DM2: Dziedzictwo Mistrzów

Forum Projektu DM2 => Przygody => Wątek zaczęty przez: Gucio w 2008 03 04, 12:42:27

Tytuł: Poszukiwanie dziada, woda, powietrze, ziemia...
Wiadomość wysłana przez: Gucio w 2008 03 04, 12:42:27
Piękny jesienny dzień, ciepłe powietrze ze złotymi liśćmi hulało po małej drewnianej osadzie zwanej Yew. Droghey jak co dzień obudził się w pokoju wynajętym w karczmie, wstał, ubrał się i ruszył do karczmarza coś przekąsić.
-Ahoj karczmarzu! – przywitał się.
-Ano witam witam, coś podać? – zapytał karczmarz wycierając szklankę.
-Hm, nu może zupę jakową... pomidorową z chęcią zjem. – odpowiedział Droghey przeglądając menu.
-Nu już się robi. – odpowiedział karczmarz i ruszył do kuchni.
Droghey Gloow przechadzał się po karczmie trzymając dłonie w kieszeni. Jego uwagę przykuła piękna pogoda za oknem, otworzył drzwi, wciągnął powietrze. Wiedział, że musi udać się na spacer, raczej na podróż do miasta elfów. Wrócił na stołek, oparł się o blat i czekał na karczmarza. Po kilku ziarnach przybył karczmarz z pachnącą zupą. Postawił ją przed magiem i poszedł podać sól, pieprz i łyżkę.
-Dziękować mości karczmarzu – podziękował Droghey.
-Ano prosić, prosić. – odpowiedział karczmarz ubrany jak każdy mieszkaniec w zieleń Yew.
Mag podniósł łyżkę, zjadł zupę, zapłacił karczmarzowi i ruszył do banku, aby udać się w podróż. Mężczyzna nałożył na siebie zbroję z czarnej skóry, do worka wrzucił trochę ziół, zaczepił lampę do plecaka, wziął prowiant i ruszył przygotować konia.
-Witam panią treser. – przywitał się Droghey.
-Witam, trzeba przygotować konia? – zapytała treserka.
-Tak, tego co zawsze. – wręczył bilet uśmiechając się lekko.
Treserka wyszła, po chwili przyprowadziła ulubionego wierzchowca.
-Proszę. – przekazała lejce magowi.
-Dziękuje panience. – ukłonił się lekko.
Wskoczył na konia i ruszył ku bramie. Jechał traktem w stronę Scara Brae, aż tu nagle...
TROLL! Droghey nienawidził trolli, zaczął szeptać słowa zaklęcia, ażeby troll spłonął w słupie ognia. Tak i się stało, po potworze pozostała tylko słabej jakości broń. Mag splunął na pozostałości zwłok i ruszył dalej. Po drodze o dziwo spotkał mężczyznę o czerwonej skórze od którego biło przyjazne ciepło. Mag stary, odziany w krwistoczerwoną szatę, z czarodziejskim kapeluszu na głowię. W prawej dłoni trzymał księgę, na okładce widniał płomień.
-Witam Cię młodzieńcze – przywitał się mag uśmiechają się przy tym wesoło.
-Witam... – odrzekł zdezorientowany Droghey.
Mag bez konia, bez zbroi sam w lesie? Coś tu nie pasowało...
-Kimże jesteś? Nie boisz się tak bez konia, zbroi podróżować? – zapytał Droghey.
-Jam, nie mam się czego obawiać, widzisz, nic mi nie straszne. – odrzekł mag bez przerwy uśmiechając się.
-No, dobrze więc, czego chcesz od mojej osoby?
-Hm, obserwowałem Cię przez kilka dni, widziałem, że lubisz się bawić ogniem prawda? – zapytał mag.
-Ano, dziad kiedyś się tym parał i na mnie przeszło, jakoś tak w rodzinie to u mnie było, jest i zapewne będzie. – odrzekł Droghey.
