Zywot pewnego drowa

Zaczęty przez Marv, 2006 01 23, 21:31:11

Poprzedni wątek - Następny wątek

Marv

I

    Słońce powoli chyliło się ku zachodowi. Lekki, wieczorny wiatr poruszał delikatnie koronami drzew. Wszystkie leśne stworzenia chowały się do swoich jam, nor i innych klepisk. Zaczynała królować noc. Mroźna, niewzruszona cisza oraz nadto tajemniczy spokój rozpoczęły swój cykliczny taniec wśród leśnych gęstwin. Na gościńcu przecinającym na wskroś owy las pojawiali się co raz odważni wędrowcy, dla których cel podróży był ważniejszy niż własne życie. Trafiali się nawet przywódcy karawan, spóźnieni z dostawą towaru. Niech bogowie sprzyjają jednak tym, którzy wolą się zajechać do magazynu po czasie, niźli paść ofiarą podrzędnych bandytów. Oczywiście tworzyli oni jedną z wielu grup – tą, która zmuszona była w pocie czoła pracować na życie, a owoce tegoż wysiłku pokornie oddawać silniejszym od siebie. Istnieli inni. Władcy nocy - stworzenia, dla których mroczna połowa doby nie stanowiła wyzwania. Drowy. Ciemnoskórzy krewni żyjących na powierzchni elfów. Jeden z nich właśnie podążał leśną ścieżką. Niewysoki, ubrany w lekki czarny pancerz. U pasa przyczepione miał dwa potężne miecze, na plecach zaś tarcze – na wszelki wypadek. Dosiadał dzikiego rumaka o maści takiej samej jak noc, która już w pełni oplotła Ziemię. Był wyrzutkiem lub delikatniej mówiąc renegatem. Czerwone włosy, sięgające do ramion, swobodnie opadały mu na smukłą twarz. Pod wpływem Słońca, skóra straciła dotychczasowy odcień i stała się podobna do ludzkiej. Jedynie oczy, mieniący się niepowtarzalnym, rubinowym blaskiem charakterystycznym tylko dla mrocznych elfów, oraz spiczaste uszy, przypominały mu o przeszłości. O przeszłości, która przepełniała go goryczą i gniewem. Nie chciał pamiętać, ale musiał. Każda myśl podsycała w nim nienawiść do swoich braci. Do tych, którzy dalej pozostali zaślepieni przez Pajęczą Królową. Dla tych, przez których został wygnany. Poprzysiągł zemstę, kiedy tylko nadejdzie odpowiednia pora.

    Wędrował bez celu. Nie wiedział dokąd jedzie, gdzie się zatrzyma, kogo spotka. Żył chwilą. Liczył na to, że w każdej chwili trafi mu się jakieś zajęcie. Rumak powoli pokonywał kolejne odcinki drogi. Wojownik, ze zwieszoną głową, na pół odpoczywając czuwał i nasłuchiwał. Nikt nigdy go nie zaskoczył i chciał, aby tak pozostało.
     Zerwał się silniejszy wiatr. Naokoło zaszumiało. Gromady kruków i wron zerwały się do lotu w jednym momencie. Neeleth ( tak na imię było rumakowi ) drgnął i nastawił uszu. Drow uniósł powoli głowę i rozejrzał się.

- Spokojnie Neeleth, to pewnie jakiś wilk rzucił się na swoją ofiarę. Nie zatrzymuj się.  –        

Jego głos brzmiał pewnie, albo miał tak brzmieć. W głębi duszy poczuł niepokój. Zbliżało się coś niedobrego. Coś, przed czym nawet jego przesiąknięte złem serce, zadrżało. Niewiele było takich istot, które swoją siła i potęgą przewyższały mroczne elfy oraz budziły w nich strach. Nie było na Ziemi bardziej butnej i dumnej rasy. Tak... na Ziemi. Istniał jeszcze cały świat astralny. A jak powszechnie wiadomo, wszyscy jego mieszkańcy potrafiliby roznieść w pył bliski drowowi świat. Żyli jeszcze różnej maści bogowie.. ale o spotkaniu z nimi nawet nie myślał.  

Wiatr dął coraz silniej. Drzewa stawiały silny opór, jednak te mniejsze z nich, kładły się pokonane na ziemi lub leciały ponad lasem niesione zdradliwymi podmuchami. Niebo, mieniące się dotychczas milionami gwiazd, przybrało jednolity, ciemny kolor przysłonięte zasłoną chmur. Wielkie tabuny, powietrzne zastępy, silne kłębiaste, pojawiły się znikąd jakby wezwane przez tajemne moce. Wszędzie wokół panowała czerń. Nawet wrodzona infrazja mrocznego elfa nie była w stanie przebić się przez tą zaporę. Widział coraz mniej. Rumak dzielnie maszerował stępa...

    Nie wiadomo ile czasu minęło. Godzina ? Dwie ? Może pół nocy. Pogoda się nie zmieniała. Wręcz przeciwnie. Wichura się wzmagała. Zaczęło padać. Drow został zmuszony do przerwania swojej podróży. Schronił się w jednej z jaskiń na skraju lasu. Znał ją. Używał już jej wielokrotnie w nagłych przypadkach. Było w niej wystarczająco dużo miejsca dla niego i Neeletha. Rozpalił ognisko i czekał.

    Nie można powiedzieć, że się bał. Był ostrożny. Zawsze potrafił prawidłowo ocenić swoje szanse w danej sytuacji. Ufał też swoim przeczuciom. Teraz natomiast, coś go niepokoiło. Taka nagła zmiana pogody nie jest naturalna. Gmerał kijem w ognisku i myślał. Neeleth rżał cicho.

    Wiatr ustał. Momentalnie. Przestało padać. Zapanowała cisza – zimna, grobowa, straszna. Zakrakała wrona. Zawył wilk. Po chwili dało się słyszeć krzyk zarzynanej sarny. Drow podniósł głowę i spojrzał w stronę wyjścia jaskini. Wstał i ruszył na zewnątrz. Rumak spojrzał na niego smutno, ale nie zrobił nawet kroku. Został w grocie. Sam...

