Polnocny Wiatr

Zaczęty przez Mortimer, 2008 05 15, 16:07:02

Poprzedni wątek - Następny wątek

Darogan

W między czasie..

Żagle znów zostały postawione .. i popłynęli kolejnym celem było cove.. w końcu gdzieś trzeba było uzupełnić zapasy.. a wieści niosły ze miasto słynie z bogatych zapasów ziół leczniczych , których teraz brakowało podróżnym z dalekich stron..



Nie liczna grup zbrojnych która była na pokładzie miała za zadanie pilnować zapasów oraz ,,tragarzy" potężnych ogrów ..  jednak zdarzył się mały wypadek po dotarciu do miasta.. jedna z bestii uciekła.. i skryła się w obozie orków za szeregami ich wojowników ..
Pani kapitan dowodząca okrętem nie była zadowolona z tego faktu.. wysłała wiec strażnika który dopuścił do ucieczki wielkoluda by zakończył jego żywot...



Istari

Kobieta niezbyt pieknie odziana z licznymi sladami od walki na zbroi i ciele
wtargnela do banku miejskiego Cove klnac pod nosem siarczyscie. Rozejrzala sie
po komnacie i ruszyla do swej skrzyni. Mamroczac cicho bluznierstwa.
- Byscie sie tymi orkami zajeli pacany! Wybuchla nagle gniewem i opuscila bank.
- Orkami? Jakimi orkami? - Zapytal jeden ze straznikow miasta.
- Nie mam pojecia - Odpowiedzial drugi.
- Lepiej dmuchać na zimno, rozejrze sie po granicach miasta.
Jak powiedzial tak zrobil ruszajac w obchod dookola murow miasta. Slyszac donosne ryki z fortu
orkow, zblizyl sie do niego. Mimo ze nic nie bylo widac zza drewnianej palisady
to slychac bylo liczna grupe skupiona przy wielkim ognisku. Straznik postanowil
wrocic po pomoc. - Rusz zad! - Wykrzyczal glosno - w forcie nagromadzila sie
horda orkow. - Siedzacy spokojnie w banku drugi straznik, ujal rekojesc swego
miecza, podchwycil tarcze i ruszyl pewnym krokiem przez drzwi wyjsciowe.



Orki slyszac ze ktos sie zbliza do ich siedziby z dzikim rykiem wybiegly by
powitac przybyszow. Lecz to ich ciala zaczely tworzyc martwy dywan do srodka
fortu. Tam napotkali wysokiego na trzy szafy i szerokiego na piec ogra, ktory
ruszyl na nich z wsciekloscia w oczach. Jego zycie zakonczylo sie w tamtym
miejscu.
- Ogr w forcie, co on tam robil?
- Juz go tam nie ma wiec to bez znaczenia.
- Jednak bardzo to dziwne.
Rozmawiali wracajac do miasta. Po powrocie zaczeli pytac wszystkich czy nie
widzieli ostatnio czegos podejrzanego. Jeden z pracownikow miasta opowiedzial im
o statku ktory niedawno zacumowal. Nie bylo by w tym nic dziwnego gdyby nie
wiesc o grupie ogrow wprowadzonych na poklad. Chcac dowiedziec sie co jest na
pokladzie rozgladali sie za kapitanem statku. Wiesci doprowadzily ich do jednego
z pokoi w pobliskiej karczmie. Zakradli sie pod drzwi.
- Myslisz ze jest tam?
- Siedzi tam jakas kobieta - odpowiedzial straznik zagladajac przez dziurke od klucza.
- Kobieta kapitanem?
- Na to wyglada.
- To co wchodzimy?
- W porzadku, zapukam do drzwi - powiedzial to poprawiajac zbroje.
Tuz zanim knykiec dotknal drewnianych drzwi, drugi straznik kopnal je otwierajac
je na osciez. Zdziwiona naglym wtargnieciem kobieta chwycila za miecz. Porywczy
straznik wykrzyknal:
- Kim jestes i co tutaj robisz?!
- Wynajmuje pokoj i nie wasza sprawa.
Nastala chwila ciszy. Po czym drugi straznik zaczal spokojniej rozmawiac z
kobieta. Dla dalszego rozluznienia sytuacji wszyscy udali sie na dol karczmy w
celu upojenia sie alkoholem.
- Moze uda nam sie ja upic by nam wyjawila co nieco o tym kim jest i co tu robi.
- Dobry pomysl. - szeptali miedzy soba straznicy gdy tajemnicza kobieta poszla
sie odswierzyc. Ich plan odniosl sukces. Dowiedzieli sie, iz kobieta jest
faktycznie kapitanem statku a na pokladzie znajduja sie przerozne cenne dobra.
Wychodzac z karczmy juz nie do konca trzezwo, wszak sluzba miastu wymaga
poswiecen, udali sie do portu. Natychmiast dostrzegli opisywany statek z herbem
wilka na maszcie.

