Mlot celnego ciosu

Zaczęty przez Orions, 2006 02 04, 11:01:47

Poprzedni wątek - Następny wątek

Orions

Matthaus wygrzebał się z rumowiska i otrzepał pył. Blisko było. Blisko do tego, by już nigdy światła słońca nie zobaczył. Walka z szalonym kowalem wykończyła go zupełnie. No, nie mówiąc o tym, że po śmierci kowala zaczęły się zawalać jego podziemne jaskinie... jeszcze pół minuty i by tam zginął pod zwałami skał.

I co go tam pokusiło? Stara legenda o wspaniałym krasnoludzki kowalu, którego kunszt przewyższa wszystko, co świat dotychczas widział. Matthaus spojrzał na błyszczący młot, który zdobył na pokonanym przeciwnikiu. Dobrze leżał w ręku... Matthaus zamachnął się parę razy. Nic nadzwyczajnego, ot dobrze wyważony młotek. No cóż, przynajmniej grawerunki na główce ładnie wyglądają, będzie pamiątka. No i satysfakcja z pokonania przeciwnika. Dla takiego człowieka jak Matthaus satysfakcja była właściwie wszystkim.

W drodze powrotnej z gór postanowił jednak spróbować, jak się młot sprawuje. Akurat nadarzała się okazja, niedaleko Matthaus spostrzegł dużego orka polującego na coś do zjedzenia. Dobra, pomyślał, raz kozie śmierć, najwyżej padnę z ładną bronią w ręku. Jakież było jego zdziwienie, gdy ork zauważywszy przeciwnika wystawił rękę w powietrze...  a po sekundzie pojawił się w niej zakrzywiony sejmitar. No to juz po mnie, pomyślał szermierz. Nieporęcznym młotem nie sparuję nawet jednego ciosu tego potwora. Zdziwienie Matthausa stało się jeszcze większe, gdy ork podbiegł i zamachnął się mieczem. Młot w ręku szermierza sam ustawił się w odpowiedniej pozycji do bloku. Jedno cięcie sparowane. I drugie. I trzecie. Młotek był lekki i zwinny, prawie jak rapier. Matthaus postanowił coś sprawdzić... możnaby spróbować rozbroić tego drania... z mieczem to było łatwe, trafiasz w jelec przeciwnika, lekki skręt nadgarstka i po problemie. Ale młotkiem?  Niemniej jednak spróbował. Młot trafił dokładnie tam gdzie trzeba było, między jelec a rękojeść orczego sejmitara. Po chwili miecz szybował wysoko w powietrzu, wytrącony z ręki orka... Reszta już była tylko formalnością...

Nieźle, nieżle, pomyślał Matthaus. Zaczyna się robić ciekawie...

Sakubh

[...] Zadowolony ze zdobyczy Matthaus szedl na poludnie. Po kilku minutach drogi opuscil gorzysty teren gdzie mozna spotkac trole i orki. Pewny siebie nie zwracal uwagi na to co dzieje sie wokol niego. Nie wiedzial, ze trafil na step zamieszkaly przez czarne bestie zwane przez ludzi wilkolakami, ale oprócz straszliwych bestii teren zamieszkaly jest rowniez ludzmi sciganymi przez prawo Korony. Zmeczony zdarzeniami i emocjami przycupnal przy drzewie, z malej torby przy pasie wyciagnal resztki jedzenia. W tym samym momencie uslyszal tętent koni, zza wzgorza wylonilo sie kilka sylwetek na koniach, jeden osobnik siedzial na nieumarlym koniu, inny zas na widmowym. Ludzie skazeni zlem do cna bez zastanowienia zaatakowali Matthausa. Ten szybko wstal zlapal za młot i przystąpił do obrony. Udalo sie mu powalic kilku przeciwnikow lecz ich liczba stale rosla. Walka wrzala. W pewnym momencie z poludnia nadbieglo dwoch magow w seledynowych togach, jeden na blekitnym zuku drugi na czarnym jak noc koniu. W tej chwili z nieba spadly ogromne glazy. Mordercy rozproszyli sie w mgnieniu oka. Matthaus zainspirowany swoja moca ruszyl na czarodzieja siedzacego na zuku. Drugi mag zajal sie mordercami. Po kilku minutach zamieszania szaman wycofal sie, jego moc byla niewystarczajaca do walki z taka iloscia przestepcow. Za pomoca ksiegi run znalazl sie w umowionym wczesniej miejscu, gdzie czekal spiryta razem z oslepionym Mattheusem. Wlasciciel mlota mimo slepoty dalej probowal walczyc lecz nawet sila mlota nie rowna sie sile magii[...]. Magowie zeszli z wierzchowcow, jeden z nich zabral mlot i schowal do plecaka. Odmowili krotka modlitwe do Erenthii po czym pochowali cialo Matthausa. [...]