-Bo mam sprawę do Ciebie... otóż potrzeba mi kogoś kto ogniem włada, bom się przeniósł w czasie i musze go mieć, aby wrócić do swoich czasów. Zwe się Albter, mistrz Albter. – mag wyciągnął dłoń.
-Miło mi, jam zwe się Droghey Gloow – zeskoczywszy z konia uścisnął dłoń maga.
-Więc, mam Ci pomóc tak? – zapytał Droghey.
-Tak, jeżeli możesz oczywiście... bo nikogo o takim zainteresowaniu nie spotkałem.
-Wiesz, me umiejętności nie są na wysokim poziomie, umiem tylko kilka sztuczek, których mój dziad mnie nauczył.
-Ah, więc Twój przodek także miał takie umiejętności? – zapytał z zainteresowaniem mag.
-Tak, tylko... nie wiem co się z nim stało, dzieję. Szukam go od kilku lat, ale nic... – odpowiedział wyraźnie zasmucony Droghey.
-A jakbym pomógł Ci go znaleźć? Pomógłbyś mi? – zapytał mag.
-Jasne, że tak. – na twarzy młodego maga pojawił się uśmiech.
-No to znajdę Cię na dniach... – odrzekł starzec.
Pstryknął palcami i zniknął w kłębie dymu...
Droghey lekko zdezorientowany postanowił wrócić do Yew i wyczekiwać starca...


Ciąg dalszy nastąpi.
Tytuł: Poszukiwanie dziada, woda, powietrze, ziemia...
Wiadomość wysłana przez: Gucio w 2008 03 22, 13:07:53
Po dwóch dniach Droghey spotkał maga nieopodal Yew. Ten powiedział mu, że musi udać się do największej biblioteki w Sosari, aby szukać wskazówek. Pierwszym kierunkiem jaki Gloow obrał było lyceum w Moonglow, kilka godzin przeszukiwał tutejszą bibliotekę, lecz nic nie znalazł. Drugą lokacją jaką sobie wybrał był pałac w Nujelm, który był przejęty przez piaskowy lud. Droghey nie był dość silny, aby samemu udać się w tą podróż, zaczął wyszukiwać godnego wojownika co by mu pomógł. Przesiadywał w Yew czekając, aż spotkał Fortisa. Wojownik o ciepłym sercu, chętny do pomocy, od razu odział się w azurytową zbroję płytową, wskoczył na rumaka i we dwóch ruszyli do Nujelm. Po kilku godzinach podróży, dotarli do bram owego miasta. Powoli przesuwali się ku pałacowi oczyszczając drogę z wojowników czy też magów piaskowego ludu. Dotarli do biblioteki. Zeskoczyli z wierzchowców i poczęli przeszukiwać półki. Droghey spostrzegł książkę, na której stronie było napisane: ,,Ogień i Miłość". Mag wiedział, że to musi być to. Zaczął czytać każdą stronicę na głos:
,,Miłość zaiste jest gorąca jak płomień gdy trafi na właściwych kochanków, którzy potrafią cieszyć się sobą jak moc cieszy się płomieniem. Miłość co ważniejsze jest i również ponadczasowa... Moi kochani pozostaną ze mną na wieki... Szkoda, że rada magów nie pochwaliła moich pomysłów. Banda głupców."
Zadumany Droghey rzekł do Fortisa:
-   Musimy udać się do świątyni Netherila, zapewne coś tam na nas czeka...
No i ruszyli...


Ciąg dalszy nastąpi.
Tytuł: Odp: Poszukiwanie dziada, woda, powietrze, ziemia...
Wiadomość wysłana przez: Gucio w 2010 06 11, 13:00:34
Po chwili spotkali się z mistrzem Albterem na zewnątrz. Droghey otworzył jedną z ksiąg runicznych zawieszonych na jego plecaku, zaczął przewracać stronice w poszukiwaniu tej jednej.
- Tak, jest, Świątynia Netherila... byłem tam lata temu... źle to miejsce wspominam, no nic taka wola Saternosa. - odrzekł lekko wystraszony Droghey.