Ogromny i smierdzacy ogr strzegl ladowni chrapiac przy tym bardzo glosno. Jeden
zakradl sie do ladowni a drugi zostal na warcie. W pierwszej lepszej skrzyni byl
alkohol z Ocllo. Pozostaych skrzyn nie udalo sie sprawdzic, gdyz Odglos
nadchodzacego czlowieka sploszyl smialkow wszak zawartosc ladowni sprawdzali bez
zezwolenia wladz miasta. Jeden wskoczyl do wody, drugi schowal sie za beczkami.
Czlowiek pobudzil cala zaloge by zaczeli przygotowywac statek do rejsu...


Darogan

Kolejnym celem podróży okrętu po niefortunnych zdarzeniach z cove.. było Yew..
Lecz i tam.. wędrowcy z dalekich krain nie mogli zaznać spokoju, ciągle ścigani przez zielonego maga i jego ludzi...

Darogan

Epizod III

*Niestety kartki starej księgi mówiące co było dalej w poprzednim epizodzie wyrwane przez jakiegoś gnoma zostały... może epizod trzeci więcej szczęścia i światło na sprawie przyniesie..*

Mortimer

"Sosaryjczycy ?! - zlotem kupuje sie ich serca, strachem umysly, dusze oddaja sami" - Orekus Cwany, Upadla Gwiazda Cesartwa

- Tys jest glupszy niz moja pieta Mag, jak mozesz myslec ze ja ... z facetem !?
- Tylko nie glupi, tylko nie glupi Greenie, bo z magyji w twarz latwo dostac.
- To koniec ! - Krzyknal wreszcie niziolek w czerni - nikt nie bedzie mnie wyzywaj od gejow ! Przyjaciel .. Pff ! - Jackee wyciagnal srodkowy palec w strone Magnusa, co w pradawnym jezyku gestow krasnoludzkich praojcow znaczylo: "oddal sie stad prosze, albo moj mlot ci w tym pomoze". W odpowiedzi niziolczy mag bitewny krzyknal rozgniewany:
- I dobrze ze koniec ! I zejdz z mojej lawki !
- A wiesz co, yyy ... wiesz ! Twoje pomidory to mnie gowno obchodza !
- A ja bede miec spokoj wreszcie wredna katarynko bez nakrecania !
- I twoja fontanna jest paskudna i stoi w glupim miejscu !
- A ty smierdzisz jak tylek Ettina Lorda !
Jackee odwrocil sie ostentacyjnie. Mruknal cos dwukrotnie, pewnie przeklinajac swego przyjaciela. Wyjal fajke i zapalil zgodnie z porzekadlem Merry Green, "iz na gniew to seks i tyton dobre". To samo uczynil Magnus. Nastalo milczenie trwajace dobre dwie godziny, tym bardziej niesamowite, iz milczal Jackee Green ! Jednak niziolczemu magowi cos w tym wszystkim nie pasowalo. Slyszal szum Wewnetrznego Morza, szelest lisci, beczenie kozla, biadolenie glodnych krow i ciche, melodyjne podspiewki Isilme, krzatajacej sie w domu, a jednak wszystkie te dzwieki uderzyly go niezwykle przygnebiajaca cisza, w tej tez chwili zdal sobie sprawe jak bardzo brakuje mu niekonczacego sie potoku slow i glosu Jackeego, oczy niziolka zaszklily sie, twarz sposepniala.
Zmarzniety krzak pomidorow poruszal sie w rytmie podmuchow wiatru, arcymag w czarnej todze patrzyl na nie jakby wlasnie w nich zawieral sie caly sens jego zycia, jakby w tej martwej roslince szukal odpowiedzi na pytania zrodzone w tej ponurej ciszy i stalo sie, ze znalazl odpowiedz. Odwrocil sie spowrotem ku Magnusowi tylko po to by zobaczyc, iz przyjaciel juz dawno ze lzami w oczach spogladal na jego plecy. W jednym momencie wybuchneli placzem i rzucili sie sobie w ramiona.
- Masz najladniejsza fontanne na swiecie ! - wolal przez lzy Jackee
- A twoj glos to tak jakby elfi byl ! - krzyczal chlipiac Magnus
- I opowiedz mi o pomidorach !
- Wcale nie smierdzisz jak ettin !
To znaczylo wiecej niz "przepraszam" oboje o tym wiedzieli. Przed oczyma jak obrazy w kalejdoskopie przeskoczyly im wspomnienia, te wspolne, pelne oddania silniejszego nizli smierc. Isilme pokrecila tylko glowka mruczac pod noskiem: "dzieci, no dzieci...". Kilka chwil pozniej siedzieli juz wszyscy razem, na laweczce z ohii drewna, grali w kosci, smiejac sie, jedzac, pijac. Magnus slyszal juz pelna game dzwiekow. Wreszcie szum wody zdawal sie szumiec jak nalezy, i liscie poczely szelescic radosnie, a i koziol juz nie beczal. Jackee spogladal na pomidory wiedzac ze zawsze na wiosne odrastaja, bo jego braciszek o nie dba...
Urocze chwile przerwal Sall ktory wpadl w grupe niziolkow z predkoscia godna lamy. Ciezko dyszac poczal mowic bez ladu i skladu:
- Ruiny ! Skrzynia on tam stoi ! Fuj normalnie prawie sie rozklada !
- Spokojnie Sall, tylko spokojnie, powiedz kto stoi ? I o jakie ruiny chodzi ? - spytal Magnus, glosem pelnym rozwagi i opanowania.
- No te pod gorami, co tam taka skrzynia z bratkiem na wieku.
- Z roza ? - zapytal Jackee podejrzewajac o ktore ruiny chodzi.
- Roza, bratek, stokrotka ... czy to wazne ?! On tam stoi, zombiak !
- Szczurza morda ! - zaklal bitewny mag - Isi do domu, barykaduj drzwi ! Sall lykaj grzyba ! Jackee ... - spojrzal na Arcymaga Cieni, lecz ten juz stal, a w oczach skrzyl sie niczym zwiastun nocy mrok, gesciejszy nizli czysta czern jego szat. Ruszyli w strone ruin spodziewajac sie najgorszego, nieumarle zombie bowiem jako pozbawione duszy, powstale z grobu, rozkladajace sie zwloki, nie mialy wlasnego "JA", byly jeno slugami istot nieumarlych, lecz poteznych i przebieglych. Wlasnie te ostatnie spodziewali sie odnalezc na miejscu opisanym przez Salla. Zamiast nich jednak, byl tylko owy zombie, malo tego, stal potulny jak baranek i zdawalo sie, ze ... placze ! Jedno oko, to ktore nie zdazylo jeszcze wyplynac, zaszklone, patrzylo na mur z kamieni, niziolki widzialy smutek w owej istocie. Podazajac za wzrokiem nieumarlego Magnus odkryl, iz na murze widnieje napis, a raczej, lobuzerskie, lecz jakze szczere wyznanie milosci: "Fion i Katy". Jedna, rownie martwa co samo cialo lza splynela po policzku, wpadajac do jamy wyzartej przez robaki, tuz nad ustami,  sprawne do tej pory oko, teraz spelniwszy zadanie milosci wyplynelo z oczodolu, nieumarly upadl na ziemie. Atmosfera pelna przygnebienia towarzyszyla rozgarnianiu miekkiej ziemi na grob dla tego zakochanego - nieumarlego. Przerwal ja kolejny niespodziewany gosc. Podjechal na czarnym koniu, plaszcz z herbem wilka splywal na ramiona, plecy, uda, niczym calun nocy. Jackee Green jeknal przypominajac sobie jak to z Magnusem przed z gola dwoma laty odszukali okret Czarnego Wilka w Nujelm, jak Zielony Mag wykorzystal Jackeego, by ten wykradl Zbroje Gwardzisty - potezny artefakt, zolnierzom Gwiazdy Piasku, przypomnial sobie kazda chwile u boku dowodcy tych, ktorzy wierni cesarzowej walczyli z 6 Upadlymi Gwiazdami. Wszystko to przemknelo w jednej chwili przez umysl Niziolka.

