Polnocny Wiatr

Zaczęty przez Mortimer, 2008 05 15, 16:07:02

Poprzedni wątek - Następny wątek

Mortimer

Opowiesc bazujaca na przygodzie Darogana - QM-a od dzis pelna geba, ktory wie co o nim mysle, i ktory przyczynil sie do DOSKONALEJ zabawy, kilku osob.

Byla noc, kiedy zjawil sie w Minoc. Odziany w mrok, dzierzac heban w prawej dloni wolno kroczyl ku odrzwiom Banku Glownego. W pewnym momencie uslyszal za soba rzenie konia i poczul moc magii uderzajaca w najglebsze czesci jego duszy, spojrzal za siebie:
- Witaj Imortha - odrzekla kobieta bystro obserwujac postac odziana w ciemna toge. Miala dlugie czarne wlosy kaskada spywajace na ksztaltne ramiona. Figlarnie sterczace piersi byly uzupelnieniem mlodzienczej sily bijacej od jej postaci. I tylko oczy jej swiadczyly, ze wiosen przezyla wiecej nizli nie jedna zona minockich straznikow
- Saath ... - odrzekl syczac - czego chcesz smiertelniczko.
- Tego, czego pragnie kazdy czlek w tym miescie - zlota - zasmiala sie, a smiech jej byl dziki i nieokielznany, niczym wiatr znad Gor Polnocnych.
- Zle trafilas ... - dalo sie slyszec upiorny chichot - to ja biore od smiertelnikow, nawet jesli nie chca...
Rozmowe przerwal tetent kopyt, do dwojki zblizal sie jezdziec odziany w tunike z demonich kosci, wykonana w doskonaly sposob. Juz z daleka widac bylo, ze to krepy i wysoki mezczyzna. W reku trzymal halabrde z rudy krolow.
- Czego znowu suko zadasz - wykrzyknal, oczy jego zaszly czerwienia - mow bo glowa twa tak samo jak twych kompanow bedzie ozdoba tych ulic...
Kobieta spowazniala, zmruzyla oczy, usta wykrzywil wezowy usmiech:
- Oddacie mi cale zloto z podatkow, zbieranych przez ostatnie 3 miesiace - zaczela litanie rzadan - ponadto jedna z trzech czesci ofiar skladanych na Swiatynie...
- Smiesz zartowac ! - nie wytrzymal - ty chyba ...
- Nie skonczylam - dodala hardo, szybkim ruchem glowy zarzucila wlosy w tyl - jeszcze wezme to co gromadzisz ty w skrzyni bankowej i reszta strazy. - Imortha patrzyl na scene mruzac swe czarne oczy - teraz mozesz mowic strazniku - dodala z usmiechem wyrazajacym pewnosc siebie.
Straznik nie mowil, mial dosc slow spial konia i jednym ruchem probowal ubic kobiete, jednak byla szybsza. Imortha w postaci obserwatora tej sceny byl pod ogromnym wrazeniem umiejetnosci jezdzieckich i refleksu owej mlodej panny. Nawet klasnal w dlonie widzac jak potezny cios powoduje, iz plytki bruku roztrzaskaly sie niemal w pyl, zas ona po uniku spinajac konia gna ku poludniowym bramom miasta.
- Piekna, dzika i gotowa na smierc z mej reki ... - rzekl Imortha, po czym zwrocil sie w strone straznika - Ashruu z rodu Edinazzu - wyciagnal dlon - milo mi.
- Handril, straznik tych ziem ... - rzekl patrzac plomiennym wzrokiem za kobieta ktorej rumaka jego klacz nie byla w stanie dogonic...
- Wiesz ona jest jak Polnocny Wiatr ... - dodal wampir jakby mowil do siebie.

c.d.n.

ello

Był wieczór, Strażnik jak co dzień, jak każdego wieczoru patrolował ulice Minoc. Kopalnia, świątynia, zakład krawiecki, warsztat kowalski. Dzień w dzień to samo, dzień w dzień ta sama rutyna. Po wieczornej przechadzce udał sie w stronę banku. Bank był opustoszały, Handril dostrzegł jedynie siedzącego w rogu zakapturzonego osobnika lecz nie zwrócił na niego szczególnej uwagi, zajął sie swoimi sprawami. Wieczór mijał jak zwykle. Ogarnięty nudą strażnik postanowił udać sie na nocny patrol. Jak zwykle- Kopalnia, świątynia, krawiec, kowadła... lecz tym razem docelowy cel jego podroży czyli bank nie został osiągnięty. Tym razem miało wydarzyć sie coś innego. Strażnik zatrzymał się nagle, zrobiło się cicho, cicho jak nigdy dotąd. Ujrzał nadjeżdżającą kobietę. Była piękna, strażnik wiedział ze to nie wróży nic dobrego. nagle usłyszał słowa.

-Witam Cię Strażniku Minoc. Musimy chyba porozmawiać.
Na jej twarzy pojawił się szyderczy uśmiech.
Udali sie w ustronne miejsce. Rozmowa była długa.

-Żądamy od Minockiej osady złota oraz rudy w zamian za spokój w przeciwnym razie będziecie mieli spore kłopoty.
Rzekła kobieta śmiejąc sie w twarz strażnikowi.

,,Ale suka!" pomyślał lecz nie wypowiedział słowa. Zamyślił się chwilę. jego wzrok natrafił na woreczek pełen cuchnących czarnych grzybów. Raz jeszcze spojrzał na kobietę i rzekł.

-Wynoś się w cholere, ty i twoi bandyci. Minoc nie ugnie się przed groźbami byle chłystków wiec zabieraj swoją Bestię i wyjedz z miasta zanim się zdenerwuje.
rzekł stanowczo lecz można było wyczuć w jego głosie odrobinę niepewności.

Strażnik słuchał słów kobiety. ,,Minoc spłonie" ,,Dziś jeszcze moja armia ruszy na wasze miasto"  znów zamyślił sie. ,,przecież nie pierwszy raz ktoś chce spalić, zniszczyć, ograbić i zrównać z ziemią miasto?"  Po czym spojrzał raz jeszcze do swojego woreczka z grzybami.  Wyciągnął jednego i połknął prędko. W tym Momocie głos kobiety nie był dla niego słyszalny, słyszał tylko swoje myśli, jego źrenice rozszerzyły sie a oczy zaszły czerwienią, poczuł przeszywający ból głowy. Strażnik nie czuł już niepewności i lęku. Wykrzyknął w stronę kobiety.

-Wynoś się bo zaraz mój topór pogruchota ci kości!
nie czekał na reakcję i sięgnął po halabardę , lecz zanim zdążył unieść swą broń Przywódczyni Bandytów była już w oddali. ,,Jak ona to uczyniła?" pomyślał ,,jest jak wicher,  jak zimny północny wiatr".

Usłyszał kolejny raz szyderczy śmiech niosący się po ulicach Minoc. Wściekły udał się do banku.
Obietnice złożoną strażnikowi kobieta spełniła tego samego dnia. Ataki bandytów były nieustanne. każdego dnia. Rutyna. Horda bandytów atakujących miasto a po chwili chorda ciał zdobiących chodniki Minockich Uliczek. Strażnik miał nadzieję żyć w tej rutynie lecz tego dnia coś musiało ją przerwać.