    Mroczny elf stanął na spowitej w mroku i tonącej w ciszy polanie. Nie wiedział dlaczego wyszedł. Nie myślał o tym. Po prostu wyszedł. Spoglądał w niebo rozświetlone niezliczoną ilością gwiazd. Księżyc uśmiechał się do niego szyderczo.

    Ziemia zadrżała. Wszelakie ptactwo, które po burzy zdążyło wrócić do swoich gniazd wzniosło się ponownie ponad korony drzew i odfrunęło. Wilki zawyły przeciągle i dołączyły do parady zwierząt zmierzających poza las. Naokoło pustoszało. Tylko jedna istota kroczyła w kierunku lasu. Kto to ? Nie wie nikt. Emanował ogromną mocą. Jedynie drow stał przed jaskinią niewzruszony. Wpatrywał się w księżyc. Zdawałoby się, że nie był już sobą. Zapewne gdyby posiadał w tej chwili cząstkę świadomości, pociągnąłby Neeletha i uciekł. Czy jednak byłby sens ? Istota, której się obawiał znalazłaby go wszędzie. Przed nim nie da się ukryć. To nie jest stworzenie  tego świata...

    Nagle, coś zamigotało u stóp mrocznego elfa. Odskoczył. Jasny punkt żarzył  się coraz mocniejszym blaskiem. Po przeciwnej stronie, za plecami drowa, pojawił się kolejny. Potem następny i następne. Utworzyły mieniący się krąg, zamykając bezradną postać w środku. W końcu zgasły. Na moment. Pierwszy z nich, który się wówczas pojawił wybuchł do góry olbrzymim płomieniem, tworząc słup ognia przewyższający drzewa. Podobnie stało się z pozostałymi. Niewyobrażalny żar bił od ognistego kręgu. Mroczny elf siedział skulony w samym centrum, ledwo wytrzymując wysoką temperaturę. Trzymał się kurczowo za głowę i trząsł się. Huczało w nim. Słyszał głosy, szepty. Jakby wszyscy ludzie naraz stanęli nad nim i zaczęli mówić. Krzyki, jęki, szepty, piski, płacze, groźby, mężczyzn, kobiet, dzieci, starców, elfów, ludzi, krasnoludów, zwierząt, potworów – wszystkiego co żyje, lub nie. Wszystko to rozsadzało mu głowę. Wspomnienia, przeżycia – całe jego życie zbiło się nagle w jedną myśl i zajęło umysł.

- NADSZEDŁ CZAS..... PRZYPOMNISZ SOBIE KAŻDĄ SEKUNDĘ SWOJEGO ŻYCIA I STANIESZ PRZED NAJWAZNIEJSZYM WYBOREM SWOJEGO ISTNIENIA, ALBOWIEM DANE CI BĘDZIE ZADECYDOWAĆ NIE TYLKO O SOBIE, ALE I O EGZYSTENCJI WSZELKIEGO BYTU, KTÓRY MIAŁ NIESZCZĘŚCIE POJAWIC SIĘ NA TWEJ ŚCIEŻCE. –

Słowa te zagrzmiały potwornym echem jakby niosły się z bardzo daleka.. a przecież ten, kto je wymawiał znajdował się tuż nad drowem. Albo może tak mu się tylko zdawało. W każdym bądź razie nie czuł już bólu. Stracił przytomność i zniknął. Wraz z ostatnim wypowiedzianym słowem płomienny krąg skurczył i zacieśnił, przeistaczając się w średnich rozmiarów kulę – więzienie bez wyjścia. Następnie wzniósł się delikatnie nad ziemię i poleciał w przestrzeń niebieską. Poleciał do innego świata.. do sfer astralnych, zamieszkałych przed demony, smoki, pradawne stworzenie oraz prastare bóstwa. Na Ziemi natomiast, do lasu, który był świadkiem niezwykłego zdarzenia, powróciła harmonia i spokój. Neeleth spojrzał smętnym wzrokiem w kierunku wyjścia jaskini, przez które przebijały się nieśmiało pierwsze promienie porannego słońca. Zamrugał swoimi czerwonymi ślepiami, po czym zgiął grzbiet i zasnął na sienniku.

II

     Świat astralny. Nieskończone morze nieokiełznanej energii, po której spokojnie pływały skalne wyspy – stworzony z niczego domy dla swoich mieszkańców. Każda z nich rządziła się innymi prawami. Takimi, jakie ustalili sobie stwórcy. Loża Demonów, może z pozoru przypominać ludzkie piekło. Ogromna, czerwona wyspa, pełna wulkanów, poprzecinana rzekami gorącej lawy. W powietrzu niesie się swąd spalenizny zmieszany z zapachem krwi. Przez cały czas słychać ryk demonów. Niedługo jednak goszczą w swoim ,,domu". Regenerują tutaj tylko siły. Swoje istnienie poświęcają na sianie strachu i terroru w sercach innych istnień, dlatego też zapuszczają się na Ziemie, bądź inne tereny i mordują lub pętają. Bezcelowo. To im sprawia ,,radość". W samym centrum wyspy znajduje się ogromna twierdza, energii zła. Rezyduje stworzona z czystej w niej Yloth – Pan Demonów, a jego tronu pilnują dwa potężne Exodusy. Stąd właśnie wydaje rozkazy swoim zastępom oraz kieruje poczynaniami swoich sług na Ziemi.  