Chwile pozniej szli w milczeniu w strone domu Isi, Salla i Magnusa. Twarze zamyslone, rozmarzone, zdaly sie blyszczec tajemniczo w swietle slonca, ktore rzucalo refleksy na czarne szaty Arcymaga Cieni i ktorego promienie odbijala czysta biel togi niziolczego skryby. Dotarlszy na miejsce, Jackee zaczepil przyjaciela, wzial go na bok i ze szczera obawa zapytal:
- Moj glos naprawde brzmi jak te piski szyszkojadow ?

Parias

...wiatr kąsający liście drzew przemierzał rozległy pas pomniejszych kniei nieopodal pustyni. Przebiegający przez lasy gościniec był jednym z najbardziej niebezpiecznych szlaków w Felucci. Odcinek pomiędzy pustynią na północny-zachód od Cove a Yew. Plotki głosił, że tamte tereny zamieszkują straszliwe bestie przez ludzi zwane wilkołakami. Wielu śmiałków ruszało w tamte strony jednak nieliczni wracali a ci, którym udało się powrócić zamilkli powtarzając "tam nic nie ma".
Księżyc rozświetlał swą srebrzystą poświatą polany... Przez jedna z nich przemknęły dwa dość masywne i wielkie stworzenia, dzieci Luny opiekunki nocnych szlaków...
Bestie mknęły dość szybko jakby zwęszyły kolejną ofiarę albo przed kimś uciekały.
W pewnej chwili zatrzymały się na brzegu. Jeden rozejrzał się wokoło jakby nasłuchiwał spoglądając na towarzysza który już węszył zapachy znajdujące się w okolicy.
Dzieci Luny jednocześnie zwróciły się ku skraju lasu. Warcząc, ujadały agresywnie w pobliskie gąszcze.
Po chwili wyłonił się galopujący jeździec pikujący w ich stronę. Rycerz pociągną mocno za uzdę zatrzymując wierzcha.  Uzbrojony w ciężki pancerz koń zaczął stąpać niespokojnie. Mężczyzna uniósł włócznie która połyskiwała drugą ręką trzymał uzdę uspokajając konia.
Wilkołaki okrążyły postać warcząc w stronę nieznajomego. Warczenie przeradzało się w ryk coraz głośniejszy i bardziej przeraźliwy. Rycerz okuty w zbroje, która przypominała pancerz z łusek smoczych opuścił włócznie szykując się do ataku. Wydobył z siebie słowa:

- poddajcie się Czarnemu Wilkowi albo gińcie!