-Witaj Śmiertelniku.
Usłyszał przeszywający, zimny, przepełniony dziwną mocą głos.
-Musimy porozmawiać. Koniecznie.
Strażnik odczuł ze nie była to prośba. było to polecenie. Pokiwał tylko głową i ruszył za bladym osobnikiem.


CDN.

Dziękuje Daroganowi za dobrą zabawę i czekamy na więcej ;) mam nadzieje Mortimerze ze dopiszesz nasze dalsze losy bo tutaj zamieścilem obraz tego jak spotkalem "Północny wiatr" ;)
"Żyj jak chcesz....ale chciej jak najlepiej"

Mortimer

Odziany w noc przybyl ponownie do miasta gronikow, szedl wolno jakby kazdy krok mierzyl wiecznoscia. Handrila dojrzal przed bankiem, jak zywo rozprawial z mieszkancem miasta o ostatnich wydarzeniach. Podszedl do niego. Jeszcze w odleglosci kilku krokow straznik odwrocil glowe zacsikajac jednoczesnie palce na halabardzie.
- Ah to ty ? - rozluznil uscisk - myslalem ze znowu ktos zyczacy mi smierci - zasmial sie rubasznie.
- Musimy porozmawiac ... - rzekl glosem upiornym, na dzwiek ktorego dotychczasowy rozmowca Handrila szybko zniknal z pola widzenia Imortha.
- Zatem chodzmy ...
Poszli do karczmy, usiedli w rogu jednak Imortha czul, iz sciany tego miejsca nadstawiaja uszu, zatem poprosil smiertelnika o to by zmienili miejsce rozmowy. Wtedy Handril zaprowadzil go na pietro budynku bedacego kuznia.
- Tutaj bedzie bezpiecznie... - rzekl straznik
Wokol zimne mury sprawialy wrazenie slepych na ostatnie wydarzenia w miescie.  Gluchych na krzyki rozpaczy tych co ucierpieli w starciu z Horda Bandytow, ktorymi dowodzila Polnocny Wiatr. Owa cisza, bezduch komnat tchnacych samotnoscia dzialal na Wampira kojaco. Jego zmysly usnely kolysane muzyka bezdzwieku. Czul sie jak w Siedliszczu - kryjowce Wampirow. Jedynie umysl pracowal jak zwykle.
- Sluchaj ... - rzekl spokojnym tonem, jakby glos nie nalezal do niego - mam pomysl jak wytropic ich przywodcow.
- Mow zatem - Handrilowi oczy otworzyly sie szerzej, spojrzal bystrzej
- Magia pozwala na wiele tym, ktorzy ukochali te sztuke, patrz... - wtem dalo sie slyszec jakby szepty, echo dziwnych glosow. Wampir przymknal oczy jego usta jakby drgnely wypowiadajac slowa inkantacji: Vas Ylem Rel. W miejscu gdzie jeszcze przed chwila stala blada postac, pojawil sie potezny ogr, sliniac sie, drapiac maczuga po plecach, rzekl:
- Teraz powiedz mi ktora z ludzkich band nie chciala by w swych szeregach oblaskawionego ogra. W tej postaci przedostane sie do ich obozu, udajac zainteresowanie ich grupa.
- Doskonaly plan ! - wykrzyknal Handril
Inne slowa mocy: An Ort. Odbily sie echem w izbie. W miejscu Ogra na powrot stanal Ashruu. Radosc przerwal niespodziewany gosc.
- Ha ! - zakrzyknal szpieg Polnocnego Wiatru - nie uda sie wam ! - stal przy schodach ukryty w cieniu, teraz jednak umknal, wysliznal sie niczym waz i zbiegal wlasnie po schodach. Handril i Ashruu ruszyli w poscig, lecz kiedy wybiegli z kuzni jedynie przechodnie i drzewa biale od sniegu ukazaly sie ich oczom.
- Kurwa ! - zaklal siarczyscie Handril, Imortha jedynie usmiechnal sie lekko, po czym rzekl:
- Byl glupcem ogarnietym poczuciem wypelnionego do granic mozliwosci obowiazku. Na dodatek nie poczekal by wysluchac WSZYSTKIEGO co mam do powiedzenia, a trzeba ci wiedziec smiertelny przyjacielu, ze mam w zapasie drugi plan. - zasmial sie mrocznie. Straznik usmiechnal sie tylko...

Zgodnie z planem awaryjnym, ktory omowili juz bez niespodzianek, Imortha pod postacia stworzenia znacznie mniejszego niz ogr, ale i niepozornego - zaby, sledzil zostawionego przy zyciu po ataku na miasto bandyte. Zgodnie z przewidywaniami Wampira doprowadzil go do swych kompanow w nowym, niewykorzystanym budynu na polnoc od Vesper. Tam dowiedzial sie, iz planowany jest kolejny atak na Minoc, lecz tym razem glownym celem nie jest samo miasto a Handril. Wrogowie pragneli wykorzystac magie by ubic poteznego obronce miasta gornikow. Z tymi informacjami Ashruu wrocil do Minoc i ostrzegl swego ludzkiego przyjaciela... Walka miala odbyc sie wczesniej niz przewidywano i zaskoczyc przeciwnika juz w Vesper ... Tak sie tez stalo, lecz o tym innym razem.

ello

Była ciemna noc gdy Kapitan Bandytów Senteco po raz kolejny odwiedził Minoc. Handril jak zwykle wieczorną porą przesiadywał w banku. Usłyszał tętent kopyt przed bankiem. Założył swój plascz i wyszedł przed budynek. Ta noc była wyjątkowo zimna. Otulił się płaszczem, z mroku wyłonił sie rycerz w lśniącej zbroi. Strażnik znał te postać. Był to Dowódca Ataków na Minoc. Gdy ujrzał go, wiedział ze tej nocy cos sie wydarzy. Coś niedobrego. Senteco pokiwał głową w strone Handrila.

-Witam cie strażniku, Mam do ciebie pewną.... jakże ważna sprawe. Moglibyśmy udać sie w jakieś ustronne miejsce?

-Witaj i ty, chodźmy do karczmy tam sie rozmówimy.
Obaj ruszyli w stronę karczmy. Zasiedli wygodnie na długiej dębowej ławie. Handril znowu spojrzał na Kapitana pytająco.

-Wiec słuchaj teraz uważnie Handrilu. Przejdę do rzeczy bo czas mnie nagli. A wiec... odwiedziliśmy dziś w nocy twego kompana  Ashruu i złożyliśmy mu pewna propozycje...
Handril lekko wzdrygnął sie słysząc o wampirze.

-jeśli cos mu sie stalo...
Senteco przerwał mu energicznym ruchem reki.

-Niestety.. nic mu sie nie stało.. przeklęty wampir.
zakrzyknął Senteco.

-I naszej propozycji także nie przyjął wiec przychodzę do ciebie Strażniku.. Sprawiasz nam wiele kłopotów..zbyt wiele. Wiec postanowiliśmy odstąpić od Minoc. Zostawić miasto w spokoju w zamian za porzucenie tej sprawy przez ciebie.
Senteco podal list Handrilowi potwierdzający jego słowa.

