Ostatnie wiadomości

#31
Przygody / Odp: Kamienne Serce Gór
Ostatnia wiadomość przez Allasir - 2025 09 10, 14:59:45
Lindi gdyby nie Twój alkohol to by nie było tej treści ;)
Mnie imiennie tez tam nie ma, jestem jednym z wielu.
#32
Przygody / Odp: Kamienne Serce Gór
Ostatnia wiadomość przez Lindi - 2025 09 10, 14:57:51
A krasnoludzica ze spirytusem to za mała żeby zauważyć?
#33
Przygody / Kamienne Serce Gór
Ostatnia wiadomość przez Allasir - 2025 09 10, 14:40:31
✦ Kamienne Serce Gór

Góry Brytanii od zawsze były miejscem, gdzie cisza mieszała się z grozą. Wysokie szczyty ginęły w chmurach, przełęcze strzegły swoich tajemnic, a wąskie ścieżki prowadziły wprost w otchłań. To tam, w jednej z niedostępnych dolin, zebrała się drużyna śmiałków – dziewięcioro bohaterów, aby udrożnić przejście pomiędzy skałami, które od wieków oddzielały wioski kupców od szlaków handlowych.

W ich oczach było skupienie, a w sercach mieszanina odwagi i lęku. Na czele kroczył ciężkozbrojny rycerz, którego czarna zbroja połyskiwała w promieniach słońca. Obok niego maszerował berserker w skórach, z młotem ciężkim jak los, zawsze gotowy do szału bitewnego. Dwaj łucznicy, znani z celności, której zazdrościłby im każdy strażnik z Brytanii, posuwali się lekko, czujni i milczący. Z tyłu bardowie stroili lutnie i fletnie, gotowi do pieśni, które miały podnieść serca do boju, a magowie mamrotali inkantacje, trzymając w dłoniach laski i sztylety splecione zaklęciami. Nad nimi wszystkimi górował golem, a raczej krasnolud we wspomaganym pancerzu aktywowanym krasnoludzkimi runami umieszczonymi na kolczudze – wierny strażnik, zmaterializowany z samego mithrilu.

  Góry Brytanii przywitały śmiałków ciszą, tak gęstą, że każdy krok odbijał się echem w dolinach, jakby same szczyty nasłuchiwały. Nie było tu miejsca dla zwykłych ludzi – powietrze było rzadkie i ostre, pachniało pyłem i pradawną magią, a niebo zdawało się niższe, gotowe przygnieść każdego, kto ośmielił się zakłócić jego spokój.
Drużyna stanęła u stóp przełęczy, gdzie ściana kamieni zamykała drogę jak potężna brama. Nie była to zwykła zawaliska – skały miały w sobie coś nienaturalnego, jakby ręka bogów własnoręcznie postawiła je na drodze, aby oddzielić dwa światy.

Rycerz uniósł rękę, a jego zbroja zabrzmiała jak dzwon.
— Tutaj otworzymy przejście — powiedział głosem, który nie znał wahania.
Berserker parsknął śmiechem, opierając młot o ramię.
— Kamień to tylko mięso ziemi. Każde mięso da się rozbić, jeśli ma się dość siły.
Magowie wymienili spojrzenia, a jeden z nich uniósł laskę.
— Uważajcie. Góry mają swoje sekrety. Nie każda skała poddaje się dłutu.
Łucznicy bez słowa naciągnęli cięciwy i spojrzeli ku klifom, gotowi do obrony. Bardowie uderzyli lekko w struny lutni, jakby chcieli nadać rytm pracy, a ich pieśń uniosła się lekko, przypominając o dawnych bohaterach, którzy wyruszali na podobne wyprawy.

A potem padł pierwszy cios kilofa.
Dźwięk uderzenia rozszedł się po przełęczy jak grom. Kolejne uderzenia dołączyły do niego, tworząc surową melodię – pieśń młotów i dłut. Kamienie kruszyły się, odpryski tańczyły w świetle słońca, a pył unosił się w powietrzu jak mgła. Z każdym ciosem przełęcz stawała się jaśniejsza, a śmiałkowie czuli, że naprawdę zdobywają ziemię, że odzierają góry z tajemnic, które skrywały od wieków.
Krasnolud w swym magicznym pancerzu, pracował bez wytchnienia, jego ramiona były jak katapulty, każdy ruch odłupywał całe głazy. Rycerz i berserker dołączali do pracy, ich siła mieszała się z mocą kamiennego towarzysza. Łucznicy pilnowali otoczenia, a bardowie przyśpiewywali, nadając rytm i wzmacniając serca towarzyszy.
Przez chwilę zdawało się, że wszystko przebiega zgodnie z planem. Słońce wspinało się ku zenitowi, echo kilofów niosło się po dolinach, a praca posuwała się naprzód. Każdy wiedział, że to, co robią, zostanie zapamiętane – że to oni ponownie otworzą drogę przez góry.