    Innym dormitorium pływającym po bezbrzeżnych przestworzach jest  Siedliszcze Śmierci – Czarna Wyspa. Aby najlepiej unaocznić sobie jej wygląd, należy wyobrazić sobie ogromną nekropolię. Teren spowity w gęstej mgle, ziemia pozbawiona jakiegokolwiek życia, spękana. Naokoło wąskie alejki, pełno ogromnych grobowców. W powietrzu niesie się smród gnijącego ciała. Wszędzie spotkać można strzygi, duchy, upiory, zjawy, kościotrupy, ghule, wiedźmy, licze i inne wszelkiej maści nieumarłe stworzenia. Jęk i zawodzenie to jedyne dźwięki jakie dane tam są usłyszeć. Zaś krańce wyspy otoczone są 12 wzniesieniami, na których rezydują przerażające kościane smoki – najpotężniejsze twory Pana Śmierci oraz jego najwierniejsza przyboczna gwardia. W samym centrum zaś znajduje się mroczny pałac, czarna twierdza, która od stworzenia wszechświata stała się siedzibą Netherila - Władcy Zaświatów, Pana Życia i Śmierci. Siedzi w swojej twierdzy, na kościanym tronie, odziany w zdobioną szatę koloru nocy, a twarz osłania mu głęboki kaptur. W swej prawicy trzyma hebanową laskę – symbol władzy. Na ten wzór ubierają się jego czciciele – nekromanci. To oni na jego wezwanie, ożywią wszystkie zastępy i podążą do boju w Ostatecznej Bitwie.  

   Kolejną, mniejszą niż wyżej wymienione wyspą jest Milcząca Kraina. Spowita w trujących oparach, przegniła, zielona ziemia, to siedziba Morkara – Pana Podstępu oraz trucizn. Nie ma żadnych cech szczególnych, poza tym, że życie tutaj nie ma prawa istnieć. Jedynie najwierniejsi truciciele potrafią wytrwać na ty skąpanym w zielonej mazi świecie, aby potem służyć swoimi umiejętnościami i kunsztem na Ziemi.  

  Wysoko nad tymi wszystkimi wznosi się Smocza Góra. Jest to ogromne wzniesienie, którego szczyt ukryty jest wysoko w przestworzach. Nikt zresztą nie wie czy naprawdę istnieje, jednak gdzieś blisko wierzchołka znajduje się legowisko obecnego Władcy Smoków, Wielkiego Wyrma Abelietha III. Sama zaś wyspa to skała, podziurawiona niezliczoną ilością grot zamieszkałych przez Śnieżne, Czarne, Czerwone, Złote, Zielone, Błękitne Smoki.

   Pozostała jeszcze największa ( nie licząc oczywiście tysięcy pomniejszych ) czerwona planeta stworzona na planie pentagramu. W pięciu narożnikach znajduje się 5 siedlisk najsilniejszych tworów – Chorążego Demonów – Exodusa, Zwierzchnika Nieumarłych Zastępów – Prastarego Licza dosiadającego kościanego smoka, Boskiego Truciciela, Wielkiego Wyrma oraz Straznika Bram Piekielnych – Klucznika strzegącego wejścia do wszelkich krain. Te najpotężniejsze stwory, stoją na straży Królestwa Chaosu, siedziby Daywadosa, Pana Chaosu, Wladcy Zła i Mordu, Wielkiego Niszczyciela. Owa kraina poprzecinana jest rzekami pełnymi krwi. To istny raj dla morderców, stworzeń opętanych rządzą zabijania, nieprzewidywalnych. To raj dla fanatyków, barbarzyńców, mrocznych rycerzy, demonów – wszelkiego stworzenia, którego serce splamione jest złem. Wszyscy znajdą schronienie pod potężną ręką Pana, jeśli tylko wykażą się bezgranicznym poświeceniem, oraz posłuszeństwem niejednokrotnie graniczącym z fanatycznym zaślepieniem.


III

   Gdzieś na Wyspie Daywadosa znajdowało się skaliste wzniesienie. Nie równało się zapewne ze Smoczą Górą, jednak osiągało imponującą wysokość. Do samego jej szczytu zbliżała się z zawrotną prędkością płomienna kula. Wokół nie było nikogo. Rozciągał się wspaniały widok na tysiące wysp zawieszonych w próżni. Kula rozczepiła się na cztery mniejsze pierścienie, wyrzucając przy tym z siebie mrocznego elfa. Zmęczona postać uderzyła z ogromna siła o skalną ścianę, a ogniste pierścienie natychmiast zaczepiły się o jej ręce i nogi, paląc przy tym niemiłosiernie skórę. Drow ocknął się i zawył cicho z bólu. Astralny wiatr poruszał delikatnie kosmyki jego włosów oraz chłodził spieczone ciało. Postać uniosła z trudem głowę.

-  Gdz.. gdzie... gdzie ja jestem – Wyszeptał do siebie – Czy.. czy to niebyt ? Ostatni etap drogi.. ? takk.. tak szybko ?  Nieee... nie.. to niemożliwe – Pokręcił głową i spróbował się poruszyć. Zawył tylko ponownie z bólu.
 
- NIE SZARP SIĘ MROCZNY ELFIE... TO NIC NIE DA. – Potężny głos, zadudnił mu głowie. Ten sam, który słyszał ostatniej nocy. Silny, przejmujący, gardłowy, rodzący się tylko w jego umyśle.

- Co ja tu robię ? Dlaczego ? Gdzie JA jestem ? Mów  !

- GŁUPIE PODRZĘDNE STWORZENIA. PYTASZ SIĘ O NIC NIE ZNACZĄCE RZECZY, A NIE CHCESZ NAWET WIEDZIEĆ KTO CIĘ TU SPROWADZIŁ ?

Mroczny elf pokręcił smutno głową. To już koniec – pomyślał. Ponownie pociągnął za łańcuchy i równie szybko jak poprzednim razem odczuł bezsens tej decyzji. Gromki głos zadudnił mu w głowie złowieszczym rechotem

- OTOM I JA....

Blask rubinowego światła oślepił na moment mrocznego elfa. Rozległ się ogromny huk. Cos zaczęło się przed nim materializować. Otworzył zmrużone oczy. Chciał krzyczeć, wyrwać się, zniknąć, uciec. Gdyby tylko mógł. Gdyby tylko wiedział jak. Paranoja ! Złudne marzenia.
Otrząsnął się. Otworzył oczy jeszcze szerzej, ale nadal nie wierzył. Przed stał ogromny krwistoczerwony smok. Pazury miał złote, tak samo jak kły. Na dumnie uniesionej piersi wypalono mu pentagram. W oczodołach płonął mu żywy ogień. Gdy mówił, nie otwierał paszczy. Jego potężny głos rozsadzał umysł słuchacza...

