Srebrny miecz

Zaczęty przez mart, 2018 10 19, 16:26:04

Poprzedni wątek - Następny wątek

mart

Czasy nie sprzyjają Wiedźminom i to nie tak, żeby potworów ubyło. Przeciwnie, czasy stały się bardziej krwawe i bezwzględne. Wilkołaki, gargulce, demony, ghule i pomioty gdzie tylko splunąć. Lasy, stare kopalnie coraz częściej nawet miasta opanowane zostają przez bestie. Ale i ludzie stali się bardziej hardzi. Wzięli sprawy we własne ręce. Nauczyli się radzić z problemami. Nic dziwnego, w przeciwieństwie do potworów, nas wiedźminów ubywa. Ale to nie powód by zaprzestać swojej misji. Nie dla mnie. Długo nie było mnie w tych stronach. Szukałem lepszych czasów za wielką wodą jednak i tam nie było inaczej. Świat w każdym miejscu wygląda podobnie. Mimo wszystko uśmiech zagościł na mojej twarzy gdy okręt zbliżał się do Skara Brae. Z tego miasta najbliżej było do naszej warowni. Serce ogarniała zarówno radość jak i trwoga, wszak to jedyne miejsce które mógłbym zwać domem. Przez kilka lat jednak mogło dawno popaść w ruinę. W stajniach zapłaciłem za rumaka i ruszyłem z coraz szybciej bijącym sercem. Droga nie była długa a mimo upływu czasu im bardziej zbliżałem się do siedliszcza tym więcej znajomych elementów rozpoznawałem w otoczeniu. Tu wiele lat temu trenowałem. Dawne czasy. Uśmiechnąłem się pod nosem. Warownia na szczęście nie popadła całkowicie w ruinę. Gdzie niegdzie widać było ziejące w murach dziury, po dalszych oględzinach znalazłem jeszcze kilka miejsc wymagających renowacji. Warownia była opustoszała. Drzwi wywarzone, bandyci rozkradli co się dało. Mimo wszystko, nie było tak źle jak się spodziewałem. Nie powinno zając wiele czasu odrestaurowanie tego miejsca. Na wszystko jednak przyjdzie czas. Po drodze znalazłem afisz przybity na rozstajach dróg. Wilkołaki. Gildia kupiecka oferowała całkiem pokaźną sumę za wytępienie watahy która co i rusz napadała na ich karawany. Nie było to nic ambitnego. Ale na początek? Uzupełniłem eliksiry w przyborniku. Naostrzyłem miecze i ruszyłem w drogę. Najpierw trzeba było dostać się na drugą stronę gór. Przesmyki niestety zostały zasypane ale znałem jeden, mało uczęszczany który kiedyś sami odgrzebaliśmy z gruzowiska wraz z Wiedzmińską bracią.




Takie miejsca przyciągają niestety jeden określony typ ludzi. Szukających prostego zarobku. Bandyci i rabusie, gardziłem nimi z całego serca.  Słyszałem ich, jeden z nich sapał jak juczna lama należąca do krasnoludzkiego górnika. Drugi chichotał nerwowo. Nie wiedzieli jeszcze, że zdaje sobie sprawę z ich obecności. Zeskoczyłem z konia.
-Przepuście mnie a nie dojdzie do rozlewu krwi. Chcę tylko przejechać na drugą stronę.
Nie łudziłem się, że faktycznie uda mi się rozwiązać sprawę dyplomatycznie. Nie doczekałem się nawet odpowiedzi. Wybiegli z trzech stron. Jeden krzyczał jak potępiony. Pierwszy który się zbliżył natarł na mnie z buzdyganem. Zamachnął się ciężkim obuchem. Unik. Nie zdążył się wyprostować. Wiedźmińska klinga rozcięła jego podrdzewiałą kolczugę jakby była to zwykła koszula. Wypuścił oręż i złapał się z brzuch. Próbował ogarnąć wypływające kiszki z paniką w oczach. Drugi zaatakował w chwili gdy prostowałem się po pierwszym cięciu. Był na wprost mnie. Nie było miejsca na markowanie ciosu czy uskok. Złapałem go za rękę którą atakował i wraziłem miecz w płuco.  Zarzęził jak chory. Uścisk na rękojeści miecza zesłabł. Oręż z brzękiem upadł na ziemie. Trzeci bandyta był o krok. Zawahał się. O moment za długo. Zanim zebrał w sobie odwagę i uniósł topór miał już rozchlastane gardło.