,,Ja Kapitan Senteco deklaruje odstąpić od ataków na Minoc za sprawą strażnika Handrila"
Handril zamyślił sie..."przecież nie zostawię Ashruu samego" ,,mój cel został osiągnięty"
,,dlaczego by nie zostawić wampira? przecież szczerze ich nie cierpie, lecz może on jest inny" Myśli targały strażnikiem, kłębiły sie w jego głowie. Nagle wstał. Zabrał list ze stołu i na oczach Kapitana Bandytów podarł go na strzępy. Senteco wybuchnął gniewem.

-za te zniewagę Minoc spłonie a ty zginiesz!
jego krzyk był przerażający. Drzwi otworzyły sie z trzaskiem a do karczmy wpadło kilku bandytów. Handril ruszył do ucieczki. Odtrącił halabarda jednego bandytę i wypadł za drzwi. Znów zdołał umknąć. Kolejny raz słyszał wciekłe wrzaski bandytów i grożby Senteco.

Handril wiedział ze tej nocy musi być czujny. Udał sie do banku i przywdział swoja kościaną zbroje. Wybrał najlepiej wyważony Topor i uzupełnił zapasy mikstur. Tak jak sie spodziewał przed brama zgromadziło sie mnóstwo bandytów. Strażnik Minoc wyciągnął ze swojego worka garść małych czarnych grzybkow i połknął je. Jego źrenice znów sie powiększyły, oczy stały sie czerwone jak krew. Znow poczuł przeszywający ból. po chwili ruszył w bój.
Przedzierał sie przez hordy bandytów. Wiedział ze to tylko początek. Gdy bandytów pozostała garstka ujrzał na swej drodze dziwna zakapturzoną postać. Był to mag. Była to ciężka walka lecz Handrilowi udało sie wygrać potyczkę. Myślał ze to koniec lecz w oddali ujrzał postać. Widział takich wojowników wcześniej. Był to Champion Bandytów. Ruszył prosto na Handrila. Walka była zacięta lecz berserk dzięki swoim zdolnością strasznie okaleczył wojownika. Czmychnął w las. Kolejna Bitwa Wygrana. Handril wzniósł triumfalny okrzyk. Przed bankiem czekała na niego kolejna postać. Był to zakapturzony osobnik, biła od niego ogromna moc. Przywitał Handrila. i rzekł.

-Musisz udać sie ze mną strażniku.
Handril nie pytał po co. Przed nim pojawił sie portal i przeszli razem przez brame.
Rozmawiali długo. Rozmawiali o 12 gwiazdach. Handril ponownie otrzymał list. Opiekun Gwiazd rzekł ze Minoc jest wolne. Handril spojrzał na podpis Kapitana Senteco. Jego misja wykonana. Wrócił czym prędzej do Minoc.  Był szczęśliwy. Jego początkowy cel wykonany.
Minoc zostalo wyzwolone, i to dzieki niemu. Duma rozpierała go niezmiernie.

Pomyślał o wampirze, chciał sie z nim podzielić zdobytymi informacjami. Nagle po chwili kłąb dymu spowił bank a przed nim pojawiła się blada postać. Handril pomyślał ,,czyta mi w myślach, jak to?" Wampir uśmiechnął sie tylko. udali sie do karczmy. opowiadał swą historie, rozmowa z wampirem zawsze przyprawiała go o dreszcze. Wzrok Ashruu był przeszywający, lecz strażnik przyzwyczajał sie z dnia na dzien.

-Moja misja wykonana lecz nie zostawie cie samego. Doprowadzimy te sprawe do konca. Razem.
rzekł stanowczo Strażnik.

-Jakież to dziwne.. Śmiertelnik i wampir splątani wspólnym łańcuchem losu.
Ashruu uśmiechnął sie nieznacznie


No i tak to wątek z Minoc zostal zakonczony, lecz CDN jak zwykle :>
"Żyj jak chcesz....ale chciej jak najlepiej"

Darogan

Senteco... Rycerz Swej Damy.. i strażnik swego domu przybył po raz ostatni do minoc , po raz ostatni by spojrzeć na tego który był godnym mu przeciwnikiem, oddał mu hołd jak przystało na osobę honoru , z imienia swego rzekł "jesteś protektorem minockiej ziemi.. niech tak zostanie.. " i ruszył w stronę Vesper do ostatniego swego boju, by ostatni raz stanąć w szranki z imieniem swej damy na ustach.. Meliana.. Ci którzy wcześniej go nie znali.. Ci którzy nie wiedzieli kim jest.. poznali go jako rycerza..  kim tak naprawdę był.. to czas pokaże.

Fontein

Opiekun Gwiazd...

Postać mężczyzny wtem się ukazała,
Oczami swymi barwy gwiazdą nadała
Słowa z potoku myśli i z serca dobroci
Określają życie jak jego lud toczy
Córki swe piękne nad życie ukochał
W blasku iskier przyszłość im przygotował
Jedna zaś swe serce Kapitanowi oddała
Na zgubę tym samym swój lud skazała
Teraz łzy płyną z oczu gwiazd złocistych
I nic nie uratuje jej z tych rąk nienawistnych



Miasto Vesper na powrót ukazało się przed oczami Elfki. Postać na smoku z wolna poczłapał w stronę zagród pod bankiem. Zza drewnianych drzwi wydzierał się znajomy dźwięk lutni radujący każdego podróżnego, który zawitał tej nocy do miasta. Kilku nieznajomych błąkało się po kamiennych drogach, jedni szukali kupców inni zaś noclegu. Do owego Wolnego miasta przybywało też wiele dość nie określonych postaci, niektóre na tyle wynaturzone że budziły lęk i odrazę jedynie za sprawą swego wyglądu. Nikogo kto tu mieszkał te osobliwe istoty nie dziwiły, jednak sprawiało one że miasto stawało się niebezpieczne i zdradliwe dla niedoświadczonych podróżników, szczególnie nocą...

* * *

Mężczyzna skierował swego rumaka w stronę banku, wbiegł między ludzi potrącając kilka osób. Ściągnął lejce wierzchowca zaś ten w odpowiedzi stanął  dęba.
Odgłosy zamieszek wdarły się do banku zagłuszając wszelakie rozmowy. Drzwi rozwarły się, zaś ze wnętrz dobiegał donośny głos nawołujący władze Vesper. Elfka udała się do wyjścia bacznie spoglądając na postać rosłego mężczyzny stojącego na kamiennym posadzce przed bankiem. Wszystkie słowa które padły potem trudno określić mianem rozmowy, krótka wymiana zdań, żądania poparte groźbami a wszystko zakończone ... kolejnym rozlewem krwi ....
Na polu bitwy w obronie miasta stanęli zarówno ludzi jak i barbarzyńcy a nawet wampiry wszyscy wspierani do walki przez pieśni barda aż do chwili gdy Chempion bandytów poległ.

* * *

Od kilku dni trwały krwawe walki na terenie księstwa Vesper, w śród lasów niosły się echem brzęk uderzanej stali o stal, powietrze było przesiąknięte magiczną energią pochodząca od zaklęć, rozpraszających się pyłem iskier w powietrzu. Wszędzie ciała, ogień i krew...