Bestie niewzruszone ujadały szykując się do ataku. Po chwili jeden z wilków stojący naprzeciw rycerza uspokoił się wpatrując przed siebie.
Włócznia jeźdźca zaczęła świecić jasnym światłem. Wilkołak rzucił się w stronę rycerza a drugi stojący za jego plecami przestał ujadać odwracając głowę w stronę lasu po czym ruszył wgłąb gąszczy. Likan biegnący prosto na rycerza rykną przeraźliwie szykując się do skoku, wybił się przeskakując tajemniczą postać, która jak widać nawet w małym stopniu nie pokazywała, że czegoś się obawia wręcz przeciwnie zawróciła wierzcha i ruszyła za wilkołakami.

Mijając kolejne gąszcze dzieci Luny wybiegły na kolejną polane na której owy rycerz, który był tuż za nimi walczył teraz z stworzeniami ledwo się poruszającymi. Ciemno szare prawie czarne chodzące zwłoki otoczyły rycerza zmuszając go do wycofania się nieco dalej wgłąb polany. Oblicze stworzeń było nieznane wilkołakom mimo iż znały każdy las.. każdy zakątek nie widziały jeszcze takich tworów. Długo nie stały w miejscu widząc dość dużą grupę plugastw zmierzających w ich stronę rzuciły się w stronę nieprzyjaciela.
Nocni Łowcy nie widzieli godnych przeciwników w owych stworzeniach, jednak po krótkiej chwili przekonali się, iż bardzo się przeliczyli ich skóra zaczęła pokrywać się jadem trując krew co spowalniało ich świetną regeneracje. Przeciwnik był bardzo wytrzymały na ciosy.
Po dłuższych zmaganiach udało się rozbić większą część wrogów. Rzucając się na ostatnich niedobitków wilkołaki rozszarpywały ścierwa odgryzając kolejne ochłapy mięsa z ciała wroga...
Słońce niebawem wzejdzie, na horyzoncie nie było widać już nieznanego rycerza a cała polana była pokryta szczątkami ciał, ciał które kiedyś należały do ludzi... Wilkołaki jeszcze raz rozejrzały się po polu bitwy mierząc wzrokiem porozrzucane ręce, nogi rozszarpane korpusy po czym zawyły przeciągle unosząc łeb ku srebrzystemu okręgu, który właśnie chwał się za kresem.

