Kroniki Psycho-Nastolatki (przesłane przez anonimowego gracza)

Zaczęty przez Dezzmond, 2025 05 30, 17:51:45

Poprzedni wątek - Następny wątek

Dezzmond

(wiadomość przesłana przez jednego z graczy z prośbą o anonimowe wstawienie na forum)

Aukcja w Aurin przyciągnęła wiele istot ras wszelkich, które wyposażone w worki cieknące płynem mózgowo-rdzeniowym i pachnące rozkładającymi się, dość gładkimi mózgami małpiarzy - istot tak głupich, że mniej pofałdowany mózg ma chyba tylko... (Ehh... no skoro tak myślisz.)


Emreithra wyjątkowo zrezygnowała z długich szat z licznymi kieszeniami, tak typowych dla wyznawców Requanisa i przywdziała strój który bardziej pasuje do jej wieku - elegancki wamsik z naturalnej bawełny, lekko bufiaste rękawy koszuli, krótka spódnica w odcieniu czystej bieli i sandały. Oczywiście dopełnieniem stroju był miękko obszyty kapelusz z szerokim rondem, który to krój sobie umiłowała, a który uszył dla niej mistrz Tyrmanda.
z umysłem czystym jak łza, wypoczęta i świeżo po medytacjach wkroczyła do sali wypełnionej istotami i przedmiotami, które równie dobrze w większości mogłoby być wystrojem zgnitych lochów despotycznych władców, rzeźników lub po prostu pokojów istot, które są fanami twórczości barda i bajarza Stephena z Jhelom.

Młoda czaromiotka przywitała się uprzejmie, ale nim zasiadła dostrzegła znajomą postać, którą już wcześniej chciała odwiedzić - miała dla niej Magię Umysłu - autorskiej, dwutomowej pracy (Teraz do kupienia za jedyne 25.000 monet - kolorowa okładka gratis!), którą podarowała w podziękowaniu za pomoc, w poszukiwaniach materiałów do jej ostatnich prac badawczych. Zbliżenie się do tej istoty wywołało nieco poruszania, wibracje w powietrzu były dość wyraźne, by mogła je zignorować - poczuła je wyraźnie, jednakże tego dnia, przyszła po konkretny przedmiot - liczyła, że będzie jednym z pierwszych - i przeliczyła się dość mocno - bo był ostatni, ale po kolei.

Wiele ciekawych przedmiotów można było zakupić, a licytacja płaszcza była tak emocjonująca, że musiała schłodzić lico wachlując się kapeluszem - 1150 mózgów! Toć to kilka pełnych worków. Kolejne przedmioty trafiały do swoich nowych właścicieli, aż w oczekiwaniu na swoje wymarzone meble, z nudów zaczęła podłapywać myśli i pragnienia znanych jej osób. Niektórych nie było stać inni mieli limit przedmiotów - zaryzykowała więc i sprawiła prezent Yarkaltowi w postaci kokonu, następnie większość mózgów zamieniła na opończę, która (sądząc po myślach) wyjątkowo przypadła do gustu pewnej istocie, wyjątkowo dla niej serdecznej, o czym jeszcze wspomniane będzie. Większość wyjątkowej waluty poszło właśnie na to, więc gdy przyszła kolej na hebanowe regały na książki - nie była w stanie unieść wagi tej aukcji i... przegrała! Jedyny przedmiot na którym na prawdę jej zależało i jedyną rzecz po którą tak na prawdę przyszła. Finalnie, wróciła do Wichrowej Wieży taszcząc ze sobą dwie spore latarnie, które teraz wskazują drogę do wąskiej ścieżki w góry, a i to dzięki uprzejmości Awosa, który zgodził się je odstąpić od kompletu, w zamian za odpuszczenie licytowania pozostałych jego części - czyli jakiejś okropnej ławki i krzesełek. Dwie latarnie na osłodę, po utraconych hebanowych regałach. Dwie latarnie i nic więcej.
A nie,  wróć! Jeszcze tajniki tworzenia mrocznego lustra, bo najszybciej ze wszystkich wie, jak się nazywa...

