Kroniki Braci Renevann

Zaczęty przez Sadi666, 2011 06 07, 20:30:15

Poprzedni wątek - Następny wątek

Sadi666

Późne popołudnie. Yew - osada w samym sercu puszczy. Mieszkańcy zajmują się swoimi codziennymi sprawami, handlują, pracują, ćwiczą walkę oraz magię. Słychać tętent kopyt na dziedzińcu miasta. Ciągle ktoś wchodzi i wychodzi. Standard - można by rzec.
   Postać w skromnych czarnych szatach czyta ogłoszenia na tablicy aukcyjnej, jakby nie zwracała uwagi na otaczający ją zgiełk. Przegląda kolejne strony mamrocząc pod nosem, zapewne nie mogła znaleźć tego, czego szukała. Wtem, tuż u jego stóp, spomiędzy szpar w drewnianej podłodze buchnął słup czarnej energii. Postać niewzruszona tym faktem zrobiła krok do tyłu i czekała na rozwój wydarzeń.
   Pulsująca energia utworzyła portal, z którego wytoczył się wychudzony starszy mężczyzna o niezwyklej niezdrowej, bladej i suchej jak pergamin cerze. Swoje niedoskonałości ukrywał pod zwiewną, zdobioną, czarną jak noc szatą, która tworzyła złudzenie ruchu, nawet jak postać się nie poruszała. Jego oblicze spowite było pulsującą czarną mgłą, która buchała mu spod kaptura narzuconego na głowę, z rękawów, jak i z każdej szpary w szacie. Mgła wirowała przez chwilę w powietrzu, po czym znikała, uchodząc w nicość. Mężczyzna z portalu jakby zdezorientowany, wymruczała coś pod nosem, po czym uniosła głowę, wyszczerzył swoje żółte zębiska i wycedził przez zęby:
- Ahh... Witaj Thumbercie... - dało się teraz dojrzeć sinoniebieskie żyłki pulsujące na jego szyi, zaś z jego ust przy każdym słowie buchały obłoki czarnej mgły.
- Witaj Yngvarze - odpowiedziała postać przy tablicy. Zamilkli na moment wpatrując się w siebie.
- Czy jesteśśś... Gotowy na spotkanie swego przeznaczenia? - zaczął Yngvar.
- Urodziłem się gotowy - odpowiedział dziarsko i bez krzty wątpliwości Thumbert.
- Cieszy mnie to... Niezmiernie... Chodźmy ssstąd... Tu jest za dużo... Uszu. - wymamrotał Yngvar rozglądając się po banku, po czym pospiesznym krokiem udał się ku wyjściu.
   Szli uliczkami miasta w milczeniu, przekroczyli wschodnią bramę, przeszli jeszcze paręnaście metrów po czym zatrzymali się na poboczu.
- Gdzie się udajemy? - zapytał Thumbert.
- Tajemnica - odparł Yngvar uśmiechając się pod nosem.
- Pamiętaj, że nie mam broni.
- Każdy z nas... Ma broń czy sobie...
- Ta... Chyba w spodniach - skwitował krótko Thumbert.
Yngvar zmarszczył krzaczaste brwi. Jego poorana zmarszczkami twarz stała się nieco groźniejsza, zaś oczy miast błękitne, stały się czarne jak noc.
- To nie jest czas i miejsce na żarty, Thumbercie - żachnął się Yngvar.
- Tak... Przepraszam... - odparł tamten wbijając wzrok w czubki swoich butów.