- CZY JUŻ WIESZ KIM JESTEM ?

- T... ta.a.... – Smok zaryczał przeraźliwie, a drow ponownie zawył i zacisnął szczęki.

- JESTEM UOSOBIENIEM PANA. JAM JEST WOLA DAYWADOSA, SMOK CHAOSU. ZADANIEM MOIM BYŁO SPROWADZIĆ CIĘ TUTAJ ORAZ PRZEDSTAWIĆ SŁOWO PANA. NIE MASZ WYBORU. JAKO NAJWIERNIEJSZY SŁUGA MUSISZ MU SIĘ PODDAĆ INACZEJ ZGINIESZ ŚMIERCIĄ OSTATECZNĄ, A ZARAZ PO TOBIE WSZYSCY Z KTÓRYMI ZETKNĘŁO SIĘ TWOJE ISTNIENIE.
ROZPOCZĘŁO SIĘ.....

Smok zaryczał ponownie, głośniej niż dotychczas, a potem zionął ogniem, prosto na mrocznego elfa, tak, że płomienie połknęły cała jego postać. Świat zawirował. W głowie drowa huczało. Ból był tak wielki, że już nie czuł własnego ciała. Paliło go i piekło. Wiele dałbym, żeby teraz umrzeć i uwolnić się. Stracił przytomność. Zniknęli


IV


    Nie wie jak długo był nieprzytomny. Zapewne chwile, jednak wydała mu się ona wiecznością. Ustały wszystkie bolączki ciała i umysłu. Stan wyzwolenia. Nie chciał się obudzić. Powtarza to sobie co raz. Ale nie dawał tego po sobie poznać. Zaczynał wierzyć, że to próba i czeka go na końcu zwieńczenie cierpienia.. Oby było warte wysiłku.
Kiedy się ocknął, ból naprawdę minął. Nie wierzył. Nie miał już płonących kajdanów. Unosił się wysoko w powietrzu. Nad Ziemią. Nie wiedział, czy rzeczywiście nad nią jest, czy to iluzja. Smoka już przy nim nie było. Zaczął się zniżać. Coś nim kierowało. Czuł się dobrze. Jakby leżał na miękkim łóżku, w którejś z miejskich karczm. Potrząsnął głową i ocknął się. Musiał się skupić na rzeczach ważniejszych.
Obraz ziemi stawał się coraz wyraźniejszy. Miasto. Widział miasto. Przecinała je rzeka, akurat zakręcała. We wschodniej części góra. Po co to ogląda ? Co w tym niezwykłego ?
Zaraz... to.. nie góra. To kopalnia ! Miasto.. kopalnia.. Oh...

- MASZ RACJĘ DROWIE. TO MINOC. PRZYPATRZ SIĘ UWAŻNIE TEJ OSADZIE... – zarechotał głos w głowie mrocznego elfa, tak nagle, że ten aż się wzdrygnął. Zniżył się jeszcze bardziej. Widział wszystko dokładnie. Miasto przepełnione krzątającymi się małymi istotami. Rybacy w pocie czoła zastawiający sieci na rzece, górnicy przy ogromnych piecach przetapiający owoce swojej ciężkiej pracy w kopalni, czy też kowale, przy ogromnych kowadłach nadający kształt  rozgrzanym do czerwoności sztabom. Na rynku bardowie i grajkowie umilają życie zmęczonym mieszkańcom, chwaląc się przy tym swoimi talentami. Targowisko wre. Kupcy przekrzykują się nawzajem nęcąc przechodzących coraz to lepszymi ofertami. Świątynia Araknasela, boga rzemieślników góruje majestatycznie nad osadą, a dźwięk organów i śpiew chóru delikatnie otula całą osadę. W głowie drowa zaczęły rodzić się wspomnienia. Niewyraźne, wątłe. To było tak dawno... tak dawno. Wleciał do kopalni, jak zawsze przepełnionej kopaczami. Rozglądał się niepewnie. Powoli domyślał się co zobaczy. Nie odczuwał nic. Każdy, gdyby znalazł się na jego miejscu, uroniłby łzę, wzruszył się na myśl o najdawniejszej przeszłości, o tych dawnych czasach. On nie. W zepsutym sercu drowa nie było już miejsca na pozytywne uczucia. Oduczył się ich, zapomniał, może nigdy nie znał... Pobyt na powierzchni go zmienił, nieznacznie jednak. Ocknął się. Dotarł do ostatniego zaułka kopalni. Ujrzał... siebie. Niewysoki, 20letni młodzieniec ubrany w podarte spodnie i rozerwaną koszulę. Osamotniony, pracował w najdalszej części jamy, tam gdzie leżały złoża najmniej urodzajnych rud. To co wykopał, ładował do worków, które potem z trudem zaciągał do składu.

- PRZYPOMINASZ SOBIE ? –zarechotał niespodzianie głos – TEGO JUŻ NIE MA... NIE MA... NIE MA... NIE.... – ostatnie słowa poniosły się echem po kopalni, a ściany zadrżały. Skały zaczęły się obsuwać. Strop pękał. Wejście zawaliło się pierwsze. Reszta, równie prędko stała się historią. Krzyki i jęki górników ledwo przebijały się przez huk spadających kamieni. Drow wzniósł się ponad miasto. Zniszczone miasto. Góra kopaczy zamieniła się w gruzowisko. Rzeka wylała, pożerając w ten sposób wszystko, co znajdowało się na terenie osady. Zawalenie się kopalni wywołało ogromne trzęsienie ziemi, które dokończyło dzieła zniszczenia. Głowa mrocznego elfa pękała. Wspomnienia uciekały. Słyszał już tylko jeden, przerażający dźwięk – Nie ma.. nie ma.. nie ma... nie ma.... Zapadła ciemność.