- Vas Rel Por ! - krzyknął młody mag wskazując palcem na jedną ze stronic księgi.
Błękitny portal skrzący się pięknymi, złocistymi iskrami pojawił się przed nimi. Bez chwili zastanowienia pierwszy wskoczył Fortis, za nim mistrz, na końcu zdenerwowany Droghey...
Znaleźli się przed ogromnymi hebanowymi wrotami, w środku znajdował się czerwony pył unoszący się w powietrzu.
-No to co ... wchodzimy? - powiedział z wielkim podnieceniem Fortis.
-Łuuuh, łaaah !Gdzie jest mistrz Albter!? - krzyknął mag zakrywając oczy ręką.
-Oj tam chodź, na pewno do nas dołączy... Fortis złapał znajomego za dłoń i pociągnął w stronę pyłu.
Przed sobą ujrzeli wielką budowlę równie czarną jak hebanowe wrota za nimi. Otoczona prawie pionowymi skałami i stosem ludzkich kości.
-To chyba tu... - powiedział lekko zaniepokojony Fortis.
Starzy przyjaciele, zaczęli rozglądać się wokoło szukając jakiegoś znaku, wskazówki co by im ciąg dalszy pokazała. Wnet pojawił się mistrz Albter lekko zdyszany powiedział:
- Wybaczcie musiałem cosik załatwić...
Droghey spojrzał na mistrza unosząc brew, rzekł:
-Mistrzu Albterze, to co nas teraz czeka?
-Chodźcie za mną, wiem co zrobić muszę. - powiedział mistrz idąc spokojnym krokiem w stronę wschodniej części świątyni.
Czerwonoskóry mag stanął na zielonkawej płycie ze złocistym symbolem Netherilla. Po chwili zakrył oczy rondem kapelusza i począł szeptać dziwne słowa w nieznanym przyjacielom języku. Pstryknął palcem i zniknął w pomarańczowożółtym dymie. Droghey podszedł zaniepokojony do płyty, stanął na niej... Ziemia poczęła się trząść, czarne błyskawice połyskujące jedynie błękitnym światłem uderzały w świątynie. Fortis okrył twarz jak i większość część ciała pawęzem, młody mag padł na płytę... jego ubrania zaczęły się tlić. Raptem nie wiadomo skąd na płycie pojawił się stwór stworzony z metalu przypominającego brąz, z wielkimi szczypcami.
-Do mnie! - wrzasnął Fortis w stronę przyjaciela, był już przygotowany do walki.
Dziwna maszyna zaczęła ruszać szczękami, stwór mówił językiem wspólnym, znanym wszystkim.
-Kochany? Droghus? - rzekła cicho, kobieco...
-     Nie, nie... Droghey. - otworzył szerzej oczy spoglądając na maszynę.
-Czymże jesteś stworze?  - zapytał lekko zdenerwowany Fortis.
-Nie jestem maszyną...a Ty młodzieńcze masz taki podobny głos...jak się nazywasz?  - powiedziała lekko chichocząc.
-Droghey Gloow – odrzekł młody mag lekko trzęsąc się ze strachu.
-Ah... Wnuk! - maszyna ryknęła na całą świątynie.
-Tjaaaaa.... ja szukać dziada Pani...
-Nie mów mi Pani...  - głos jest ciepły i miły
-Jak mam się do Ciebie zwracać?
-Babciu...oczywiście.
Droghey otworzył ze zdziwienia szczęki.
-    Baabcia? - powiedział lekko zdezorientowany mag.
-Wiem, że to co widzisz może być dla Ciebie okrutne..
-Drog, to Twoja babcia? - zapytał Fortis
-Nie wiem... najwidoczniej... na to wygląda...
-To proszę odeślij mnie do Yew, pewnie chcecie zostać sami...
Droghey przeprosił ,,babcię?" na chwilę pobiegł w stronę wrót, rzucił zaklęcie portalu wskazując run oznaczony herbem Yew. Biegiem wrócił do wschodniej części świątyni. We wnętrzu maszyny zobaczył wielki czerwony kamień przypominający rubin.
