Przeziebienie.

Zaczęty przez LooZak, 2009 09 10, 17:34:58

Poprzedni wątek - Następny wątek

LooZak

-Uhh...*domek ogarnelo donosne kichniecie*

-Psia, jego zawszona mac... Teraz to naprawde zem przesadzil z tym lataniem po lesie. - stwierdzil mysliwy, ocierajac ociekajacy glutami nos

*zakaszlal, charczac przy tym niemilosiernie*

*pogladzil chwile gardlo, poczym podniosl sie do pozycji siedzacej*

-Trzeba by znalezc jakiego, rozgranietego uzdrowiciela, bardziej niz te miastowe. - stwierdzil glosno, ze stanowczoscia, wciaz odczuwajac drapanie w gardle.

*Wstal leniwym, powolnym ruchem ze swego loza, czujac bol we wszystkich gnatach*

-Uhhh... Jak stary dziaduch... *usmiechnal zie z lekka na ta mysl*

*otarl spocone od goraczki czolo*

-No nic, trzeba zapolowac na jakiego niedziwedzia, co by zapomniec o tym cholerstwie, a pozniej do uzdrowiciela. - ochoczo, lecz z trudem rzekl do samego siebie, zachrypnietym glosem.

Po wszystkim, mysli wstal ociezale na nogi, i poczal sie przygotowywac do swej kolejnej codziennej wyprawy, skrupulatnie przywdziewajac zbroje, oraz zapinajac ciasno rzemyki.


Co dalej ? Nie wiem. Zobaczymy. Sam jestem ciekaw. :)


Szmaglomea

Przelknal sline.
-Szlag mnie zaraz trafi - wymamrotal nalewajac do kielicha kolejny preparat.
Wypil ochoczo miksture.
-Cos w koncu musi zadzialac...
*Puk Puk Puk*
Rozleglo sie donosne kolotanie.
-Panie Aaronie, ziola dla pana! - niespiesznie otworzyl drzwi i wpuscil malca.
Sprawdzil woreczek, po czym podal drobna sakwe chlopcu.
- To za fatyge, a teraz uciekaj do domu. - Nim skonczyl chlopiec zaczal kaszlec jak opetany.
Podal mu fiolke i nakazal wypic.
-Idz do domu, nie wychodz. To jakas cholerna epidemia. - Zamknal drzwi.
Ulozyl na talerzykach porcje ziol. Zaczal trzec kolejne probki.

-Czegos brakuje. Zarazilo takze i nieumarlych... paranoja. Sciezki oddechowe, to w nich cos siedzi...
Zaczal bazgrolic w ksiazce.
Kaszlnal solidnie. Nieco sliny padlo na szybke od probek. Spojrzal sceptycznie.
Wyciagnal narzedzia i zestaw szkielek. Jak blisko mozna sie przyjrzec?
Znow kombinowal...
Dalej kaszlal...

licho

Cytat: LooZak w 2009 09 10, 17:34:58
Co dalej ? Nie wiem. Zobaczymy. Sam jestem ciekaw. :)

Ja tam bym nie czekał, tylko sobie lekarstwa szukał.
Choroba nieleczona może być złośliwa i mieć powikłania.
Przed lichem nie można było się uchronić, jedynym sposobem było cierpliwe znoszenie go i oczekiwanie aż odejdzie.


A Mae kasuje wiadomości bez powiadomienia użytkownika o tym że usunął, co jest bardzo niekulturalne.

PiKiSu

Wypil metna, gorzkawa miksture, mieszanke ziol i sfermentowanego soku z owocow. Poczul cieplo od srodka i ulge. Maly usmiech zagoscil na jego twarzy.
Nagle niczym dwa huragany cos zakrecilo go w nozdrzach i kichnal tak glosno, ze echo dobywajace sie z dlugich korytarzy wielokrotnie przypominalo mu o jego chorobie.
- Do licha, co za przekleta choroba. Nic gorszego juz mnie spotkac chyba nie moglo - pomyslal.
Ruszyl w strone schodow by podlac rosliny na poddaszu. W polowie drogi omsknela mu sie noga na sliskim, kamiennym stopniu i uderzyl kolanem o kant.
- Jasna elfka i stu krasnoludow - wykrzyknal zalosnie sciskajac sie za obolala noge. Pomagajac sobie rekami wdrapal sie na sama gore domu. Podlal rosliny i wyjrzal za okno. Nagie drzewa opatulone w biale korzuchy a ziemia przykryta gruba pierzyna. Z nieba sypalo tak jakby ktos na gorze rozdarl ogromna, wypchana lodem poduszke. Cieplosc jeszcze daleko - pomyslal i wrocil na dol kustykajac na jedna noge.
Quis custodiet ipsos custodes?

skorzak

Siadł przed zapienionym garncem ustawionym na stole... z naczynia dobywała się cudna woń grzanego ciemnego yewiańskiego piwa z miodem... Uśmiechnął się do siebie..
- Jeszcze nigdy kaszlu nie miałem... żadnej choroby... zwalczę i to..- rozejrzał się szybko po pomieszczeniu, po czym wstał i sięgnął po miedzianą kwarte stojącą nieopodal na półce... ręką sięgnął też po główke czosnku zawieszoną w warkoczu pod strzechą - jeszcze jeno.... - z najbliższej szuflady wyciągnął cytrynę...

