Problemy z Nekromantami

Zaczęty przez Ared, 2013 06 30, 15:06:51

Poprzedni wątek - Następny wątek

Ared

Od dłuższego czasu w miastach i poza nimi można spotkać wysłanników Netherila.
Głoszących wiarę w jedynego słusznego Boga. Boga Śmierci!
W niektórych miastach zostało to wręcz niezauważone a nekromanci i rycerze śmierci stoją na ulicach otwarcie i głoszą to z czym zostali wysłani.

W paru miejscach jednak władze miast postąpiły zgodnie z tym co uważają za słuszne...

W Cove podobno jedna z bardziej zapalczywych strażniczek potraktowała nekromantke kułakiem zakutym w płytową rękawice a potem wyniosła za miasto...

W Twierdzy Krasnoludzkiej Strażnik związał nekromante liną i wyciągnął go za miasto, podobno nawet został przywiązanych gdzieś do drzewa pozostawiony na pastwę wilków...


Obecność nekromantów na świecie także zaczęła wywoływać z zaświatów duchy które widywali niektórzy mieszkańcy świata...


Ysska

#1
- Witaj Lith! – rzekł nieco pobladły Vinggard, wchodząc do banku na Ziemiach Piratów. – Nie uwierzysz, co mi się przytrafiło.

Kobieta spojrzała na towarzysza z zaciekawieniem, a ten po chwili wyciągnął zza pazuchy zwiniętą kartkę. ,,Ratuj ojcze..." głosiły wypisane na niej słowa, same w sobie dość tajemnicze. Vinggard raczej za młody był na dzieci, a przynajmniej na takie umiejące pisać – a krótka rozmowa - w której opisał autora listu, wisielca, i wizje wieszania, dręczące mężczyznę przez cały dzień – zwiastowała poważny problem. Na rozwiązanie którego nie było obecnie żadnego pomysłu.

Pierwszy przystanek na trasie – Yew. Miejsce równie dobrze, jak każde inne, aby odbyć spokojny spacer i poukładać sobie wszystko w głowie. Los miał jednak miał wobec Vinggarda inne plany – czego dowiodła dobitnie zjawa, która pojawiła się w kamiennym kręgu. Zjawa - sama w sobie - niegroźna, zdawała się bowiem zupełnie nieświadoma obecności dwójki podróżnych. Niegroźna – pomijając fakt, że jej pojawienie się niemal przyprawiło młodego bądź co bądź mężczyznę o atak serca. Rozwiała się jak dym... tylko po to, by po chwili powrócić w grupie towarzyszy i rozpocząć przy marmurowym ołtarzu coś w rodzaju rytuału.

To wymagało już jakichś zdecydowanych działań. Na ołtarzu błyskawicznie spoczęła ofiara przebłagalna – owoce, kawałki martwego drewna. Wybór zdawał się słuszny, prowadząca zjawa – kapłan? – dostrzegła zmianę w świecie rzeczywistym, a owoce powędrowały do dzioba siedzącego na jej ramieniu kruka. Kruki jedzą ponoć wszystko co popadnie, dlaczegóż miałyby więc pogardzić owocami? Jednakże ułożony na ołtarzu po chwili wahania list od wisielca nie wzbudził najmniejszej reakcji; widmowe postacie uniosły dłonie w geście pozdrowienia i zniknęły z kręgu. Dwójka podróżnych zresztą też, i to pędem.

- Zdaje się, że w Yew stoi szubienica. Może zobaczymy, czy przypomina tę z twojej wizji? – wyraźnie zmartwiona kobieta zwróciła się do swego towarzysza. Rzecz jasna, w Yew nie ma szubienicy, jest za to gilotyna, ale krótka rozmowa z opiekującym się nią krasnoludem, zrzędzącym na hałasujących obwoływacza i nekromantę, poprawiła wszystkim nastrój. Zawsze można liczyć, że gdzie krasnolud, tam i zachomikowana flaszka – pod pewnymi względami świat się nie zmienia, mimo pojawiających się znikąd duchów i piszących listy wisielców. I kiedy zdawało się, że rzeczywistość wróciła już na właściwe tory, nagle widok przed oczyma Lithari zafalował, odmieniając gilotynę w najprawdziwszą szubienicę, gdzieś w środku miasta, równie realną jak towarzysz u boku i pociągający chwilę wcześniej z flaszki krasnolud.

- Może Minoc? – rzucił Vinggard, wysłuchawszy swej towarzyszki. Cokolwiek nim kierowało, gdy proponował to miasto, miał rację – pomyślała Lithari, patrząc na wznoszącą się za ratuszem konstrukcję. Konstrukcję, która po chwili zaczęła skrzypieć. Falująca na wietrze lina nagle naciągnęła się, a w pętli pojawiła się wisząca postać. Trwało to ledwie mgnienie oka... ale utwierdziło podróżnych, że trafili we właściwe miejsce. Lina zwisła swobodnie, by po chwili znów się naprężyć.

