Szyderca

Zaczęty przez Woszczu, 2007 06 11, 21:41:30

Poprzedni wątek - Następny wątek

Woszczu

Karminowe słońce zachodzące nad Vesper powitał przeszywający syk wydobywający się z popękanych ust maga. Chwile później zawtórował mu ryk smoka towarzyszącego magowi. Uniósł głowę i nabrał nozdrzami powietrza. Słodki zapach ciała wdarł się do wnętrza nosa.
- Młody wieśniak – mruknął sam do siebie i ściągnął lejce swojej bestii

Biedak pakował wszystko na wóz najszybciej jak umiał. Niestety nie zdążył przed zachodzącym słońcem. Mag przez dłuższa chwile obserwował jak z wielkim pośpiechem wieśniak pakował marchewkę na jucznego konia. W końcu nakazał smokowi by wyszedł z zarośli. Rolnik zdębiał nie wiedząc co robić. Dostatecznie długo w okolicy krążyły plotki o zaginięciach i mrocznym wędrowcu. W głowie maga już zapadła decyzja o losie jegomościa.

Powoli obrócił głowę by rzucić pogardliwe spojrzenie na wpół żywego wieśniaka ciągniętego za smokiem. Oblizał popękane usta z lubością parząc jak spopielone do pasa ciało spowija się w katuszach.
- Piekło za życia – mruknął do siebie, a na twarzy wymalował się szyderczy uśmiech.
Odciął linę by smok mógł się pożywić ciałem. Bryzgająca krew upadła na dłoń maga. Oblizał długi, suchy palec zakończony żółtym paznokciem.
- Krew niewinnego – pomyślał z lubością.
Głodne dzieci nie myślą o nauce!
Możesz pomóc! To nic nie kosztuje!
www.pajacyk.wileks.pl

Nawet świnka potrafi wejść na drzewo jeśli jest chwalona.

Gwail

Czyszczę Pr0 komętaże.

Temat pozostawiam otwarty dla tych, którzy czują potrzebę poklimacenia chociaż na forum ;).

Kas

Pytasz sie o moja wiare? Jaka wiare? Bogowie? Oni sa tacy jak my... Nie sa doskonali. Methestel? Nie badz smieszny.
- Zapamietam to sobie - krzyknal jakis nieznany mi wojownik, stojacy pod moim balkonem. Czyzby mi grozil? Ten krzewiciel wiary w BOGA dobra? Pierwszy raz go na oczy widze a on mi juz grozi... JAK SMIE! Jeden, dwa, trzy... wdech, wydech... Spokoj....
Dzieki Ci Dalio, jedyna, idealna, perfekcyjna...
Lublin przeprasza za LVika

Aruvin: Problem zajmowania miejsca jest niemal zerowy w porównaniu do tego, że ilość itemów i innych śmieci jakie trzymacie w domkach wydłuża zapis stanu świata do długości szczytowania świni wietnamskiej. :/

urug

Wojownik wrzucił kamień do wody. Przez chwilę bez większego zainteresowania przyglądał się, jak ten zanurza się coraz głębiej i głębiej, nie zważając na fale próbujące wypluć z siebie napastnika. Za dużo nienawiści na tym świecie szepnął, po czym wskoczył za nim.