Dalsza droga minęła już spokojnie. W okolice traktu dojechałem bez dalszych trudności. Dotarłszy na miejsce rozpocząłem oględziny. W okolicy nie dostrzegłem zbyt dużej ilości mniejszych drapieżników. Musiało przepłoszyć je coś większego. Jedynie wilki snuły się po okolicy, jednak ty były tolerowane przez likantropów. Wszystko wskazywało, że trafiłem w odpowiednie miejsce. Przygotowałem więc zasadzkę i przynętę. Pozostało czekać na zmrok, wykorzystałem ten czas by się przygotować. Pokryłem srebrne ostrze specjalnym smarowidłem. Wypiłem dwa eliksiry i oddałem się chwili medytacji. Księżyc zaczął wspinać się na nieboskłon usłyszałem pierwsze wycie. Dosiadłem rumaka i uspokoiłem zawczasu znakiem Aksji. Wiedziałem, że w przeciwnym razie spłoszy się gdy tylko wataha wpadnie na polane.  Nie musiałem długo czekać. Wierzchowiec mimo wszystko zarżał dziko i stanął dęba. Opanowałem go jednak umacniając znak. Było ich siedem. Rozpoczęła się walka.




Bestie poruszały się z niewiarygodną szybkością. Nawet wiedźmińskie eliksiry nie wyrównywały w pełni tej dysproporcji. Niełatwo  było lawirować między watahą rozwścieczonych wilkołaków. Z najwyższym trudem spinałem lejce by unikać szarżujących liantropów. Światło księżyca co chwila odbijało się refleksami zarówno w długich pazurach jak i srebrnej klindze. Cisza nocy przerywana była wyciem, warczeniem i skamleniem zranionych bestii. Gdy walka dobiegła końca powoli zbliżał się już świt. Poraniony wierzchowiec toczył krwawą pianę z pyska i robił bokami z wycieńczenia. Eliksiry również traciły moc, zakołysałem się lekko starając się odzyskać równowagę. Sięgnąłem po kolejny flakonik. On powinien dodać mi sił na powrót, zanim opatrzę porządnie rady i odpocznę. Musiałem jeszcze tylko zebrać trofea.




Nie wsiadłem już na rumaka. Dałem mu odetchnąć. Powolnym krokiem trzymając go za uzdę ruszyliśmy w stronę najbliższego przydrożnego szynku. Po godzinie dotarliśmy na miejsce. Budziły się pierwsze ptaki  przerywając nocną ciszę swoim świergotem. Zapłaciłem za opiekę nad wierzchowcem , pokój. Dołożyłem również karczmarzowi kilka monet na balie z gorącą wodą i posiłek. Wielką ulgą było zanurzyć zmęczone ciało w ciepłej wodzie. Gdy obmyłem się  z krwi i brudu przystąpiłem do opatrywania ran. Nie zostałem ciężko ranny, żadna z ran nie była niebezpieczna jednak kilka z nich nie wyglądało najlepiej. Gdy skończyłem czekał mnie już tylko zasłużony sen. Nadchodził wieczór gdy zbierałem się do drogi. Za dopłatą dostałem nowego wierzchowca, poprzedni wymagał niestety opieki weterynarza. Tęskniłem za moim wprawionym w walce rumakiem bojowym. Po kilku godzinach jazdy dotarłem do karczmy w której spotkać mogłem przedstawiciela gildii kupieckiej. Pozostało już tylko odebrać zapłatę za zlecenie.