    Mroczny elf obudził się teraz nad lasem. Zbliżał się wieczór. Wiał chłodny, przyjemny wiatr. Cisze i spokój, które w większości zapanowały już nad tym fragmentem Ziemi, mącił czyjś śpiew, niewprawny, ale szczery. To ten sam młokos, którego drow widział w kopalni. Tym razem ubrany był w lśniącą żelazną kolczugę. U pasa przypięty miał krótki, wyszczerbiony miecz, pokryty zaschnięta krwią. Brudny, ale z uśmiechem na twarzy przedzierał się miedzy drzewami, ciągnąc za sobą wielkiego, martwego niedźwiedzia. Wracał do domu, do przyjaciół, z którymi wspólnie go dzisiaj oprawi i przygotuje posiłek. Ze skór natomiast, powstanie nowa zbroja.

- WZRUSZAJĄCY WIDOK – Zadrwił głos – PAMIETASZ CO SIĘ TERAZ STANIE... ? – Drow milczał.
Zapadła noc. Młody wojownik nie znał dokładnie lasu, w którym przyszło mu polować. Zabłądził. Zwierzynę zostawił pod drzewem, wolał wrócić żywy do domu, niż stać łatwym celem dla pozostałych bestii, w końcu martwy niedźwiedź był doskonałym wabikiem. Strach na dobre zagościł w jego sercu. Biegł przed siebie, licząc na to, że trafi na dobrą ścieżkę. Nie wiedział gdzie jest, nie wiedział, w którym kierunku iść. Usłyszał szept. Jeden, drugi, trzeci, wiele. Szepty niczym sztylety, zaczęły wdzierać w jego umysł. Lodowaty pot spłynął mu po kręgosłupie. 6 ogromnych ślepi rozbłysło między drzewa dokładnie na wprost niego. Zbliżały się. Młodzieńca sparaliżował strach. Nie był już w stanie postąpić nawet o krok. Nagle, podobne błyszczące, złowieszcze punkty pojawiły się wszędzie, otoczyły go. Wszystkie wpatrywały się bezpośrednio w niego. Wszystkie poruszały się w jednym kierunku, zacieśniały krąg. Ukazały się. Stado olbrzymich, różnokolorowych pająków gotowych w każdej do skoku czaiło się na niego. Jeden z nich – większy niż pozostałe, czarny jak noc wystąpił przed szereg.

- Królowa Cię wzywa – zasyczał – Pójdziesz z nami. Opór...  jest... daremny...  - Ponownie nastała ciemność.


Z odrętwienia, drowa wyrwał trzask bicza kobiety o ciemnej niczym heban skórze. Poznał ją natychmiast. To była Lefee, najwyższa kapłanka, ciesząca się najwiekszą swojej pani.. zginęła z jego rąk na kilka chwil przed tym jak raz na zawsze opuścił swój dawny dom... o tym jednak innym razem. Młodzieniec, którego porwały pająki, leżał teraz przykuty do kamiennego stołu. Zwierzchnią koszulę miał całkowicie zdartą. Całe ciało z niezwykłą skrupulatnością poprzecinano coraz to mocniejszymi smagami 5-głowego, wężowego miecza. Z rany na czole obficie sączyła się krew. Wokół owego, skromnego jak na drowie standardy ołtarza, stało 12 kapłanek, z Lefee na czele. Wszystkie odziane w granatowo-czarne, zwienne suknie, zdobione diamentami i rubina. Na piersiach każdej znajdował się symbol Lloth. Lefee z lodowatym uśmiechem na twarzy uderzyła parokrotnie młodzieńca w twarz, przywracając go tym samym do stanu jako takiej świadomości. Oczy zalśniły jej czerwienią po czym zaczęła mówić. Jej głos był delikatny, słodki, chłodny, sztuczny...

-  Torinie... uwierz mi, że nie moją wolą jest to, abyś tu leżał. Dziekuj Wszechmocnej Lloth, że nasze sługi nie rozprawiły się z tobą jeszcze na powierzchni.. co zreszta sama bym z chęcią rozkazała. Wiedzieć jednak musisz, ze Twoja matka, Laila, była moją poprzedniczką. Oczywiście już nie żyje. Zdradziła nas, a w Podmroku nie ma miejsca dla zdrajców. Szcześliwym.. albo nieszcześliwym trafem - dodała - odnalazłeś się Ty. Jakoże Twoja rodzicielka, swoimi czynami i zasługami, wpisała się do annałów naszego królestwa. Jej ród okazał się zbyt cenny, aby o nim zapomnieć. Dlatego tu jestes. Laila uciekła na powierzchnie. Związała się, sądząc po Twoim imieniu, z jakimś krasnoludem. Nieważne co się działo potem. Kompletnie nie rozumiem, jaki cel ma Pajęcza Królowa w przywróceniu Tobie i Twemu rodowi, dawnej światłości. Widać musi być wyjątkowy.... - w jej oczach zapłonął ogień, chociaż ledwo przytomny mężczyzna leżący na stole, nie mógł tego dostrzec - Powinieneś już nie żyć, jak każdy, kto choć w najmniejszym stopniu sprzeciwi się Lloth. Nie mnie jednak narazie o tym decydować. Wiedz, że bedziesz musiał całego siebie, swoje ciało, umysł, duszę oddac Lloth. Inaczej spotka Cie największa z możliwych kar.. napewno nie bedzie nią śmierć.. - na twarzy drowki wykwitł obrzydliwy, jadowity uśmiech - Niechaj się rozpocznie..

Świat drowa obserwującego wszystko z góry ponownie zawirował, zapadła ciemność.