  Aż w pewnej chwili rycerz dostrzegł coś niezwykłego – połyskujący głaz zatopiony w ścianie przełęczy. Nie był to zwykły kamień. Świecił wewnętrznym blaskiem, jakby w środku płonął uwięziony księżyc. Gdy ostrza kilofów uderzyły w jego powierzchnię, rozległ się metaliczny dźwięk – nie pęknięcie, lecz echo, które zdawało się przenikać do samego serca każdego z obecnych.
Nikt jednak nie przypuszczał, że każdy cios w skałę zbliża ich nie tylko do celu, lecz także do przebudzenia czegoś, co spało w sercu gór od niepamiętnych czasów.

  Nie minęła chwila, a z półek skalnych nad nimi oderwały się kształty. Harpie – ale nie z krwi i kości. Ich skrzydła i szpony były utkane z szarego granitu, a oczy świeciły jak rozpalone węgle. Spadły na drużynę z przeraźliwym wrzaskiem, niosąc śmierć.
Rycerz podniósł tarczę i zatrzymał pierwszy atak. Berserker runął naprzód z rykiem, roztrzaskując skrzydło jednej z bestii. Łucznicy wypuścili grad strzał, a pieśń bardów poniosła się nad doliną – melodia, która dodała odwagi, sprawiając, że każdy cios uderzał mocniej, a każda rana bolała mniej. Magowie rzucili kule ognia, które eksplodowały wśród skrzydeł harpii, rozsypując ich kamienne ciała w pył.
Zwyciężyli, lecz kamień wciąż lśnił.

  Gdy kolejny raz spróbowali go skruszyć, ziemia zatrzęsła się, a ze szczelin skalnych wyłoniły się sylwetki – gargulce wyrzeźbione z kwarcytu, ciężkie i potężne. Ich skrzydła trzepotały jak młoty, a każdy cios ich kamiennych pięści był jak uderzenie taranu.
Walka była ciężka. Rycerz ledwo utrzymywał tarczę, a berserker wpadł w szał, jego młot rozłupywał skały na kawałki. Krasnoludzki golem, zrodzony z magii, zmierzył się z gargulcami jak równy z równym – walka metalu przeciw kamieniowi dudniła jak burza. Łucznicy strzelali bez wytchnienia, a pieśni bardów stawały się coraz bardziej gwałtowne, rozpalając w sercach wojowników płomień.
Z trudem, lecz i to zagrożenie zostało pokonane.

    Nie zdążyli odetchnąć, gdy kamień raz jeszcze zapulsował światłem. Tym razem blask był oślepiający, a z wnętrza góry wydobył się przerażający ryk. Ze szczelin skalnych wypełznął młody smok – jego łuski były z czystego marmuru, skrzydła przypominały granit, a oddech nie był ogniem, lecz pyłem, który dławił płuca.
Walka ze smokiem była niczym starcie z samą górą. Każde uderzenie ogona kruszyło skały, każde skrzydło wzniecało lawinę kamieni. Magowie otwierali portale płomieni, bardowie grali aż struny pękały, a rycerz wraz z berserkerem stawali ramię w ramię, by odciągnąć uwagę bestii. Łucznicy szukali szczelin w marmurowym pancerzu, a krasnoludzki golem zaryzykował i chwycił smoczy ogon, by powalić go na ziemię.
Smok runął, rozbijając się o własne gniazdo skał, lecz cena była wysoka – każdy z bohaterów nosił teraz rany.

  Ziemia zadrżała, jakby całe góry wstrzymały oddech. Z rozłupanych skał buchnęło światło i pył, a ciszę przerwał ryk tak potężny, że powietrze drżało w płucach. Z wnętrza przełęczy wynurzyła się istota większa niż wieże Britain – wielki smok z kamienia, prastary strażnik, ulepiony z samego serca gór.
Jego łuski były jak klify, każde skrzydło niczym płat skalnego urwiska, a oczy płonęły czerwienią, jak rozżarzone wnętrze wulkanu. Każdy krok tego kolosa kruszył ziemię, każdy ruch skrzydeł zasypywał bohaterów gradem odłamków. To nie był przeciwnik zrodzony z ciała – to był żywy monument, gniew samej Britanii.
Rycerz uniósł tarczę, lecz cios smoczej łapy odrzucił go jak liść na wietrze. Berserker ryknął i runął naprzód, jego młot rozciął powietrze, lecz obuch odbił się od kamiennej łuski z brzękiem, jakby uderzył w górotwór. Golem, w którego sercu tliła się krasnoludzka moc, stanął naprzeciw niego – i gdy ich pięści zderzyły się, echo rozniosło się po dolinach jak grzmot burzy.
Łucznicy zasypali smoka deszczem strzał, celując w szczeliny między łuskami. Niektóre trafiały, wbijając się głęboko, inne kruszyły się jak patyki o skałę. Magowie splatali zaklęcia – płomienie, błyskawice, fale energii – a każdy czar uderzał w potwora jak grom z nieba. Lecz smok odpowiadał własnym oddechem – chmurą kamiennego pyłu, która dusiła, kaleczyła i odbierała wzrok.
Bardowie nie ustali, ich pieśni stawały się coraz bardziej dzikie, pełne rozpaczy i odwagi, wyciągały z serc towarzyszy resztki siły.
Bitwa trwała – godziny mijały. Ziemia wokół przełęczy była jedną wielką ruiną. Rycerz, krwawiący i zmęczony, zdołał wbić miecz w pysk bestii, gdy berserker w szale rozłupał jedno z jej skrzydeł. Golem padł na kolana, zmiażdżony, lecz w ostatnim akcie chwycił łapę smoka i przytrzymał ją, dając towarzyszom chwilę.
Wtedy magowie połączyli swe moce – ogień i błyskawice splotły się w jedną włócznię światła, którą wystrzelili w samo serce potwora. Huk był tak wielki, że całe pasmo górskie odpowiedziało lawinami.
Smok zawył, jego ciało pękało jak roztrzaskiwany posąg. Jeszcze raz uniósł głowę ku niebu, jeszcze raz rozłożył skrzydła, lecz nim zdołał uderzyć, runął na ziemię niczym potężny meteoryt.