- Nie będzie sznura, nie będzie wisielca – mruknął Vinggard, wdrapując się na drewniany słup, po czym energicznymi ruchami noża obciął pętlę. Ściągając zresztą uwagę czuwającej za węgłem strażniczki i wymuszając błyskawiczny taktyczny odwrót.

Vinggard postanowił poradzić się nekromantów. List od wisielca wraz z pętlą dalej spoczywał w jego plecaku, działania pod szubienicą nie przyniosły żadnych odpowiedzi – a któż lepiej zna się na kontaktach ze światem zmarłych, jeśli nie wykwalifikowany nekromanta. Lithari oponowała, proponując świątynię jakiegoś życzliwego boga, ale w końcu machnęła ręką –to mężczyzna miał problem, nie ona, więc niech to on decyduje.

- Jak wolisz. Ale ja się słowem podczas tej rozmowy nie odezwę – rzuciła kategorycznie, przesuwając między palcami zawartość szamańskiego woreczka.

I choć okazało się, że głoszące swe nauki służki Netherila z Cove gdzieś się wyniosły – być może w związku z wielką śliwą, którą dało się wcześniej dostrzec pod okiem jednej z nich - chatka pod górami stała dalej... a przed nią kapłanka w czarnej szacie. Lithari przystanęła pod linią drzew, Vinggard zaś ruszył hardo w kierunku odzianej w czerń kobiety. Skłonił się uprzejmie, po czym zaczął wyłuszczać swój problem.

– Duch napisał ci list? – parsknęła śmiechem nekromantka. Mężczyzna jednak pokiwał poważnie głową i przekazał zwinięty rulonik. – Widzisz duchy? Zatem spłynęło na ciebie błogosławieństwo naszego Pana. To dar, przyznawany jedynie wybrańcom! – kobieta wydawała się podekscytowana; jej twarz straciła zimny, obojętny wyraz. – Pragniesz poznać nauki naszego Pana? A twoja towarzyszka?

Vinggard zapewnił gorąco, że tego pragnie, po czym na życzenie kapłanki machnął do Lithari, aby podeszła bliżej. Ta powlokła się ciężko noga za nogą, wbijając wzrok w trawę przed sobą i starając się całą postawą wyrażać pokorę. Chociaż w myślach miotała gromy.

– Ona także gorąco tego pragnie, ale jest niemową – Vinggard uśmiechnął się do nekromantki. Przez myśli Lithari przeleciało ze sto powodów, które mogłyby zdradzić tę maskaradę, energicznie pokiwała więc głową, podnosząc na kapłankę gorejące spojrzenie, z nadzieją, że tamta weźmie je za wyraz zapału. I chyba tak się stało, gdyż kolejne słowa nekromantki dotyczyły próby, jaką mają odbyć. Listy istot, które mają odnaleźć i się im pokłonić, nauk, jakie mają odebrać.

- A kiedy przejdę tę próbę, pomożecie mi? – spytał Vinggard.

– Nie ty przejdziesz – padła odpowiedź. - Ona przejdzie. Ty otrzymasz odpowiedzi. Ona będzie zapłatą – na te słowa twarz Lithari powlekła niezdrowa bladość. – Teraz idźcie. I pamiętajcie, że będziemy was obserwować – zakończyła nekromantka, oddając mężczyźnie list.

- Oczadziałeś do reszty?! – wysyczała wściekle Lithari, kiedy już zagłębili się w las. – Myślisz, że długo potrwa, nim się zorientują?! Ja mam być kapłanką Netherila?! Oni są zaprzeczeniem wszystkiego, czym... Wszystkiego. Zaprzeczeniem! – kontynuowała tyradę wyraźnie wściekła, a jednocześnie przerażona.

- Nie bój żaby – mruknął Vinggard. – Pomyśl o tym jako o występie artystycznym. Wszystko będzie dobrze – zapewnił, acz minę miał nietęgą. – Przecież cię nie zostawię. Płyńmy do tej Papui, jak sobie życzyła.

Kiedy na horyzoncie pojawiły się znajome trzcinowe zabudowania, na niebie blakły już gwiazdy...

c.d.n. zapewne :)

KAroln

Z inkwizytorskich dzienników, co je na co dzień wszyscy czytają

"Święte Oficjum ostrzega, że władza miast które ośmieliły się tolerować nekromancką propagandę, zostanie za ów czyn należycie ukarana, a jako, że Wielka Inkwizycja tak rzecze, tak będzie i być musi."
<Fel> wyjebane mam w ten shard ;]
Ranking DM ->Najbardziej aktywni (Najdłuzszy czas online):Felixor Aigelo