Proroctwo Daywadosa

Zaczęty przez Dezzmond, 2014 04 23, 23:41:08

Poprzedni wątek - Następny wątek

Dezzmond

PROLOG

Riven przyszedł na świat w dość zamożnej rodzinie mieszkającej nieopodal zatoki Cove. W dzieciństwie nie brakowało mu niczego. Miał kochającego ojca, matkę i zabawnego wujka, który odwiedzał go raz na jakiś czas. Jako nastolatek został wysłany do Akademii w Moonglow i przez wiele lat pogłębiał swą wiedzę będąc z dala od domu.

Gdy powrócił nadeszła pora, by uświadomić młodego chłopca z czym wiążę się posiadanie ojca wilkołaka i ludzkiej matki. Istnieje szansa, że w okresie dorastania uaktywni się dar przekazany przez jednego z rodziców. Tak też było i w wypadku Rivena. Dopiero teraz zrozumiał dlaczego od zawsze tak bardzo ciągnęło go do lasu... Nauki ojca i wujka zaowocowały tym, że w pełni zapanował nad przemianą, dlatego mógł w ciszy i spokoju żyć tuż obok ludzi.

Riven od zawsze pożądał władzy i nie krył się z tym nazbyt. Jednak kariera polityczna w osadzie Cove, mu nie wystarczała. Chwilę po tym, gdy jako 17-latek został Dyplomatą Cove zerwał wszelkie stosunki z tym miastem i poświęcił się całkowicie stadu. Nie mogąc wybić się na szczyt hierarchii coraz częściej wyruszał na polowania. Za szczególny cel przybrał sobie okolice Britanii czerpiąc ogromną przyjemność z nękania okolicznej ludności.

Nie minęło zbyt wiele czasu, a stał się celem Inkwizycji. Gdy ojciec dowiedział się o wybrykach syna wydziedziczył go chcąc ochronić swoją żonę przed represjami. Była to słuszna decyzja, gdyż nie dłużej niż tydzień po tym tożsamość Rivena wypłynęła na światło dzienne, a on sam został zmuszony do ucieczki. Gdy trafił na wyspę Jhelhom został schwytany i zmuszony do walki na arenie, jako atrakcja ku ucieszę gapiów. Spędził tam ponad rok, a jego żądza krwi narastała z każdym rozszarpanym na kawałki przeciwnikiem.

Gdy w końcu udało mu się zbiec, okazało się, że jego stado chyli się ku zagładzie. Uważał, że to idealna chwila, by wspiąć się być może nawet na pozycję alfy! To od zawsze było jego marzenie. Jednak łaska jego Bogini Matki – Luny odwróciła się od niego, całkowicie deformując jego przemianę. Czuł jak z dnia na dzień boska energia nadana mu w dniu pierwszej przemiany odpływa z jego ciała.


Chcąc zachować swe zdolności odwrócił się od swej bogini, tak jak i ona zrobiła to w stosunku do niego. Nie mając już nic do stracenia wyruszył do Delucji, składając Daywadosowi obietnicę wiecznej wierności w zamian za co ten tchnął w niego cząstkę swej mocy czyniąc go potężniejszym niż kiedykolwiek. Jednak od tego momentu Riven niemal nie przypominał już wilkołaka... Jego futro stało się rzadsze, wyrosły mu rogi, a on sam stał się jeszcze większy i bardziej umięśniony. Ten dzień wpłynął nie tylko na jego przemianę, ale też na jego charakter...



ROZDZIAŁ I – ,,Sztylet"

Wieczór był coraz bliżej, a Riven nie mógł sobie pozwolić ma kolejny dzień zwłoki. Życie niegdyś tak pełne przygód, dynamizmu stało się całkowicie zwyczajne. Kto by pomyślał, że żywot porównywalny z egzystencją brytyjskiego chłopa będzie możliwe w twierdzy takiej jak Delucja. Ale pretensje mógł mieć tylko do siebie... Wiele razy tłumaczył sobie, że jest zbyt słaby by dorównać swoim pobratymcom, ale prawda jest taka, że po tym jak został akolitą Daywadosa, po prostu się rozleniwił niczym grubas z Inkwizycji... Ale nadszedł w końcu ten długo wyczekiwany moment. Moment, który miał zmienić wszystko...