Najstarszym i najsilniejszym uczuciem znanym ludzkości jest strach, a najstarszym i najsilniejszym rodzajem strachu jest strach przed nieznanym.

mart

#1
 Za zlecenie z wilkołaków opłaciłem rzemieślników i murarzy. Nadszedł czas by nieco zatroszczyć się o nasze siedliszcze. Prace szły wprawnie a i ja sam zakasałem rękawy. Nie byłem wprawdzie wprawiony w tego typu pracach jednak wychodziłem z założenia, że każda para rąk może się przydać. Gdy znajdując się na najwyższym piętrze pomagałem  łatałać jeden z wyłomów w południowej flance dostrzegłem mężczyznę zbliżającego się do warowni. Dotarł do naprawionej już bramy i zakołatał. Zaciekawiła mnie jego obecność. Oczyściłem ręce z zaprawy i zszedłem przywitać gościa. Okazał się być stolarzem z Skara Brae. Znałem go, widywałem  nie raz nie dwa w karczmie.  Kilka razy zdaje się nawet rozmawialiśmy. Cel jego wizyty nie zaskoczył mnie ani trochę, ludzie rzadko zjawiali się tu w innym celu, jeśli w ogóle się zjawiali. Prosił o pomoc. Grupa drwali którym płacił za wyrąb drewna była nękana przez jakąś skrzydlatą bestie. Opis nie był wprawny. Trudno było założyć cokolwiek, z jego słów mógł to być zarówno bazyliszek jak i chimera. Mężczyzna przekazywał informacje z drugiej albo trzeciej ręki.  Zgodziłem się zbadać sprawę. Umówiliśmy się na spotkanie nazajutrz w południe w obozie drwali. Ruszyłem w stronę wyrębu skoro świt. Droga nie była bardzo długa jednak chciałem mieć więcej czasu na ewentualny rekonesans. Gdy dotarłem na miejsce drwale właśnie zabierali się do pracy. Zagaiłem kilku z nich by wypytać o szczegóły. Nie byli zaskoczeni moim pojawieniem się, mój wczorajszy gość uprzedził ich gołębiem o tym iż się zjawie. To znacznie upraszczało sprawę. Wypytałem ich o bestie, drwale mieli sporo do powiedzenia i ku mojemu zdumieniu zwrócili uwagę na wiele szczegółów które niemal całkowicie zawężały krąg możliwych bestii do jednej. Najprawdopodobniej był to wyvern. Nie lubiłem tych stworzeń. Były wredne i zapalczywe. Potrafiły zabijać dla samego zabijania, bez powodu. Niezwykle agresywne i jadowite. Dla drwali był to śmiertelnie groźny przeciwnik, dziwiłem się iż zginęło zaledwie dwóch z nich. Musiał być wygłodzony w przeciwnym razie najpierw wymordowałby wszystkich a dopiero później, ewentualnie zabrałby się za pożeranie trucheł. Gdy ich a zarazem i mój zleceniodawca dotarł na miejsce wiedziałem już wszystko co było mi potrzebne. Ustaliliśmy szczegóły zlecenia i stawkę. Niedługo później przygotowałem rynsztunek, eliksiry i wyruszyłem na polowanie. Najpierw udałem się na miejsce starego wyrębu. Drwale przenieśli się teraz z oczywistego powodu w inną część lasu. Ślady były wyraźne. Ślady pazurów na pniach drzew pasowały do moich domysłów. Wyvern z całą pewnością. Ciał nie było na miejscu, musiał zaciągnąć je do swojego legowiska. Wsiadłem na konia i ruszyłem w dalszą drogę. Ślady krwi skrzepłen krwi były jak drogowskazy. Wierzchowiec zaczął nerwowo rżeć. Uspokoiłem wierzchowca znakiem Aksji, musiał wyczuć już zapach bestii byliśmy blisko. Po kilku chwilach dostrzegłem miejsce idealne na gniazdo. Wąski korytarz między skałami prowadzący w górę. Zeskoczyłem z konia by przygotować się do walki.