Emreithra - Nastoletnia Psioniczka, obrażona o hebanowe regały

Dezzmond

(wiadomość przesłana przez jednego z graczy z prośbą o anonimowe wstawienie na forum)

Emreithra zanęcona zapachem dymu ogniska zboczyła ze ścieżki i poszła w las, gdy nagle została zatrzymana przed obozem gromkim: Stój! Kto idzie!?
Żołnierz korony wbrew pierwszemu wrażeniu był bardzo uprzejmy i po wymianie podstawowych informacji młoda psioniczka została zaproszona do namiotu Pani Avanti, która była jedną z członkiń grupy badawczej skupionej na dziwnych grzybach. Młody wiek, brak sławy i prestiżowego tytułu chyba nieco zniechęciłby dowództwo owej ekspedycji, ale jej entuzjazm i niezłomna wola sprawiły, że drzwi do sprawy tajemniczych grzybów, nawet jeśli nie były szeroko otwarte, to wciąż pozostawały uchylone.



Między kobietami, było coś więcej niż tylko swego rodzaju nieufność, bowiem zrodziło się między nimi coś w rodzaju naukowej rywalizacji. A młoda adeptka sztuki magicznej, dla której rywalizacja i nauka szły niemalże w parze, podjęła rękawice. Cel był szczytny. Chodziło o coś więcej niż tylko wygraną, chodziło być może o powstrzymanie okrutnej plagi.



Emreithra rozpoczęła staranne przygotowania na ostatnim piętrze Wichrowej Wieży - jej stałej siedziby. Przygotowała dość szczelne i bezpieczne okrycie, a także zabezpieczenie dróg oddechowych. Wyposażyła torbę w najmocniejsze odtrutki i dekokty leczące, zabezpieczyła głowę blokadami z pogranicza oklumencji i ruszyła robić pierwsze próby...

Na pierwszy "ogień" poszły kurczaki. Musiała prowadzić jej siłą woli, jednocześnie sczytywać ich myśli, a także ciągle zabezpieczać siebie przed szkodliwymi substancjami.



Jednocześnie także skrzętnie notując. Spisywała co mogła, co zauważyła. Przez moment nawet zaśmiała się gorzko w duchu - To tak, jeśli coś odkryją ważniacy z Brittain to się nie podzielą, ale Twoje obserwacje i najlepiej na gotowo w kilku kopiach to chętnie przyjmą...
eh!



Ostro ścięte pióro skrobało po pergminie kreśląc kolejne zdania i zostawiając szaty na obszernej szacie raz po raz kapiąc na jej poły. Emreithra w ogole nie zwracała uwagi na zniszczenie całkiem nowej szaty tak bardzo pochłonięta piórem i łańcuchem myśli.
Wycofała się ostrożnie, by zdobyć informacje tam, gdzie najłatwiej - napisać ogłoszenie i zaczerpnąć języka u miejscowych lub u istot które mają już nieco informacji na temat dziwnych grzybów.



Jednakże mimo zachowania wszelkich środków ostrożności przyszło jej potem zapisać jeden z najgorszych wniosków:



Gdy siedziała w bibliotece spisując wnioski które pojawiły się po przeanalizowaniu spisywanych na bieżąco obserwacji, pociągnęła łyk soku jabłkowego z kubka. Poprawiła swój charakterytyczny kapelusz, pachnący nowością, podobnie jak szata w którą była odziana. W tym momencie uniosła pióro by napisać o swoich odczuciach, jednakże zawahała się i cofając się myślami do momentu który był nim weszła do Wichrowej Wieży, zapisała tylko krótkie: Szaty spaliłam. I kontynuowała pisanie, pisanie pewnych teorii na które wpadła przypadkiem trafiając na zebranie rady miejskiej Ziemi Piratów...



Dezzmond

(wiadomość przesłana przez jednego z graczy z prośbą o anonimowe wstawienie na forum)

Kroniki psychonastolatki część kolejna

Zdobywcą nie była z odznaki na płaszczu, chociaż faktycznie, mierzyła się z najstraszniejszymi istotami tego świata ramię w ramię z posiadaczami "Zetki" wyhaftowanej w widocznym miejscu. Zapewne to był także jeden z czynników przez które dołączyła do spotkania z władzami tropikalnej wyspy, zamieszkałej przez smoki i zarządzanej przez driadę. Spotkanie odbyło się w sali wydrążonej pod wyspą, a w samym spotkaniu z ramienia wyspy udział wzięły Eldora i Riona, Zdobywców zaś reprezentował kartel niziołków w postaci Gomona i Bibianny, no i oczywiście ona - psychonastolatka Emreithra, chociaż w spotkaniu brał udział także cień...