Drużyna, poraniona i wyczerpana, patrzyła, jak proch z kamiennego cielska unosi się nad zwłokami. Gdy pył opadł, pozostała tylko cisza – głęboka i pełna. W tej ciszy, która nastała, połyskujący kamień nagle sam rozsypał się w niezliczoną ilość drobinek, które uniosły się w powietrzu niczym gwiezdny pył i zniknęły w nocnym niebie.

  Śmiałkowie stali wśród ruin i ciał pokonanych przeciwników. Przełęcz była już wolna, a droga przez góry otwarta. Lecz każdy z nich wiedział, że nie kruszyli zwykłego głazu – dotknęli tajemnicy starszej od Brytanii. Tajemnicy, która żyje w górach i być może jeszcze powróci.




Wydarzenia z mojej perspektywy ;)





p.s. Byłbym zapomniał o jakże heroicznym oddaniu krasnoludzicy Karuny Zharrad-Grund Aetharn, która to zadbała by na polu walki każdy miał w pobliżu dzban spirytusu krasnoludzkiego ( kto spirytus podaje w dzbanach ? ). Maszkary nas trapiące akceptowały chwilowe zawieszenie broni na łyk czegoś mocniejszego ;)
Dziękuję wszystkim, świetnie się bawiłem i oby więcej takich inicjatyw.