  Yngvar odchrząknął i wyznał swojemu towarzyszowi pewien sekret. Wynikało z tego, że od momentu kiedy Yngvar po raz pierwszy spotkał Thumberta poczuł, jak jak jego Cień szaleje, zaś dusza jest niespokojna. Ratując go przed dzikusami zrobił coś niezwykłego sobie. Yngvar nigdy nie pomagał nikomu bez wyraźnej potrzeby, teraz jednak stało się inaczej. Jego Cień podszeptywał do niego, by ocalił tego młodzieńca. Cóż... Nie było większego wyboru, biorąc pod uwagę to, że być może czaiła się w nim tajemnicza moc. Obaj niezwykle szybko wytworzyli między sobą rodzaj duchowej więzi - czy tego chcieli, czy nie. Ich dusze zaczęły się dostrajać, zaś umysły snuć myśli w jednym harmonijnym rytmie. Rozumieli się niezwykle dobrze i okazało się, że mają wspólne cele i marzenia. Yngvar stwierdził, że postanowią odkryć co to za dziwne zjawisko ich spotkało i postarają się dowiedzieć o nim coś więcej. Yngvar postawił również hipotezę, mówiącą o tym, jakoby taka synchronizacja dusz i umysłów mogła pozwolić na dokonanie niewiarygodnych czynów - o wiele potężniejszych niż w pojedynkę. Czuł, że przepełnia go energia. Czuł, że może więcej niż kiedykolwiek. Przeszukując stare biblioteki Sosarii, dowiedział się ze starego manuskryptu napisanego w starożytnym języku, że takie zjawisko istnieje, ale zdarza się niesamowicie rzadko. Poza tym, cały proces potrzebował Pięciu Elementów, pięciu tak zwanych Bratnich Dusz, aby mógł zostać sfinalizowany. Gdy Pięć Dusz znajdzie się obok siebie, zaczną się dostrajać i łączyć, aby w końcu osiągnąć stan idealny i poznać absolutną prawdę, która jest esencją umysłu każdej istoty. Do tego jednak potrzeba wielu lat ciężkiej pracy, nauk i medytacji oraz oczywiście pięciu elementów. Jak narazie, było ich tylko trzech. Trzech? Tak, Yngvar wyznał również, że zafascynowany owym zjawiskiem odnalazł trzeciego Wybrańca. Postanowił, że udadzą się teraz go przywitać. Godnie przywitać.
   Czarna mgła tańcząca leniwie wokół postaci Yngvara zaczęła gęstnieć i coraz bardziej wirować wokół niego, aż uformowała bezkształtną masę. Masa ta zaczęła z sykiem się powiększać i formować eteryczną postać Cienia z wielkimi poszarpanymi szczątkowymi skrzydłami, którzy był ledwo widoczny nawet dla wprawnego oka. Thumbert uczynił podobnie i przybrał postać avatara Raydila - Żywiołaka Cienia.
- Gotowy? - zapytał tubalnym, dochodzącym jakby znikąd, głosem Yngvar.
- Jak zawsze. - odparł Thumbert.
Spowity czarną energią Yngvar począł tworzyć magiczny portal wprost do trzeciej duszy.









   Podróż była szybka i bezproblemowa. Znaleźli się we wnętrzu gigantycznego magicznego drzewa zasadzonego jakiś czas temu na bagnach Papui. Nikogo nie było wokoło, a powinni znaleźć się w pobliżu żywej osoby. Czyżby czar zawiódł? Yngvar rozejrzał się maleńkimi ślepiami pulsującymi rubinowym blaskiem. Z sykiem wciągnął powietrze i przemówił dudniącym głosem:
- Pooookażżż sssssięęęę...
Z cienia wyłoniła się postać młodzieńca odzianego w śnieżnobiałe szaty. Zrobił niepewnie krok i wyszeptał:
- Witajcie.
- Popatrz. To ten, o którym Ci mówiłem. Trzeci z pięciu. Czujesz to? Czujesz to teraz? - wysyczał Yngvar łypiąc ślepiami to na Thumberta, to na młodzieńca.
- Och, tak - wymamrotał jego towarzysz, po czym niezgrabnie wysunął kończynę, która momentalnie uformowała się w dłoń.
Młodzieniec nieśmiele uścisnął eteryczną dłoń. Była bardziej materialna niż się spodziewał.
- Marcus jestem - wyszeptał.
- To Ciebie szukaliśmy. - kontynuował Yngvar. - Bardzo dużo o Tobie opowiadałem swojemu przyjacielowi. Jesteś wyjątkowy...





   Marcus wyglądał jakby go zatkało. Szukali? Jego? Nie miał pojęcia dlaczego. To wszystko wydawało mu się mętne i nieprawdopodobne. Yngvar pokrótce streścił Marcusowi wszystko, co wcześniej opowiadał Thumbertowi. Wytłumaczył mu kim jest, jak ich dusze reagują na obecność dusz innych, co to oznacza i co można z tym zrobić. Marcus potwierdził, że od dawna czuł coś, czego nie potrafił sam wytłumaczyć. Coś, z czym nie dawał sobie już rady. Yngvar dodał również, że widocznie taki stan rzeczy jest spowodowany tym, że właśnie ich dusze w poprzednich wcieleniach musiałby być sobie równie bliskie, jak teraz, więc dlatego tak dążą do ponownego połączenia. Niesłusznym było by przeciwstawianie się temu. Bóg jeden raczy wiedzieć co mogło by się wtedy stać. Yngvar postanowił więc, że razem odnajdą pozostałą dwójkę i będą razem kroczyć jedną ścieżką ku poznaniu wszechświata. Wszyscy uznali, że tak właśnie będą robić. Yngvar zaproponował, aby udali się do pewnego miejsca, aby przypieczętować swoje intencje i potwierdzić swoje słowa. Postawił kolejny magiczny portal i teraz wszyscy trzej udali się w kolejną podróż.










