Wojna z Imortha

Zaczęty przez Darogan, 2008 11 11, 23:13:06

Poprzedni wątek - Następny wątek

Darogan

Droga była daleko, wiodła przez dzikie lasy , pełne najróżniejszy istnień. Mimo trudu podróży ruszyli wartko w stronę miejsca swego przeznaczenia. Ubrani oni byli w srebrny oręż i pancerze.. a na płaszczach mieli wyszytego złotego gryfa w koronie..

Dotarli do celu bez większych trudności.. przed ich oczyma ukazały się ruiny a z pod nich odór śmierci się unosił.. wiedzieli co znajduje się pod nimi. Żaden z nich nie przekroczył progu przeklętego miejsca.. przygotowali się do wypełnienia swej misji..

Po obrządku święty ogień zapłoną a świątynia dzieci nocy została zamknięta.. czy na wieki.. czy pomiot zła zdoła ją otworzyć.. to tylko czas pokaże..

Ruszyli zwarcie  w strony zamku, po drodze część oddziału wypadłą w zasadzkę wielkich istot strzegących górskich przełęczy ranni zostali zawróceni do miasta.. Ci którzy się ostali przy siłach ruszyli pędem dalej.. aż dotarli..

Przed zamkiem istot żywiących się krwią zaczęły się przygotowania.. lecz te brutalnie zostały przerwane przez strzegących swych ziemi strażników.. z samym władcą na cele.
Ostatni zakonniczy zostali powaleni na ziemie. Ostał się jeden.. ostatni, uśmiecha się do siebie w myślach, wiedząc co go czeka jeżeli się ostanie i groźby wampirzej istoty nie wysłucha, spojrzał na ciała swych braci , złapał mocniej miecz. I rozpoczęła się walka ..

Mimo ze wszyscy polegli.. wykonali swe zadanie dzielnie.. a święty ogień i w mroku wampirzego miasta i rozjaśnił jego kręte zakamarki..

Nie wiedzieli co czynić.. przybyli pełni gniewu do bram miasta zakonnego. Wyżywając rycerzy tam będących do ugaszenia tego co ich bracia tam zostawili. Twierdzili ze ich potęga i tak jest większa niż siłą methestela.. , jeden z zakonników rzekł w ten do nich : ,,skoro tak.. czemu sami nie ugasicie tych płomieni.. a nie prosicie nas o to ?"  Na co władca wampirzego rodu ,,My nie prosimy.. my żądamy" ... dzieci nocy jednak opuściły ziemie zakonną , gdyż ich żądania i chęć rozlewu krwi nic im nie przyniosła..

Dwa dni po tych wydarzeniach w magincji pojawili się z nikąd mimo odoru jaki z nich dochodził nikt nie zwrócił szczególnej uwagi na istoty.. a te wykorzystując fakt , pojedyńczo mordowały niczego nie spodziewających się rycerzy zakonnych.. jednak ich wyczyn nie zakończył się tak jak by chcieli.. wycofując się z miasta trafili na oddział zakonny który właśnie wyjeżdżał z puszczy.. ten widząc świeża krew na orężu ruszył w stronę istot.. te rozpoczęły szaleńczy atak.. walka przeniosła się na teren miasta.. i mimo heroicznego.. może szalonego wyczynu wampirzych sług te poległy.. ,,Spalić te truchła.. nie chce by jaką zarażę po mieście rozwlokły" rzekł jeden z zakonnych.. i tak zostało uczynione..

Jakie będą dalsze wydarzenia.. czas pokaże..

Maelui


Błysk...Dzwiek stali...Zapach krwi...Cos nie tak...cos zakłóca moj sen...
Kapłanko...-Ten głos....Jego głos! Woła mnie...ale gdzie?
Kapłanko....zbudz się!
Maelui zbudzila sie natychmiast  usłyszała odgłosy walki dochodzace z podnóza zamku.
Pobiegła na taras swej komnaty potykajac sie o swoje rzeczy.
Beannshie-zwiastunka smierci rżała niespokojnie i uderzała kopytami o posadzke spod ktorych szły iskry.Na samym dole rozgrywała się walka.Fioletowe płaszcze immortha wirowały posód wrogów a ostrza ich orezy kaleczyły ciała niemiłosiernie.
Nagle ziemia zachwiała sie pod jej nogami.Symbol Przedwiecznego na jej szyi zaczał pulsowac ogniem. Upadła na posadzke zemdlona
Ujrzała w malignie swietlista postac od ktorej biła aura dobra i czystosci a takze gniewu
zblizała się do światyni Vitae...
-Nie!-wrzasnęła kapłanka i zerwała sie z ziemi. Pobiegła natychmiast na dol przez krete schody zamku i korytarze wybiegła przed zamek a tam Reynar ucinał głowe ostatniemu z zakonników.
-Co sie stało?!
-Szczury...zakradli sie do swiatyni...i do naszego domu...
Ale Maelui juz nie słuchała biegła ile sił do tajnego przejscia w zamku.Portal wyrzucił ja przy wejsciu do swiatyni.Wejsciu przed którym płona ogien Methestela
*hsszzz!*- sykneła wampirzyca i nie zwazajac na poparzenia ognia wbiegla do srodka
Upadla na kolana...Spusciła głowe.Pojawili sie inni immortha
Nikt sie nie odzywał.Kapłanka wstała.W jej oczach palił sie ogien, zadza zemsty i krwi, jej wlosy unosily sie pod wplywem uwalnianej mocy.
-Musimy zbudzic Przedwiecznego...-Thiass odezwał sie pierwszy
-Tak....Juz czas by powrócił nasz Ojciec i zaniosl krew i zelazo smiertelnym.za 5 dni astralnych ulice Magincji spłyną krwią jak i kazde miasto bedace pod wladaniem Methestela...