Radzono i radzono nad tym, co dla wyspy może być najlepsze, jak zdjąć ciążące nad nią miano Ziemii Piratów, bo Ci zostali wygonieni i domem dla załóg pirackich już nie była. Co począć ze smokami na wyspie, jak zapewnić wyspie spokój - liczono, że rozsądek młodej adeptki magii i wyznawczyni Requanisa może się przydać, dlatego też padła propozycja, by zasiadała w Radzie Miejskiej piastując funkcję naczelnego maga wyspy. Emreithra, z ociąganiem zgodziła się przyjąć funkcję pod jednym warunkiem - jej głos może być głosem rozsądku, nie głosem decyzji - może wspierać, ale nie chce dźwigać ciężaru odpowiedzialności. I na to przystali wszyscy. Podobnie jak na powołanie odpowiednich urzędników, zaopatrzenie straży miejskiej i kilka pomniejszych tematów. Ta propozycja, chęć wykazania się (no i oczywiście pomoc mieszkańcom oraz utarcie nosa ważniakom z Korony) były jednym z głównych czynników dla których Emreithra zainteresowała się mykologią...

Już mieli się rozchodzić, kiedy okazało się, że nad całością rady z cienia czuwała Juko - w ogóle na nią nie zaproszona, ale za to wścibska i ciekawska, co mogło okazać się pomocne. I takie się okazało.

Jak już wcześniej spisano, Emreithra zajęła się sprawą grzybów, ale wciąż potrzebowała wskazówek, które mogą pomóc. Wywiesiła więc ogłoszenie we wszystkich dostępnych księstwach z prośbą o chociaż szczątkowe informacje i otrzymała je, bowiem Juko - doświadczona już poszukiwaczka grzybów i grzybosiewców takimi dysponowała. I to nie tylko w pamięci, ale miała także cenne wskazówki spisane na pergaminach - a jak powszechnie wiadomo, redaktorka naczelna Wydawnictwa Wichrowa Wieża właśnie tym się parała - zwojami, skryptami, tomiskami, grimuarami, księgami i wszystkim tym co można było (i na czym) spisać.

Umówiony kontakt udał się, dzieła zostały powielone, Emreithra odwdzięczyła się łuczniczce fiolką esencji marzeń, a samo mogła ruszyć sprawę dalej. Sprawę mykologiczno-kryminalną...

Dezzmond

(wiadomość przesłana przez jednego z graczy z prośbą o anonimowe wstawienie na forum)

Kroniki psychonastolatki - część: Nawywijałam(, ale nie chcący!)

Jestem czarodziejką, więc mam czarodziejskie obowiązki - tak w głowie myślała Emreithra, gdy kolejny raz swoją magią wspierała potrzebujących pomocy. Nie liczyła na poklask, nie liczyła na zapłatę, robiła to, bo tak należy. Choć zawsze stara się wyglądać godnie i elegancko, tym razem wróciła z potarganymi włosami, nieco zabrudzona od zarycia całą sobą w ziemi i co najgorsze: jej kapelusz miał pogięte rondo!
Desiderium dzielniej zniósł trud misji ratunkowej niż ona i wprowadzony na najniższy poziom wichrowej wieży ustawił się w boksie i wesoło zajadał winogrona, podczas gdy Emra człapała do sypialni na samym jej szczycie. Przejrzała się w lustrze i wyjęła z włosów niesforne gałązki zaplątane w nieładzie. Opis doprowadzenia się do ładu pominę, choć bardziej przypomina on ablucję niż kąpiel - nakładanie tych wszystkich olejków na skórę, włosy, paznokcie oraz zapachów w istocie wyglądać może jak rytuał. Czysta i pachnąca poszła do pracowni bo biżuterię nasączoną mocą trzymała właśnie tam, kiedy jej wzrok padł na setki zwojów i napisane wielkimi literami DYNIOWA AUKCJA.
-To dzisiaj!? - rzuciła pod nosem sama do siebie, okraszając wypowiedź soczystym słowem mającym za zadanie podkreślić wagę zaskoczenia, które celowo zostało tu pominięte. Szybkim krokiem ruszyła w kierunki schodów, a na ich szczycie zgubiła się - nie wiedziała czy iść się odziać czy liczyć dynię. Zdecydowała się odziać - nieskazitelna biel na jej ciele, kapelusz z szerokim rondem i... no przecież ta biżuteria nie pasuje! Zdjęła z siebie ozdoby i włożyła do torby, jeszcze raz spojrzała w lustro przechylając głowę - zdecydowanie powinna sobie sprawić coś ładnego - no chyba zasłużyła! Trudno, nie ma już na to czasu.