Miasto kolejną noc z rzędu nawiedzane było nie tylko przez bandytów ale też i przez istoty żadne ich krwi. Zwykli ludzi już dawno opuścili to miasto w pośpiechu i teraz jedyną klientelą karczmarza byli specyficzni goście proszący o jeden tylko napój – krew.  

Dzikie bestie usadowione przed bankiem, koszmary, smoki i wszelakie pomioty przeraźliwie wyły, skomlały i skrzeczały wyczuwając świeżą krew ludzkąa zbliżającą się ku miastu. Jeszcze na długo przed swymi władcami poczuły że dziś spotka je śmierć.

* * *

W kniejach lasu Vesper, lecz nie w tych najgłębszych, tuż przy wodzie w piaskowym domu unosił się dźwięczny głos Elfckiej kobiety. Wypowiadała Ona kolejno słowa zaklęcia które miało uspokoić świat w koło i przygotować go na nadejście kolejnego dnia. Jednak coraz trudniej było jej samej się opanować, z lasu gdzieś z daleka dobiegały niepokojące odgłosy, wycie i pisk zwierząt, zgłuszony przez echo. Opancerzony smok pomrukiwał od czasu od czasu wyczuwając niebezpieczeństwo, wtem jego skórą zalśniła srebrnym blaskiem oczy zapłonęły czerwienią zaś z jego gardzieli dobył się przeraźliwi ryk. Elfka straciła koncentracje a wraz z nią i równowagę i opadła na stojący nieopodal orzechowy tron. Szybko wstając w pospiechu zarzucała na siebie kolejne elementy zbroi. Chowaniec był już gotowy do walki i popędził ze swa Panią w stronę miasta nad którym z wolna unosiła się łuna od ognia i zaklęć magicznych, które co chwila błyskawicami przecinały barwione granatem niebo.

I znów krew i pożoga, ciała braci i wrogów, nieśmiertelnych i ich sługusów, pomiotów z czeluści i nie zlęknionych obrońców. Pogoń wciąż trwała, rycerz o niezwykłej sile otoczony przez swych hersztów zatapiał miecz w kolejnych ciałach wrogów, wydawał się być niezwyciężony... Kilku Wampirów wraz z swymi sługami otoczyło popleczników woja, odciągając ich od swego dowódcy i mordując bestialsko jednego za drugim. Niedługo potem Kapitan bandytów pozostał sam na polu walki, nie ustępując ani na krok, nie cofając się wciąż zadawał kolejne śmiertelne ciosy niszcząc wszystko na swej drodze. Przez myśli jego przemknęło nawet że może wygrać i zniszczyć owe miast. Jednak Nieśmiertelni nie czuli przed nim strachu wciąż powstając na nowo i wciąż atakując i chodź ów rycerz wydawał się mieć nadludzką siłę jego ciało nadal było ciałem człowieka. Rany od ciosów, pazurów i zaklęć nie goiły się, sączyła się z nich czerwona posoka jak z każdej innej żywej istoty. Otoczony przez łuczników i Wampiry oddał swe ostanie tchnienie, konając jego usta złożyły się w ostatnim niemym słowie – Meliana...

Jeden z Ghuli owładnięty amokiem walki wpadł w ciało poległego Kapitana i rozerwał je na strzępy, niczym z kielicha wysączył krew z czaszki pokonanego. Na czyn ten, chodź z pewnością nie ze względu na jego obrzydliwość... jeden z wampirów wybuch złością nakazując odstąpić od ciała. Przeszukał to co zostało i odnalazł niewielki list, w pospiechu rozwarł kartę, starając się w mroku odczytać zapisane tam informacje. Zdążył doczytać jeno pierwszy wyraz gdy list zapalił się i spłonął.

Rozwścieczony odtrącił zgromadzonych udając się w stronę mostu prowadzącego do miasta.
W banku roiło się od ponurych istot których oczy skrywały ciemne kaptury. Elfka stanęła nieco bliżej pewnego nekromanty którego uważała w tej dość nie komfortowej sytuacji za jedynego ,,przyjaciela". Ów Wampir który uniósł się tak gniewem podszedł z wolna do Elickiej kobiety i rzucił tylko cierpko dwa słowa – musimy porozmawiać – a potem skierował swój wzrok na drzwi banku. Zakapturzona postać stojąca obok tylko zacharczała swym dziwacznym śmiechem i ponagliła Elfkę skinieniem.

* * *

Wampir skierował się do swego wierzchowca, wymownie patrząc na postać kobiety, które niezwłocznie uczyniła to samo. W chwile potem razem opuszczali miasto kierując się na północ.

Korgail

Zbliżała się noc, las stawał się coraz rzadszy, wokół unosiła się wieczorna mgła. Krasnolud o długiej zaplecionej w warkocz brodzie odciągał końcówką kostura gałązki od siebie jadąc na swoim wiernym kucyku.
Kiedy na niebie pojawiły się pierwsze gwiazdy pod kopytami kucyka zaszeleściła mokra trawa. Ogromne polany w pobliżu bagien nieopodal klasztoru były jego celem.
- Hę? - Krasnolud odwrócił głowę.
Znalazł to czego szukał, rzadkie zioło wykorzystywane do produkcji run magicznych.
- Ty! Potrafisz walczyć?! - Odezwała się piękna amazonka na karym rumaku.
Tak zaczęła się rozmowa. Od delikatnie nieufnych pytań i zaciśniętych pięści do szczerego uśmiechu i poznawczego spojrzenia.
- Zatem zrób to, jeśli możesz. - Przemówiła przywódczyni. Na jej tle niczym burza, piorun za piorunem stały amazonki.
Jedna z nich podeszła i spojrzała na krasnoluda wyzywając go do walki.
Usłyszała tylko zgrzyt zgniatanej runy. Krasnolud zdał się pokryć kamienna skórą, a jego laska przybrała postać żelaznego młota.
Jeden, drugi, trzeci cios.
Amazonka spadła z konia, pokonana w boju.
- No no, przydałby mi się ktoś taki jak Ty - Ponownie odezwała się przywódczyni.
- Taaa - Odparł przypominający golema kowal run opierając trzon młota na barku.
Księżyc był w pełni kiedy odchodziła. Krasnolud po chwili osłupienia powrócił na przetarty przez karawany kupieckie szlak handlowy do Minoc.


Liczę na ciąg dalszy.

SolTell

Wieczór, pora której nienawidzi każdy Władca, cóż tak to już jest, lecz rad był iż ta noc wolna będzie od banitów którzy ostatnio nękali miasto.

Do banku wkroczył młody rekrut, trzymał małe zawiniątko zapewne z tym co sobie Władca zażyczył. To był order... Krzyż Bohatera... dla Strażnika Minoc który wiele poświęcił miastu...

- Należy mu sie... zasłużył na swój żołd - pomyślał Julianos, a następnie udekorował mężnego Handrila.

Darogan

Przybyła nie świadomie ze swą armią.. jadąc przez stepy nie spodziewała sie co ją w przyszłości czeka.. Teraz poluje.. poluje na tych co jej ukochanego żywota pozbawili, strzeżcie sie.. Meliana pełna bólu w sercu nie zaprzestanie was tropić. A każdy który zostanie ugodzony jej lub srebrnej jej towarzyski włócznią w cierpieniu żyć będzie..