Po chwili jego oczom ukazał sie przerażający widok. Miasto. Piekne, leśne miasto, nocą, stworzone z niewyobrażalnym i nieporównywalnym z niczym kunsztem. Domy zbudowane pośród drzewnej gęstwiny, zdobione niezwykłymi ornamentami i wzorami. Tak, elfy znały się na tej sztuce. Delikatne, wzruszające, zachwycające, przepiękne, rozświetlone blaskiem tysięcy lampionów. Płonęło...Wspaniałe, strzeliste wieże paliły się jak zapałki. Ogień pożerał wszystko, każdą budowle. Drzewo podsycało tylko jego głód. Miasto, które niegdyś toneło w błekicie, teraz umierało w czerwieni. Ulice spłynęły krwią. Wysoko nad horyzontem unosiła się purpurowa łuna. Napastnicy nie mieli litości. Cieli i zażynali wszystko na swojej drodze. Ubrani byli w ciemne jak noc pancerze, cieżkie i masywne na pierwszy rzut oka. W rzeczywistości natomiast, były lżejsze i wytrzymalsze niż krasnoludzki mytheril oraz nie ograniczały ruchów nawet w najmniejszym stopniu. Mlecznobiałe włosy, długie, siegające każdemu do pasa ostro kontrastowały z ciemnymi zbrojami i hebanową skóra. Jedyną rzeczą, która wydawała się łaczyć owe dwie grupy.. były spiczaste uszy. Oczom obserwatora, ukazała się jedna z drowich eskapad na powierzchnię, na elfie miasto. Przewodzil jej drow o nieco masywniejszej posturze niż pozostało. Przyglądał sie wszystkiemu z centralnego placu, z gniewem i nienawiścią. Czuł ogromną satysfakcję, oczy mu płonęły. Krew obficie ściekała po obu jego mieczach. Czarny płaszcz przypięty do jego ramion powiewał na wietrze. Na samym środku, wyhaftowane zostały diamentową nicią litery "XL" - symbol Domu Xuil'dren - niegdyś Pierwszego Domu Podmroku, najznamienitszego, cieszącego się najwiekszą łaską Lloth.
Przez miasto przetoczyła się kolejna fala gorąca. Wybuchła właśnie główna pracownia alchemiczna. Morze ognia ponownie zalała miasto. Obraz zniknął

- TAK.. DRZEWO JUŻ ZACZYNA WYDAWAĆ OWOCE. CHAOS ZACZAŁ PRZENIKAĆ TWÓJ UMYSŁ.. ŻADZA KRWI ZALAŁA TWE SERCE.
- Po co mi to pokazujesz ?! Po co każesz mi  do tego wracać ?! To już jest przeszłość ! - Drow zakrzyknął w pustą przestrzeń - Odpowiedz !
Niemal natychmiast, w jego głowie zadudnił mocny, złowieszczy głos. Drow skrzywił się z bólu, huczało mu i szumiało. Z ledwością wytrzymał ten atak.
- TO CO SIĘ ZACZĘŁO NIE DOBIEGŁO JESZCZE KOŃCA. NIE MASZ WPŁYWU NA POCZYNANIA BOSKIE, WIEC PRZYJMIJ TO Z POKORĄ I GODNOŚCIĄ. W PRZECIWNYM WYPADKU ZGINIESZ, POCIĄGAJĄC ZA SOBĄ WIELU. SAM MÓGŁBYM TERAZ ROZSADZIĆ CI GŁOWĘ JEDNĄ MYŚLĄ, JEDNAK CZAS NA TEN OBOWIĄZEK NIE NADSZEDŁ.... I NIE POWINIEN NADEJŚĆ...- Głos ucichł, a przed oczami drowa zaczął malować się kolejny obraz....

Podmrok. Główna, zdobiona brama. Za nią góruje wielkie wzniesienie, stanowiące granice, za która rozpoczyna się prawdziwy Podmrok, teren, na którym pojedynczy drow nie da sobie rady.. Ze wzniesienia, rozpościera się wspaniały widok na Har'oloth Viden - Twierdzę Graniczną. Ponad głowami, magicznie stworzone niebo, rozświetlone milionami gwiazd. Na samym środku miasta - Narbondel - magiczna kolumna, na podług której wyznaczana jest pora dnia i nocy. Ulice jak zawsze zapełnione są wystraszonymi, nic nie znaczącymi, pomniejszymi drowami, których istnienie pozbawione jest jakiegokolwiek sensu. Co jakiś czas ustępują tylko drogi pochodom przedstawicieli różnych Domów, rozpychani przez straż przyboczną. W ogólno panującym cieniu miasta kryją się skrytobójcy, po cichu załatwiający własne porachunki. W bogatszych częściach miasta dominują siedziby Domów, okazałe budowle chronione niezwykle silnymi zaklęciami oraz armią, której siła i liczba zależy od pozycji Domu. Z owego wzgórza, miasto spoglądała czwórka jeźdźców. Dosiadali wspaniałych, królewskich jaszczurów podmroku, które im były przynależne ze względu na ich dotychczasową pozycję. Wyglądem przypominały powierzchniowe bagienne smoki. Wszyscy czterej odziani w typowe stroje mrocznych elfów, do ramion zaś mieli przyczepione identyczne płaszcze ze znajomymi literami "XL".

- Spójrzcie.. to miasto jest martwe. Lloth, która pragnie nazywać się boginią, jest tylko zaplutą oszustką.. wszyscy Ci natomiast, którzy jej slużą to omamieni głupcy - po tych słowach Torin uniósł miecz płasko przed sobą, wskazując mieczem Narbondel - Ona kiedyś wskarze im ich kres. Wtedy ja przyjadę z zastępami mojego Pana i zniszczę to miasto w imię Daywadosa - Spojrzał na trzy pozostałe, zakapturzone postacie, stojącego razem z nim - Mam nadzieję, że tego dnia i wy będziecie ze mną.. - skinęli głowami, po czym odwrócili się i ruszyli za Torinem w czeluść Podmroku..

Kolejne obrazy, które niezwykle szybko przewijały się przez głowę drowa, były dość jednolite. Odziany w czerwień rycerz, o zabarwionych krwią włosach posyłał rzesze wrogów przed oblicze swego Pana, aby ich dusze mogły go zasilić i przyspieszyć jego powtórne przyjście. W świątyni natomiast dopełniał dzieła. Coraz więcej głów wyznawców dobrych bostów zdobiło ściany skromnej świątyni. Drow przyzwyczaił się do życia na powierzchni. Jego skóra zbladła, straciła swoją dawną barwę. Stał się tacy jak inni powierzchniowcy. Przypominał zwykłego elfa.. Na szczęście tylko z wyglądu.
Nie marnował czasu. Trenował, uczył się nowych umiejętności - wszystko, by jak najlepiej wypełnić wolę Pana. W pewnym momencie odezwał się w nim duch przeszłości, a wrodzone zdolności drowa odżyły. Przypomniał sobie, jak dobrze było poruszać się niezauważenie po ciemnych zakątkach Podmroku. Opanował tę sztukę perfekcyjnie. Stał się na powrót cieniem. Poruszał się tak, jak za dawnych lat swojej świetności...