Zbiegła na dół do magazynów i ze zdumieniem odkryła, że ma zaledwie 63 dynie...
-No nieźle - pomyślała - gdy inni bawili się na dyniowej farmie, mnie powstrzymywały obowiązki - po czym ciężko westchnęła. Zaklęciem skompresowała przepastne skrzynie z dyniami do rozmiaru niewielkiej sakiewki i skoczyła w czas i przestrzeń.

Na miejscu spotkała wiele znajomych twarzy. Chyba zjechała tu cała śmietanka tego świata - najdzielniejsi wojownicy, najświelejsze czarodziejskie umysły, zacni pogromcy bestii, a nawet mistrzowie kulinarni. Przybyły istoty różnych ras, ale młoda wyznawczyni Requanisa uśmiechnęła się szerzej na widok tych małych istot zwanych zawadiacko "Kartelem niziołków" - Ci, ewidentnie kojarzący się z hodowlą dyń mieli łeb do interesów godny pozazdroszczenia nawet przez krasnoludzkie i gnomie rody kupców i jubilerów. Były też istoty ras mniej rozumnych - wierny pomocnik w domu aukcyjnym uwijał się ze ściereczką, by wszystko wyglądało idealnie. Zdeponowała swoje dynie i przeszła się pomiędzy postumentami na których były najróżniejsze przedmioty z całego świata. Jej uwagę od razu przykuł "Pan Pimpuś" - maskotka niebieskiego konia, zdaje się, że wykonana z niebieskiej parzonej wełenki - był niesamowicie uroczy. Nie rozumiała zbierania figurek - kto w ogóle ma tak przepastne domy bo sobie robić takie wystawki!? - ale ten pluszak oprócz bycia dekoracją, pozwoli przyszłemu właścicielowi czy też właścicielce mieć się do kogo przytulić w długie i smutne wieczory.



Aukcja do pewnego momentu przebiegała spokojnie. Na ladzie aukcyjnej pojawiły się złote kości do gry. Emra sroczką nie jest, ale coś co pozwoli jej się pobawić w gronie przyjaciół prezentowało się bardzo dobrze. Nastolatka na dźwięk nazwy przedmiotu uniosła rękę chcąc się zgłosić do ceny wywoławczej, jednakże chyba usadowienie się daleko z lewej musiało ją zasłonić - finalnie jednak kości wróciły do gry, a gdy ponownie zostały rzucone na stół powędrowały do kieszeni Emreithry. I to był początek końca.


Aukcja trwała, przekrzykiwali się z ofertami, aż pojawił się ten nieszczęsny płaszcz. Czarodziejka oblizała wargi i klasycznie dwie siły jakie w niej drzemią przeciwstawiły się sobie - schował się w cieniu wdzięk, styl, ogłada, prezencja, aparycja i takt jaki przystoi przyszłej strażniczce Requanisa, a do głosu (dosłownie!) doszła szczeniacka werwa i szaleństwo młodości:
-Va Banque! - rzuciła w przestrzeń budynku aukcyjnego, ale zaraz po niej (i szybkiej kalkulacji, że zostały 53 dynie) ludzie przerzucali się ofertami dużo większymi i stało się coś, czego się nie spodziewała. Prowadząca aukcje zatrzymała wszystkich unosząc rękę w powstrzymującym geście -
-Ile masz tych dyń? - zapytała z powagą.
-Nie, nic... I tak przebili - powiedziała nastolatka, przeszywana spojrzeniami wszystkich zebranych w domu aukcyjnym. Wiedzieć Ci trzeba drogi czytelniku, że te spojrzenia kłuły jak sztylety, jak kły wyverny i przeszywały jak szydło.
Przewodnicząca aukcji jednak dopytała, więc Emra dla pewności podeszła do depozytu by sprawdzić ilość, ale wydawało się, że każdy krok trwa wieczność, a buty ma zrobione z kowadeł. W pamięci miała legendy o pewnej królowej, którą obcięto na krótko i nagą puszczono przez miasto - tak się właśnie czuła zmierzając do skrzyni depozytowej.
-53... - powiedziała ustami suchymi jak pustynia nad Zatoką Coviańską
-Sprzedane!
Dźwięk eksplozji rozszedł się falą po pomieszczeniu z mocą większą niż trzęsienie ziemi. A epicentrum tego trzęsienia było miejsce w którym orczy pomocnik wręczał Emreithrze płaszcz w zamian za dynie elegancko skompresowane w sakiewce.
Nie chciała tam być, czuła jak zapada się w futrzany kołnierz płaszcza. Niechcący nawywijała - nie chciała innym sprawiać przykrości, ani też nie chciała by przez to mogło dojść do zamieszek. Ona! Adeptka magii! A czuła się jak wsiowa dziewczyna o którą zaraz pobije się syn mleczarza, młynarza i kowala na potańcówce w stodole.