Bolek

- No ki diabeł? Ten ciągły stuk kopyt dało się jeszcze jakoś znieść ale to już lekka przesada, ten koń ryczy niczym smok w rui. Sprawdźmy lepiej co się dzieje - władca Vesper podniósł się z westchnieniem z krzesła i ruszył w kierunku wyjścia. Zdecydowany zrugać sprawce zamieszania na czym świat stoi szybkim ruchem otworzył drzwi banku i od progu krzycząc wyszedł na zewnątrz. - Co to za, cholera jasna, obycz... - dalszych klątw nie miał już ochoty wykrzykiwać, chęć ku temu została skutecznie zdławiona przyłożonym do piersi ostrzem włóczni. Jeździec, niewiarygodnie piękna kobieta, uśmiechnął się krzywo i zmusił konia do postąpienia naprzód, napierając na mężczyznę. Wojownik ruchem młota odtrącił wymierzoną w niego broń i odepchnął tarczą łeb próbującego gryźć konia.
- Nie mierz we mnie Kobieto - spokojny ale władczy ton zmusił amazonkę do wycofania się. Towarzyszący władcy Komorzy wydobył z dźwiękiem katanę i zakręcił nią w powietrzu. Spojrzał na przywódcę i zrozumiawszy spojrzenie schował broń do przypiętej u pasa pochwy. Koń zatańczył po bruku, amazonka wstrzymała go i rozejrzała wokół badawczo. Zamieszanie zwróciło uwagę sporej grupy osób, która teraz gromadziła się odcinając jej drogę odwrotu. Uśmiechnęła się do siebie pokazując, że właśnie na to czekała i przemówiła - żądam wydania osób, które zhańbiły ciało wielkiego wojownika, chcę aby ponieśli zasłużoną karę za to co spotkało Kapitana Bandytów - ponownie rozejrzała się po twarzach zgromadzonych - jeśli nie - głos na moment ugrzązł jej w gardle - jeśli nie, to czeka was śmierć. Śmierć i ognień! - krzyknęła rzucając wyzwanie władcy miasta.
- Po pierwsze nie żądaj, po drugie zginął nie bohater a zwykły bandyta a po trzecie - wojownik uniósł wymownie młot - nie groź, dobrze radzę.
- Mój ukochany nie był bandytą, był wielkim wojownikiem, a obrońcy zbeszcześcili jego ciało - oczy amazonki zeszkliły się na moment.
- Więc tu pies pogrzebany - Stwierdził fakt Władyk Vesper - więc stajesz w obronie łotra gdyż był Twoim kochankiem, ryzykujesz życiem swoich ludzi i chcesz skazać na śmierć setki niewinnych mieszkańców mojego miasta - zmarszczył brwi - jeśli tyle więc znaczy dla Ciebie honor proponuje stoczyć pojedynek, zakończmy to bez niepotrzebnego rozlewu krwi.
- Moja śmierć nic nie zmieni, moje wojowniczki juz otrzymały rozkazy... Gotujcie się na śmierć, dokonałeś wyboru! - uderzyła konia piętami i ściągając wodze zmusiła go do poderwania przednich kopyt. W obawie przed wierzgającym rumakiem krąg ludzi rozstąpił się, wykorzystując to galopem uciekła z miasta.


                                                            ***


- Na most! musimy utrzymać most!! Nie mogą się nań wedrzeć! Ławą ludzie! Ławą, psia mać! - kolejny koń wraz z amazonką zwalił się do rzeki pod zaciętymi razami obrońców. Na jego miejsce natychmiast pojawił sie kolejny... i następny... przewaga liczebna atakujących była druzgocząca, jednak dopóki obrońcy utrzymywali most dopóty liczebność nie miała większego znaczenia. Kolejne fale rozbijały się o mur obrony, kolejne amazonki padały na deski mostu, kolejny koń z dzikim wizgiem zwalił się w nurt rzeki. Oblepieni krwią, dyszący i ledwo utrzymujący sie na nogach obrońcy miasta powoli tracili nadzieję. Coraz bardziej ustępując pola, byli przekonani, że niedługo polegną. - Ataki słabną! Żywiej towarzysze!! - okrzyk ten niczym magiczny eliksir, wypełnił serca wojowników, wlał w nie otuchę i nowe siły. Jeszcze przed chwilą słaniający się i wzajemnie podtrzymujący, krok po kroku spychali kolejnych napastników w tył, zyskując kolejne metry mostu. Niewiadomo kiedy, śliskie krwią deski zastąpiła ubita ziemia, hordy amazonek zaś jedynie nieliczne grupki wycofujące się w las. Triumfalny ryk obrońców przeszedł echem po konarach drzew, wzniesione oręże błyskało w promieniach słońca. Rozglądali sie po pobojowisku szukając rannych towarzyszy, niedostrzegając jednak wyłaniającej się z lasu postaci.
- Najwyższa pora abym ja stanęła do walki - odziana w srebro , dzierżąca srebrną włócznie wojowniczka uderzyła na zdezorganizowana grupę. Za nią z lasu wypadły jeszcze przed chwilą uciekające amazonki. Srebrna Dama wdarła się pomiędzy wojowników niosąc śmierć. Włócznia błyskała i raziła niczym błyskawica. Kolejni z obrońców padali pod jej ciosami. Amazonka przedarła się na most i zawróciła wierzchowca, dopiero wówczas zdając sobie sprawę, iż nie obeszła się bez szwanku. Mocno broczyła krwią, bezskutecznie  szukając rany, poderwała głowę i wrzasnęła na całe gardło, chciała zaszarżować ponownie jednak piękny rumak, którego dosiadała, zachwiał się jedynie i padł martwy, z jego boku sterczał wbity po jelec krótki miecz. Kobieta postąpiła naprzód mierząc włócznią, szukając celu dla swej śmiercionośnej broni. Czując, iż siły opuszczają ją wraz z kolejnymi strużkami krwi cisnęła bronią... trafiła i umarła. Ostatnie niedobitki napastników ponownie oddaliły się w las.

zolta

Bankier spojrzał na dziena postać przypominającą nieco szczurołaka, która siedziała na krześle rozmasowując skostniałe od śniegu stopy.
Urzędnik nie mógł sie nadziwić jak można w taką pogodę chodzić po sniegu na bosaka...
- suka... spodnie mi sabrała - wysyczał osobnik - spodnie...
Był wyraźnie niezadowolony z tego że musi po banku paradować połnago...
Przez twarz bankiera przebiegł ledwo zauważalny uśmiech po czym wrócił do pracy...

IN STEEL WE TRUST

Remember remember the fifth of November
Gunpowder, treason and plot.
I see no reason why gunpowder, treason
Should ever be forgot...
[/i

Rey

Tego dnia lasy Vesper szumialy radosnie upajajac sie chwila ciszy.
Chwila bez szczeku broni, wrzaskow przedwczesnej agoni.
Spokoj ten nie mial trwac wiecznie nie na ziemi po ktorej stapaja zadni krwi, zlota i chwaly istoty.