   Wylądowali na odciętym od reszty Świata terenie otoczonym niedostępnymi górami. Było skromnie, ale mogli być pewni, że nikt im nie przeszkodzi w tam ważnej rozmowie. Yngvar z Thumbertem niemal w tej samej chwili przybrali swoje normalne postacie, po czym Yngvar poprosił wszystkich, aby spoczęli przy skromnym kamiennym stoliku. Wszyscy czekali w milczeniu, aż Yngvar wyjaśni im, czemu się tu spotkali.




C.D.N


Wol


Abelson

#2
Górski wiatr owiewał twarz Thumberta. W skupieniu wpatrywał się w Yngvara wyczekując jego słów. Czuł chłód przeszywający jego dłonie, oparte na kamiennym stole. Złożył je i zaczął pocierać jedna o drugą. Marcus w milczeniu rozglądał się wokoło.

   Yngvar dał swoim towarzyszom chwilę wytchnienia. Po kilku minutach ciszy, złożył ręce, odchrząknał znacząco i przemówił:
- Wszyscy wiemy czemu się tu spotkaliśmy. Spotkaliśmy się tu nie dlatego, że tego chcieliśmy. - rozpoczął pewnie. - Tylko dlatego, że takie jest nasze przeznaczenie. Nasze dusze... Wzajemnie się przyciągają... Są wyjątkowe. Jednak by korzystać w pełni ze swej mocy nie mogą działać w pojedynkę. Nie mamy wpływu na to. Ich celem jest skompletowanie wszystkich elementów. - kontynuował podczas gdy z jego ust z każdym słowem buchała energia cienia w postaci czarnej mgły. Jego towarzysze w milczeniu przysłuchiwali się wypowiadanym słowom.
Yngvar odsapnął, ścisnął w ręku swój onyksowy medalion, po czym kontynuował:
- Tak właśnie się tu znaleźliśmy... To nasze iskierki, to one wybrały taką, a nie inną osobę.
Serce Thumberta zabiło mocniej. W mgnieniu oka wyobraził sobie Dusze łączące się w całość, stające się spójną jednością. Yngvar przyglądał się jemu z zainteresowaniem. Przez chwile poczuł się dziwnie po czym odparł jakby w jednej chwili poznał myśli Thumberta:
- Jednością jeszcze nie. Jednak kiedyś... na pewno.
Thumbert zdumiony wypowiedzią Yngvara uniósł brwi kierując pytające spojrzenie, po czym dodał:
-Czy wiesz juz jak odnajdziemy pozostałych?.
Yngvar jednak nie odpowiedział. Był podekscytowany tym co mówi, na tyle, że nie zwracał uwagi na innych. W jednej chwili Thumbert zrozumiał i przypomniał sobie słowa Yngvara: w odnalezieniu pozostałych pomogą im ich własne dusze.