Zostało wam niewiele czasu zakonnicy-powiedziała do siebie Maelui stojac w oknie swej komnaty
gdy tylko Phaedree odzyska pelnie mocy...nie uchroni was nikt przed Jego zemstą.
Świat spłynie krwią a dzieci Nocy odzyskaja nalezna im potęgę...

*upiorny chichot*
[/i]

Black Day

Anioł stoż strzegący kiedyś życia jednego z wielu zmarłych rycerzy zerkał radując sie .

Jesteście sobą macie swe cele i życie walcząc za to - Honor dla was .

Powoli zamykał stare błękitne oczy bu znów usłyszeć o wygranej - Honoru i Dobra

Darogan

Kolejny cios tak bolesny... przeciw dzieciom nocy został zadany..
Kolejne uderzenie w istoty chodzące nocą na polowania , tak niespodziewane

Tym razem celem stałą się sama kapłanką , którą zwą maelui..

Była na tyle potężna by walczyć.. jej potęgą.. została ugaszona..

Zakonnik ruszył z miasta zakonnego, do dalekich rubieży , skąd ściągną najlepszych swych łowców.. , później udał się na zachód... by wyznaczyć kolejne cele wojennej ścieżki..  

Nie spodziewała się tego.. jednak.. mylna była wątpliwość w cyny zakonników.
Kapłanka w zasadzkę dobrze przygotowaną wpadła.. do celi gdzie jej moc była nic nie warta sprowadzona została.. , a jej mroczne przegniłe serce , świętą włócznią przebite..

Tak została pokonana.. najwierniejsza służebnica swego pana..

Maelui

Maelui ostatkiem sil przeniosla sie do sanktuarium, ta niewielka próba kosztowala ja reszte  sil. Trawiona bolem i moca wroga upadla na ziemie przed wejsciem
-Phaedree...-wyszeptała z trudem.
Lezała długo na ziemi.Musiała odpoczac po tym wszystkim
Dotkneła rany i to był błąd.Bol przeszyl jej drobne ciało.Wygieła sie nienaturalnie i krzykneła głosno.Odpowiedziala jej typowa dla zamku wampirow cisza...
Doczołgała sie do swiatyni znaczac sciezke kroplami swej krwi.
Zeszla do podziemi...Odnalazła wsrod komnat grobowiec Przedwiecznego...
Komnata jak zawsze tetnila jego moca lecz cos nie pozwalało tej mocy dosiegnac ciala kapłanki. zgarneła ze stołu ksiegi i polozyła sie na nim.Szata z niej znikneła gdyz kazdy dotyk materialu powodował ból.Lezała długo naga na stole trawiona bolem i moca plynaca z zadanej rany.
Probowala sie modlic jednak moc Methestela nie pozwalała modlitwie na dotarcie do Ojca.
Próbowała grać...jej muzyka zawsze docierała do Niego,lubił jej słuchać...
Poczula jego kojaca moc...niewielka ale wystarczyla by lekko usmierzyc bol.
Zwolkla sie ze stolu i opadla na marmurowy sarkofag.
Kojacy chlod złagodzil nieco ból
wyczerpana zasneła wtulona w zimny marmur

Maelui

Minęło kilka dni od zasadzki zakonnikow.Maelui wiekszosc tego czasu spedzila w swiatyni, tam jej moc byla wieksza.Misterny plan zakonnikow mial jedna mala luke i tę własnie lukę wampirzyca postanowiła wykorzystać. Zakon nie zdawał sobie sprawy z więzi jaka łączy ją i Przedwiecznego, o wykształconej matrycy mentalnej miedzy jej umysłem a Nim.
Rana zagłuszała jedynie słowa modlitwy, nie pozwalała jej głosowi dotrzec do Ojca, potrzebowała wzmocnienia tej więzi...