Ilidrius

Kolejne promienie słońca wpadły do marmurowego pokoju. Czując ich ciepły dotyk, wstał i ziewnął. Kolejny dzień, piękny, jak zwykle... zwodniczo piękny. Umył się, zjadł cieplutkie kanapeczki prosto z piecyka, ubrał i z jakże ... pochmurnym wyrazem twarzy wyszedł przed dom i w momencie przekręcenia kluczyka w furtce posłyszał chrupnięcie gałązki tuż za nim. Obrócił się. - Доброе утро - nieznajomy z jakże mroczną aurą, i ze złowrogim spojrzeniem powitał go.  - Witaj ... - odrzekł. -Что Вы делаете здесь? - wymamrotała owa mroczna osoba. Prawa brew  powędrowała w górę. - A myślałem, że ta mowa to już przeszłość - podrapał się w głowę. - Вы получили какое-нибудь золото? - uśmiech numer 666 pojawił się na twarzy gościa. - Słucham? - wypowiedział niepewnie.  Gdzieś za plecami dało się słyszeć tupot 10 koni, raczej nie biegnących w jednym kieruku, a kluczących między drzewami prócz tego jakieś wrzaski, przekleństwa, syczenie, eksplozje magii i uderzenia klingi o klingę. - Taaak... piękny dzień się zapowiada - jego pochmurna twarz zrobiła się jeszcze bardziej pochmurna niż pochmurność jest pochmurna. Wrócił wzrokiem na przybysza...  - A ten gdzie? - rozejrzał się. Spojrzał w dół. - Noga? - krwawy strzęp brudził właśnie mu buty. - Hm... - podstawowe wyrażenie opisujące stan zamyślenia wydobyło się z jego ust.  Patataj patataj. Obrócił się już któryś raz z rzędu. - Kal Vas Flam!! - cóż za wspaniałe trzy słowa . - A my tak łatwopalni... - wymamrotał na sekundę przed tym jak objął go płomień. Taaaakk to będzie piękny dzień...

Woszczu

Mocno osmolone futro wilkołaka po raz kolejny zapaliło się. Moment później cios drewnianym kijem powalił bestie na ziemie. Ugryzienie smoka było już tylko formalnością i wytresowanym odruchem. Zsiadł i nakłuł sztyletem gardziel wilka. Dla wielu jego braci byli współbratyńcami, dla niego interesowali raczej jako źródło krwi niezłej jakości.

Przerzucił nogę przez siodło i chwycił lejce. Ślady, którymi podążał od dłuższej chwili, stawały się coraz wyraźniejsze. Znał ten układ kopyt i ślady drugiego zwierzaka kroczącego za jeźdźcem. Chwile później stanął naprzeciw dawnego przyjaciela, jednak człowiek nie widział go jeszcze w ciemności ogarniającej polanę. Rozważał co począć. Czy ujawnić się? Czy przywitać się? Z łatwością mógł zmienić swoje oblicze nie do poznania. Mógł go nawet... zabić.

Cichy głos powoli obudził się w głowie maga. Szeptał mu co ma czynić. Ciepłym, lecz surowym głosem.

Wyłonił się z cienia.

Opadli na kamienne, zimne krzesła, lekko pokryte kurzem. Pstrykniecie palcem i stół stojący przed nimi rozbłysł blaskiem kilku świec pomiędzy, którymi pojawiły się smakołyki. Blada sięgnęła po dwa kielichy i napełniła ja winem. Jeden z nich trafił do ręki wampira, drugi do ręki jego przyjaciela. Gest ręka zachęcił do poczęstunku, którym gość nie wzgardził. Chwile wspominali dawne czasy. Wampir zdobywał zachwiane podczas spotkania zaufanie przyjaciela. Powoli odbudowywał kontakt z człowiekiem, przywołując kolejne wspomnienia. Temat rozmowy coraz bardziej dotyczył chwili obecnej. Wampir rozpoczął krótka anegdotą o winie które pili. Miało ono pochodzić z elfiego dworu i  być podawane na jednym z wesel. Służka niosąca dzban rzekomo została zabita, a wino trafiło na wampirzy stół, gdzie wymieszane z krwią niewiasty stanowiło smakołyk. Kilka zdań zakończył szyderczym uśmiechem. Człowiek przełknął ostatni, pozostały w kielichu łyk i niepewnie odstawił puchar. Wampir wstał od stołu i nachylił się nad swoim przyjacielem. Rzekł mu kilka słów,  które jegomość coraz gorzej rozumiał.