Mortimer

- Ty Magnus, a widziales jak panocek Lothiel piznal w czerep temu zielonemu pizdolcowi !?
- No, ba ! A pamietasz jak Tulkas przypierdzielil tej takiej , galarecie o smaku kiwi ?
- No, a co ?
- Bo ja zem troche wzial uszczknal jej i ten ... no ... jakby ci to powiedziec ...
Jackee zmruzyl oczka, wiedzial, ze kto jak kto, ale jesli Magnus sie jaka, swiat sie musi konczyc.
- ... do tego kociolka co mam na dachu w Niziolkowie zem to wrzucil ... - zrobil niewinne oczka, zupelnie jak kot w bajce z innego swiata. Jednak reakcja Jackeego, zbila z tropu niziolczego skrybe.
- I co !? I co !? - zawolal Arcymag Cieni, oczy rozblysly ciekawoscia. Nie takiej odpowiedzi oczekiwal Mag.
- Myslalem, ze bedziesz zly ... albo co ...  ale dobrze, ze nie jestes. Co z tego wyniknie nie wiem. Obaczym wkrotce czy bedzie z tego rozpizdziel czy nie. Wracajac jednak do walki pod Yew, myslisz, ze dali by rade bez nas ?
- No co ty ! Jak zes przyzwal naszego pupilka, to ci zieloni zaczeli srac ze strachu. Jedni sie rzucili do ucieczki, to zes widzial jak ich siekalem, jak im z magyji po mordach walilem, trup scielil sie gesto ze hej !
- No jak nie jak tak ! - dodal Magnus z wiekszym zapalem - malo tego, widziales jak zem na plecy wskoczyl tej bestii co zaraze roznosila ! Jak jej wbilem lage w oko to zem widzial jak jej tylkiem wyszla ! Ino chluslo takim zielonkawym szlamem, zapiszczala, zafurgotala i padla bestyja, taki jestem !
- Magnusik prawda jest taka ze my sa CB !
- ARGH !
- No, ba ... a zaczelo sie od zombiasa w ruinach ...
I szli tak dumni, wypiete ich klatki piersiowe poruszaly sie w rytmie oddechow, krok rowny i pewny. Hardo zmierzali do banku Yew po bitwie przy Zachodniej Bramie. Na spotkanie im wyszedl Tulkas, zwany Czarnym Niedzwiedziem Haroth, z szerokim usmiechem juz z progu zawolal:
- Ho, ho ! Nasi mali bohaterowie, nie ciasno bylo tak w krzakach wam obu ? - wybuchnal gromkim smiechem, do ktorego dolaczyl potezny rechot Lothiela.
- Tulkasie obrazasz ich ! Nie schowali sie wcale tak szybko, az 10 ziaren biegali wrzeszczac cos, nim wskoczyli w zarosla.
- Pff ... - odpowiedzial pelnym zdaniem Jackee.
- Tss ... - dodal Magnus w pelni zgadzajac sie z przyjacielem.
- Ale Wcielone Zlo my przywolali ! - dorzucil zaraz Green.
- I chyba ze 6 my siekli ! - dodal oburzony Thorngage.
Obaj berserkerzy ponownie wybuchneli smiechem. Kiwajac zgodnie glowami.
- Przeciez tylko sie nasmiewamy male nicponie ...
Sielanke przerwal zdyszany Antheramis, urywanym glosem, poczal zdawac raport z pola bitwy. Lecz nie to bylo wazne, gdyz walka zakonczyla sie zwyciestwem Yewianczykow juz jakis czas temu. Wazniejsze byly informacje koncowe raportu ...
- Aha, i znalazlem jakas dziwna istote, nazywa siebie Arcanu, wspominal cos o Czarnym Wilku i jakiejs Ksiezycowej Damie.
Na te slowa Jackee zupelnie juz zapomnial o bitwie, i o tym czy obrazic sie na wojownikow Haroth, czy tym razem darowac im te paskudne obelgi.
- Prowadz nas tam panocku Ant, prosze ... - rzekl cicho, prawie szeptem. Magnus doskonale wiedzial, ze glos owy, nienaturalnie zmieniony zwiastowal cos nowego. Po kilku chwilach znalezli sie niedaleko bramy do portu, bez Tulkasa jednak, ktory musial dokonczyc obchod pola bitwy. Na miejscu okazalo sie, ze Stylian i Ared, rowniez odnalezli owego Arcanu. Dwunozne stworzenie, o ognistej skorze i slepiach pelnych madrosci stalo, kiwajac sie z lekka w tyl i w przod. Bacznie i z ogromnym zainteresowaniem rejestrowalo kazdy ruch, dzwiek i zapach. Po krotkiej chwili milczenia, zarowno niesamowitej istoty, jak i grupy zafascynowanych nia bohaterow, pierwszy odezwal sie Lothiel Mac'Leod:
- Jam jest Bialy Niedzwiedz Haroth, Lothiel z klanu Mac'Leod, wladca Miasta Drzew, po coz przybyles do lesnego ksiestwa, odpowiadaj, a zwawo !
- Ja byc Arcanu, sluga rycerzy w czerni, tych co wilka w sercu maja, ja szukac osada, co spi na wulkanie i Dama Ksiezyca, wy pomoc Arcanu ?
- Ocllo ! - zawolal Jackee - on szuka Ocllo ! Historia zatacza kolo, tam sie zaczelo wszystko - zakochany zombie, spotkanie po latach z Rycerzem Wilka, a pozniej, to znaczy teraz bitwa pod Yew w obronie wilczego slugi, i ty drogi Arcanu szukajacy tej pieknej, rolniczej osady - niziolek poprawil pas, sakwy do niego przytwierdzone, odchrzaknal glosno, po czym rzekl konczac monolog - ja ide z nim, a wy ?

Byla noc, kiedy druzyna, wraz z przedziwnym Arcanu podazala w strone portu Yew, by stamtad na pokladzie Wiatru Haroth, dotrzec do ksiestwa zlotych pol. Gwiazdy jasno blyszczaly na niebie, niczym setki oczu, boskich opiekunow swiata. Widzialy drakkar zmierzajacy w strone Ocllo, lesne zwierzeta, blask swoj odbity w wodach oceanow, miasta, gory i puszcze ... widzialy rowniez strach nieskonczony w obliczu Damy Ksiezyca, i poslyszaly pelen trwogi szept z miejsca zapomnianego:
- Tutaj jestem Arcanu, blagam ... ratuj ...

Chetnych do wlaczenia sie w przygody zwiazane z Czarnym Wilkiem, badz te juz wlaczone, ale nie bardzo wiedzace na czym rzecz stoi zapraszam na kanal:  #Kampanie-CzarnegoWilka

Darogan

Ruszył pędem rycerz w czerń ubrany.. przez pole bitwy jaka pod yew miejsce miała .. szukał.. czego szukał.. kogo.. szukał...

Wytropił.. ślady do miasta poprowadziły... w porcie miasta się urwały..
Spojrzał na oddalający się już za horyzontem statek... zapytał..
- dokąd płynie..
- Słyszał zem ze na ocllo z dziwną istota na pokładzie.. takiej jam jeszcze tu nie widział..
- odrzekł żeglarz.. ledwo co słowa te rzekł rycerz w czerni już .. już pędem w noc ruszył..

