Przebudzenie

Zaczęty przez Xantos, 2012 07 26, 22:16:28

Poprzedni wątek - Następny wątek

Xantos

   Wieczór zapowiadał się dla niego tak, jak większość poprzednich, które ostatnimi czasy spędzał na samotnych polowaniach. Przygotował już wszystkie niezbędne rzeczy, zapakował je starannie w plecaku, ostatni raz poprawił paski od zbroi i ruszył wolnym krokiem w kierunku drzwi. Przekraczając je rozejrzał się dookoła, pogoda była doskonała na łowy, kroki swe skierował do stojącego nieopodal banku rumaka. Wsiadając z wolna na niego rozmyślał, w które regiony ma się dziś udać, spinając delikatnie konia ruszył przed siebie w kierunku altanki z portalem. Mijał po drodze stare zabudowania Scara Brae rozpamiętując czasy, gdy jeszcze miasto należało do elfów, jechał wolno, wszak wieczór był jeszcze młody, a jemu nie było dość śpieszno. Cichy dźwięk nagle i niespodziewanie począł rozbrzmiewać w jego głowie, rozejrzał się dookoła myśląc, że może to któryś z mieszkańców wyraził swą chęć do pogrążenia się w chwili rozmowy, jednak nie ujrzał nikogo. Cichy szept przerodził się w głos, głos który rozpoznał, który znał doskonale...

-Synu marnotrawny... - słowa były wypowiedziane wyraźnie, gdy rozpoznał ów głos przystanął, serce zaczęło mu bić jak oszalałe, stał i wsłuchiwał się.. – Przyjedź do mojej świątyni – słysząc te słowa nie zastanawiał się dłużej, spiął konia i ile sił popędził w kierunku lasów Yew.

   Wkroczył w chłodne mury świątyni, zostawił rumaka przy schodach prowadzących w górę do lasu i zagłębił się w jej wnętrze. Panował w niej, jak zawsze, półmrok, czuć było zapach palonych pochodni i wilgoci. Doszedł do kamiennego muru, wyszukał dłonią odpowiedni fragment i nacisnął go delikatnie. Mechanizm cicho skrzypnął i kamienna ściana otworzyła się przed nim ukazując schody wiodące w dół. Zszedł pewnym krokiem, mur za nim zamknął się z łoskotem. Szedł wzdłuż ciągnącego się korytarza, którego ściany były przyozdobione malowidłami. Na jego końcu ujrzał znajomą komnatę, z której wydobywało się nikłe światło świec. Wszedł do niej szybkim krokiem i na jej środku ujrzał cel swej podróży: potężny, bogato zdobiony, wykonany z białego kamienia sarkofag, który stał na wzniesieniu. Podszedł do niego, klękając na schodkach skłonił nisko głowę i rzekł cicho:

– Już jestem Ojcze... Przybyłem na Twoje wołanie...
- Dzisiejszej nocy pożegnasz się z życiem, ostatni raz stąpałeś w blaskach słońca – głos w jego głowie nabrał mocy i wydźwięku
- Ojcze niech się wypełni Twoja Wola
- Wyjmij zatem nóż i przetnij swe żyły, niech twa krew spłynie po tym sarkofagu

Odpiął płytową zbroję, która chroniła jego ciało, wyciągnął nóż i przeciął swe nadgarstki. Krew poczęła z wolna wypływać z żył, położył dłonie na sarkofagu, opuścił głowę i przymknął oczy. Strużki ciemnoczerwonej elfickiej krwi poczęły spływać po zdobieniach. W pomieszczeniu zrobiło się duszno, jakby nagle nagromadziła się w nim jakaś pradawna moc, dookoła sarkofagu zaczęły rozbłyskiwać fioletowe iskry. Z głębi korytarza dochodził huk błyskawic, sprawiając wrażenie jakby niebo nad świątynią rozdarło się na dwie części. Razem z krwią pomału uchodziło z niego życie, klęczał z dłońmi na sarkofagu, w głowie miał gonitwę myśli... nie otwierał oczu, bał się... pomału umierał. Potężne błyskawice przechodziły z jednego krańca pomieszczenia w drugi, za sprawą jego krwi uruchomił się mechanizm otwierający ciężkie wieko sarkofagu. Osunął się na schodek niżej, podczas gdy z wieka pomału poczęła się wyłaniać postać. Otworzył oczy i ujrzał go... wychudzona postać, jakoby same mięśnie naciągnięte na szkielet, postać patrzyła na niego i zbliżyła się. Chciał krzyknąć, lecz nie miał już sił, postać chwyciła go za gardło i uniosła w górę niczym piórko. Poczuł jak przybliża się do jego szyi, wbija nagle swe zęby i wysysa pozostałości krwi, które jeszcze nie zdążyły wypłynąć z jego żył. Przed oczyma kłębiły mu się obrazy, całe jego dotychczasowe życie, wywrócił oczy, ostatnie tchnienie życia odchodziło razem z ostatnią kroplą krwi. Postać wyrwała swe kły z jego szyi rozszarpując ją po czym rzuciła nim jak szmacianą lalką na koniec pomieszczenia. Podeszła do niego pewnym krokiem, jego krew dała jej siłę, popatrzyła na jego umierające ciało i rzekła:

