rozpadających na drobny pył. Demon zniknoł a na podłodze ostały się ino resztki serca jego i wbity w niego topór. Wysłanniczka podbiegła pędem i wzięła klucz, gdy w tym momencie sale zaczoł zalewać ogień. Kto wie czy to ostatnie tchnienie demona...
-Uciekamy!-Wrzasneli wszyscy razem, jak jeden mąż. Barbarzyńca nie zwlekał i unikając walącego się stropu dobiegł do miejsca skąd zaczęli. Ale nie opuścił go pierwszy, czekał aż upewni się że Niedźwiedź zdąży się wydostać. Kidy wszyscy byli na miejscu po kolei przekaczali portal i znikali.
-Lothiel! Grzyba...!-Barbarzyńca uśmiechnoł się ukazując upiłowane zęby ciesząc się na prośbę Niedźwiedzia. Wyjął swój najcenniejszy dar i rzucił go Tulkasowi gdy nagle ku jego niechęci ręka wynurzyła się z portalu i ciągnąc go za płaszcz zmusiła go do opuszczenia tego jakże dzikiego i dziwnego miejsca.
"Ostatnia osoba zniknęła a ogień dotarł do portalu pochłaniając wszystko i nie zostawiając nic. Nikt już tu nie wróci, ani wojownicy, ani Demon"
Kiedy wieści o pokonaniu demona rozeszły się, nie wszyscy świętowali...
Otwarta dłoń wojownika zdawała się nie różnić z wyglądu niczym od tego jak wyglądała chociażby wczoraj, a mimo to wpatrywał się w nią jak zahipnotyzowany. Materia... Struktura... Zmysł czucia... - szeptał. Demon schował dłoń do szerokiego rękawa. Największym kłamcą są nasze oczy, tak często okazują się zdrajcą naszych serc... - mamrotał pod nosem.
W rzeczy samej, Sirchade... - wyszeptała zakapturzona postać. W rzeczy samej. - powotórzył wojownik.