Wychodząc z komnaty roztrzaskał mała fiolkę z pozostałością zielonego płynu. Na metalowym korku szyderczo lśnił wygrawerowany napis: ,,Nie sztuka jest zabić wroga".
Głodne dzieci nie myślą o nauce!
Możesz pomóc! To nic nie kosztuje!
www.pajacyk.wileks.pl

Nawet świnka potrafi wejść na drzewo jeśli jest chwalona.

Alkus

Starszy Inkwizytor William Grant przechadzal sie po kamiennych korytarzach w iscie wybujalym kroku.
Potrzeba nam bohatera. Niegdys bohaterow wywyzszalo sie, kanonizowalo, czysto uwielbialo, badz zwyczajnie szanowano przez zazdrosc. Dzisiaj trywializujemy ich. Traktujemy jak niechciane wzdecie Bogow. Uwazamy, ze Bogowie przeliczyli swoje mozliwosci, tworzac ich...
Minal tuzin chlodnych i patologicznie spartanskich sal, majacych tendencje do trzymania jeszcze nizszej temperatury nizli na zewnatrz. Co chwile lustrowal wzrokiem sufit korytarzy, bezblednie wpadajac w inteligentna poze. W iscie perfekcyjnym stylu falszowal wlasna osobowosc.
Sam Swiety Ezekiel, ukamienowany przez dzikusow, ktorych tak wielbil nawracac twierdzil, iz nie umiera po to, aby ich zbawic, lecz po to, by oni nauczyli zbawiac siebie samych.
Otworzyl silne, mosiezne drzwi. Wnetrze ogromnego pomieszczenia zdawalo sie neutralizowac mrozny jezor zimy, penetrujacy kazda konstrukcje rozleglych sal Inkwizycji. Niemalze wydoczny gorac, upersonifikowany w niewyrazne ksztalty egzotycznych ptakow prazyl sie na trzech pnacych sie w proznej ormentalistyce w gore kominach. Zar ten pochodzil od ogromnego pieca, wydrazonego w podlodze, otoczonym wysoko postawionym mostkiem, zamykajacym ow piec jak ciern. William dumnym krokiem wszedl na mostek, glaszczac wypchany sierscia mlodego niedzwiedzia kolnierz.
Indoktrynacja jest jednym ze sposobow uzywania umyslu.
Nad piecem chaotyczna konstrukcja przekladni, wiezadel, lin, sprezyn i kol zebatych tworzyla diabelska kreacje najwiekszej izby tortur w calej Sosarii. Przy mechanicznej skrzyni, kierujacej tzw. "mlotem methestela" stal mezczyzna w ozdobionym okropienstwami helmie. William niedwuznacznie stanal przy mezczyznie i popatrzyl na wjezdzajace w gore metalowe klatki.
-Dwoch przyznalo sie, sire. - William skinal glowa. - Cala reszta utrzymuje, ze nie ma z tym nic wspolnego. Co mam z nimi zrobic, sire?
Religia kpi sobie z rozsadku. Methestel by tego chcial. Jestem pewien, ze tego wlasnie by chcial.
William nie musial wele robic, mial do siebie to, ze milczeniem potrafil wizualizowac kazda swoja mysl.
-Ale sire...
-Nie jestes tutaj od tego, by zadawac pytania... - pieknym glosem nie wpasowal sie w atmosfere tego miejsca. Kosmyk perfekcyjnego loku upadl na delikatny polik Williama.
Methestel by tego chcial...
Wychodzac, slyszal zgrzyt grubego lancucha, wiercacego sie na zelaznym kolowrocie. Krzyki wplotly sie w orkiestruum mechanizmu, a jeki stopily w okropienstwach goraca.
Mezczyzna w helmie z nietoperzowatymi skrzydlami jeszcze chwile przygladal sie drzwiom, odseparowany od spazmatycznych wrzaskow.
-Z czego on tak naprawde szydzi? Z siebie, czy Bogow?
the only thing worse than evil is apathy.