Sidając tak uzbrojony spowrotem do kociołka piwa, zaczerpnął zeń pełny kufel... zajadał na przemian różności zdrowotne popijąc piwem oraz żółtą i pomarańczową miksturą... po chwili, choć niekrótkiej świat zawirował i zatętnił swym własnym, pijanym rytmem...

- Trza rozprostować kości... - na tarasie domu syn warzył ciągle jakieś mikstury, stary N'Hara wyszedł chwiejnym krokiem przeciągając się szeroko w drzwiach... wzbudzając tym samym uśmiech na twarzy syna... - obaczysz, że to zaleczę! Najstarsze metody najlepsze!

Po chwili gawędy obydwaj przerwali, przeca ukazał im się obraz komiczny jak nigdy... z cienia cisowego drzewa wyłonił się wilkołak, bestia o pysku znajomym... jeno zakasłana niemiłosiernie... bestia zawarczała na nich i zachrypła jakby w połowie, kaszląc i krztusząc się szybko odeszła skąd przyszła...

- Kie licho? Kaszlący wilkołak? Ciekawe czy wampierze i nieumarli też? - obaj mężczyźni popatrzyli po sobie po czym wybuchnęli śmiechem... - Idę spać synu... miłej pracy! Może mi tam co na ten kaszel rozetrzyj...
,,<Lilianna> ale ja cie juz nie lubie" <- i nawzajem wszystkiego najlepszego :*
mae (gm dm 26.10.2011):
"Przeciez to tylko fabula, ktora latwo mozesz olac, skorzak. Nikt ci niczego nie zabiera, nie kaze niczego pla

Gucio

Jako człowiek-ogień nigdy nie był, nie jest i nie będzie przeziębiony, a dalej mam głupiego emota kaszle. ;p

Prorokpl

-No szybciej Erdo, bo nie zdzierżę już tego kaszlu... - rzekł Lothiel do starej szamanki, gdy kolejny powiew lodowatego wiatru wdarł się do izby.
-Nie popędzaj mnie młody głupcze! - warknęła Stara Erda na barbarzyńcę - Nie masz pojęcia jak uważnie trzeba przygotowywać napar z grzybków. Swoją drogą dziwi mnie, że takiego Geala złapało takie coś jak kaszel...
Zamieszała w kociołku postawionym na ogniu w kuchni karczmy Harroth. Z każdym pękającym bomblem naparu do pomieszczenia unosił się kwaśny zapach lecz jakże nostalgiczny dla młodego berserka. Lothiel usiadł w kącie z dala od okiennic i odchrząknął głośno flegmę łapiąc się przy tym za gardło.
-Mnie to mówisz? I żeby tylko kaszel. To jest coś okropnego, iść na bój z chorobą na karku, jeszcze zasmarkam przeciwnika na śmierć. - wybuchł śmiechem rozbawiony swoim słabym dowcipem.
-Albo sam padniesz z wycięczenia zanim dolecisz do wroga... - wtrąciła mu szamanka i od razu przestał się śmiać. Nalała w końcu naparu do kufla i niczym grzane piwo wcisnęła mu w ręce.
-Duszkiem... - rzekła z uśmiechem lekko złowieszczym, zapewne wiedziała jak to smakuje. Mac Leod'czyk ochoczo (wszak to grzyby) wypił duszkiem dziwny płyn lecz od razu zzieleniał tak samo jak wtedy kiedy pływa po morzach. Drżącą ręką odstawił kufel i powstrzymując wymioty odszedł bez słowa. Stara Erda tylko się śmiała i patrzyła z balkony na oddalającego się Gaela. Zaraz za zakrętem jednak wybuchło coś... a raczej było słychać *Aaaaaaapsik!* tak potężne, że nieopodal zeszła lawina.
Erda cyknęła niezadowolona, wyciągneła worek dziwnych składników w tym białych grzybków - No nic, spróbuję czegoś mocniejszego, ale tego już tak łatwo się nie pije...

SarnAelin

- niech to szlag! - powiedziała zdenerwowana - skąd te przeziębienie?! przecież jeszcze nie jesień..nie zima..
otarła zimne poty z czoła - masz kochanie napij się tego, to ci na pewno pomoże - powiedział ukochany podając gorącą herbatkę oraz apap extra - czas już wstać od komputera i położyć się do łóżeczka..


Aruv

Epidemia zbiera coraz większe żniwo. Jak twierdzą niektórzy zarażeni, którzy postanowili leczyć się na własną rękę, udało się odnaleźć pierwsze lekarstwa zmniejszające objawy choroby.

