Wierzba i pieśniarz

Zaczęty przez ethanoll, 2012 01 17, 06:05:02

Poprzedni wątek - Następny wątek

ethanoll

Żyjąc te kilka latek na naszej wyspie, wiecie z pewnością, że zaraz pod miastem, gdzie początek swój biorą rozległe pola uprawne, tuż przy drodze wznosi się niewielki pagórek, a na jego szczycie rośnie sobie wierzba. Nie jest to drzewo ani wyjątkowo duże, ani też niezwykle stare. Ot takie niepozorne drzewko. Pochwalić się innym drzewom może jedynie tym, że jego gęsto przetykane liśćmi gałązki dostarczają dość cienia, aby tutejszy pieśniarz upodobał je sobie przed laty i od tego czasu, gdy tylko pogoda na to pozwala, przychodził późnym popołudniem ze swoją harfą. Siada w cieniu ulubionego drzewka, pośród niewysokiej trawy i kwiatów, opierał się o jego gościnny pień i grał. Jego pieśni podobały się wszystkim. Wracający z pól rolnicy, mimo zmęczenia pracą często przystawali w pobliżu pagórka, aby posłuchać muzyki. Potem, docierając do swych domostw, nie tylko wnosili do nich owoce swej pracy, ale też radość, która była owocem pracy pieśniarza. Również dzieci i chwilowo niezajęte czym innym niziołki przybiegały natychmiast, gdy posłyszały pierwsze dźwięki uwalniane ze strun poczciwego instrumentu.

   Najwięcej radości muzyka ta sprawiała jednak wierzbie. Była wdzięczna bardowi, że dzięki jego harfie poznała wiele cudownych historii, o których, stojąc gdzieś w odległym a cichym polu, usłyszeć mogłaby tylko od ptasząt, a jak wszystkie wiecie, ptaszki nigdy nie przekażą pieśni w jej właściwej postaci, zawsze czegoś zapomną, zawsze coś dodadzą od siebie, coś przekręcą. Wdzięczna była wierzba za to również, że muzyka sprowadzała na jej pagórek śmiech i rozmarzone westchnienia dzieci, których słuchać było jej równie przyjemnie, jak pięknych odgłosów harfy.

   Dzieciom najbardziej podobały się te opowieści, w których dzielni wojownicy pokonywali straszliwe potwory, rycerze ratowali złotowłose królewny od zguby, a tajemniczy magowie wyprawiali cuda, trudne do opowiedzenia i uwierzenia. Każda z dziewcząt chciała być, gdy tylko będzie duża, taką właśnie piękna królewną, a chłopcy oczywiście odważnymi rycerzami, dokładnie takimi jak w pieśniach. Nie jest żadną tajemnicą, że w serce dorosłego, nawet tak waleczne, jak serce rycerza, cudowna pieśń potrafi wlać jeszcze więcej sił i dzielności. Wierzba słuchała tych śpiewnych opowieści, ale nie zawsze wszystko z nich rozumiała. Widzicie, drzewa, aby przeżyć, muszą trzymać swoje korzenie w gościnnej ziemi. Są oczywiście drzewa, które czarodziejskim sposobem mogą opuścić miejsce swoich narodzin i udać się nawet na długą przechadzkę, ale o takich opowiem innym razem, bo nasza wierzba po dziś dzień stoi, gdzie stała i dotąd nie widać, żeby sposobiła swoje korzenie do drogi. Co innego liście, które porwał wiatr, ale one nigdy nie wracały, żeby podzielić się wiedzą o szerokim świecie. Rosnąc całe życie na pagórku u skraju pól, wierzba nigdy nie miała do czynienia, ani z księżniczkami, ani z rycerzami, ani z czarownikami. Miała do czynienia tylko z tym jednym pieśniarzem i to opowieści o przygodach rozmaitych bardów i wędrownych poetów były jej ulubionymi.