   Górski wiatr zawiał nieco mocniej . Yngvar wyprostował się spoglądając na twarze zgromadzonych i rzekł:
- Mimo, iż jesteśmy razem, jesteśmy słabi, a przede wszystkim... - przerwał na chwile wypuszczając z ust kolejny obłok czarnej, gęstej mgły - Przede wszystkim niekompletni. Przyjdzie pora, że nasze przeznaczenie się dopełni . Odnajdziemy pozostałe dusze. Łączą nas wiele - wspólne cele, wspólna wiara, postrzeganie otaczającego nas Świata. Mamy wspólne marzenia, rozumiemy się bez słów. Dlatego więc, musimy sobie pomagać. Czy to w dostatku czy w biedzie winniśmy stać ramie w ramie broniąc swoich racji. Razem stworzymy coś pięknego, coś co przetrwa wieki, coś trwalszego od spiżu. Czegóż więcej nam potrzeba ? - zapytał, po czym spojrzał na towarzyszy. Milczeli.
- Cierpliwości. Ot co ! - uniósł w gorę prawą dłoń z wyciągniętym palcem wskazującym.
Thumbert westchnął nabierając górskiego powietrza w płuca.
- Ach! Teraz rozumiem. - uśmiechnięty zerknął na Yngvara. - Pamiętasz ten dzień w którym uratowałeś mnie przed obłąkanym dzikusem? - zapytał.
- Oczywiście. - odpowiedział Yngvar bez wahania. - Jak mógłbym zapomnieć? - pokręcił lekko głową i zachichotał ponuro. Thumbert uśmiechając się lekko kontynuował:
- Już wtedy było to nam przeznaczone... Teraz rozumiem. Wtedy jeszcze Cie nie znałem, jednak od razu to poczułem. Jakąś niewytłumaczalną więź. - uśmiechnął się jeszcze bardziej. Z natury był pogodnym człekiem.
- Jakem Thumbert, Yngvarze, obiecuje Ci, że odnajdziemy pozostałych. Na pewno nam się uda. Wszak oni tam gdzieś na nas czekają... Czekają, aż połączy ich to samo przeznaczenie, które połączyło naszą trójkę.
Yngvarz przytaknął:
- Oczywiście. - po czym spojrzał w stronę milczącego do tej pory Marcusa - A Ty? Czemu tak milczysz Marcusie? Czyżbyś nadal był w szoku?
Oparty o kamienny stół Marcus wyprostował się nieco .
- To nie tak. Obawiam się, że bardziej mi do obserwatora. Nie przywykłem do grania pierwszych skrzypiec, nawet w rozmowie. - uśmiechnął się lekko w stronę Yngvara.
- Mam nadzieje, że mimo tego wniesiesz wiele do naszego Bractwa. - odpowiedział tamten. - Bowiem od tej chwili pragnąłbym abyśmy przybrali jedno... łączące nas... nazwisko." - spojrzał pytająco najpierw na Marcusa, następnie na Thumberta. Jakby oczekiwał potwierdzenia swoich słów.
Marcus przytaknął, po czym zaczął mówić:
- To bardzo dobry pomysł by każdy z nas był rozpoznawalny dla tych którzy powinni go rozpoznać. Byłoby swoistym drogowskazem, symbolem naszego zjednoczenia i odrodzenia. To jeszcze bardziej zacieśni nasze więzi i pozwoli zżyć się razem, co przecież jest tak bardzo potrzebne, abyśmy osiągnęli sukces. - mówił podekscytowany.
- Symbol... Tak... - podjął temat Yngvar - Sam bym lepiej tego nie ujął, Marcusie. Jest on nam potrzebny, aby inni wiedzieli, że oto są, oto jest pierwsza trójka. Razem będziemy zdolni do wielu niewyobrażalnych rzeczy. Efekt... każdy będzie mógł wnieść coś od siebie, swoje marzenie, które będziemy mogli wspólnie realizować jednocząc się przy tym i dostrajając tak, aby nasze dusze się zaznajomiły ze sobą i mogły współgrać oraz egzystować w tym samym rytmie." - spojrzał na towarzyszy wymownym wzrokiem, odchrząknął i kontynuował. - Od dziś będziemy nazywać się... Bracia Renevann. Czy będziecie nosić z dumą to nazwisko? Czy będziecie z tego dumni? - zapytał towarzyszy łypiąc na nich swoimi ślepiami, które stały się czarne jak noc na moment jednego mrugnięcia.
- O.. Oczywiscie! Tak! - odpowiedzieli jak jeden mąż.





   Yngvar wydawał się być bardzo zadowolony z odpowiedzi nowych braci. Wstał zza kamiennego stołu po czym stanął przy jego krawędzi. Odetchnął, po czym nabrał powietrza z wyraźnym świstem i przemówił donośniej niż zwykle:
-Bracia Renevann! Teraz gdy nasze dusze dążą do połączenia i zjednoczenia, gdy nasze myśli biegną jedną ścieżką w rytmie i harmonii czas, aby związać się też fizycznie..." - urwał momentalnie.