-Babu... jak Ty się tym... stałaś?
-To skorupka.... - wielkie ramie maszyny pokazało środek a dokładniej klejnot.
-Aleś żywa!
-Nie jestem... żywa jest ta maszyna, ale tylko wtedy, gdy ma dusza jest tu obecna.
-Ah... rozumiem... dziad przybywa do Ciebie?
-Tak, często, po coś się tu znalazłeś?
-Szukam go, chce być taki jak on! Władać ogniem! - spojrzał na palącą się lampę w jego dłoni.
-Ahh... te płomienie, zawsze żartował, był taki pogodny... aż nie przybył tu...stał się inny.
-Jak to inny?
-Zaczął dużo myśleć o śmierci...ogień nie mógł go z niej wybawić, dał mu dłuższe życie, on chciał istnieć poza czasem.
- Żyć wiecznie?
-Tak...  nie mówił nam o tym, zbudował maszynę, lecz nie chciał powiedzieć do czego zamierza ją użyć... - z maszyny wydobył się smutny głos.
-Cóż z nią zrobił?
-Przecież widzisz to był pla... - głos się urwał.
-Skrzywdził Cie!? - krzyknął Droghey, ażeby babka go usłyszała.
-Ja... ja... Droghey, Twój dziad to dobry człek... on... on chciał dla nas dobrze.
-On Ci to zrobił!?
-Chciał, żebyśmy żyli wiecznie, razem z nim.. ale, ale nie wiedział, on nie mógł wiedzieć, inaczej nigdy by tego nie zrobił! - maszyna zaczęła szlochać, płacz kobiety obija się echem po świątyni.
Droghey spuścił głowę i wtulił się w wielką maszynę.
-Był taki dobry... był.. póki nie stało się to... został oszukany! Droghey... ciężko mi to powiedzieć, nie wiem czy powinnam, Twój dziad był kapłanem Boga śmierci...
-Netherilla.. - rzekł pod nosem mag.
-Sprzedał nasze dusze w zamian za przezywanie ich na ten padol... nie wiedział! Nie mógł wiedzieć!
To nie jego wina, nie wiedział...
Tak bardzo nas kochał, ale po tym... on odwrócił się od swojego Boga... Miłość ludzka zwyciężyła mrok, Bogowi nie spodobało się to... Twój dziad stał się jego sługą z przymusu... tylko dlatego mógł tu przychodzić.
-Sługą... nekromantą... - mag ścisnął ze złości dłoń.
-Bezkres cierpienia... gdyby tylko wiedział... nieee niee! Zostaw to! Zostaw ten metal! Ten sztylet! Nie! Droghus! Nie słuchaj go! - kobieta (raczej kobieta w maszynie) zaczęła krzyczeć.
-Babciu babulu! - Droghey mógł tylko krzyczeć...
-Nie! Tylko nie dzieci! Zostaw je! Nieeeeeeeeeee!
Maszyna zaczyna się miotać po płycie, ramionami smagają powietrze.
-Droghus! Zapłacisz za to! - przeraźliwy krzyk
Czerwony klejnot, oko... traci blask. Mag tuli się w maszynę jak dziecko w misia...
-Drooog.... kocha....gin...kochaj.... - głos zaczął się deformować.
-Babciu proszę nie!
Maszyna leży bez ruchu, klejnot zgasł... ,,serce" przestało bić... Para wodna skropiła się na pancerzu, metal zaczął się wyginać. Maszyna znika w oparach... pozostał jeno czerwony klejnot... Droghey podniósł go wtulił w siebie i krzyknął...
-Mistrzu pomóż! - po czym padł zemdlony na schody.
Obudził się w piaskowym mieście Trinsic, w jednej z wodnych sadzawek, obok siedział mistrz palący zielsko....




Ave Rudus :*~

Oczywiście CDN...