#34
Regulamin i komunikaty / Odp: Informacje ogólne
Ostatnia wiadomość przez Aqe - 2025 08 18, 22:49:59
Ekipę opuszcza Buziek, aktualny skład tutaj.
#35
Przygody / Para i trybiki
Ostatnia wiadomość przez DragoN - 2025 07 06, 17:19:30
Para i trybiki.
W centrum górskiego przesmyku między wysokimi skalistymi górami wznosiła się samotna twierdza z szarego granitu – kuźnia, twierdza i dom Gromdala Zharrad-Grund Aetharna, kowala Run, mistrza starożytnych zaklęć i sztuki inżynieryjnej. Jego broda była tak długa biała i zadbana, a biały irokez sterczał dumnie jak płomień na szczycie głowy. Gromdal był stary, nawet jak na krasnoluda, ale siła nie opuściła jego ramion, a mądrość wypalona w runach świeciła jaśniej niż kiedykolwiek.
Tego dnia odpoczywał przy ogniu, popijając spirytus i zagryzając kiełbasą, gdy niebo rozdarł potężny huk. Wieża zadrżała. Sekundy później przez okno wpadł błysk, a gdzieś w oddali rozległa się eksplozja, aż echo odbiło się od północnych grani.
Bez słowa, z błyskiem w oku, Gromdal zerwał się na nogi. Chwycił swój magiczny drzewiec zakończony ostrzem półksiężyca i zszedł do stajni, gdzie już czekał Bjarn — biały niedźwiedź polarny, większy niż którykolwiek jego krewny z lodowych pustkowi. Po chwili pędzili przez pożółkłe jesienne pola, a zimny wiatr targał brodę krasnoluda.
Im bliżej miejsca eksplozji, tym więcej fragmentów napotykał — blachy, przekładnie, spalone drewno i pęknięte rury. Wszystko to nosiło ślady skomplikowanego mechanizmu, a zarazem szaleńczej katastrofy. Wreszcie, na skraju lasu, pod zwęglonymi gałęziami, leżał nieprzytomny chłopiec. Obok niego dymiły resztki czegoś, co przypominało rozbity latający pojazd — coś, czego krasnolud nigdy wcześniej nie widział na oczy.
— Hmmm... Krasnoludy tak nie budują... — mruknął Gromdal, zsiadając z Bjarniego. Przyłożył rękę do piersi chłopca, wypowiadając słowa starych run leczenia. Ciepłe światło przesunęło się po jego ranach. Potem wyjął manierkę i przelał do ust młodzieńca kilka kropel palącego spirytusu.
Chłopiec zakaszlał, otwierając oczy z przestrachem.
— Spokojnie, młokosie. Niebo cię nie przyjęło. Jak cię zowią?
— Th-Thomas... Thomas Falton... — wychrypiał chłopiec. — Ja... ja to zbudowałem... sam...
— Toś głupi, ale i odważny. Latać chcesz?
— Tak, sam zbudowałem ale ... coś poszło nie tak.
Po krótkiej opowieści, której krasnolud przysłuchiwał się uważnie co chwilę zerkając w stronę wraku powiedział:
—To chodź. Zobaczymy, czy można ten złom uratować.
Gromdal dał mu rękę i razem z pomocą Bjarniego załadowali co tylko się dało i ruszyli w stronę twierdzy.
Budynek był wypełniony cudami. Od łbów smoków zawieszonych przy wejściu przez suto zastawiony stół aż po wspaniale wyposażoną pracownię z prototypami golemów bojowych. Na ścianach błyszczały mapy magicznych linii mocy, a na półkach — trybiki i tomy starożytnych ksiąg.
Thomas patrzył na to wszystko z rozdziawionymi ustami.
— To... pan to wszystko sam zrobił?
— Ja, młodzieńcze. Ale i ty pokazałeś coś więcej niż wielu dorosłych. Masz smykałkę do mechaniki... może coś razem zdziałamy.
Wieczorem usiedli razem przy długim stole. Krasnolud po wysłuchaniu słów chłopca zrozumiał, że faktycznie młokos ma sporą wiedzę z zakresu mechaniki. Postanowili razem odbudować maszynę. Kowal Run przygotował puste księgi dla chłopca by mógł spisywać swe pomysły i poprawić projekt, a sam również wziął się za planowanie co można w urządzeniu poprawić.
— Potrzebujesz nie tylko płomienia, ale i solidnego fundamentu może Mytheril się nada lepiej? Jest solidniejszy niż stal a i przy tym dużo lżejszy.
Thomas słuchał uważnie, notując wszystko, choć ręce mu drżały od emocji i zmęczenia.
Gdy noc zapadła, Gromdal zaprowadził go do stajni, gdzie czekało posłanie z wełny i ciepły koc. Bjarn parsknął cicho i położył się obok, jakby czując, że chłopiec jest już częścią tego miejsca.
— Jutro zaczniemy pracę — powiedział krasnolud, zamykając za sobą drzwi. — A może i coś więcej... może nową erę pary i trybików.


#36
Przygody / Szept Księżyca
Ostatnia wiadomość przez Dezzmond - 2025 06 16, 22:15:51

Wyczuwała ciepło energii wokół siebie – znajome, kojące, lecz... milczące. Matka Natura, choć wciąż była obecna, nie odpowiedziała. Zmierzch zaczął obejmować las. Złote światło słońca zgasło, a na polanę, w której zatrzymała się Eldora, padł snop srebrzystego blasku księżyca. Kobieta uniosła głowę, by spojrzeć na niebo – a wtedy ją ujrzała. Między drzewami pojawiła się sylwetka. Wielka, dumna, o sierści lśniącej niczym gwiezdny pył. Wilczyca o oczach głębokich i przenikliwych jak noc. Nie wydawała dźwięku. Nie poruszała się jak zwykłe stworzenie. Jej obecność wibrowała w powietrzu jak pieśń – pradawna, potężna... boska. Driada wstrzymała oddech. Srebrzysty wilk zbliżył się, aż czubek jego pyska dotknął jej otwartej dłoni. W tej samej chwili rozbłysło światło. Postać wilczycy rozpadła się w obłok mgły – srebrzystej, mieniącej się – która zaczęła wirować wokół Eldory, oplatając ją spiralami księżycowego blasku. Kobieta uniosła twarz ku niebu, gdy energia przenikała jej ciało, rozpalając w jej żyłach nową, obcą moc.

Nagle wszystko znikło. Światło księżyca przygasło, a srebrzysta mgła rozwiała się bez śladu. Ciszę przerwał tylko cichy szelest liści. Eldora otworzyła oczy, gwałtownie wciągając powietrze. Leżała wśród mchu, otoczona znajomym zapachem wilgotnej ziemi i żywicy. Serce biło jej mocno, a na policzkach czuła wilgoć – łzy, które spłynęły, choć nie pamiętała, kiedy zaczęła płakać. Dłoń, wciąż wyciągnięta ku niebu, drżała. Snuła się przez granicę jawy i snu, zanurzona w wizji, która była zbyt wyraźna, zbyt głęboka, by była zwyczajnym snem. Choć ciało nie doświadczyło przemiany, a srebrny wilk nie zostawił śladu łapy na ziemi, Eldora wiedziała, że coś się zmieniło. Bogini przemówiła. A sen, który ją nawiedził, był darem – zapowiedzią, ostrzeżeniem... i obietnicą.