   Jedna z takich pieśni opowiadała o poecie, który grą na swej harfie zmusił martwe głazy, aby ożyły, ruszyły się z miejsca i z własnych kamiennych ciał usypały wielki obronny wał wokół miasta. Inny dawny muzyk grał i śpiewał tak pięknie, że pozwolono mu wkroczyć do otchłani, gdzie wzruszył samego Netherila, w zamian za co pozwolono mu zabrać do świata żywych zmarłą ukochaną. Wierzba, słuchając o ich dziejach, nie miała wątpliwości, że również jej pieśniarz potrafi zatriumfować nad śmiercią i inne niesłychane cuda czynić, tak pięknie grał!

   Często marzyła sobie, że nim spróchnieje ze starości, ktoś zrobi z jej drewna harfę. Ale pieśniarz miał już instrument, wykonany z kunsztem z pięknego, żywego drewna, które kochało śpiewać i było tak stare, że znało wiele opowieści z dawnych czasów. Wierzba kochała słuchać, ale śpiewać nie potrafiła, do tego wszystkie pieśni, które znała, opowiedziała jej cudna harfa. Ona była młoda, posadzona niedawno, żeby wskazywać drogę powracającym z pól. Tak, jedynym, co potrafiła robić wierzba, było właśnie wskazywanie drogi. Była smutna i zazdrościła harfie, że ta nigdy nie odstępuje pieśniarza na krok, a ona sama towarzyszy mu tylko późnymi popołudniami, gdy pogoda jest słoneczna. Przestawała się smucić dopiero, gdy pieśniarz wracał w jej cień i rozpoczynał kolejną zdumiewającą opowieść. I harfie wtedy nie zazdrościła, bo jej śpiew był tak piękny, że słuchając go, miało się w głowie tylko dobre myśli.

   Pewnego dnia, całkiem niedawno – zapytajcie rodziców, na pewno pamiętają – gdy pieśniarz swoim zwyczajem zaczął grać w cieniu wierzby, przybiegły do niego zmartwione dzieci i opowiedziały, że jedyna córka starego gospodarza bardzo zachorzała i niechybnie umrzeć musi, gdyż nikt w mieście nie potrafi jej wyleczyć. Pieśniarz nakazał, żeby sprowadzili ją natychmiast do niego, a on przywróci jej zdrowie. Stary gospodarz, gdy o tym posłyszał, z razu nie zgodził się, aby jego chora córeczka opuściła ciepłe łóżeczko, a w dzień ten wiał chłodny wiatr jesienny. Zaraz jednak przypomniał sobie melodie pieśniarza, których sam nieraz słuchał, a także różne pogłoski, o dziwach dokonywanych już niegdyś przez niego, po czym sam owinął swoją jedynaczkę w ciepłe koce i zaniósł na wzgórze pod wierzbę. Pieśniarz wyciągnął wówczas z tobołka różne zioła, dzbanuszki z pachnącą dziwacznie zawartością i ofiarowując je, szeptał modlitwy w starożytnym języku run. Niestety, żadne zaklinania nie pomogły dzieweczce, która była już tak chora, że z trudem mogła utrzymać otwarte oczęta, a mówić nie mogła już wcale. Pieśniarz odłożył tobołek, ujął w dłonie harfę, jakby zamiast leczyć biedaczkę, chciał wrócić do gry. Wszystkim zgromadzonym wokół nakazał powrócić do domów, a chorą zostawić z nim razem. Przyrzekł gospodarzowi, że ze świtem córka jego zdrowa będzie. Poszli więc ludzie do swych domostw, bo darzyli pieśniarza wielkim zaufaniem. I ptaszęta powróciły na jego prośbę do gniazd, i wiatr ucichł. Poza pieśniarzem i chorą, na pagórku pozostała jedynie wierzba.