Niedostrzegalna okiem postac zdradzal tylko kon lekko rżacy raz po raz kopiacy w ziemi.
Postac go dosiadajaca poklepywala po karku i uspokajalem melodyjnym glosem.
Nagle zastyglan w bezruchu nasluchujac zblizajacego sie do niej jezdzca.
- Pani jada. Niebawem beda tutaj chca dostac sie do brzegu.
W oczach sluchajacej pojawila sie czysta nienawisc.
- Wiecie co macie robic.
Poslusznosc czy tez strach kazaly istocie z pokora jedynie odpowiedziec:
- Tak pani. - po czym zawrocila konia i pogalopowala w las.

** ** **

- No i reju zas nam sie spoznia - zasmial sie gromko jegomosc pewnie dzierzacy topor w dloni.
- Zacny, zacny reju... - usmiechnela sie pod odpadajacym nosem postac.
Postac o nieznosnym ludziom zapachu fetorze cmentarza przystanela weszac.
- Mamy towarzystwo i to nie zacnego Reya.

** ** **

Przeklinajac w duchu swa opieszalosc, pedzil na zlamanie karku za towarzyszami z kilkoma wierzchowcami.
- Moglem wziasc konie, ale nie ostardy byly pod reka. marudzil pod nosem.
- Ruszac sie gadzie pomioty!- Co rusz je ponaglał.
Nagle z krzakow wypadla amazonka, piekna z duma dosiadajaca swego wierzchowca kobieta o kraglych piersiatkach i ogryzionej prawej dloni.
Ten widok mowil az za wiele mlodemu lucznikowi.
Spial konia i pogalopowal co sil w kopytach przed siebie.
Wpadl w koncu na makabryczny widok.
Z trzy tuziny wojowniczek wlasnie otaczalo Uhlai - berserker nic sobie z tego nie robiac zachecal je krzykiem miazdzac jedna po drugiej.
Wokol niego kasajac raz wlocznia, nieraz przeszywajac beltem ucztowal Kerad caly we krwii ghul nawet i po takiej uczcie nie roznil sie wygladem.
Nie zastanawiajac sie dluzej Rey chwycil kusze, i rozpoczal swoj taniec razac raz po raz wciaz na nowo przybywajace wojowniczki.

Kilkanascie ziaren oraz kilka tuzinow amazonek pozniej.

Ghul podniecony zapachem miesa rozgladal sie po pobojowisku.
Berserker jeszcze w szale wrzeszczal ganiajac i dobijajac wycofujace sie amazonki.
Rey wymiotowal pod drzewem na kazda mysl o makabrycznej uczcie Kerada.
Ta sielanke przerwal im glos:

- Ty! Zabojco mego ukochanego powstan i sluchaj!
- Bedziesz cierpial w agoni za swoj czyn haniebny!

Lekko zaskoczeni ledwo co spojrzeli w jej kierunku, jak jeden maz rzucili sie na nia.
By po chwili zobaczyc jej oddalajaca sie postac.
Szybko wskoczyli na swe wierzchowce i podazajac jej sladem glosno komentowali co ja czeka gdyby zostala.
Wtem przed nimi ukazala sie postawna wojowniczka nie byla jak te martwe amazonki ktorych ciala niedlugo pochlonie las. Mozna to bylo dostrzec okiem ale trudno opisac slowem. Zrozumie ten kto ja ujrzy. Z lekkim zachwytem trzech smialkow zaszarzowalo na nia bez namyslu. Niestety jej sila byla niczym w porownania z jej zrecznoscia.
Jak mozna uniknac beltu z tej odleglosci?
Jak mozna jednoczesnie sparowac atak berserkera w jego najwiekszym szale?
I zadac cios, cios ktory pozostawi slad, bol ktory przeszyje kazda czesc ciala.
Krzyk zranionego ghula rozszedl sie po calym lesie wypedzajac z okolicy cala zwierzyne uciekajaca w poplochu.

Rey zlapal sie za glowe lezac na trawie staral sie dojsc do tego co sie zdarzylo.
Zrzucila go z konia ogluszyla Uhlai i... Kerad!
Odwrocil sie szukajac ciala Ghula.
Ten stal juz zlorzeczac na suczy pomiot, a przy nim berserker probowal wykroic kawal miesa wokol rany zadanej przez amazonke.
Niestety bezskutecznie.
- Trzeba nam zawrocic do znachora moze on co uradzi.
- Smiem powatpiewac w to iz znachor co pomoze. - zabral glos sternik z lodzi.
- A ty skad taki oczytany i madrzejszy od kawalka drewna?
- W porcie w karczmie nie jednom slyszal...
Kerad dostrzegłwszy znany mu blysk w oku sternika rzucil swa sakiewka wyelniona zlotem.
- Gadaj pokim dobry!
I tak zaczela sie opowiesc o starcie ukochanego, o innych bitwach a przedewszystkim klatwie zranionego wlocznia wojowniczej amazonki.



Wybacz opoznienie dziekowac za bitwa Daroganie, tylu amazonek jeszczem nie widzial. ^^
Borry: "Papier przepakowany, nożyczki OK. Kamień"

"kolego jesli internet explorer ma odwage zapytac czy moze byc domyslna przegladarka, to Ty nie masz odwagi podejsc do dziewczyny i zagadac?"

Darogan

Zemsta.. zemsta ma słodki smak..

-Jak to wycofać armie ?! Pozwól.. mi przynajmniej ukarać należycie tego który tymi istotami przewodził - rzekła zapłakana amazonka
-Dobrze moje dziecię.. zrób z nim co chcesz - odrzekł jej starzec.

I stało się młody wampir był tego dnia ścigany i tropiony przez najlepsze odziały aż w końcu wpadł w pułapkę.. Egzekucja nastała , a wielkie okręty nieznanych wypłynęły tam skąd przybył
ale czy na pewno.. ?

Nazajutrz minoc spłynęło krwią.. atak był bezwzględny nikogo nie oszczędzano część oddziałów wdarła sie w serce miasta zabijając wszystkich którzy stanęli jej na drodze..

Parę dni później Kasztelan Vesper dowiedział sie...

- Lodowa Amazonka za tym stoi , zbuntowała się przeciw rozkażą i zaatakowała , chce zdobyć władzę w minoc i vesper  - chytry lis , bo tak się zwał przekazał nie tylko te wieści ...

Trawa

Meahius obudził się w swoim domu na południowy wschód od Vesper. Zjadł  trochę żeberek, wypił kielich wina, po czym udał się schodami w dół. Przyodział swoją sprawdzoną w wielu bojach zbroję, wyjął ze skrzyni miecz i przypiął u pasa. Wyszedł przed dom...
- Obłoczek, do mnie! Gdzie się chowasz?
W tej samej chwili tuż obok mężczyzny pojawił się widmowy koń. Meahius włożył hełm i wskoczył na konia.
- Do Vesper! Krzyknął komorzy.

Pełny galop, szum otaczających księstwo lasów. To lubił najbardziej. Kiedy zbliżał się do mostu prowadzącego do miasta ujrzał amazonki i grupę obrońców miasta walczących z dzielnymi wojowniczkami.
- Pilnować ogra! Musi zburzyć most- krzyknęła jedna z amazonek. Chwilę później miecz Meahiusa przeszył jej bok i kobieta padła martwa.
Jakiego ogra? - Pomyślał mężczyzna.
Spojrzał w stronę mostu i zobaczył ogromnego ogra niewolnika, zakutego w kajdany. Wokół niego było kilka amazonek, które wydawały mu rozkazy. Ogr pokornie uderzał z całych sił pięściami w most. Meahius delikatnie dotknął widmaka nogą. Zwierzę natychmiast posłuchało rozkazu i skierowało się w stronę ogra, ale amazonki zastąpiły drogę mężczyźnie. Nieopodal zobaczył walczących wojowników...