Eldora, poruszona snem, nie zwlekała ani chwili. O świcie wyruszyła ku wyspie znanej z dzikiej przyrody i pradawnej magii, gdzie mieszkała jej dawna przyjaciółka – druidka Sinthia, znawczyni ziół, roślin i magii natury. Poszukując odpowiedzi, driada musiała zaufać tej, która od zawsze słyszała głos natury równie wyraźnie, jak ona sama, a może nawet bardziej. Gdy dotarła na miejsce, przywitał ją zapach owoców, ziemi i ziół, unoszący się znad sadów otaczających starą posiadłość. Kamienny zamek, porośnięty gęstym mchem i pnączami winorośli, skrywał się za wysokim, gęstym żywopłotem, w którym przycięto starannie wyprofilowany otwór. Zaraz za nim rozciągał się sad: najpierw rząd dostojnych grusz, których liście szeptały na wietrze, potem szeroki pas traw porastających żyzną ziemię, a dalej – rząd jabłoni, przeplatanych niskimi drzewkami cytrusowymi, niosącymi słodką woń dojrzewających owoców. Po prawej stronie, pomiędzy rzędami drzew, stał drewniany kurnik – prosty, ale zadbany, z wyraźnymi śladami obecności kur buszujących po zaroślach. Kamienna ścieżka, porośnięta gdzieniegdzie mchem, prowadziła ją ku wejściu do zamku, flankowana po obu stronach stelażami obrośniętymi winoroślą, której grona zwisały ciężko nad jej głową. W końcu stanęła przed stalowymi wrotami – masywnymi, starymi, lecz pięknie zdobionymi. Uniosła dłoń i zapukała delikatnie zaciśniętą pięścią, czując bicie własnego serca odbijające się echem w ciszy poranka. Czekała na przyjaciółkę... i na odpowiedzi.


Drzwi otworzyły się bezgłośnie, ukazując sylwetkę kobiety o urodzie niemal nieziemskiej. Sinthia – młoda druidka – spoglądała na Eldorę dużymi czarnymi oczami, lśniącymi jak nocne niebo tuż przed burzą. Jej lekko opalona skóra, delikatna jak batyst, zdawała się promieniować ciepłem porannego słońca, a wokół niej unosiła się woń lasu i świeżych ziół – znajoma, kojąca, niemal domowa. Poruszyła się z gracją i lekkością, typową dla niej, jakby nie stąpała po kamiennej posadzce, lecz sunęła pośród porannej mgły. Posłała driadzie serdeczny, promienny uśmiech zapraszając ją do środka. Eldora przekroczyła próg, a chłodne powietrze zamku niosło ze sobą ciszę i zapach wilgotnych kamieni. Parter rezydencji przypominał labirynt – nie z żywopłotu, a z masywnych, niskich kamiennych stołów, ustawionych w skomplikowanym układzie. Na ich powierzchni dostrzec można było odciśnięte ślady donic i resztki żyznej ziemi. Driada szła ostrożnie, prowadzona przez gospodynię, mijając kolejne zakręty i przejścia między stołami, aż dotarły do krętych schodów prowadzących na piętro. Tam rozciągał się ogród wewnętrzny – zielona oaza w sercu kamiennego zamku. Paprocie bujnie porastały jego wnętrze, a krople rosy błyszczały na ich liściach niczym klejnoty. Tuż za ogrodem zaczynała się kamienna posadzka, chłodna i gładka, na której spoczywał szeroki, brązowy dywan. Na nim ustawiony był prostokątny stół z surowego kamienia oraz sześć pasujących do niego krzeseł. Cały kącik, wraz z ogrodem, otoczony był łukowatymi przejściami, prowadzącymi do wąskiego korytarza o drewnianej podłodze z klepki. Ściany korytarza, z surowego kamienia, ozdobione były licznymi portretami. Kobiety usiadły do stołu. Sinthia przyniosła parujący gliniany półmisek, z którego unosił się aromat przypraw i gotowanych warzyw. Eldora podziękowała cicho, a przez chwilę obie jadły w milczeniu, przesiąknięte obecnością starej magii. Driada przez dłuższą chwilę wpatrywała się w parujący napar w swoim kubku, jakby szukała w wirujących liściach odpowiedzi, których nie potrafiła jeszcze wypowiedzieć na głos. W końcu westchnęła cicho i podniosła wzrok na przyjaciółkę. Jej serce było rozdarte – targane niepokojem i bólem.