   Pieśniarz zawołał na złe duchy, które spowodowały tę straszliwą chorobę, aby się ujawniły. Wtedy z uszu chorej wyskoczył maluczki, ale straszliwie brzydki człowieczek, o stroju i manierach przybysza z Brytanii, choć strój i maniery były równie maluczkie, jak i on. Wierzba pierwszy raz widziała czorta, ale poznała go zaraz, bo nieraz słyszała o takich w pieśniach. Diablik przywitał pieśniarza bardzo niegrzecznie wytykając jęzor i zaraz czmychnął nazad w lewe ucho gospodarskiej córki, a z prawego wyskoczył kolejny, podobny, niby brat rodzony tamtego i tak samo się przywitał. Złośliwe duchy są nie tylko okrutne, ale i bardzo przebiegłe. Zawsze, gdy jeden wyłaził, aby rozmawiać z pieśniarzem, drugi czmychał przez ucho, gdzie mógł szybko uśmiercić biedną dziewczynkę, gdyby pieśniarz pochwycił nagle jego towarzysza. I wyłazili tak co chwila, raz jeden, raz drugi, aż wierzba nie wiedziała, czy to pierwszy duch wyłazi właśnie, a jego kamrat umyka, czy zupełnie na odwrót. Zamiast odpowiadać pieśniarzowi, obaj drwili z niego i stroili żarty, nie mógł więc pieśniarz ani prośbą, ani groźbą zmusić ich do opuszczenia chorej i wrócenia jej zdrowia. Próbował różnych modłów, zaklinań i cudownych pieśni, ale wszystko na nic. Tak było przez całą noc: pieśniarz nie zaniechał starań, ale dziecina nie ozdrowiała, a czorty nie chciały się wynieść.

   Wierzba niemo przyglądała się temu wszystkiemu przez cały czas. Gdy na liściach poczuła pierwsze promienie słońca, przypominała sobie, że pieśniarz przyobiecał ojcowi uzdrowić jego córkę do świtu, a świt już tak blisko... Pieśniarz był tak wycieńczony i zrozpaczony, że mylił nuty, a wtedy harfa jęczała boleśnie, co doprowadzało złe duchy jedynie do okrutnego śmiechu. Wierzba też traciła nadzieję. Niebawem wstanie słońce, niewinne dziecię umrze, pieśniarz nie dotrzyma danego słowa. Kto wie, może zrezygnowany odejdzie wtedy już na zawsze, a ona nigdy nie usłyszy jego śpiewu? Bardzo chciała pomóc jakoś, ale nic nie mogła zrobić. Potrafiła przecież tylko dawać cień i wskazywać drogę wracającym z pół... Z bezsilności zaczęła płakać. Chociaż wierzby  często nazywa się płaczącymi, musicie wiedzieć, że tak naprawdę płaczą one tylko w wyjątkowych sytuacjach, takich jak ta. Wierzba płakała szczerze, a płacz jej dotarł do uszu Pani Lasu, dobrej wróżki, która ma w opiece wszystkie drzewa i krzewy na calutkim świecie, nawet te z odległych puszcz Ilshenaru. Poruszyły Panią Lasu te skargi rozpaczliwe, tchnęła zatem delikatnie w kierunku naszej wyspy i płaczącej Wierzby. Po drodze tchnienie jej nabrało siły i urosło w podmuch silnego wiatru. Podmuch przefrunąwszy ponad głową pieśniarza tak szybko, ze ten nawet go nie posłyszał,  uderzył w gałęzie wierzby. Najpiękniejsza ze wszystkich jej gałęzi, najprostsza i najmocniejsza, ułamała się pod naporem wiatru i upadła tuż obok pieśniarza.

   Zdziwiony bard, przypominał sobie o obecności u jego boku tej wiernej towarzyszki i o usługach, które mu oddawała każdego dnia, gdy siadał w jej cieniu, a   których łatwo można nie docenić i łatwo o nich zapomnieć. Wtedy przyszła mu do głowy jeszcze jedna myśl – dawała wiele nadziei, ale wymagała wielkiego poświęcenia. Westchnął bardzo głęboko i złowróżbnie, ale ujął raz jeszcze swą harfę i zaczął śpiewać. Śpiewał o cudowności okolicznego krajobrazu i o nieodpartej przyjemności podziwiania go, przesiadując w cieniu gałęzi wiernej przyjaciółki. Z każdym akordem odzyskiwał siły i pewność, że tak właśnie postąpić musi, a wierzba czuła, że tak pięknie nie grał jeszcze nigdy w życiu, tak właśnie grać musieli ci legendarni bardowie, którzy dokonywali cudów.