Wypiłem eliksiry w odpowiedniej kolejności. Bestia nie należała do groźnych ale była niezwykle jadowita. To mogło przeważyć szale na jej stronę. Jaskółka, wilga i zamieć. To powinno wystarczyć. Wydobyłem srebrny miecz z pochwy i ruszyłem powolnym krokiem w stronę gniazda. Stąpałem powoli, niemal bezszelestnie stawiając kroki. Usłyszałem coś pomiędzy rykiem a skrzekiem. Wyvern był siebie. Minąłem zakręt. Droga stąd prowadziła już prosto na szczyt. Chwilę później moim oczom ukazał się potwór którego szukałem.




Wyvern był niezwykle młody niemal piskle nie zdawał sobie jeszcze sprawy z mojej obecności. Był zajęty, obgryzał udo jednego z drwali. Musiał być naprawdę wygłodzony. Wokół walały się już tylko obgryzione niemal do kości truchła drwali. Dorosły osobnik pożarłby swoje ofiary wraz z kośćmi nie bawiąc się z nimi w ten sposób. To, że nie miałem do czynienia z dorosłym osobnikiem zwłaszcza ułatwiało sprawę. Mimo wszystko nie mogłem do końca niedoceniać przeciwnika. Bestie te rodziły się od razu dysponując śmiertelną trucizną tak więc kontakt z jego zębiskami był groźny niezależnie od jego wieku. Doskoczyłem do niego składając palce w znak Aard. Fala uderzyła w potwora ogłuszając go. Nie spodziewał się ataku, zaskrzeczał przerażony. Szybkie cięcie miecza, mogło zakończyć sprawę od razu ale uratował go refleks. Zasłonił się skrzydłem. Srebrna klinga przecięła błony lotne i kość. Bestia zaskrzeczała ponowne, jucha bryzgnęła na skały. Spłoszona bestia zaczęła szukać drogi ucieczki. Szybkim doskokiem uniemożliwiłem mu to jednak. Zaatakował na oślep. Szybki unik. Zęby złapały jedynie powietrze. Piruetem ustawiłem się na idealnym miejscu do kolejnego ciosu. Złapałem za rękojeść oburącz i wyprowadzając cios z wysokości uda by nadać klindze impetu pozbawiłem potwora głowy jednym cięciem. Najpierw na ziemie upadł łeb bestii. Kilka sekund później zwaliło się też całe truchło. Krew zaczęła tryskać i wypływać tworząc rozległą kałuże. Serce jeszcze przez chwile pompowało krew co powodowało rozbryzgi. Jedna z łap drgnęła jeszcze kilku krotnie zanim zewłok zamarł w bezruchu.




Łeb wrzuciłem do sporego wora na mąkę. Zarzuciłem na plecy i ruszyłem w stronę gdzie czekał na mnie wierzchowiec. Walka była zdecydowanie prostsza niż zakładałem.  Zleceniodawca po rozmowie w obozie drwali wrócił do miasta, miałem spotkać się z nim w jego pracowni. W Skara Brae. Przytroczyłem wór do siodła. Mimo iż bestia była młoda łeb ważył swoje. Koń zarżał i spłoszył się czując świeżą juchę. Uspokoiłem go. Wskoczyłem na grzbiet i ruszyłem w stronę miasta cwałem. Wiedziałem, że nawet licząc przystanek w mieście, jeśli się pospiesze przed zmrokiem mogę być jeszcze w Siedliszczu. Zastanawiałem się czy wyłom w południowej flance będzie do tego czasu już całkowicie załatany.









Najstarszym i najsilniejszym uczuciem znanym ludzkości jest strach, a najstarszym i najsilniejszym rodzajem strachu jest strach przed nieznanym.