Choć słowa przyjaciółki przyniosły zrozumienie, Eldora potrzebowała więcej – pierwotnej bliskości, która zawsze koiła jej duszę. Ruszyła więc do leśnego matecznika, ukrytego głęboko wśród wzgórz, gdzie nawet ptaki śpiewały ciszej, a czas zdawał się płynąć inaczej. Szukała ciszy, by zrozumieć, dlaczego Matka Natura nie odpowiedziała na jej wołanie. Weszła głębiej, niż kiedykolwiek wcześniej. Jej palce muskały mech, którym okryte były pnie starych drzew, a dłonie otulały bluszcze. Zatrzymała się przy zroszonym źródle, gdzie sarna piła wodę z taką ufnością, jakby znała ją od lat. Uklękła.
– Matko... – szepnęła. – Przez całe życie służyłam Ci wiernie. Kochałam każdy liść, każdy korzeń. Dlaczego milczysz?
Wtedy powiał wiatr. Nie burzliwy, nie złowrogi. Cichy, pulsujący rytmem życia. Liście uniosły się i zatańczyły wokół niej. Kora drzewa popękała lekko, ukazując w swoim wnętrzu wzory przypominające runy. Usłyszała słowa w swojej głowie, które nie były głosem, lecz obecnością. Jak dotyk promienia słońca na ramieniu – Córko, nie odwróciłam się. Ale nie zawsze jestem tą, która musi prowadzić. Czasem jestem tą, która oddaje głos innej sile. – Eldora poczuła ciepło w sercu. – Dwa światy się połączyły. Dwie opowieści. Ty jesteś miejscem ich przecięcia. – Nie płakała. Uśmiechnęła się. Matka Natura nie zawiodła. Po prostu... zaufała jej do końca.
#37
Przygody / Odp: Z dziejów Królestwa Bryta...
Ostatnia wiadomość przez Dezzmond - 2025 05 30, 19:16:30
Uczta na Zamku Królewskim

Z woli Dziedziczki Tronu, Jej Wysokości Księżniczki Elizabeth British, działającej w imieniu Korony na Zamku Królewskim zorganizowano uroczystą ucztę na którą zaproszeni zostali wszyscy dzielni Bohaterowie, którzy wsparli trudy obrońców stolicy podczas najazdu hordy nieumarłych i przyczynili się do jej wyzwolenia.


Słońce chyliło się ku zachodowi gdy do bram zamku zbliżyła się zwarta grupa ludzi, elfów i krasnoludów ubranych w odświętne stroje. Gwardzista pilnujący wejścia z sumienną starannością zweryfikował przybyłych z listą zaproszonych gości. Po okolicy rozległ się zgrzyt mechanizmu bramy. Stalowa krata ruszyła ku górze otwierając przybyłym dostęp do placu zamkowego.

Goście ruszyli przez główną bramę gdzie przejął ich Zarządca Zamku, który skierował ich na schody. Na piętrze, w połowie kamiennego korytarza prowadzącego ze schodów do królewskich komnat znajdowała się wyjątkowa sala, będąca wewnętrznym ogrodem zamkowym, pełniącym także funkcję biesiadną. Sala została wkomponowana prostopadle względem korytarza i otoczona solidnymi, kamiennymi murami, których surowość łagodzą pnące się rośliny i starannie przystrzyżony żywopłot. W samym centrum tej przestrzeni biegnie piaskowa ścieżka, ogrodzona bujnymi żywopłotami, prowadząca do eleganckiej fontanny z kamienną figurą, otoczoną kwiatami. Fontanna ta znajduje się tuż przed głównym stołem, przeznaczonym dla gospodarzy zamku.

Goście zajęli miejsca przy dwóch, długich kamiennych stołach rozmieszczonych po obu stronach sali wzdłuż jej bocznych ścian na których czekały starannie rozłożone srebrne talerze, sztućce i kielichy. Po chwili do komnaty, dostojnym krokiem wkroczyła Księżniczka Elizabeth British, przyodziana w wykwintną, niebieską suknię sięgającą do ziemi i biały, półprzezroczysty płaszcz opadający na jej ramiona. Zajmując miejsce przy stole centralnym przywitała się z gośćmi i poprosiła ich o przedstawienie się po czym spoczęła na drewnianym, bogato zdobionym, drewnianym tronie.

