Zamachowiec..

Zaczęty przez TheForeigner, 2008 02 22, 11:52:21

Poprzedni wątek - Następny wątek

TheForeigner

Blade swiatlo ksiezyca migotalo na pomarszczonej powierzchni wody. Z dokow Brytanii dochodzio lagodne pluskanie. Miasto spalo cicho pod oslona nocy. Naweet najtezsi chulacy  chrapali w swej koi, badz tez lezeli na bruku. Wiele spalo z twarz na brudnej podlodze w jakiejs gospodzie badz karczmie. Mimo to miasto nie cieszylo sie dobra reputacja. W regularnych odstepach czasu wartownicy patrolowali ciemne ulice. Mogloby sie wydawac ze o tej porze nocy nawet przemytnicy  juz spali.
Mala lodz powoli zblizala sie do portu. Jej jedyny pasazer, wioslujac szybko lecz bardzo cicho, kierowal swa lodke ku ciemnemu molu. Nie widzial dwojki wartownikow nadchodzacych z ciemnej uliczki. Lecz oni go dostrzegli. Zastanawiali sie co naklonilo tego czlowieka do podrozowania o tak poznej porze. W tym wlasnie momencie spostrzegli zelazny kufer. Krazyly plotki o tym iz kapitanowi pirackich statkow mieli zwyczaj przemycac swe najcenniejsze lupy w taki wlasnie zuchwaly sposob. Ich oczy zablysly z radoscia. Kiedy dziob lodki uderzyl  lekko o stare drewniane molo, przybysz mocujac sie z ciezkim kufrem zszedl na lad. Byl sredniego wzrostu odziany w czarna skorzana zbroje, ktora rozplywala sie w mroku nocy. Twarz okryta w polowie chusta ukrywala tozsamosc postaci. Poruszal sie zwinnie, nie czyniac najmniejszego halasu. Z daleka widac bylo iz nie posiada przy sobie innych rzeczy... zwlaszcza broni. Wartownicy usmiechneli sie do siebie... To bedzie latwe.. Przybysz starannie sprawdzil molo na calej jego dlugosci po czym pospiesznie otworzyl kufer. Zajrzal do jego wnetrza po czym zamarl w bezruchu, jak gdyby zaskoczony jego zawartoscia. Przeklinajac cicho wyciagnal z niego jakis duzy, lsniacy przedmiot i wsadzil go do worka. Pusta skrzynie wrzucil do wody i ruszyl w kierunku brukowanej ulicy. Szybkimi krokami szedl prosto ku zaciemnionej alejce w ktorej czekali straznicy. Wartownicy cicho wyjeli miecze. W poswiecie ksiezyca doskonale widzieli swoj cel. Wylonili sie sposrod cieni.
- Stac! - krzyknal jednej z nich - Zatrzymac sie w imie.... Niech to diabli! - zaklal upuszczajac swa bron. Cienki, szescioramienny metalowy przedmiot ugodzil go w nadgarstek reki, w ktorej trzymal miecz. Wystarczylo aby dziwny pocisk zboczyl choc odrobine w ktorakolwiek strone, dosiagnal by gardla straznika.
Obcy rzucil ponownie. Krew trysnela z gardla wartownika. Mezczyzna padl na kolana wydajac z siebie bulgoczace dzwieki. Drugi straznik wybiegl wybiegl z alejki i wymierzyl kusze w przybysza. Zginal nim zdazyl wystrzelic. Ostry niczym brzytwa kawalek metalu przebil mu oko i ugrzazl gleboko w mozgu. Przybysz podszedl do obu cial sprawdzajac puls. Jego ust nie wykrzywil grymas, gdy z cial zabitych wydobywal male, lecz zabojcze narzedzia walki. Twarz nie zdradzala rzadnych emocji. Ani radosci , ani niesmaku. Wciaz cieple ciala wrzucil do zatoki. Pracowal niezwykle szybko i sprawnie, nie tracac czasu na ocieranie spoconego czola. Tej nocy dzialal jeszcze szybciej niz zwykle. I tak zjawi sie spozniony na tajnym spotkaniu. Postac zaklela cicho. Lecz o dziwo dzwiek wydobywajacy sie z jego ust nalezal bez watpienia do kobiety. Przez tych przekletych wartownikow stracila cenny czas. Gdyby nie spieszyla sie tak bardzo na umowione spotkanie, uslyszalaby ich na tyle wczesnie, zeby wogole ich ominac. Wolala unikac takich zbiorowych zabojstw, lecz jeden pozostawiony przy zyciu straznik mogl sprowadzic setke nastepnych, co jeszcze bardziej zwiekszyloby jej opoznienie. A nawet ona nie miala na tyle odwagi by spoznic sie na spotkanie.
Przemykala przez labirynt ciemnych alejek pomiedzy budynkami. W polowie drogi wyczulone zmysly ostrzegly ja, ze obserwuje ja ktos z ukrycia. Spodziewala sie tego. Na skrzyzowaniu skrecila w waska brudna uliczke. Gdy podeszla do jednego z malych, niechlujnych budynkow drzwi otworzyly sie. Zaczynajace sie progriem drewniane schody prowadzily w dol, do srodka kryjowki. Slabe swiatlo ksiezyca nie oswietlalo schodow do konca. Wszyscy zlodzieje i zamachowcy wiedzieli, ze lepiej odbywac spotkania pod oslona ciemnosci. Uslyszala za soba charakterystyczny trzask. Schody zawalily sie zmieniajac korytarz w stromy zsyp. Byla na tyle sprytna ze nie stracila rownowagi, lecz podeszwy jej butow slizgaly sie po naoliwionym drewnie. Chwile pozniej dotarla do koncu zsypu i wypadla na podloge. Instynktownie zrobila kilka koziolkow, zeby zmniejszyc sile uderzenia po czym szybko sie podniosla. Plaska rekojesc wywazonego noza wyslizgnela sie z umocowanej przy nadgarstku pochwy i spoczela w jej dloni. Byl to jeden z 6 nozy jakie miala ukryte pod ubraniem. W prawej rece trzymala kilka szescioramiennych rzutek, na ktorych byla wciaz krew straznikow.
- Ahsadhu mudahhana salih - Glos byl cichy i nienaturalny, lecz mimo wszytko surowy i wladczy.
- To ty? - wyjakala, lecz szybko odzyskala spokoj - Ilha salih Ashhadun an loshh - Przeszla na dialekt znany tylko niektorym zlodziejom i zamachowcom. W innych okolicznosciach uzylaby mniejszej liczby slow, zastepujac je tajemnymi ruchami glowy, oczu, palcow i rak. Jednak z uwagi na ciemnosc w jakiej sie znajdowala musiala ograniczyc sie do formy slownej.
- Tutaj bron niebedzie ci potrzebna - uslyszala rozbawiony glos. Przez pare chwil zapadla niezreczna cisza, ktora przerwaly nastepne slowa, tym razem bez nuty humoru - Mialas byc o zmroku....

Alvor_Lucard

fajnie, tylko akapity, bardziej rozbudowane zdania - mniej kropek a wiecej przecinkow itp umililo by czytanie
*Mlask Mlask* Zastanawiasz się jak ciesze ryja kiedy płaczesz mi na PW o PK? - popatrz na Awatar :)