Mortimer

Pola Ocllo stawaly sie bardziej wyraziste w promieniach zachodzacego slonca. Zlotem zalewaly ziemie i zlotem kipialy, tworzac obraz, ktorego Jackee Green chocby pragnal zapomniec z calych sil, nie zdola. Szumialy galezie drzew, snujac spokojna opowiesc o konczacym sie dniu. Ponad glowami druzyny i jej przewodnika w postaci Arcanu, blekit nieba ciemnial z wolna. Szli w milczeniu, napawajac sie spokojem i pieknem rolniczej osady. Magnus wczesniej nieco odlaczyl sie od przyjaciol i pognal ku swej farmie. Wrocil tam, gdzie istniala magia najpotezniejsza ze wszystkich mu znanych - 'wzrastanie'. Kiedy druzyna szla ku ruinom na wschodzie wyspy, on przygladal sie z ogromnym uczuciem swoim pomidorom. Ktos z boku mogl sadzic - wariat. Lecz wszyscy, ktorzy znali Thorngage'a wiedzieli, iz jest on niziolkiem nie tylko na ciele, lecz i w duszy, sercu, umysle. Zwoje mogly czekac, Requanis ze swa moca rowniez, swiat mogl dalej gnac po rowni pochylej ku swej zgubie, jak zwykl to czynic od zarania dziejow; to nie bylo teraz wazne, bowiem trzeba bylo podlac pomidory, oberwac wyschniete liscie kwiatow wokol domu, spojrzec na dojrzewajacy kompost, usiasc na lawie z ohii drewna przed domem i zapalic fajke, w spokoju. Bo wszystko sie zmienia, bard spiewa kolejna piosnke ku pijanej radosci gawiedzi, kazdy gdzies biegnie, tylko On - Magnus, trwa niezmienny, bardziej nawet niz spizowe pomniki krasnoludow.  