  Odwrócił się, by po chwili postawić na kamiennym stole dość duże naczynie ozdobione na brzegach starożytnymi runami i symbolami. Następnie sięgnął za pas wyjmując zapieczętowany i zakorkowany dzban. Yngvar zacisnął dłoń na szyjce, po czym szybkim ruchem odkorkował go. Zbliżył dzban do naczynia stojącego na stole przed nim, lekko go przechylił i pierwsze krople szkarłatnego wina zapełniły dno naczynia z charakterystycznym chlupotem. Chwilę później cała zawartość dzbana znalazła się w zdobionym naczyniu. Yngvar nachylił się lekko nad nim wciągając intensywny zapach bijący jego wnętrza. Thumbert także kilka razy pociągnął mocniej nosem wyraźnie zachwycony aromatem trunku. Mrużąc oczy Yngvar sięgnął ponownie za pasa. Wyciągną lśniący czarny, inkrustowany sztylet. Jego ostrze wyglądało na stworzone ze stopu wielu metali szlachetnych, jednak mieniło się na czarno, turkusowo i purpurowo w promieniach słonecznych. Nie otwierając oczu podwinął rękaw swej szaty, po czym sprawnym i szybkim ruchem naciął sobie nadgarstek. Jego bracia lekko drgnęli na widok tego.
   Nachylił ranną dłoń nad naczyniem. Jego krew powoli zaczęła spływać do niego barwiąc wino na jeszcze ciemniejszy rubinowy kolor. Na twarzy jego pojawił się wyraźny grymas bólu, zmarszczki zafalowały. Krew kapała do naczynia. Kropla po kropli. Trwało to chwilę zanim wycofał dłoń. Odwrócił sztylet rękojeścią w stronę Thumberta po czym podał mu go z należytym szacunkiem pochylając lekko głowę.
Thumbert spojrzał na pozostałych i wyszeptał
- Bracia... - skinął głową w ich stronę, by chwilę później wystawić dłoń nad naczynie i szybkim ruchem naciąć swój nadgarstek, tak jak to zrobił Yngvar. Wydawał się ukrywać ból, jednak można było go odczytać z jego spojrzenia. Krew kapała raz po raz do naczynia. Ciecz stawała się coraz ciemniejsza.
   Thumbert, podobnie jak Yngvar, odwrócił sztylet po czym skłaniając się lekko podał go Marcusowi. Marcus jakby na chwile zamarł. Wpatrywał się w sztylet jak oniemiały. Mocniej przełknął ślinę, po czym w końcu odebrał sztylet  i wyciągnął swą prawicę. Podobnie jak pozostali, szybkim ruchem zranił swoją dłoń. Krew zaczęła kapać do naczynia z delikatnym pluskiem. Kiedy było jej wystarczająco Marcus cofnął dłoń. Thumbert zerknął w swoje odbicie w cieczy nachylając się lekko nad stołem. Powierzchnia cieczy zadrżała nienaturalnie. Jego odbicie zniekształciło się.
Yngvar chwycił sztylet i w jednej chwila zaczął mieszać nim eliksir wypowiadając słowa w jakimś niezrozumiałym języku.






   Niemal jednocześnie spojrzeli w niebiosa. Chwile pózniej Yngvar wystawił na kamienny stół trzy, dość pojemne szklanice. Do dzbana w którym wcześniej mieściło sie wino zaczerpnął ciemno rubinowej mieszaniny.
Zawartość dzbana rozlał na trzy szklanice, po czym dwie z nich podał swym braciom, zaś jedną zatrzymał dla siebie.
Uniósł ją, przyjrzał sie jej zawartości po czym zerknął na pozostałych i wyszeptał:
- "Bracia... "- Zawiesił się w pół słowa, po czym poprawił się -"Bracia Renevann... Zawsze Wierni!"
Niemal równocześnie przechylili szklanice wlewając ich zawartość do ust.





   Po opróżnieniu szklanic zapanowała chwilowa cisza. Każdy z nich wydawał się być zachwycony tym przeżyciem. Marcus sprawiał wrażenie człowieka wybudzonego z wieloletniego snu, zaś Thumbert wydawał się mocno pobudzony. Yngvar dumnie spogladał na swych nowych Braci wyraźnie zadowolony. Po chwili odwrócił się i podszedł do krawędzi wąwozu. Spojrzał w dal i szybkim ruchem ręki wezwał swoich braci. Podeszli do niego razem z nim podziwiając zdumiewający, zapierający dech w piersiach widok. Yngvar rzekł:
- Cały świat stoi przed nami otworem. Czuje harmonię i spokój jakiego nie czułem nigdy dotąd." - pochylił głowę.
Thumbert położył dłoń na jego ramieniu i powiedział:
- "Bracie, myślę, że pora złożyć wizytę w Świątyni i podziękować Panu za to, że czuwa nad nami i wspiera nas w naszych działaniach.
   Yngvar nie zdążył odpowiedzieć, Thumbert zaś ściskał już w dłoni owalny amulet i szeptał coś pod nosem.
Chwilę później wokół niego rozległ się jasny błysk, po którym został tylko niewielki obłoczek mgły, który zaraz rozpłynął się w powietrzu. Yngvar doskonale wiedział dokąd udał się Thumbert. Spojrzał na Marcusa po czym, wypowiadając kilka słów zabrał go do  świątyni, gdzie wszyscy razem mieli złożyć dzięki swemu Panu. Teraz czekach ich wszystkich wiele lat ciężkiej pracy w dostrajaniu swoich dusz, poznawaniu niesamowitego zjawiska, które im się przytrafiło i poszukiwaniu pozostałej dwójki Wybranych, która gdzieś tam czeka, aby połączyć się ze swoim rodzeństwem pod wspólnym sztandarem oraz wspólnym nazwiskiem - Renevann.