[...]W letniej rezydencji Arkasa Tiamorth(straznika miecza bolesci) obaj magowie niecierpliwie czekali na goscia. Po niedlugim czasie nadjechal wojownik na bialym koniu. Krotka tresciwa rozmowa i mlot zostal oddany w rece Jezdzca Przymierza. Kolejny artefakt sluzy Koronie, dobrze wykorzystany moze przechylic szale niekonczacej sie wojny dobra ze zlem[...]

Avatar

Jakiez zdziwienie obeszlo umysl Rycerza Britisha, gdy to wedrujac po ziemii wiecznie snieznej pustynii dostrzegl nadlatujaca znad oceanu biala mewe. Przygladal sie dluzej, temu niespotykanemu dotad zdarzeniu, ktore bylo dla niego nan wyjatkowe. Spostrzegl iz mewa ta wykonuje niezwykle akrobacje w powietrzu, obnazajac piekno swego pierza posrod innych ptakow, jakby probujac oznajmic wyjatkowosc swego istnienia. Rycerz spogladajac na mewe dostrzegal jej powolne zblizanie sie do granicy brzegu, zas ku wlasnemu zdziwieniu odnosil wrazenie, jakby celowo mewa zblizala sie wlasnie do niego. Rycerz dostrzegajac wyjatkowosc sytuacji postanowil zsiasc z konia, zdjac orez i wystawic dlon, dla nadlatujacego ptaka. Ptak powoli zataczal kolo aby wyladowac spokojnie, rozposcierajac swe sniezno-biale skrzydla wprost przed twarza postaci, po czym odwrocil sie lekko ukazujac starannie zwiniety list, schowany w objeciach tasiemki przyczepionej do gardla ptaka.

   Rycerz delikatnie wyjal list, po czym poczal go rozwijac. List niezwykle cienki po zlozeniu, okazal sie byc rozlozysta karta, ktorej rozmiary bynajmniej nie byly odzwierciedleniem ilosci zapisanych slow, lecz bogactwem tresci i waznosci wiadomosci nan zawartej:

   "Avatarze przybadz prosze czym predzej do rezydencji Arkasa, mego brata, gdyz sprawa to wazna i czekac nie moze" - Sakubh Tiamorth

   Avatar Aigelo pierwszy raz widzial aby Sakubh, wykorzystal moc nadana mu przez nature w sposob tak piekny i zarazem dosadny. Nie sadzil nigdy, ze w duszy jego kryc sie moze aspekt natury - przyjaciela. Dotad widzial jedynie jej gniew, ktory swoj upust mial posrod mordercow i pomiotow chaosu, ktorym to staral sie choc troche zrownowazyc dwie odwiecznie walczace ze soba sily. Czym predzej pobiegl wiec do lodzi swej, zwinnym skokiem konia wskakujac na poklad, po czym rozkazal sternikowi czym predzej zeglowac w strone Moonglow. Docierajac do portu miasta odniosl wrazenie jakby dostrzegl smuge jasnego swiatla,  rozposcierajaca sie w oddali, ponad rezydencja Arkasa. Biegl czym predzej na miejsce spotkania, bez swiadomosci czy jest to jest imaginacja wynikajaca z podniecenia tajemnicza sytuacja, czy tez faktyczne zjawisko wystepujace nad domem Arkasa, czy tez jest to zwyczajnie drogowskaz dla jego zmaconego umyslu.