- Zabić ogra! Musimy utrzymać most za wszelką cene!- krzyczał wymachując mieczem komorzy.
Wojownicy przedzierali się w stronę ogra. Krok po kroku... co raz bliżej i bliżej ogra. Kolejne ciała amazonek padały bezwładnie na ziemię tworząc u stóp wojowników kałuże krwi.  
- Reef? Murinus? – spytał mężczyzna na widok wojownika na moście
- Reef - uśmiechnął się strażnik- Co się dzieje?
- Musimy utrzymać most. Zabić ogry, którymi posługują się amazonki!
Wspólnymi siłami udało się przedrzeć przez amazonki i zabić ogra. Z każdą chwilą przybywało coraz więcej kobiet, gotowych oddać swoje życie tyko po to by wypełnić rozkazy swojej przywódczyni. Kolejne amazonki padały od mieczy i toporów obrońców, gdy w oddali widać było zbliżającą się przywódczynie amazonek wraz z nowymi oddziałami i kilkoma ogrami niewolnikami.
- Dobrze nie jest- pomyślał. Spiął lejce i ruszył w stronę przywódczyni. Kiedy Meahius zbliżał się do niej, zobaczył tuż pod kopytami konia amazonki wilkołaka, który rzucał się do gardła jej wierzchowca.
– Utrzymać szereg! Musimy czekać na wielką szamankę- Krzyczała do swoich kompanek kobieta.
Komorzy zacisnął palce na rękojeści miecza. Przywódczyni padła, niedobitki jej armii rozpierzchły się we wszystkie strony a inni wojownicy udali się za nimi w pogoń. Meahius stał przy moście oczekując kolejnego ataku ze strony wielkiej szamanki i jej oddziałów. Długo nie musiał czekać. Z południa kłusem zbliżała się ku niemu zakapturzona kobieta, inkantując pod nosem zaklęcia, które ciskała we wszystkie strony świata. Mężczyzna uchylił się a ognista kula rozmiarów ludzkiej głowy przeleciała z hukiem obok niego.
Mało brakowało- pomyślał i rzucił się w wir walki. Na chwile odbiegł na wschód, żeby złapać oddech i opatrzyć rany. Wróciwszy w miejsce gdzie poprzednio toczyła się walka dostrzegł tylko stos ciał skąpanych we krwi. Nie wiedział gdzie jest szamanka, czy żyje, gdzie są współtowarzysze  i czy z nimi nic się nie stało. Nie mógł odczytać  tropów. Zbyt wiele śladów kopyt, by odnaleźć te właściwe. Zaufał intuicji i po chwili znalazł się znów na polu bitwy. W końcu Szamanka padła ugodzona toporem Vernina. Tępy dźwięk gruchotanych kości, niemy krzyk... To już koniec, więcej nie wypowie słów żadnego zaklęcia...
Meahius udał się jeszcze sprawdzić północny trakt sprawdzić czy niedobitki armii amazonek nie walczą w tamtej części ziem księstwa. Reef De'Lar ubił ostatnią amazonkę, która dalej walczyła o zdobycie mostu. Strażnik skierował wzrok w stronę urzędnika...
- Gdzie szamanka? – spytał
- Nie żyje- uśmiechnął się nieco – Mamy chwilę spokoju by odetchnąć.
Udali się do miasta obronionym mostem. Stanęli na placu przed bankiem.
- Należą się nam jakieś odznaczenia za dzielna walkę w obronie miasta- zaśmiał się Meahius
- To nasz obowiązek- powiedział z dumą Reef uśmiechnąwszy się nieco po czym odwrócił się i wszedł do banku...
Cytat: EnkilTak, są i takie perełki. Radzę uważać na napisy z frazą ,,wyjątkowej jakości", to działa jak gówno na muchy.

Fontein

Na chwile przed tym jak ostanie promienie słońca opuściły miasto Minoc, na ośnieżonym bruku ukazała się postaci w czerwień odziana. Wolnym, miarowym krokiem udała się do banku gdzie czekał już na nią wysoki, dobrze zbudowany strażnik imieniem Handril. Razem  opuścili budynek. Zmrok już nastał a wraz z nim zjawił się Ashruu. Nie wiele więcej mówiąc ta dość intrygującą trójca opuściła miasto.

Las spowijała mgła, para unosząca się od jeszcze ciepły zwłok nadawała powietrzu woń żelaza. Wszystko niczym w koszmarze przewijało się szybko, każda chwile pożerała następną. Wojownik na przedzie walczył zawzięcie, otoczony wkoło przez niezliczone zastępy amazonek, coraz bardziej zanurzał się w swym szale walki. Tuz obok Elfki stąpał Wampir, odrzucając zaklęciami kolejne ludzkie ciała od siebie. Niespokojnym wzrokiem wciąż mierzył ciało Elfickiej kobiety, ta zaś niczym zamroczona spoglądała jedynie w przód nie zauważając niczego w koło. Walka wciąż nie ustawała, lecz Handril wciąż parł na przód, odpierając kolejne ataki krok za krokiem posuwając się dalej. W końcu dotarł do - jeśli można tak rzec – upragnionych wrót. Wampir, niczym niezwykły tropiciel, uniósł głowę w górę, kierując swe mroczne spojrzenie w księżyc, jego powieki z wolna się przymknęły, zaś z krtani dobyło się niezwykłe charczenie mrożące krew w żyłach wszystkim żywym istotom. Handril jednym niezwykle silnym szarpnięciem rozwarł drzwi twierdzy amazonek. Walka na powrót zawrzała, powietrze iskrzyło od zaklęć, które kolejnymi ciągami piorunów zwalały z nóg amazonki. Nasiąknięta krwią ziemia zdawała się pochłaniać ciała jedno po drugim tworząc przerażający grób, świadectwo niezwykłego okrucieństwa. Wampir wydawał się być tym wszystkim niemal zahipnotyzowany, pochłonięty ciągłym przelewem krwi, w ostatniej chwili wycofał się nim pierwsze promienia słońca zawitały  nad lasem. Więc dwójka pozostała sama, obóz opustoszał, tak przynajmniej mogłoby się wydawać. Z wolna zaczęli przeszukiwać namiot po namiocie aż w końcu dotarli do najdalej położonego, z którego o dziwo jeszcze dochodziły ściszone głosy. Wydawać by się mogło że osoby skryte tam kłóciły się starając się jednak by dźwięki nie opuściły ich schronienia. Strażniczka przed wejściem, pełna lęku zerkała nerwowo w koło. Po chwili z namiotu wynurzyły się dwie postaci, prowadzące za sobą konie, obie dosiadły wierzchy mierząc się wzrokiem pełnym nienawiści. Mężczyzna widać tracąc swą cierpliwość dobył miecza, szybkim ruchem jego ostrze znalazło się przy szyi dowódczyni amazonek. Z ust jego, przez zaciśnięte zęby wydobyło się kilka słów - Nie waż się tego robić bo zabiję cię. Amazonka wydawała się nie wiele z tego robić i z wolna odsunęła ostrze od siebie. – Nie groź mi bo na razie to ja ... decyduje o tym kto będzie żył... a kto umrze. Słowa te były jej ostatnimi gdyż w obozie znów zawrzała walka. Elfka i wojownik zostali odkryci...