Nagle, w głowie drowa ponownie wybuchła fala bólu. Potężny, gardłowy głos wydobywający się z nieporuszającej się paszczy rozległ się echem w jego głowie.
- BYŁEŚ JUŻ TAK BLISKO... TAK BLISKO. DZIEŁO BYŁO NA UKOŃCZENIU. WOLA PANA PRAWIE SIĘ SPEŁNIŁA. BYŁEŚ W PEŁNI GOTÓW, ABY JAKO CHORĄŻY ZASTEPÓW STANĄĆ NA CZELE PIEKIELNEJ HORDY I PRZYGOTOWAĆ GRUNT NA PRZYJŚCIE DAYWADOSA. DZIEŃ, W KTÓRYM PAN MIAŁ PONOWNIE STOCZYĆ WIELKĄ BITWĘ Z METHESTELEM, WSPIERANY PRZEZ WSZYSTKICH MU ZWIĄZANYCH SOJUSZEM I POSŁUSZEŃSTWEM BYŁ TAK BLISKO... I COZ ZES WTEDY UCZNIL ? SPOOOOOOOOOOOOOJRZ ! - Smok ryknął, a Torin skulił się z bólu. Zakrył uszy dłońmi i trząśł się. Twarz miał wykrzywioną w okropnym grymasie. Z nosa pociekła mu krew. W jego głowie narodził się ostatni obraz. Widział zbliżającą się na pokracznym żuku skurczoną postać. Odziana była w skórzaną zbroję, podartą, zabrudzoną plamami zakrzepłej krwi. Włosy, niegdyś piekne i lśniące czerwienią teraz pozlepiane zostały błotem wymieszanym z krwią. Połowa z nich została wyrwana lub nierównomiernie skrócona - najpewniej cięciami mieczy i toporów. W oczach jarzył się czysty obłęd. Źrenice uciekły w tył głowy, zostały same białka. Z ust toczyła się piana - powstała ze smieszanej krwi i śliny. Ogłupiający szał, zaślepiona istota, dla której nie istniało nic poza chęcią zabijania. To już nie była służba Panu. W Księdze Daywadosa napisane zostało, iż dusze winny być posyłane przed Jego oblicze, z okrzykiem chwały i triumfu na ustach. A to co teraz słychać to czysty bełkot.

- CZY TAK WEDŁUG CIEBIE WYGLĄDA CHORĄŻY ZASTĘPÓW ? GNIEW DAYWADOSA, KTÓRY MA W OSTATECZNEJ BITWIE POPROWADZIĆ HORDĘ KU ZWYCIĘSTWU ? NIE. STAŁEŚ SIĘ JEDNYM ZE ZWIERZĄT, KTÓRE NA KOMENDE RZUCĄ SIĘ BY ZABIJAĆ. JA, ZOSTAŁEM ZESŁANY, ABY NAPRAWIĆ TEN NIEWYBACZALNY BŁAD. WOLA PANA SIĘ SPEŁNI. A TY STANIESZ NA CZELE WOJSK. - Smok ponownie zaryczał,  tym razem ze zdwojoną siłą, a ból wzrósł do takich rozmiarów, iż nie sposób było go wytrzymać. Drow stracił przytomność.


V

Sfery astralne. Miejsce, gdzie wszystko ma swój początek i koniec. Miejsce, gdzie zapadają najważniejsze decyzje.
Mroczny elf ponownie obudził się przypięty do skały górującej wysoko ponad niesionymi energią wyspami. Był wyczerpany. Ta podróż przez życie przypomniała mu wszystkie lata. Czuł się podwójnie stary. Smok znowu stał nad nim - czerwony, ze złotymi pazurami i kolcami na grzbiecie, ogromny, potężny, dumny i mjestatyczny.

- Czeg.. czego zatem.. ode mni... mnie.. oczekujesz... - Wydusił wolno mroczny elf.
- PROROCTWO MA SIĘ WYPEŁNIĆ. ZOSTAŁEŚ WYBRANY. PRZYJMIJ TO, CO JEST CI DANE. W PRZECIWNYM WYPADKU OSOBIŚCIE ZMIOTE WSZYSTKO CO ŻYJE I DOCZEKAM KOLEJNYCH POKOLEŃ TWOJEGO RODU. NIE TY JEDEN JESTEŚ DZIECKIEM LAILI. LINIA NIE KOŃCZY SIĘ NA TOBIE. ZNAJDĘ INNYCH I WYBIORĘ. DECYDUJ.
Drow z trudem wzniósł wysoko głowę i spojrzał prosto w płonące ślepia Smoka Chaosu. Zdawałoby się, że jego pysk wykrzywił się w lekkim, tryumfalnym uśmiechu, a w głowie drowa rozległ się śmiech. - Jako sługa mojego Pana, Jego Gniew, z całkowitym posłuszeństwem i oddaniem, przyjmuję. Niech spełni się to co nieuniknione...
- ZATEM NIECH SIĘ SPEŁNI...