   Docierajac do rezydencji Arkasa, spostrzegl spiryte - Dhagta Van'Zossa, oraz szamana Sakubha Tiamortha, oboje bedacych przedstawicielami Legionu Asmoday'a, gildii wielkiego przywodcy i znamienitego wojownika - Wazdara. Zaprosili Avatara czym predzej do domu, gdzie oczekiwali na niego od jakiegos czasu. Po czym objawili przed oczy jego, mlot, ktory swym blaskiem oslepil go w pierwszej chwili. Aura to niespotykana w okol niego sie roztacza, gdyz barwa jej jest zielen. Sakubh swym wzrokiem wyraznie dal do zrozumienia iz mlot ten w dlon winien Rycerz wziasc, jakby dla sprawdzenia, czy aby na pewno przyjmie jego obecnosc. Avatar w chwili wziecia mlota do reki poczul jakby... niezwykla jego lekkosc, jednoczesnie dostrzegajac lekkie wglebienia przy zwienczeniu mlota, ktore zakonczone byly nieduzymi kolcami, zas ktorych ostrza blyszczaly zielenia, jakby wysadzane byly turmalinami. Avatar przygladal sie mlotowi ze zwiekszona precyzja, probujac dostrzec kazdy aspekt jego wyjatkowosci... Jego zadume nad orezem przerwal Dhagt, oznajmiajac iz mlot ten zawiera w sobie niezwykla sile, ktorej strzec sie winien jej dierzawca, aby w zachwyt soba nie wpasc i pozorny przyrost wlasnych umiejetnosci, gdyz sila magiczna jedynie z dusza dierzawcy jest, gdy ten ja ceni i dostrzega slabosc duszy swej bez jej obecnosci. Slowa te dotarly do niego i byly tym, co w ulamku sekundy powiedzial mu jego wlasny rozum, a zas znalazl potwierdzenie tego spostrzezenia w slowach Dhagta. Nagly zachwyt sila i mozliwosciami jakie nan mlot otwiera przed Rycerzem, ktory to energicznie poczal wymachiwac mlotem w kazda strone, z wigorem dotad nie znanym dierzawcy obucha, zostal szybko stlumiony przez reke Sakubha, ktora z impetem rozpedzonego rumaka wystrzelila w strone Rycerza kule energii. Rycerz odwracajac sie w strone Sakubha dostrzegl wlasnie ta obawe, o ktorej sam przed chwila myslal... Czyli zachwyt nad samym soba i nadmierna sila, ktora obejmuje dierzawce tejze bronii. Avatar w chwili jednej objal zasady dierzawcy mlota, wiedzac iz nie moze dzierzyc go wiecznie w rece, gdyz popadnie w szalenstwo probujac stracac jego sila coraz to potezniejsze bestie, oddajac sie tym samym w bezkres wlasnej pychy. Zrozumial iz mlot ten bedzie jego towarzysem, do konca zycia jego, bedzie jego przyjacielem, jesli madrze go wykorzysta, uratuje mu nieraz zycie, jesli tej pomocy nie nadwyrezac bedzie. Wiedzial iz jest to moc, z ktorej korzystac moze jedynie w chwili, gdy spostrzegnie iz bez jego obecnosci, dusza jego stanie przed obliczem Wladczyni Otchlani, ktora straci go w swiat zmarlych, do brata jego... do Moa'y...

   Nadszedl przyjaciel Avatara - Barios Torhen, spogladajac na mlot jego, przelknal sline, po czym zapragnal sprobowac swych sil w walce honorowej z dierzawca mlota. Rycerz majac swiadomosc mocy jaka w rece posiadl, robil wszystko aby nie zranic zanadto przyjaciela i towarzysza z gildii jego, czego nastepstwem bylo zakonczenie walki po sekundach paru. Barios spostrzegl ze nie moze rownac sie z predkoscia mlota, po czym podziekowal za walke i odsunal sie na bok. Sakubh przyznal iz jedynie wojownik wzmocniony silami natury, sprobowac walke nawiazac moze, gdyz dlon dierzawcy Mlota Celnego Ciosu, jest zbyt szybka, zbyt skutecznie paruje ciosy i zadaje je nadzwyczaj celnie.

   Avatar zlozyl poklon zdobywcom mlota, skladajac na ich dlonie podzieke za zaufanie, docenienie sily jego ducha, oraz uznanie go za odpowiednia osobe, do dzierzenia tak poteznej mocy. Wykazali sie oni nadzwyczaj wielkim zaufaniem, oraz przyjacielskim gestem, gdyz bron to wspaniala. Wykazuje to rowniez wiare w ducha Rycerza tego, poniewaz jedynie czlowiek rozsadny, moze rozstac sie z bronia ta, nie na polu bitwy, lecz na lezu smierci spokojnej, gdyz to mlot wybiera osobe, jemu najbardziej odpowiednia i godna jego obecnosci.

   Rycerz ma nadzwyczaj trudne zadanie, wykazac sie musi i upewnic zdobywcow mlota w swej decyzji, oraz poskromic ducha broni, aby ten pragnal sie z nim zwiazac po kres jego dni.