- Wstań Xantosie... Musisz zrobić dla mnie jeszcze jedną rzecz...
Oszołomiony całym zajściem podniósł się z wolna z podłogi, silna energia podtrzymywała go przy życiu, czy też nie-życiu. Spojrzał na postać i skłonił się nisko mówiąc:
- Tak Ojcze, cokolwiek zechcesz...
- Musisz udać się do Zamku, zebrać wszystkich kapłanów... Obwieścisz im, że Przedwieczny powrócił... - na twarzy postaci pojawił się nikły uśmiech – Zatem idź, niech będą gotowi... jeżeli się sprzeciwią ich głowy jeszcze dziś będą nabite na pale...
- Niech się stanie Twoja Wola Ojcze...

Odwrócił się i wyszedł z pomieszczenia idąc ponownie długim korytarzem pełnym obrazów, doszedłszy do wyjścia wsiadł na rumaka i ruszył do Zaginionych Krain na spotkanie z kapłanami...

Maelui

Fundamenty Zamku drżały. Ściany i sufity trzeszczały zwiastując katastrofę. Bankierzy,uzdrowiciele i inni słudzy Zamku porzucili swe stanowiska i zaczęli uciekać w popłochu. Maelui i Rexxar rozglądali się po głównej sali zdezorientowani i równie przerażeni. Tynk sypał im się na głowy. Strażnicy otoczyli kapłanów chcąc chronić ich zgodnie z przyrzeczeniem jakie złożyli nowej władczyni.
Nagle podłoga się rozstąpiła. Spomiędzy szczelin buchnęły płomienie, które po chwili odgrodziły kapłanów od strażników. Zostali uwięzieni pośród niszczących ognisk. Maelui padła na kolana trzymając się oburącz za głowę. Cały majestat i siła tej kobiety zniknęły w tej jednej przerażającej chwili. Skulona na osmolonej posadzce wyglądała jak dziecko. Bezbronne i słabe. Jej ciało wstrząsane raz po raz strachem nie mogło się opanować.
-Maelui! Otrząśnij się!- Rexxar próbował ocucić swoją siostrę lecz ta była teraz jedynie strzępkiem siebie. Targana wizjami na przemian zwiastującymi tragedię i odrodzenie. Jej umysł zawsze silny i kontrolowany barierami teraz chłonął każdy szaleńczy obraz.
Pośród płomieni Rexxar ujrzał sylwetkę. Była rozmazana, jakby jedynie była wspomnieniem czegoś..Kogoś?
Wtem dudniący w samym środku mózgu głos rozdarł na strzępy resztki barier Jej umysłu.
Szok sprawił że, zapamiętała jedynie kilka słów.....wraz z końcem rodzi się nowy początek...
Obudziła się po kilku chwilach, które nawet w obliczu nieśmiertelności zdawały się być wiecznością. Powoli dochodziła do siebie.Tępy ból zlokalizowany gdzieś pod czaszką mimowolnie wyciskał krwawe łzy z jej oczu.
Dopiero po chwili odzyskała wzrok. Ujrzała przed sobą dawnego przyjaciela. Dawnego brata i...kogo?
-Xantos...Co tutaj robisz?- Podjęła próbę podniesienia się z posadzki lecz grawitacja niemiłosiernie dała o sobie znać.
-Przybywam z posłaniem Nieśmiertelni- Odrzekł chłodno wpatrując się w przygaszone oczy kapłanki.-Wzywa Was kapłani przed swoje oblicze. Musicie udać się do świątyni gdyż tam czeka na was sprawiedliwość. Nie każcie MU czekać.
Kiedy jej oczy zregenerowały się w pełni ujrzała bladość skóry elfa. Była biała jak śnieg, tak biała jak jej własna skóra. Zrozumiała teraz co się stało.
-Rexxar, bracie mój pomóż mi wstać.- Wampir podniósł Maelui z ziemi jakby była piórkiem.
-Pospieszcie się dzieci nocy. Pan czeka. -Powiedział beznamiętnie elf i ruszył w stronę portalu.
Oczy kapłanki spotkały się z oczami Rexxara. Oboje pokiwali głowami i w milczeniu udali się do Świątyni Phaedree sięgnąć po swoje przeznaczenie.


"Zawsze jest tak że, z końcem czegoś rodzi się nowa nadzieja"

C.D.N