Lofar

- Tak jest, Beza. Nie trzeba tracić czasu i złota na jakieś wymyślne sztuczki, żeby się wyleczyć – Reginn znacząco uniósł krzaczaste brwi patrząc na swoją wierną lamę przeżuwającą cebulę w kącie kuźni wyznaczonym na jej zagrodę.
- Jedni niech szukają sobie jakichś wymyślnych sposobów, jakiejś magicznej metody, która wyleczy wszystko, poczynając od tej piekielnej choroby, przez hemoroidy, kurzajki i pewnie na kacu kończąc. Pieprzeni romantycy i na dodatek mięczaki – duergar ze złości strzyknął śliną w palenisko swego kowalskiego pieca. Towarzyszące temu syknięcie spowodowało, że lama na chwilę przestała żuć i zastrzygła uszami.
-  Pewnie zastanawiasz się, czemu nazwałem ich mięczakami? – Reginn podszedł do kufra i zaczął przeszukiwać jego zawartość. - To proste. Uciekają w luksus, myślą, że gdy zapewnią sobie wygodę, to od razu żadna zaraza się do nich nie przyczepi. A im większe wydadzą na to pieniądze i żyją wygodniej, tym są bezpieczniejsi, nic im nie grozi. Że to jest postęp. Gówno prawda i wierutna bzdura! – ryknął na całą kuźnię przerywając na chwilę poszukiwania. Beza ani na chwilę nie przestała rozprawiać się ze swoją kolacją. – Bzdura, bzdura, bzdura! Ale jakże podoba mi się ironia sytuacji tych wszystkich wypieszczonych gogusiów, którzy właśnie przez to, że lokują swoje lalusiowate dupska w atłasy i jedwabie jednocześnie wypinają tę rzyć do dyspozycji każdego cholerstwa. Tak żądła komara, jak elfiej kuśki. Chociaż, jakby się tak zastanowić... nie ma zbytniej różnicy w rozmiarze – zaśmiał się ochryple ze swojego wielce wyszukanego żartu.
- W każdym razie – szary krasnolud ciągle kontynuował swój monolog. – Zapominają o kilku podstawowych sprawach - odwrócił się od kufra, w ręku trzymał sympatycznie wyglądającą flaszkę. Postawił ją na kowadle i przez chwilę zajął się oczyszczaniem fragmentu kamiennej podłogi swojej pracowni.
- Po pierwsze – zębami wyrwał korek z butelki – zapominają, że najlepsze metody, to sprawdzone metody. I pociągnął z flaszki trzy tęgie łyki.
- Po drugie – usiadł na podłodze i wylał sobie odrobinę alkoholu na rękę – lekarstwa trzeba umiejętnie stosować. I natarł spirytusem swoją klatkę piersiową, szyję i łysinę.
- I w końcu po trzecie – położył się na podłodze i nakrył swoim podróżnym płaszczem – lepiej zapobiegać niż leczyć. I opróżnił butelkę wprost do swego gardła, po czym cisnął ją gdzieś w kierunku śmietnika.
Po chwili w całej kuźni było słychać przeciągłe chrapanie. Beza zaczęła przeżuwać swoją ostatnią cebulę.

Sul

#10
*Niecierpliwie czeka na pierwsze chore elfy i drowy*


*Już się doczekał.*

Legendarna elfia odporność na choroby, która chroniła ich ciała nawet prze likantropią tym razem nie podołała. Kaszel i przeziębienie dopadły elfa.

mekmar

Magiczna choroba dotknela rownierz nieumarlych...

timon

Kerad podjechał do kupca aby sprzedać swe łupy. Nagle zaczął kaszleć i zdziwił się niezwykle że jego zgniłe ciało które roznosi choroby nagle samo zachorowało. No nic zajmę się tym potem pomyślał i rzekł do kupca bierz ten towar i dawaj mi złoto. Kupiec jednak odpowiedział nie handluj z wierzchowca bo nie jesteś klimatyczny.
Cytat: DaltarTin, a nie mówiłem, że lepiej udupiać? Wtedy płacz jest przynajmniej uzasadniony :cool:

mekmar

Godziny prob, setki flaszek i butelek, tysiace ziol, pomocnica i dwoch pacjentow i Delucjanskiemu alchemikowi udało sie pokonać nekajaca Twierdze epidemie. Formuła leczenia jest strzezona w glowie Aarona .

Szmaglomea

Kolejni pacjenci wychodzili z woreczkami lekow zadowoleni. Jeden za drugim. Wymioty, uciazliwy kaszel, problemy z rownowaga. Lekarstwa Aarona naprawde dzialaly. Syrop pozwalal utrzymac zdrowy stan caly dzien.
Krasnoludy, Mroczne elfy, nawet wampiry - kazdy wychodzil zadowolony ze swoja paczka lekarstw.
Aaron wiedzial co robi, nauka nie pierwszy raz mu pomogla.


Dzieki za odwiedziny w gabinecie:D