Na polu walki pozostały zaledwie trzy osoby, mężczyźni wciąż mierzyli się wzrokiem. Handril zakrywał swym ciałem postać Elfki przesuwając ją krok w krok za siebie. Rycerz gwiazd, powoli opuścił broń i schował ją do pochwy. Strażnik jednak nie uczynił tego samego wciąż mierząc bronią w przeciwnika. Ona jest ranna ... - powiedział spoglądając przez ramie Handrila – wiem jak ją uzdrowić. Na twarzy wojownika ukazało się zdziwienia, spojrzał za siebie na Elfkę, która słaniała się na jego ramieniu. Z rany na jej szyi wciąż sączyła się krew – Taaak? Dość dziwne że Ty wiesz co się z nią dzieje! – wysyczał wojownik, jego wzrok wciąż szukał sposobności do ataku. Jeśli mam jej pomóc powinieneś sobie odpuścić cała tą gadkę, czas ucieka. Wojownik zawahał się, jeszcze raz spojrzał za siebie, Elfka uniosła głowę i spojrzała swymi złotymi oczami na Handrila – Nie pozwól mu.. mnie tknąć – z ledwością można było dosłyszeć jej szept. Strażnik przekręcił głowię spuszczając ją w dół, powoli przymknął oczy. Rycerz gwiazd zsiadł z rumaka powoli podchodząc do Elfki, wojownik odsunął się na bok podtrzymując ciało kobiety do póki drugi mężczyzna go nie przejął. Elfka wciąż się szarpią na ile pozwoliły jej siły, walczyła by się uwolnić z objęć. Zostaw mni..., nie dotykaj – każde słowo odbierało jej oddech. Rycerz podniósł włócznię trzymając dłoń tuż przy jej ostrzu, druga zaś odchylił głowę Elfki. Nim Handril zdążył zareagować wokoło złączonych w dziwny sposób ze sobą postaci utworzył się pierścień błękitnej energii mający swe źródło w grocie włóczni. Nic nie było teraz w stanie przeszkodzić Gwardziście Gwiazd, ciało kobiety opadło w jego rękach, zaś rana na szyi zaczęła z wolna się goić. Wojownik stojący nie opodal zasłonił oczy chroniąc je przed owym błękitnym światłem, gdy blask przestał już razić spojrzał przed siebie gdzie na ziemi leżały dwa ciała. Kobieta z wolna podnosiła się zaś mężczyzna wydawał się być martwy. Elfka chwile po tym jak otrząsnęła się z wydarzeń owej chwili, dosiadła rumaka i pognała w las...

Handril nie do końca będąc pewien czego był właśnie świadkiem pomału pozbierał wszystkie swoje rzeczy i wyruszył z obozowiska amazonek, pochłonięty swymi myślami zniknął w mroku kniei.

* * *

Noc znów okryła świat mrokiem. Na wsypie gdzieś daleko do lądów, w podziemnych przejściach znów błąkały się trzy dusze. Wojownik jak zwykle na przedzie przedzierał się rozcinając w poprzek kolejne ciało amazonki. Wampir stąpał za nim swą mocą odbierając życie każdemu kto się do niego zbliżył. Tylko postać za nimi nie walczyła wciąż przywołując do ochrony swego ognistego rumaka. Elfka stąpała nie tknięta, zaś przez jej twarz przewijała się niczym padające z pochodni cienie, złość i nienawiść. Kolejny oddech i kolejne martwe ciało padło na ziemie. Po chwili, tuż na zakręcie drogi ukazała się postać niezwykle pięknej kobiety, zaś jej broń- włócznia- żywym ogniem płonęła w jej dłoni. Z wolna uśmiechnęła się zapraszając tym samym swych wybranych na ostatnią walkę. Wokół niej nagle pojawiły się kolejne zastępy amazonek i żywiołak  wody który natychmiast rzucił się na wojownika. Wojowniczki zaczęły otaczać Elfkę i Wampira. Cała trójka rozdzielona po jaskini nie mając szans na wspólną obronę walczyła o każda krople swej krwi. Wampir sycząc odbierał kolejne siły witalne starając się przedrzeć w stronę gdzie ostatnio widział Elfkę. Strażnik walczył z całych swych sił by ocalić swe życie przed żywiołakiem. Kobieta otoczona przez amazonki swe słowa nawołujące rumaka przeplatała kolejnymi zaklęciami uleczającymi. Wampir gdy w końcu dotarł do Elfki zacharczał coś jedynie i w chwile potem oboje zaczęli czarować zaklęcie które rozsadziło wszystkie żywe istoty, prócz wojownika, który ukazał się nagle na drugim końcu jaskini. Cała trójka w milczeniu skierowała się do następnej komory podziemnej jaskini. Tam czekała ich ostania już walka tej nocy. Krwawa amazonka mierzyła każdy krok postaci podchodzących do niej i gdy uznała to za stosowne rzuciła się do ataku, na jej wezwanie znów z nikąd pojawiły się kolejne zastępy amazonek. Walka trwała... Krwawa na swa pierwszą ofiarę wybrała Elfice, wciąż prąc na przód spychała ją w róg jaskini, rumak nie mogąc się przedostać do swej pani rozwścieczony ciskał ogniem po całej jaskini. Handril chyląc głowę przed płomieniami przedzierał się przez kolejne wojowniczki, przez chwile jego uwagę skupiło coś dziwnego co działo się tuz nieopodal. Chodzący Nocą powstał z ziemi, jego ciało spowijała jakaś czarna mgła. Z wolna zaczął iść w stronę Krwawej zaś wszystko co żywe pojawiło się wokół niego umierało. Niczym opętany wyciągnął jedną rękę w przód i gdy dotarł do amazonki uniósł się z na ziemią i chwycił jej kark od tyłu. Ta zaś z wrzaskiem odwróciła się, przerażona tym co ujrzała odparła atak Wampira odrzucając jego ciało na kamienne podłoże jaskini. To wystarczyło by Elfka uciekła z pułapki i dotarła do wojownika. Wciąż zszokowana Krwawa Amazonka starała się przywrócić swe siły witalne pochłonięte przez dotyk wampira lecz na marne. Handril wykorzystał te chwilę nie uwagi i dopadł dowódcznię. Amazonka starając się odeprzeć atak wycofała swego konia nie zwracając uwagi na to że zmierza w stronę rumaka który już biegł w jej stronę by zrzucić jej ciało z wierzchowca. Gdy upadła na ziemie Handril chwycił broń w obie swe ręce i jednym zamachem oddzielił jej głowę od reszty ciała. Wszystkie nagle zniknęło z jaskini, wszystkie inne wojowniczki jakby rozpłynęły się w powietrzu. Pozostała jedynie cisza... i ta księga spoczywająca na kamiennej podłodze groty.