Riven zebrał się w sobie i zaczął działać. Tuż przed zmrokiem spakował potrzebne rzeczy i ruszył do delucjańskiej kuźni... Na alejkach twierdzy było już całkowicie ciemno, jednak jasno rażące się światło paleniska wypełniało całe pomieszczenie. Riven rozłożył swój pakunek obok kowadła, po czym wyjął z plecaka ozdobny sztylet, szczypce do metalu, młot kowalski i dłuto. Nigdy wcześniej nie trzymał w dłoniach narzędzi kowalskich, lecz to zadanie chciał wykonać samodzielnie. Zważywszy na to, że lata swojego życia spędził w kopalni był wyjątkowo obyty z procesem wytapiania metalu, lecz czy to wystarczy do wykonania zadania jakiego się podjął?


Bez chwili namysłu przystąpił do pracy. Ułożył przed sobą pierścień z wygrawerowanym symbolem Daywadosa, tak by był on ciągle w zasięgu jego wzroku. Trzymając sztylet szczypcami rozgrzał go do czerwoności na palenisku i ułożył delikatnie na kowadle unikając niepożądanych zniekształceń. Następnie za pomocą dłuta i młotka zaczął starannie grawerować symbol swego Pana, za wzór przyjmując napomniany wcześniej pierścień. Brak doświadczenia wyszedł jednak na jaw, gdy sztylet pod wpływem nacisku niedoświadczonych dłoni roztrzaskał się na kawałki.

Młodzieniec przewidział także i to. Wyciągnął z plecaka kolejny sztylet i powtarzał te nieudolne czynności przez całą noc, aż w końcu o wschodzie słońca udało się... Powstał ten jeden, jedyny sztylet, który po wychłodzeniu w beczce z wodą trafił za jego pas.



ROZDZIAŁ II – ,,Modlitwa"

Promienie słońca delikatnie muskały białą togę pod którą krył się Riven. Szata kilka chwil wcześniej odebrana od miejskiego krawca wręcz lśniła w porannym świetle, do momentu, gdy młodzieniec minął próg świątyni. Już niedługo miał nadejść ten długo wyczekiwany moment... Chwila, na którą przygotowywał się odkąd trafił do Delucji.


Stojąc wyprostowany na zimnej posadzce sanktuarium, uśmiechnął się po czym wyciągnął zza pasa wcześniej przygotowany sztylet i energicznie nadciął sobie nadgarstek dając krwi swobodnie spływać na ziemię. Wykonując ruchy przypominające rytualny taniec nakreślił swoją krwią pentagram, po czym padł nieprzytomnie, idealnie w jego środku, brodząc w kałuży krwi.


To co wydarzyło się po tym było wprost niewyobrażalne. Podchodząc do rytuału powątpiewał czy ma to sens, jednak chciał mimo wszystko spróbować. Jednak efekty jego działań przeszły najskrytsze marzenia. Stał w nicości, otaczała go jedynie ciemność i ogień buchający gdzieniegdzie w oddali. Na wprost niego wystrzelił krwistoczerwony strumień ognia, z którego wyłonił się wir energii. Riven szybko odnalazł w nim swego Pana – Daywadosa. Nie mając jednak odwagi się odezwać stał jak wyryty wpatrując się i niedowierzając. Błoga cisza została przerwana, gdy z wnętrza wiru wydobył się głos przemawiając wprost do młodzieńca. Głos, który przelał na jego barki słowa rozczarowania, pochwały jak i rozkazów skierowanych do całej delucjańskiej społeczności jak i samego Rivena.

Nagle młodzieniec został wyrwany z nicości, która rozproszyła się niczym kropla deszczu uderzająca o kamień. Akolita ocknął się na posadzce świątyni cały skąpany we własnej krwi. Rana na jego nadgarstku zniknęła, a krew na szacie zastygła na stałe zmieniając jej barwę. Zaś sam Riven zmagał się z coraz większą liczbą pytań. Czy to Pan uzdrowił jego ranę, czy to tylko wpływ jego zdolności? Czy to wszystko czego przed chwilą doświadczył było realne, czy to skutek upływu krwi? A pytań nie było końca... Wiedział jednak, że czym prędzej musi spotkać się ze swoją bracią i opowiedzieć im o swej wizji.




cdn;

mart

No prosze prosze... Calkiem ciekawie opisane. Rodzicow tylko mi jakos zal.
Najstarszym i najsilniejszym uczuciem znanym ludzkości jest strach, a najstarszym i najsilniejszym rodzajem strachu jest strach przed nieznanym.