Uczestnicy uczty zaczęli kolejno wstawać i przedstawiać się zarówno Księżniczce, członkom jej dworu jak i pozostałym zaproszonym gościom, choć Ci zdawali się dokonale znać. Większość z nich pochodziła bowiem ze Skara Brae i należała do gildii Zdobywców. Wśród zaproszonych gości, którzy przybyli znajdowała się driada imieniem Sanjab wraz z Juko, jej towarzyszką. Na prawo od niej zasiadał elf Athelan Aldaron, będący przedstawicielem władz Skara Brae oraz dowódzcą, który poprowadził sojusznicze oddziały podczas ataku nieumarłych na stolicę. Zaraz obok niego miejsce zajął kolejny elf - Sul'larth, który ogłasza się jako Książe Elfów. Zapytany przez Księżniczkę Elizabeth British o swój rodowód uznał jednak, że to przydomek, który nadali mu ludzie, choć nie posiada on królewskich korzeni. Przy drugim stole, na prawo od stołu centralnego zasiadał Hideus Tankardt Cuttlar, mistrz gildii Zdobywców, pochodzący z jednego z najznamienitszych krasnoludzkich klanów. Obok niego miejsce zajął Mischrak, zdolny czarodziej, należący niegdyś do Kapituły Magów.

Zaraz po przedstawieniu się wszystkich gości, Księżniczka serdecznie podziękowała im za ich wkład w obronę Stolicy przed nieumarłymi i rozpoczął się nieoczekiwany przez nikogo występ elfa Sul'lartha, który osobiście poprosił o taką możliwość. Zaprezentowana przez niego pieśń zdawała się nie przypaść do gustu gości, a on sam przyznał, że nie posiada talentu muzycznego. Niezręczna atmosfera została przerwana przez gorące dania, które zagościły na stołach serwowane przez królewską służbę.

Po posiłku nadszedł czas na kolejną przemowę Księżniczki Elizabeth British, która zdradziła, że chęć podziękowania obrońcom stolicy nie jest jedynym powodem przez który postanowiła zorganizować ucztę. Przyznała, że choć jej ojciec, Król Wilhelm British, przygotowywał ją do przejęcia tronu od najmłodszych lat, nie czuje się jeszcze do tego w pełni gotowa. Sytuacja w której znalazło się Królestwo, tj. porwanie brata Elizabeth oraz zaginięcie jej rodziców sprawia, że nie ma innego wyjścia niż przyjąć koronę swego ojca. Choć jest wdzięczna doradcom i dworzanom Króla za ich dotychczasową służbę chciałaby otoczyć się ludźmi, którym ufa. W związku z tym planuje utworzenie królewskiej rady składającej się osób, które przypodobały się jej osobiście. W opinii Księżniczki, pierwszeństwo u jej boku należy się dzielnym obrońcom stolicy. Dlatego poleciła zaproszonym gościom, aby rozważyli jej propozycję nim spotka się z nimi ponownie, aby ją omówić. Poleciła także, aby w najbliższym czasie unikali podróży do Cove wobec którego władz toczy się aktualnie postępowanie w sprawie odwrócenia się od Korony w potrzebie i podejrzenia spiskowania z przedstawicielami władz Twierdzy Delucja.

Przemowa Księżniczki została przerwana gdy na sali rozbłysła czarna poświata otwieranego portalu z którego wyłoniła się sylwetka drobnej kobiety. Straż Królewska otoczyła Księżniczkę odcinając jej od intruza. Jeden ze strażników ruszył ku kobiecie szarpiąc ją i próbując wyprowadzić z sali. Okazało się, że jest to nikt inny jak Seelena Mac Cumhail, która również była zaproszona na ucztę. Na nic się miały jednak jej tłumaczenia, gdyż wtargnęła na zamek omijając wszelkie procedury bezpieczeństwa, stwarzając bezpośrednie zagrożenie dla Księżniczki i jej gości. Gwardia Królewska wyprowadziła Księżniczkę otaczając ją zwartym kordonem, któremu towarzyszyli kusznicy gotowi zestrzelić każdego kto choćby spróbuje się do niej zbliżyć. Uczta dobiegła końca. Goście opuścili zamek odprowadzeni przez wysokiego oficera, który zasiadał przy Księżniczce. Gdy oficer został znieważony przez na dziedzińcu zamkowym przez wyprowadzaną przez niego Seelenę Mac Cumhail, która ponownie zaczęła inkantowć słowa zaklęcia tworząc kolejną bramę magiczną dobył miecz i zamachnął się nim tracąc równowagę. Wpadł w portal prowadzący do Skara Brae raniąc Seelenę. Pospiesznie stając na nogi cofnął się w bramę znikając z oczu zszokowanych mieszkańców miasta.
#38
Przygody / Kroniki Psycho-Nastolatki (prz...
Ostatnia wiadomość przez Dezzmond - 2025 05 30, 17:51:45
(wiadomość przesłana przez jednego z graczy z prośbą o anonimowe wstawienie na forum)

Aukcja w Aurin przyciągnęła wiele istot ras wszelkich, które wyposażone w worki cieknące płynem mózgowo-rdzeniowym i pachnące rozkładającymi się, dość gładkimi mózgami małpiarzy - istot tak głupich, że mniej pofałdowany mózg ma chyba tylko... (Ehh... no skoro tak myślisz.)