Korgail

Super super!
Tylko na jednym screenie koczujecie w domku mojej postaci.
Mam nadzieje, że z drewnianego pojemniczka nie ukradliście moich recalli!

Millhaven

#4
Mijał kolejny dzień, a Marcus zdawał się powoli zapuszczać korzenie, w magicznym drzewcu, który od zamieszkania w Papui upodobał sobie ponad każdą wzniesioną budowlę tego miasta...

Był późny wieczór a On jak co dzień starał się osiągnąć perfekcję we władzy nad cieniem... Zmęczenie dawało się we znaki, a jego wola coraz bardziej doświadczana efektami ubocznymi tej sztuki zdawała się słabnąć - wszak szkolił się w Niej od chwili, w której Yngvar odkrył przed Nim jego naturę, jak i ofiarował mu informację, które pozwolą panować nad mocą cienia. Był tak zafrasowany, iż nie zauważył gdy zaczęło świtać. Około godziny później niezapowiedziany odwiedził go Cesarz Papui - jak zawsze zresztą, lecz On mógł sobie na to pozwolić dzięki magicznej więzi, którą utworzyli między sobą magowie.

Witaj! – wyciągnął dłoń w stronę niewidocznego dla zwykłych ludzi Marcusa.
Ahh... Yngvarze, jak zawsze przypominasz mi, że jeszcze przede mną wiele stuleci nim całkowicie zgłębię Twą wiedzę - ujawnił się i przetarł zmęczone powieki.
Tym razem nie przyszedłem tutaj by Ci z tym pomóc, mam dla Ciebie niespodziankę... Pamiętasz Thumberta? Wiele Ci o nim opowiadałem i doszedłem do wniosku, że czas abyście się poznali... Zjawie się z Nim tutaj, wraz z nadejściem nocy. – wykrztusił nim całkowicie opuścił Swego towarzysza.
Dobrze więc. Będę Was wyczekiwał – ponownie nałożył kaptur na głowę i skrył się w tak uwielbionym przez jego duszę i zdeformowane ciało mroku.


Gdy  Luna Swym woalem przysłoniła niemal cały nieboskłon otworzyła się dobrze znana Marcusowi księżycowa brama Yngvara z której to właśnie wyszedł wraz z Thumbertem, jednak ich formy były całkowicie odmienne od tych do których zdążył już się przyzwyczaić młodzieniec. Pierwsze wrażenie sprawiło, iż nie chętnie chciał opuszczać Swe bezpieczne schronienie, lecz jak zawsze jego przyjaciel wiedział dokładnie gdzie się skrywa...
Wyjdź proszę... – powiedział pełen spokoju i pewności.
Witajcie- odpowiedział zmęczonym głosem, przetarł powieki tylko dla pewności, że to nie sen, których miał już kilkadziesiąt. Nabierał pewności w to co widzi kiedy nagle w jego stronę zbliżył się kłębek dymu, który w jednej chwili nabrał kształtu ludzkiej dłoni.

Witaj! Zwą mnie Thumbert, wiele o Tobie słyszałem, jednak w Twej obecności czuję to znacznie mocniej niż przypuszczałem – młodzieniec był prawie pewien że ta niekształtna mgiełka zdawała się uśmiechać w jego kierunku.
Wiedziałem, że też to poczujesz Thumbercie... Ciesze się niezmiernie i myślę, że możemy udać się w nieco spokojniejsze miejsce – wtrącił pewnie Generał Armi Cienia i począł kreślić znaki na niebie, a krótko po tym przed Nimi pojawiła się kolejna księżycowa brama.
Zapraszam, tam wszystkiego się dowiesz przyjacielu i sam zadecydujesz co będzie dalej. – ponaglił gestem dłoni.