Alvor_Lucard

Fajnie napisane, milo sie czyta, oby czesciej chłopaki.
Milo poczytac jak nas sie widzi z tej 2giej strony medalu a w grze z wami nieczesto jest okazja zamienic kilka slow.

pozdrawiam
Alvor L.
*Mlask Mlask* Zastanawiasz się jak ciesze ryja kiedy płaczesz mi na PW o PK? - popatrz na Awatar :)

Avatar

Trzeba czasem sprobowac chociaz troche obalic twierdzenie ze jestesmy glupimi pk i nic wiecej nas nie kreci =)

bobik15

A ktoz Cie tak okresla Avatarze?
To tylko gra:]

Woszczu

Był środek nocy... Jenis wściekły i obity czekał na kolejna ofiarę swoich bandyckich poczynań. Poprzednie dwie zwiały w popłochu stąpając już jedna noga w grobie. W końcu do trzech razy sztuka - pomyślał. Wraz z magiem Thordem patrolowali bramy księżycowe w najludniejszych miastach. Nic się nie działo.
- Wracajmy Thordzie, chyba nic nie zdziałamy. Wszyscy pouciekali. Godnego przeciwnika dziś trudno.
Mag skinął głowa i ruszyli w stronę bramy księżycowej by udać się w odlegle miejsce. Krasnolud już wstąpił na polanę gdy z bramy wyszedł rycerz znamienity i sławny, noszący herb Jeźdźców Przymierza. Był to Avatar Aigelo. Szybko dobył z pasa młot, z pleców ściągnął tarcze i przygotował się do walki. Jenis wręcz marzył o takiej walce. Nareszcie ktoś kto dotrzyma mu pola. Bez wielkiego namysłu wziął wielki zamach ogromnym toporem i uderzył rycerza. Cios jednak został sparowany, a chwile później na głowę krasnoluda spadł grad ciosów młota. Ledwo żyw, zdołał zadąć cios Avatarowi na tyle silny by ten nie mógł go gonić. Odsapnął chwile w leniej gęstwinie i powoli zaczął szukać swojego wroga. Szybko spotkali się ponownie by stoczyć kolejna walkę. Rycerz widząc maga który usiłuje pomoc krasnoludowi rzucił się na niego. Krasnolud nie puścił tego płazem i szybkimi dwoma ciosami odpędził rycerza od swego przyjaciela. Wściekły i zdeterminowany gonił za Avatarem i... dogonił. Celnym ciosem umieścił mu topór na wysokości szyi. Poczuł ogromna satysfakcje z zabicia tak sławnego wojownika. Oczywiście rzucił tez okiem na to co martwy rycerz posiadał. Szczególnie zainteresował go młot, którym zostało mu nabite kilka wielkich guzów. Pochwycił go, ukrył w plecaku i ruszył w bezpieczne miejsce ze swym łupem.

Długo zastanawiał się czy wziąść młot do ręki.
- Czort wie czy nie ma jakiej zdradzieckiej mocy, co banitę takiego jak on zabije – pomyślał jak każdy krasnolud.
W banku pojawił się jego przyjaciel. Krasnolud pokazał mu młota ten wielce się nie zastanawiając pochwycił go w rękę. Jenis zamarł, ale... nic się nie stało. Wręcz przeciwnie. Przyjaciel nie tylko żył, ale i mało nie rozłupał krasnoludowi tarczy gdy przyjeciel chciał sprawdzić jak działa młot. Bron trafiła szybko do skrzyni krasnoluda, a w jego głowie zaczęły przewijać się imiona osób godnych by dzierżyć tak wspaniała bron.
Głodne dzieci nie myślą o nauce!
Możesz pomóc! To nic nie kosztuje!
www.pajacyk.wileks.pl

Nawet świnka potrafi wejść na drzewo jeśli jest chwalona.

Orions

Mała iskierka przeskoczyła po trzonku młota. Okrążyła głownię i wzleciała w górę. Przebiła się przez wieko skrzyni i przez dach banku w Jhelom. poszybowała powoli w powietrzu na wschód... Po kilku godzinach zbliżyła się do jednej z wyspek, których tam pełno. Wyczuła, że coś ją tam przyciąga... Po chwili to coś zatrzasnęło swoją szponiastą łapę i iskierka zgasła. W tym momencie wieko pewnej skrzyni w pewnym banku rozprysło się w drobny mak. Gdy dym się rozwiał, bankier zobaczył otwartą szkrzynię z potrzaskanym wiekiem. Zajrzał do środka, jakieś szpargały, jakiś miecz, jakieś ubrania... nic ciekawego. Pomocnik bankiera wymienił skrzynię na nową i po krzyku.

Bankier nie wiedział, że ważne było nie to, co było w tej skrzyni, ale to, czego brakowało...