Emreithra wyjątkowo zrezygnowała z długich szat z licznymi kieszeniami, tak typowych dla wyznawców Requanisa i przywdziała strój który bardziej pasuje do jej wieku - elegancki wamsik z naturalnej bawełny, lekko bufiaste rękawy koszuli, krótka spódnica w odcieniu czystej bieli i sandały. Oczywiście dopełnieniem stroju był miękko obszyty kapelusz z szerokim rondem, który to krój sobie umiłowała, a który uszył dla niej mistrz Tyrmanda.
z umysłem czystym jak łza, wypoczęta i świeżo po medytacjach wkroczyła do sali wypełnionej istotami i przedmiotami, które równie dobrze w większości mogłoby być wystrojem zgnitych lochów despotycznych władców, rzeźników lub po prostu pokojów istot, które są fanami twórczości barda i bajarza Stephena z Jhelom.

Młoda czaromiotka przywitała się uprzejmie, ale nim zasiadła dostrzegła znajomą postać, którą już wcześniej chciała odwiedzić - miała dla niej Magię Umysłu - autorskiej, dwutomowej pracy (Teraz do kupienia za jedyne 25.000 monet - kolorowa okładka gratis!), którą podarowała w podziękowaniu za pomoc, w poszukiwaniach materiałów do jej ostatnich prac badawczych. Zbliżenie się do tej istoty wywołało nieco poruszania, wibracje w powietrzu były dość wyraźne, by mogła je zignorować - poczuła je wyraźnie, jednakże tego dnia, przyszła po konkretny przedmiot - liczyła, że będzie jednym z pierwszych - i przeliczyła się dość mocno - bo był ostatni, ale po kolei.

Wiele ciekawych przedmiotów można było zakupić, a licytacja płaszcza była tak emocjonująca, że musiała schłodzić lico wachlując się kapeluszem - 1150 mózgów! Toć to kilka pełnych worków. Kolejne przedmioty trafiały do swoich nowych właścicieli, aż w oczekiwaniu na swoje wymarzone meble, z nudów zaczęła podłapywać myśli i pragnienia znanych jej osób. Niektórych nie było stać inni mieli limit przedmiotów - zaryzykowała więc i sprawiła prezent Yarkaltowi w postaci kokonu, następnie większość mózgów zamieniła na opończę, która (sądząc po myślach) wyjątkowo przypadła do gustu pewnej istocie, wyjątkowo dla niej serdecznej, o czym jeszcze wspomniane będzie. Większość wyjątkowej waluty poszło właśnie na to, więc gdy przyszła kolej na hebanowe regały na książki - nie była w stanie unieść wagi tej aukcji i... przegrała! Jedyny przedmiot na którym na prawdę jej zależało i jedyną rzecz po którą tak na prawdę przyszła. Finalnie, wróciła do Wichrowej Wieży taszcząc ze sobą dwie spore latarnie, które teraz wskazują drogę do wąskiej ścieżki w góry, a i to dzięki uprzejmości Awosa, który zgodził się je odstąpić od kompletu, w zamian za odpuszczenie licytowania pozostałych jego części - czyli jakiejś okropnej ławki i krzesełek. Dwie latarnie na osłodę, po utraconych hebanowych regałach. Dwie latarnie i nic więcej.
A nie,  wróć! Jeszcze tajniki tworzenia mrocznego lustra, bo najszybciej ze wszystkich wie, jak się nazywa...

Emreithra - Nastoletnia Psioniczka, obrażona o hebanowe regały
#39
Pytania i odpowiedzi / magazyn, kamienie
Ostatnia wiadomość przez SovieT - 2025 05 27, 09:18:02
Pytanie do Ekipy, na DC nie udało się uzyskać wyczerpującej odpowiedzi

Co ma na celu zablokowanie możliwości wkładania kamieni do magazynu i czego możemy się spodziewać w przyszłości? Czy planujecie całkowicie zlikwidować magazyn dla wszystkich surowców?

Fajnie by było jakbyśmy się doczekali jakiegoś komentarza, bo zmiana jest kompletnie niezrozumiała i nie wnosząca nic dobrego do gry.

Pozdrawiam serdecznie.
#40
Przygody / Odp: Ważna książka
Ostatnia wiadomość przez Lindi - 2025 05 21, 19:37:51
Juko wracała właśnie do miasta, gdy kątem oka zauważyła coś czerwonego. Podjechała bliżej na swoim ulubionym ostardzie. Na brzegu wyspy, nieopodal mostu leżały mocno sponiewierane zwłoki kobiety. Kobiety z którą jeszcze wczoraj rozmawiała.


Rozejrzała się uważnie, strażnik drzemał nieopodal, za drzewem. Z daleka było słychać chrapanie. Najciszej jak potrafiła, a trzeba dodać, że to jej specjalność, zabrała się do pracy.
Nie chcąc mieć kłopotów starannie "zapakowała", obciążyła ciało i zepchnęła w stronę brzegu. Teraz, to ryby zajmą się zacieraniem śladów.