W ułamku sekundy zjawili się wszyscy troje w zaciszu maga cieni, wydawało się oddalonego od całego świata... W miejscu gdzie pozostawałeś sam z własnymi myślami. Thumbert wraz z Yngvarem wspominali dawne dzieje, chwilę w której się pierwszy raz poznali i kiedy zrozumieli, że chcą ze sobą dzielić Swoje przeznaczenia. Natomiast Marcus, On jak zawsze pozostawał w Swoim małym światku, lecz doskonale słyszał, każde słowo. Yngvar spojrzał na zamyślonego maga i pomógł mu wrócić do Nich nieco uszczypliwie:
Dalej jesteś w szoku? – z każdym słowem, z jego ust wydobywały się czarne obłoki mgły.
Otrząsnął się po tych słowach i już w pełni świadom przyłączył się do ich rozmowy... Padło wiele słów, które rozjaśniły widok na całą sprawę i pozwoliły w końcu zrozumieć Marcusowi, dlaczego Yngvar poświęcił mu aż tyle czasu.
Czy jesteście gotowi aby stać się jednością? Czy jesteście pewni, że Wasze cele, aspiracje nie mijają się wraz z mymi w ani jednym punkcie? Czy chcecie stać się... Mymi Braćmi... Na dobre i na złe... Na wieki? – zapytał bardzo poważnym tonem Yngvar patrząc na obu, czarnymi jak smoła oczyma.
Tak! Na wieki! – odpowiedział raptownie Thumbert, zdawało się magowi, iż jest On jednym z tych ludzi, którzy są zadowoleni z życia i cieszą się każdym dniem.
Natomiast Marcus wpadł w chwilę zadumy nim podjął decyzję, wiedział, że jego egzystencja dopóki nie poznał Cesarza Papui była niczym nie znaczącym ziarnem zasianym na nie dobrej ziemi. Jedyne czego był pewien to to, że nie chce tam nigdy wracać. W pełni przekonany do Swej decyzji odpowiedział:
Tak!

Yngvar zdecydował złączyć całą trójkę niezmywalną więzią – dzięki jednemu z rytuałów dobrze znanemu tylko jemu. Był on bolesny, jednak dający niesamowite efekty... Dzięki niemu mogli stać się trzema z pięciu elementów, jednego ducha... Trzema pierwszymi, najważniejszymi...
Od dziś noście z dumą nazwisko Renevann i starajcie się by to właśnie Ono sprawiło, iż będziemy zdolni do odnalezienie brakujących części. – powiedział nie ukrywając szczęścia Yngvar.

----

Yngvar Renevann, Thumbert Renevann i Marcus Renevann – tamtej nocy cały świat stał u ich stóp. Tamtej nocy stali się Braćmi...

Gonz0rr


Sadi666

#6
Czas zmienia ludzi. Odciska nieodwracalne piętno na duszy. Płynąc zabiera cząstkę człowieka, oddając w zamian inną, miesza wszystko to co zostało...

Marcus zniknął na długie miesiące, nikt nie miał pojęcia co się z nim może dziać. Dwaj pozostali bracia rozpoczęli poszukiwania. Przetrząsnęli każdy zakamarek Sosarii. Bezskutecznie. Marcus zapadł się pod ziemię. Kiedy wszelka nadzieja została zaprzepaszczona, poszukiwania zaprzestane stało się coś niespodziewanego. Yngvar odwiedzając jedno z miast spostrzegł ogłoszenie na tablicy zabójstw. Początkowo nie zwrócił na to uwagi, przeszedł obok tego bez zbędnego zainteresowania, jednak twarz na liście gończym wydawała się dziwnie znajoma. Zawrócił, spojrzał i nie uwierzył własnym oczom. Toż to Marcus! Jest, żyje... i na dodatek ktoś pragnie jego śmierci. Jednak coś tu się nie zgadzało... "Poszukiwany żywy lub martwy - Marcus McBride". Zaraz... McBride? Widocznie się ktoś pomylił. Jednak imię pasowało do twarzy. Coś wisiało w powietrzu.