- Widac juz jablon. - zakomunikowal Jackee - o ! I mury tez !
- To byc miejsce dobra dla Arcanu, my tu spedzic duza czas ! Bardzo duza czas ! - odezwal sie do tej pory milczacy stwor - wy dac Arcanu te noc, Arcanu miec w noc duza moc i czas.
- Co u licha ! - krzyknal Ant rozgladajac sie wokol - przebylismy taka droge by zrobic sobie nocny piknik pod drzewkiem !
- Arcanu polaczyc sie z glowa Dama Ksiezyca, Arcanu czytac ziemia i gwiazdy i kwiaty i wszystko, i szeptac im, a one szeptac glowa Dama Ksiezyca i tak sie polaczyc, tylko Arcanu trzeba czas, wy pilnowac Arcanu, jedna noc.
Berserker burknal pod nosem, Ared usmiechnal sie znajac doskonale ten wyraz twarzy przyjaciela, ktory zdawal sie mowic: "a mielim siec i rznac, a bedziem wachac kwiatki". Po krotkiej chwili kazdy znalazl dla siebie zajecie: Arcanu z zamknietymi slepiami i dlonmi tuz przy ziemi szeptal cos w dziwnym jezyku, Ared i Jackee zbierali chrust i galezie, Stylian, wczesniej rozswietlajac noc slowami In Lor studiowal magiczne ksiegi, zas berserker z Haroth ku uciesze niziolka i lucznika mruczal wciaz przeklinajac komary i bolacy kregoslup. Ognisko plonelo juz na dobre, donosny smiech Antheramisa, ktoremu humor poprawila swieza jagniecina (zasluga Areda), niosl sie wysoko ku szczytom gor okalajacych Ocllo, kiedy od strony miasta dalo sie slyszec tetent kopyt. W jednej chwili niemal staneli zwarci i gotowi. Powietrze jakby zgestnialo, dziwny, nieswiezy zapach niosl sie od strony osady, wraz z odglosem kopyt uderzajacych o gosciniec. Jackee zaslonil twarz dlonia nie mogac zniesc zapachu, ktory wciaz przybieral na sile, zapachu zgnilizny, bagna i smierci. Stylian, ktory wciaz odnawial zaklecie In Lor na sobie by moc w spokoju czytac swe ksiegi, pierwszy dojrzal przybysza:
- Jezdziec, w dlugim plaszczu, nieuzbrojony, zmierza dosc szybko w nasza strone.
- Nie ukryjemy sie tutaj nigdzie, juz za pozno - dodal przeklinajac Ant - nasze ognisko bylo jak dziewka z rozchylonymi udami, mowilo wprost: "zapraszam". Psia jucha !
- Pamietajmy o Arcanu ... - zauwazyl dotad milczacy lucznik - on zdaje sie nie calkiem jest obecny - wszyscy zgodnie skineli glowami czekajac na goscia.
Po dwoch ziarnach wylonil sie z nocy, stajac w blasku ogniska. Rumak o barwie rozkladajacych sie ziol stanal deba rzac glosno. Dosiadajacy go mezczyzna skinieniem dloni nakazal mu uspokoic sie. Bylo w nim cos co zamykalo usta mowiacym, nie pozwalalo mowic tym, ktorzy chcieli to czynic. Aura otaczajaca jego postac sprawiala, iz liscie drzew usychaly, galezie wyginaly sie, przybierajac koslawe ksztalty. Rozejrzal sie wokol, wzrok utkwil w Arcanu. Iskry z ogniska poszybowaly w gore, wiecej swiatla rzucajac na przybysza. Mierzyl on ponad dwa metry wzrostu, szczuply, odziany w zgnitozielone szaty, wciaz patrzyl oczyma o barwie jadeitu na sluge gwiazd, ktorego druzyna miala chronic. Spogladal tak, jakby zebrane tutaj istoty byly nieliczacymi sie robakami. A wzrok jego pelen byl jadu. Jackee zbladl, dlonie poczely mu drzec, a oczka rozblysly strachem. Nawet nieustraszony wojownik Haroth, mimo iz na twarzy malowala sie duma, stal w ciszy, ktora to coraz bardziej nasiakala zapachem smierci. Wreszcie odezwal sie przybysz, glos jego byl niczym syk setek wezy:
- Jam jest Orekus, Zielony Mag, Pan Jadu. Jam jest Gwiazda co upadla by wzniesc sie i zablysnac swiatlem zielonej smierci ! Oddajcie mi Arcanu, a moze uczynie wam laske i staniecie sie mymi slugami.
Pierwszy z letargu ocknal sie Antheramis, zaciskajac mocniej dlon na rekojesci, rzekl przez zacisniete zeby:
- Nikomu sluzyc nie bede gadzi jezyku. Bedziesz musial przejsc po moim trupie by dostac w swe brudne lapska te magiczna istote !
- I moje martwe cialo bedziesz musial przestapic by dostac sie do tego dziwadla - rzekl z duma Stylian stajac obok wojownika.
- A i z moich zwlok uczynic bedziesz musial sobie sciezke - Ared stanal za przyjaciolmi z lukiem gotowym do strzalu.
- Nie oddamy Arcanu ... - odezwal sie drzacy, piskliwy glosik gdzies z dolu, Orekus spojrzal  na niziolka przeciskajacego sie posrod przyjaciol.
- Ty ... - zasyczal Zielony Mag, jadeitowe powieki zwezily sie. Powietrze bylo juz tak geste, iz oddychanie sprawialo trudnosci wszystkim procz Upadlej Gwiazdy. Arcanu stal, nieobecny laczac sie w mysli z Ksiezycowa Dama, czas jakby stanal na chwile w miejscu. Ten moment trwal dlugo, byl jak obszerna ballada bardow polnocy, ktora zakonczyc sie miala tylko smiercia.
- Umrzecie wszyscy ! - warknal Orekus czyniac gest dlonia i znikajac w klebach zielonkawych oparow.
Trawa w miejscu gdzie stal Zielony Mag uschla, drzewa wokol wygiely sie nienaturalnie, tworzac w mroku obraz napawajacy lekiem. Powietrze wciaz geste od drobinek mocy Nox zdalo sie czern nocy zamienic w koniec o barwie zieleni. Krotkie, posepne milczenie przerwal Arcanu:
- Potrzebowac jeszcze 6 godzin, oni byc blisko ja ich czuc, wy bronic Arcanu albo Dama umrzec.
Przyjaciele wymienili sie spojrzeniami, jednak wszystkie skupily sie ostatecznie na niziolku.
- On jakby cie znal Jackee ... - zaczal Ared - czy chcesz nam cos powiedziec ?
Niziolek spojrzal na towarzyszy, fiolkowe oczka zmienily barwe. Purpura z cieniem poczely teraz plasac do gluchej muzyki smierci.
- Koniec jest bliski. Nasz albo jego, musicie mi zaufac ...

Mortimer

A byl posrod bardow Sosarii jeden z najwiekszych - Jules, hulajdusza Bractwa Piwnego. Butelczyna byla mu siostra, kuzynka fajka, co wespol z bratem tytoniem tworzyla zgrana pare uroczego rodzenstwa. A kazdy dzien przezywal on jako ten ostatni. Nic zreszta w tym dziwnego, byl wszak i jest i pewnie bedzie niziolkiem co sie zowie. Jednak nawet on, uslyszawszy historie o czworce bohaterow "spod ruin" zostawil "rodzenstwo" swoje by usiasc pod tymi samymi gwiazdami, ktore swiadkami bedac bitwy w obronie Arcanu, nucily melodie ciszy, wlewajac w serce niziolczego barda strumienie natchnienia. Tak tez powstala ballada o "Nocy Czterech":

Nocy cos barwe zieleni w ten czas przybrala !
Nocy cos byla tlem tego zdarzenia !
Nocy cos plaszczem mroku Arcanu skrywala !
Nocy cos zakwitnac dala marzeniu !

Siedzie tutaj i blagam o nocy mila,
Bys szeptem, w ciszy prawde powiedziala,
Bys mi swej wiedzy dzisiaj uzyczyla.
O tych co walczyli piesn mi zaspiewala.

Wiec sluchaj uwaznie bardzie mily,
Bo teraz gwiazdy beda szeptaly.
One z ksiezycem wtedy byly,
Niemymi swiadkami, niemej chwaly.

