Na obcych wodach

Zaczęty przez PiKiSu, 2011 09 30, 02:23:36

Poprzedni wątek - Następny wątek

PiKiSu

Plyneli, plyneli dlugo bez pomyslu gdzie sie znajduja. Na zachmurzonym nocnym niebie gwiazdy nie pomagaly w ich podrozy.  Kobieta i mezczyzna, w poszukiwaniu lepszego bytu trafili na miasto stworzone przez ludzi. Miasto piratow, gdzie kazdy nawet najwiekszy dziwak mial prawo do zycia w swoim wlasnym swiecie.

Nastal poranek. Szczatki ich malej lodzi spoczywaly pod metalowa barykada dosc sporego, plywajacego miasta. Usiedli na tej barykadzie, kobieta o dziwo nie wpadla w dzika rozpacz tylko po otrzasnieciu sie z tego co sie stalo oboje zaczeli wolac o pomoc. Nie liczyli juz czasu w tym nieznamym miejscu ale nie musieli zbyt dlugo czekac by, ku ich uciesze, lina spadla z nieba. Wspieli sie po niej lecz nie widac bylo zywej duszy ktorej mogliby by podziekowac. Miasto zdawalo sie byc umarle, choc czuli ze z ukrycia moga byc obserwowani. Szwedali sie wiec po waskich kladkach i mostach z lin by rozeznac sie w terenie. Miasto bylo wybudowane w przemyslany choc nieco chaotyczny sposob. Obserwujac niektore konstrukcje dziwili sie ze w ogole to wszystko jeszcze sie nie rozpadlo. Ich oczy przykula nieco zakurzona magiczna kula na jednym z pokladow, w ktorej srodku migotalo tajemnicze swiatelko, niestety zadne z nich nie znalo sie na magii. Udali sie dalej.

Znalezli w koncu kilku ludzi, ktorzy o dziwo nie zwracali na nich zbytnio uwagi. Byli przybyszami, nowymi twarzami lecz mimo to nikt nie chcial z nimi rozmawiac. Widzac gdzie niegdzie porozrzucane butelki dotarlo do nich wreszcie ze miasto nie jest umarle tylko spi po nocnej libacji.
Natrafili na czlowieka ktory wyjasnil im ze latwo sie z tego miejsca nie wydostana. Wygladal na kogos kto potrafi przemycac ludzi wszedzie, widzac jednak ze ciezkiego woreczka ze zlotem nie dostanie, ten takze nie mial wielkich checi z nimi rozmawiac. Doradzil tylko dwie rzeczy. Jedna bylo znalezienie sobie wedki i dalsze zycie na tej wyspie. Druga bylo poszukanie czlowieka ktory mial wiedze jak obslugiwac tajemnicza magiczna kule.

Poszli szukac. Z gornych pokladow tego miasta slychac bylo wrzaski czlowieka ktory najwyrazniej do najnormalniejszych nie nalezal. Mimo to postanowili z nim porozmawiac. Wspieli sie wiec po linach a ich oczom ukazal sie stojacy przy armacie pol nagi czlowiek w kapitanskiej czapce. Ot taki dziwak, biegal dookola armaty z fajka miedzy zebami wykrzykujac
- Do dzial, atakowac... i rozne inne rzeczy. Ku ich zdziwieniu dzialo bylko skierowane w pusta przestrzen. Na horyzoncie widac bylo tylko niebo i wode. Kapitan jednak uparcie twierdzil ze nalezy zatopic wroga. Jakiego wroga? zastanawiali sie, lecz gdy ten dziwak podpalil lont dziala, szybko ukryli sie w bezpiecznym miejscu. Gdy wypalilo wychylili sie i podeszli do kapitana. Mina jego byla niezwykle zadowolona. - Trafilismy! rzekl. Na horyzoncie wciaz nie bylo widac sladu po jakimkolwiek statku.
Wtem uslyszeli swist i...
Quis custodiet ipsos custodes?

Gonz0rr

Zapowiada się ciekawie.