Parę godzin później Yngvar wyczuł obecność Marcusa. Już miał przenieść się do niego przy pomocy magicznego portalu, jednak na chwilę przed tym mały gołąb usiadł mu na ramieniu. Tak - miał przy sobie liścik. Tak - od Marcusa: "Drogi bracie, chciałbym Cię uprzedzić, co byś nie był zdziwiony. Byłem zmuszony porzucić naszą rodzinę i zmienić nazwisko. Jednak to tylko dla Waszego dobra. Wkroczyłem na wojenną ścieżkę. Będę teraz aktywnie walczyć. W związku z tym nie chcę, żebyście cierpieli za moje grzechy. Mam nadzieję, że nie jesteś zły. Pozdrawiam. Marcus McBride". O tak, Yngvar nie był wcale zły. Był oazą spokoju, kwiatem lotosu na tafli jeziora. Postawił portal do swojej siedziby. Przeszedł przez skrzypiącą furtkę. Zszedł po schodach do zatęchłej piwnicy, przestawił wajchę - ukryte drzwi otworzyły się z głuchym tąpnięciem. W sumie nigdy nie myślał, co takiego zrobi w takiej sytuacji. Nie przypuszczał, że dojdzie do czegoś takiego. Więzy krwi między nimi zostały stworzone przy pomocy magicznego rytuału, muszą być więc w taki sam sposób zerwane. Tu nie chodzi o samą zmianę nazwiska, karmiczna więź musi być przerwana, ponieważ każde czyny, czy to złe czy dobre, będą dotykać resztę związanych ze sobą osób. Wie to każdy początkujący mag. Czyny Marcusa, jak sam się do tego przyznał, nie będą zbyt dobre. Trzeba było więc podjąć odpowiednie kroki nim będzie za późno. Rytuał nie był bardzo skomplikowany, jednak martwiące był skutki uboczne - krew gotowała się w żyłach osoby, która jest wykluczana z więzów. Yngvar uśmiechnął się obłąkańczo i przystąpił do dzieła. Kociołek, trochę ziół i magicznych mikstur oraz ciecz, która powstała z połączenia wina i krwi wszystkich braci. Wymieszał to wszystko dokładnie, wymamrotał słowa zaklęcia czytając je kątem oka z kart zakurzonej księgi. Buchnęło, zabulgotało, siwy dym uniósł się z kociołka. Cała ciecz wyparowała. Yngvar zarechotał niczym szaleniec. Więzy zostały zerwane oficjalnie, zaś Marcus zapamięta swoich (do niedawna) braci.

Setki mil dalej Marcus układał się właśnie do snu. Uklepał poduszkę, wsunął się z zadowoleniem pod kołdrę i westchnął czekając na sen. Jednak zamiast snu i ukojenia nadeszło coś zgoła innego. Ciałem Marcusa zaczęły szarpać spazmatyczne drgawki. Trząsł się jak paralityk podczas ataku. Zaciśnięta szczęka, załzawione szeroko otwarte oczy oraz grymas niewyobrażalnego bólu. Krew zaczęła gotować się w żyłach Marcusa. Dosłownie. Spadł z łóżka i kontynuował już na podłodze swój groteskowy taniec cierpienia. Wił się w konwulsjach, krzyczał wniebogłosy, skrobał paznokciami marmurową posadzkę. Żadna z tych rzeczy nie pomagała w cierpieniu. Tego nie da się uniknąć, rytuał został dopełniony. Marcus zapamięta swoich braci. Z pewnością. Tarzał się i miotał po podłodze targany spazmami przez następne 11 godzin...




Tym samym do zamknięcia kręgu znów brakowało trzech osób... Thumbert i Yngvar trwają w swoim postanowieniu. Czekają, aż pojawią się odpowiedni kandydaci...


Sadi666

Płatki śniegu wirowały wolno w świetle latarni. Ciszę przerywał tylko śnieg skrzypiący pod stopami opatulonej w biały szlafrok kobiety. Szła powoli, patrząc tępo przed siebie.
     Obserwował ją od dawna, nie tylko tej nocy. Był przy niej już wtedy, kiedy lekarz wydał wyrok i później, gdy przyjęto ją do hospicjum. Widział, jak z dnia na dzień marnieje, traci resztki nadziei, popada w apatię. Patrzył jak stara się o zgodę na eutanazję, bezradnie przyglądał się, jak wstrząsa nią bezsilny szloch, kiedy odrzucono jej prośbę. Wydawało mu się, że nawet wie, kiedy podjęła ostateczną decyzję. Widział ten dziwny błysk w jej oczach tamtego wieczora, kiedy podniosła wzrok znad książki i w zamyśleniu wpatrzyła się w zapadający za oknem zmrok.
     Podeszła do przystrojonego kolorowymi światełkami świerku rosnącego w centrum hospicyjnego parku. Przez chwilę, kiedy przyglądała się jaskrawo świecącym ozdobom, na jej twarzy pojawił się cień uśmiechu. Szybko jednak spoważniała, spuściła wzrok i usiadła na ziemi, przesuwając się w stronę pnia drzewa. Nawet z tej odległości widział, jak drży, zwijając się w kłębek. Nic dziwnego, tej nocy mróz był wyjątkowo dokuczliwy.
     Zbliżył się bezszelestnie, położył się przy niej, otaczając ramionami jej drobne ciało. Nie widziała go, nie czuła jego dotyku, jednak jakimś cudem czuła jego bliskość. Zamknęła oczy i uśmiechnęła się smutno.
— Już niedługo. — wyszeptał, choć nie mogła go usłyszeć — Śpij spokojnie. Poprowadzę cię tam, dokąd zmierzasz.