Valgard poderwał się z łoża, zbudzony złowrogim biciem dzwonów. To nie był zwykły poranny sygnał – dzwoniły wszystkie dzwony w mieście. Serce zabiło mu mocniej. Chwycił miecz i zbiegł po schodach, gdzie strażnicy już stali w gotowości. Na ulicach Brytanii zapanował chaos – w powietrzu unosił się smród zgnilizny, a z oddali słychać było przerażające krzyki.

Dowódca wydawał rozkazy, próbując zebrać siły. „Musimy przebić się do zamku, za wszelką cenę!” – krzyknął. Strażnicy odpowiedzieli bojowym okrzykiem, ale gdy drzwi się otworzyły, odwaga Valgarda zachwiała się. Zombie, szkielety, nieumarłe bestie maszerowały przez miasto, polując na mieszkańców. Wolniejsze potwory posuwały się nieubłaganie, podczas gdy szybsze ghule i hieny rzucały się z zaskoczenia.

Oddział został rozproszony. Nie było szans na dotarcie do zamku, umarli otaczali ich z każdej strony. Dzwony biły nieustannie, a Valgard, z sercem przepełnionym strachem, uciekał, czując, że miasto tonie w ciemności.