Do końca aukcji już milczała - po pierwsze nie miała już dyń, po drugie jej psioniczne zdolności tak wyczulone na myśli w tym momencie były jak kałuża w którą ktoś garściami rzuca żwir. Pan Pimpuś znalazł nowego właściciela. A może właścicielkę? Nie pamięta. Atmosfera była gęsta, a Emreithra zareagowała dopiero pod koniec, gdy otarło się o zamieszki. Ścisnęła dłonie w pięści, a otwierając je utworzyła między dłońmi kule skrzącą się od piorunów która mogła w dowolnym momencie zmaterializować w korzenie oplatające nogi, pocisk albo iskrzącą się ścianę nie dającą przejść. Gdy się uspokoiło, podeszła do niej Bibianna Gąska i z serdecznym uśmiechem wręczyła jej nieduży sekretarzyk - Będzie idealnie pasował do Wichrowej Wieży - powiedziała i nim zaskoczona nastolatka wydobyła z siebie jakikolwiek dźwięk niziołka poszła w swoją stronę.



Emreithra rozczulona ujęła się za serce. Nie chciała tam być i serdecznie żałowała, że poszła, ale ten miły gest rozpromienił ją na tyle, że po powrocie zasnęła jak dziecko.


Dezzmond

(wiadomość przesłana przez jednego z graczy z prośbą o anonimowe wstawienie na forum)

Cholibka (z grzybnią), to się porobiło.


Emreithra zmaterializowała się na zasypanym piaskiem dziedzińcu tuż przy wejściu do ratusza Ziemi Piratów. Krótkie szepnięcie wystarczyło, by jej wierny Desiderium rozpłynął się jak mgła, a ona mogła zająć się swoimi sprawunkami w depozycie bankowym. Na miejscu zastała młodziutką driadę Sanjab - znała ją, bowiem kiedyś już ich drogi przecięły się. Driada po krótkiej wymianie zdań zgodziła się rzucić okiem na grzyby w wejściu do kopalni. Emreithra skrupulatnie przygotowała maski, które wyłożyła bandażami nasączonymi w różnych leczących, odtruwających i zabezpieczających roztworach i wręczyła jedną Sanjab
która na miejscu stwierdziła, że nigdy w lesie takich nie widziała, to utrzymało Emreithre w przekonaniu, że były sztucznym tworem.



Emreithra poczytała nieco o grzybach, o systemach w jakich potrafią się rozciągać pod ziemią, podczas gdy na zewnątrz wystaje tylko nieco grzybni i wpadła na pomysł, który w tamtym momencie wydawał jej się genialny - smoczy ogień!
Ogień oczyszcza, trawy wypala się przed nowym siewem, ogień niszczy, ale daje bezpieczeństwo - i myśląc tym torem udały się na kraniec wyspy, gdzie swoje bezpieczne leże miało kilka młodych smoków - byłoby w czym wybierać, a Sanjab znała się na dzikiej przyrodzie. Emreithra nieco mniej i to chyba właśnie ona spłoszyła smocze stado. Zganiona przez driadę, żeby nie ruszała smoczego jaja wróciła do miasta, ale Sanjab zaoferowała się, że swoim smoczym towarzyszem, że mogą spróbować.