Chwaly, o ktorej pamiec, ciemnosc niesc bedzie,
I cisza co pod mym plaszczem sie chowie.
Chwaly o ktorej winni uslyszec wszedzie,
I wszyscy niziolku twoi druhowie.

Czterech ich bylo, ni mniej nie wiecej,
Czterech przyjaciol zlaczonych przysiega,
Przysiega, iz ducha wyziona predzej !
Niz wrogom wydadza Istote Kregu.

Bo Kregiem sa gwiazdy, oraz ich slugi,
Kregiem co winien istniec nieskonczenie.
Kregiem ktory rozcial zdrajcow miecz dlugi,
Odbierajac Cesarstwu ostatnie jego tchnienie.

Pierwszym byl wojownik w boju niedoscigniony ,
Antheramis z rodu Mac Leod slawnego.
Niczym wykuty w skale stal niewzruszony,
Jak stali dawniej wielcy przodkowie jego.

Za nim lucznik Ared, szlachcic z wykletego rodu,
Z okiem co jak u jastrzebia bystre bylo ,
Luk trzymal napiety, przy piersi juz niemlodej,
Lecz, co doswiadczenia lat wiele w sobie kryla.

Nieco w tyle Stylian, mag miasta Korony,
Dumny, rozsadny i prawy czarodziej.
Z ziem Aurin przed laty zrodzony,
Stal teraz gotowy i jak inni pozbawion nadzieii.

Obok niego niziolek, malutka istota,
Co wielka duchem zawsze tam byla,
Gdzie wazyly sie losy znanego nam swiata.
Istota co cienie i noc w sercu swoim kryla.

I stalo sie, ze powietrze trucizna wypelnily,
Wojska przeklete w niesmierci i niezyciu.
Wojska co setkami uderzen stop dudnily.
Armia majaca pograzyc druzyne w niebyciu.

A ptaki z drzew martwe spadac poczely,
Zupelnie jak deszcz smierci - zwiastun zaglady.
Drzewa galezie swe w gescie blagania wygiely,
Lecz nie koniec to byl owej ballady.

Bo niczym bogowie zajasnieli wsrod mroku,
Wszyscy czworo walczac na losu arenie.
Kolejne fale wrogow wzburzonego potoku,
Odbijali niczym brzeg wysoki - niestrudzenie.

Topor barbazyncy niczym grom z nocnego nieba,
Cial, rwal, i rabal kazdego ich wroga.
Krwi ! - wrzeszczal wojownik - Krwi mi potrzeba !
I krew dostawal, w krwi tonal, krwia byla jego droga.

A strzal dziesiatki, z lotkami kruczymi,
Niczym konca poslancy, ku slugom zla gnaly.
Jakby byly rekoma bogow samych prowadzonymi,
Jezykami wezow, co smiertelnie kasaly.

Sluga Requanisa razil blaskiem mocy.
Aniol Smierci w aureole magii przyobleczony.
Nie bylo w nim nadzieii, marzen, tesknoty.
Byl piekny tej nocy, bowiem byl szalony !

Cien co z cieniem tanczyl do muzyki zwyciestwa,
Cien co byl zmierzchem dla wrogow Arcanu.
Cien ktoremu nie mozna odebrac jego mestwa,
I zycia kiedy owo poswieca swemu Panu.

I tak trup scielil sie gesto, wrogowie padali.
Bo przeciez nie moglo byc inaczej,
Jesli w obronie Istoty Kregu stali,
Namaszczeni, dotknieci, wybrani losu tkacze.

Stalo sie, iz potok przestal plynac,
Zrodla trucizny sie wyczerpaly.
Nie mial juz kto z rak dzielnych ginac.
Nie mial juz kto z istot podziwiac ich chwaly.

Przyszla i ta chwila, kiedym odejsc musiala,
Bo brat moj dzien pragnal ujrzec swiat owy,
Pragnal ujrzec com pod plaszczem mroku skrywala,
Wiec wstal rosa mokry, szaroscia barw surowy.

Tak oto niziolku konczy sie opowiesc moja,
O bohaterach i ich niemej chwale,
A zaczyna sie moj maly misja twoja,
By niesc prawde o Nocy Czterech ...

Darogan

W głębokiej puszczy..
Gdzie wzrok ludzki nie sięga..
Dwa obozy stały..
Nad jednym z nich czarna flaga powiewała
Drugi zielona mgłą skrywała...

W całkiem innym zakątku świata..
Wielka bitwa stoczyła się..
Młody rycerz, który prowadził do ataku swe kohorty..
Nie wiedział ze będzie to jego ostatnie wyzwanie..
Poległ.. za to w co wierzył..
Hołd Teridusowi.. Rycerzowi Czarnego Wilka...

*Urwane słowa.. starych kronik..
co przyczyną wojny było.. ?
Gdzie podział się dawny ład..
Czemu Bracia stanęli przeciw sobie..
Kroniki dziejów.. prawdę zawierające..
Gdzieś w zawierusze wojennej przepadły..
Lecz.. kto szuka.. ten odnajdzie prawdę
Ukrytą głęboko w sercach tych którzy ja znają...*