Astralne niebo zatrzęsło się. Gwiazdy poczęły spadać, gromy i błyskawice cieły przestrzeń na wskroś, meteory leciały na Ziemię. Smok rozpostarł szeroko skrzydła i zaryczał. Płomienie buchnęły mu z pyska. Wyciągnał przed siebie jedną z łap i złotym pazurem wycelował w zniewolonego drowa. Natarł i rozerwał nią pierś mrocznego elfa, druzgocąc doszczętnie klatkę piersiową. Kiedy stanął na powrót, uniósł wysoko prawą łapę - na środkowy pazur nabite miał serce Torina, które ostatkiem sił pulsowało, rozlewając na około krew. Smok się przyglądał. Pulsujący organ powoli zamierał, aż w końcu znieruchomiał. Potwór zionął i rzucił serce do góry. Skąpane w płomieniach, spokojnie opadło na środek rozłożonej łapy. Zamieniło się w rubin - ogromnych rozmariów błyszczący kamień bez skazy, W tym samym czasie na martwe już ciało drowa opadła fala krwi. Zalała go całego, osłoniła od reszty sfery astralnej, schłodziła jego spieczone i gorące jeszcze ciało. Smoke jednym uderzeniem złotego pazura skruszył rubin na drobniutki pył i dmuchnął nim prosto w skąpane we krwi ciało. Fala nie przestawała się lać. Meteory spadały, a niebo zadrżało ponownie. Szum płynącej krwi ucichł. Przed smokiem stanał ociekający jeszcze purpurową cieczą, odziany w czerwoną zbroję rycerz. Głowę miał nisko pochylonąm klęknął na jedno kolano.

- ZOSTAŁEŚ OCZYSZCZONY WE KRWI SWOICH WROGÓW. MIECZ, KTÓRY LEŻY PRZED TOBĄ, ZAWIERA W RĘKOJEŚCI TWOJE WŁASNE SERCE, SKRUSZONE I PRZEMIENIONE W RUBIN. NIGDY NIE WOLNO ZAPOMINAĆ O PRZESZŁOŚCI. TERAZ WRACAJ I WYCZEKUJ DNI...

Zapadła ciemność.

Drow ocknął się zlany potem, obudzony przez huk pioruna. Jego koń zarżał przeraźliwie. Znajdowali się dalej w tej samej pieczarze, w której schronili sie owej nocy. Deszcz ustawał. Pierwsze promienie nowego dnia przebijały się przez zasłone z chmur. Mroczny elf, zebrał swój ekwipunek, ugasił tlące się ognisko, poklepał konia po boku i ruszył przed siebie. Ruszył bez celu. Ponownie nie wiedział gdzie zaprowadzi go ścieżka, którą podąża.


----------------------------------------------------------------------
Nie jest to zaden quest, event itp. Po prostu historia oparta o dwuletnia gre tutaj. Mialem ochote napisac :)
Jeżeli ktoś przeczytał to całe, to wielkie dzięki.
Jeżeli ktoś przeczytał to całe i mu się podobało to szczere dzięki i cieszę się, że taka osoba się znalazła ;)
Jeżeli większość uzna, że to co stworzyłem, jest nudne to trudno :) talentu nie mam, ale pisać każdy może ;)
There's nothing to lose, when noone knows Your name...

Aruv

Wygląda ciekawie (obejrzałem kilka akapitów)
Muszę to wydrukować i przeczytać. After this zedytuję komentarz ;]

[edit]
Po wydrukowaniu...czyta się świetnie :-) Dobra robota, mnie urzekły (zboczenie zawodowe :P?) opisy nekromantów i ich krain ;-P
Spisałeś się Marv :D
Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić do zbyt częste używanie słowa drow (też mi się zdarza) i takie kilka literówek :P
pozdrawiam

Alister

Za dlugie przeklety duath!
Publikuj w odcinkach!
Ai! laurië lantar lassi súrinen,
Ah! like gold fall the leaves in the wind,
yéni únótimë ve rámar aldaron!
long years numberless as the wings of trees!

Kęs

Ugh. Szacunek. Po prostu SWIETNE!

Opis krain astralnych mnie wgniotł - bardzo plastyczny i oddzialujacy na wyobraznie - tak jak lubie. :)

edit: blad - dzieki Siwy za wyjasnienie :)

Dal

Hmm... Widać Marv, że wraz z pisaniem rozkręcałeś się. Na początku cała masa błędów merytorycznych, logicznych, stylistycznych i językowych. Później coraz lepiej. Opis sfery astralnej trochę mi Herosem zaleciał. Nie podobały mi się określenia kierowane, pod adresem stworów, strefy te zamieszkujących: Prastary Licz, Kosciany Smok, etc. nazwy te mają ułatwiać grę, co nieznaczy, że wyżej wymienione mają to wpisane w dowodzie. Bardzo podobał mi się retrospekcja (chcociaż wydaje mi się, że opis wiele stracił przez  brak postaci Dalamara Xuil'drena :) ). Dwa rewelacyjne opisy, opis nadciągającej burzy i opis pracy w kopalni. Ogólnie bardzo mi się podobało, powinieneś częściej coś skrobać. 7/10 8)
"Ukarzę Cię w imieniu księżyca!" - anonimowy wilkołak

Marv

Sam jestes blad merytoryczny :D :F
Astrale nie wyszly z Hirosow. Po prostu tak sobie wyobrazam swiat z ktorego przyzywane sa te wszystkie demony itp ;)
Co do nazwa Koscianego Smoka itp...Jak mialem nazywac inaczej stwory, zamieszkujace swiat wykreowany przez DM w opowiadaniu pisanym o swiecie DM ? No sorry...
Btw. Twoja postac sie tam znalazla, w malenkiej scenie ;) Ciekawe czy wiesz, w ktorej ;)
Ale dzieki tym co przeczytali za poswiecenie czasu :)
There's nothing to lose, when noone knows Your name...

Alvor_Lucard

łaaaaa przebrnalem :)

hehe Marvik fajne, ciekawie sie czytalo, daje obraz postaci.
szacunek
*Mlask Mlask* Zastanawiasz się jak ciesze ryja kiedy płaczesz mi na PW o PK? - popatrz na Awatar :)

Kap

Juz ci mowilem na ircu jakie, tutaj tylko podsumuje. Bardzo fajnie sie czyta. A mowiles, ze jestes beztalencie :P.
Każda wystarczająco zaawansowana technologia do zludzenia przypomina magię.

"...emotional states, which in their species, inevitably leads to hatred and violence... It is the genetic instinct of their species to destroy whatever they cannot understand... Violence is as natural to them as breathing"