   I rzeczywiście stał się cud. Musicie wiedzieć, że czorty i inne złośliwe duchy inaczej niż my, patrzą na świat, widzą go wykrzywionym i spowitym w ciemne barwy. Pieśniarz grał teraz tak pięknie, że nawet takim złośliwym czortom spodobała się jego gra. Koniecznie chciały spojrzeć na tak malowniczo opisany pejzaż, w sposób, w jaki patrzył na niego natchniony pieśniarz, jego oczami. Śmielszy z tej okropnej dwójki wyskoczył z uszu umierającego dziewczęcia i zapytał grającego, czy nie wypożyczył mu jednego ze swych oczu na chwilę, aby i on sobie popatrzył.  Nie przerywając  potrącania dźwięcznych strun, bard zgodził się na to skinieniem głowy i już duch wdarł mu się do źrenicy. Czarty są bardzo zawistne i nie mogą znieść, gdy jednemu z nich wiedzie się lepiej niż pozostałym. Toteż, kiedy pieśniarz zamrugał zapraszająco drugim okiem, pozostały diablik, niewiele myśląc, wyskoczył z uszu dzieweczki i dostał się do źrenicy pieśniarza. Wtedy on odrzucił naglę swą harfę, pochwycił odłamaną wiatrem gałąź wierzbową i bez zawahania zagłębił jej potrzaskany koniec we własnych oczach.

   Niedługo później na opromienionym brzaskiem pagórku pod wierzbą, otoczony zastępami sąsiadów ojciec ściskał w ramionach swoje jedyne dziecię, zdrowiusieńkie. Tych dwóch złośliwych diabłów w okolicy nie widziano już nigdy potem. Nikt długo nie wiedział także pieśniarza, któremu każdy chciał podziękować za owo cudowne uleczenie. Nazajutrz przybyła pierwsza z ulew jesiennych i padało tak cały czas, aż do zimy, nikt więc nie wyglądał pieśniarza. Później nadeszły białe śniegi, a gdy one ustąpiły, a wierzba znów przyodziała się w serpentyny zielonych liści, wracający z siewów ludzie znów posłyszeli znajome dźwięki starej harfy.

   Zaraz zbiegła się dziatwa i ptactwo ciekawe, i wiatr ciepły wiosenny, i wszyscy mieszkający w okolicy zgromadzili się, aby słuchać pieśniarza. Oczy obdarte z źrenic skrywał kaptur, więc nie od razu dostrzeżono odmianę, choć każdy zgodnie utrzymywał, że melodie jego są piękniejsze, niż je zapamiętali przed rokiem. Nikt nie potrafił odejść do swych spraw, póki pieśniarz grał, a grał tego dnia aż do późnej nocy. Skończywszy, w jedną dłoń wziął wierny instrument, a w drugą dłoń ujął inna wierną przyjaciółkę, lekką, choć mocną laskę z wierzbowego drewna, teraz zdobioną równie bogato, co harfa, a która była właśnie tą gałęzią, którą wiatr strącił owej pamiętnej nocy. Teraz sprawdzała swym ramieniem, jakie przeszkody czają się na jego zatopionej w nieprzeniknionym mroku drodze, troszczyła się o każdy jego krok przez ciemność.

   Z szacunku nikt nie pytał barda o wzrok jego, ale domyślał się każdy, że nowe piękno jego gry bierze się z wydoskonalenia słuchu jego, który przejąc musiał rolę postradanych oczu. Nikt nie przeczuwał, że piękno to miało też ważniejsze źródło – w jego sercu szczęśliwym, był bowiem wreszcie pewien, że jego opowieści o starożytnych bardach, którzy cudów dokonywali, nie są czczym zmyśleniem, a muzyka, jeśli tylko poświęci się jej całym sobą, może swym pięknem rzeczywiście triumfować nad śmiercią i ciemnością.

   Najszczęśliwsza była jednak wierzba, zaprzyjaźniła się z harfą, gdyż nie zazdrościła jej już niczego. Ona również nie odstępowała teraz pieśniarza na krok i była mu równie niezbędna, co wdzięczny instrument, robiąc to, co potrafiła najlepiej –  wskazując drogę.
Oficjalny kanał irc Księstwa Ocllo: #bp