Emreithra przywdziała maskę i uklękła pogrążona w medytacji. Pulsujące światło przy jej skroniach raz za razem wysyło sygnał w głąb tuneli, by opuścić kopalnie - sugestie o przerwie, karczmie i odpoczynku wpłynęły niemalże na wszystkich, ale nie na strażników na służbie, o czym miała się przekonać za chwilę. Sanjab zeszła ze smokiem w dół, a na ziemi Emreithra okładała teren zaklęciami blokującymi tworząc swego rodzaju magiczną kopułę -  chodziło przecież, by żar poszedł w dół, nie w górę. Na dole zaś toczyła się żywa dyskusja, na którą młoda driada nie była w ogóle przygotowana - Emra zaalarmowana nikłą myślą, którą wyłapała pomiędzy kolejnymi inkantacjami zbiegła na dół, ale było już za późno. Nie chciała długo pozostawać w strefie zagrożenia, więc posłużyła się zaklęciem Empatii by wpłynąć na umysły strażników, ale Sanjab chyba wystraszona podniosłem głosem strażników wydała komendę do smoka (Zdaje się, że brzmiało to w języku driad jak: Dracarys? - Emra nie jest pewna, za szybko to się działo) i czmychnęła czym prędzej. Emreithra była bardzo zaskoczona, ale nie było czasu na dziwienie się. Obłożyła się magicznym lustrem, aż oczy jej błysnęły żywym światłem i ruchem ręki posłała światłem magiczną barierę by odciąć strażników od ognia który właśnie miał rąbnąć, a sama sprintem ruszała w stronę wyjścia.



Nagła eksplozja wyrzuciła ją na powierzchnię przypalając magiczną osłonę oraz końcówki włosów, brwi i rzęsy. Wypadła i rąbnęła o ziemię, charcząc i krztusząc się na kolanach zakręciła dłonią świetlisty okrąg, a ten rozżarzył się blaskiem gwiezdnych szafirów. Sama zaś przyłożyła dłonie do skroni, a je myśli ruszyły galopem w głąb tuneli szukając strażników
Kal Rel Por Xen! - Krzyknęła łapiąc na myśl i jaźń zamgloną myśl jednego ze strażników o cycatej pomocniczce karczmarza, wystarczyło - jego ciało zostało szarpnięte przez tunel czasowo-przestrzenno-myślowy i gruchnęło obok niej. Emra zakaszlała, ale gdy tylko złapała oddech, ponowiła: Kal Rel Por Xen! - wszystko czego uczyła się o opanowaniu, o dokładnej pracy rąk i warg podczas inkantacji było gdzieś daleko, była tylko ona i potrzeba naprawienia błędu pośpiechu młodego driady - była chaotyczna inktancja i sprint, a tam sprint, dziki galop, cwał myśli przez ciemne korytarze kopalni. Jedyna myśl jaką wyczuła była mała piegowata dziewczynka w warkoczykach i morelowej sukience. Córka? - pomyślała przez ułamek sekundy, gdyż musiała się skupić i przyciągnąć strażnika podróżą myśli. Klęcząc i sondując tunele obróciła się widząc, jak portal gaśnie i rozpływa się. Zerwała się z kolan i sprintem ruszyła w kierunku mostu, krzyknęła w stronę strażnika, ale na jej szczęście niejaki Wolfgang nadlatywał właśnie traktem na chimerze. Wyskoczyła jak poparzona (choć w sumie nieco była) i tylko krzyknęła w jego kierunku:
-Szybko, za mną! Nie ma czasu na wyjaśnienia!
Mężczyzna nie zadawał pytań, ale ruszył ofiarnie za nią.
-Wsadź ich na siodło i do punktu medycznego! - krzyknęła, a drżącymi dłońmi sama zaczęła składać ręce i rozciągać między nimi światło nadziei - In Vas Mani! - iskra boża, która trzyma dusze przy ciele rozlewała się to jednego, to na drugiego strażnika. Poskramiacz chimery nie pytał, nie narzekał - ładował wiotkie osoby na swojego wierzchowca i pędem ruszyli do miejskiego szpitala. Emra wpadła pierwsza prosząc o pomoc, ale w jej głowie zaczęło się kręcić - dym, pyłek grzybów, wycieńczenie ilością zaklęć - rzuciła krótką prośbę o pomoc i dławiąc się kaszlem uciekła krzycząc coś o robakach i że nie jest winna swojemu koniowi żadnych pieniędzy.